Archiwum
Czarnek z Nawrockim nie są autorytetami
Nie mam złotego środka, jak powinien postępować historyk, ale na pewno nie jest to formuła w wydaniu dzisiejszego IPN
Robert Traba – profesor nauk społecznych i historyk, zajmuje się pamięcią społeczną i historią kulturową XIX i XX w. Współprzewodniczący Rady Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Inicjator i wieloletni przewodniczący Stowarzyszenia Wspólnota Kulturowa Borussia oraz od 20 lat redaktor naczelny pisma „Borussia”. Autor i redaktor ponad 30 publikacji książkowych. Przez 13 lat był współprzewodniczącym Wspólnej Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej, która w tym czasie opracowała drugi na świecie bilateralny podręcznik do nauki historii „Europa. Nasza historia”. W 2024 r. opublikował w krakowskim wydawnictwie Austeria tom „Historia (nie) na sprzedaż”.
Kandydatura Karola Nawrockiego na prezydenta RP wzbudza wiele kontrowersji. Najgorsze oceny wystawiają mu chyba historycy, w tym prof. Antoni Dudek, stwierdzając, że jest on niebezpieczny dla Polski. Swego czasu Nawrocki jako prezes IPN nawoływał do usunięcia z centrum Olsztyna pomnika według projektu Xawerego Dunikowskiego, ale spotkał się z ostrą repliką.
– Nie wtrącam się do polityki, ale reaguję wtedy, gdy polityka wchodzi z butami do nauki, np. do historii. W październiku 2022 r. prezes IPN wystąpił na briefingu w Olsztynie w sprawie „dekomunizacji pomnika Wyzwolenia Ziemi Warmińskiej i Mazurskiej”, jak napisano potem w komunikacie IPN. Stwierdziłem, że w tym wystąpieniu jest tyle nieścisłości i manipulacji, że nie mogę pozostawić tego bez komentarza. To był taki odruch w obronie sensu historycznego myślenia, przeciw zakłamywaniu historii i zastępowaniu jej ideologią nowej polityki historycznej.
Oczywiście były pomniki stawiane po przejściu Armii Czerwonej z nakazu NKWD – symboliczne naznaczanie sowieckiej strefy wpływów. Od tamtych czasów minęło 80 czy 70 lat, 35 lat od upadku komunizmu, co w Polsce udało się dzięki rewolucji Solidarności, a potem dzięki dziełu pojednania wyrażonego w idei i praktyce Okrągłego Stołu. Teraz przyszedł czas nie na bezmyślne zacieranie śladów przeszłości, do czego zobowiązuje tzw. ustawa dekomunizacyjna z 2016 r., lecz na mądre uczenie się z najnowszej historii. Wspomniany pomnik w Olsztynie, jako niekwestionowane dzieło sztuki, powinien stać się eksponatem dopowiadającym najnowszą historię regionu, Polski, Europy Środkowej, w ramach przestrzenno-wystawienniczego „Projektu dla pokoju. Wystawy o dramatycznym wieku XX na Warmii i Mazurach”.
Na ustawę z 2016 r. jak na Biblię powoływał się prezes Nawrocki. Dziś można powiedzieć, że wykonywanie przez niego usług politycznych zgodnych z oczekiwaniami władzy okazało się dobrą inwestycją. Pośrednio przygotowało grunt pod kandydowanie na prezydenta Polski.
– Bardzo źle to rokuje. Podpisuję się pod słowami kolegów, prof. Antoniego Dudka i prof. Andrzeja Friszkego, że to człowiek niebezpieczny dla Polski. W tym sensie, że będzie próbował formatować nas według własnej ideologii. Takiej chociażby, w której centralnym świętem będzie 1 marca, Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Takiej formacji nigdy nie było. Po wojnie działały różne oddziały podziemia antykomunistycznego. Wielu walczącym w nich trzeba oddać hołd, ale wielu uprawiało zwykły rozbój, dopuszczając się mordów, np. na mniejszościach etnicznych. Określenie „żołnierze wyklęci” z istoty fałszuje historię. Myślenie Nawrockiego o historii nosi znamiona idei „wielkiej narodowej Polski katolickiej”. Łatwo odnaleźć skutki takiego myślenia w przeszłości i teraźniejszości.
Z pewnością łatwiej było prawicy wyeksponować znaczenie „żołnierzy wyklętych” w sytuacji, gdy w oficjalnej historii mówiło się o wyzwoleniu Polski przez Armię Czerwoną, co zwłaszcza wobec grabieży i gwałtów sołdatów w niemieckich miastach stało się przykładem zakłamywania historii. Pomnik w Olsztynie stał się tego symbolem. Czy on musi się ostać?
– Nic nie musi, ale moim zdaniem powinien. To dzieło sztuki, co przyznają nawet jego przeciwnicy, powstałe w czasach polskiego totalitaryzmu, czyli w latach 1949-1956, na zamówienie ówczesnego wojewody olsztyńskiego Mieczysława Moczara. Mógłby być częścią nowoczesnej wystawy, pamiątką tego właśnie okresu. W Muzeum Historii Polski takim eksponatem, nieporównywalnym artystycznie, będzie zrekonstruowany pomnik Feliksa Dzierżyńskiego, obalony w 1989 r. W Olsztynie mamy oryginalny pomnik, w realnej topografii miasta. Nie jest on – jak chcą jego przeciwnicy – tylko emanacją polskiego stalinizmu, to również część przedwojennej historii Polski poprzez biografię Xawerego Dunikowskiego, wybitnego rzeźbiarza, ideowo związanego z polskimi socjalistami, w czasie wojny więźnia nr 774 niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz, którego po pięciu latach niewoli wyzwoliła Armia Czerwona.
I co z tego wynika?
– To, że miarą naszej cywilizacyjnej dojrzałości powinna być umiejętność obchodzenia się z czasem trudnym czy nawet niechcianym dziedzictwem, które przecież nie jest biało-czarne, ma wiele odcieni i kontekstów. I jeszcze jedno: pozostawienie pomnika autorstwa Dunikowskiego jest również demonstracją siły naszej tożsamości: polskiej, demokratycznej. Nie boimy się duchów przeszłości i właśnie ten pomnik nas od nich uwalnia, pozwala lepiej zrozumieć losy własne i europejskie.
Ile płacimy na Kościoły
Pod względem finansowo-prawnym Polska jawi się jako państwo wyznaniowe
Prof. Paweł Borecki – znawca prawa wyznaniowego, wykładowca w Zakładzie Prawa Wyznaniowego Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego
Czy odpowiedzi z ministerstw na interpelację posłów Lewicy pozwalają poznać całościowy obraz finansowania Kościołów ze środków publicznych w Polsce?
– Tego nie da się w pełni określić, choć trzeba zaznaczyć, że odpowiedź MSWiA powstała przy współpracy wszystkich resortów rządowych. To prawdopodobnie pierwszy publiczny dokument w tej sprawie o tak szerokim zakresie przedmiotowym od czasów odzyskania niepodległości w 1918 r. Odpowiedzi na pytanie złożone w imieniu posłów Lewicy przez Włodzimierza Czarzastego i Annę Marię Żukowską informują tylko o wydatkach poniesionych przez naczelne organy administracji rządowej oraz podległe im instytucje na rzecz wszystkich Kościołów i związków wyznaniowych. Odpowiedzi te dają jednak tylko fragmentaryczny obraz analizowanego zjawiska. Nie ma bowiem danych o wydatkach ponoszonych przez jednostki samorządu terytorialnego różnego szczebla, od gmin aż do województw, przez spółki i związki komunalne oraz spółki skarbu państwa.
Darowizny, choćby Orlenu czy KGHM, musiały być wysokie.
– I zapewne takie były. Trzeba też uwzględnić transfery od Narodowego Banku Polskiego. Ale chodzi nie tylko o takie wpłaty na rzecz Kościoła. Na przykład Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji od czasów jej powstania wynajmuje pomieszczenia w biurowcu należącym do Konferencji Episkopatu Polski przy skwerze Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. I płaci z tego tytułu „godziwe” kwoty na rzecz episkopatu. Niestety, nie jest możliwe stworzenie kompleksowego opracowania ujmującego wszystkie kwoty, jakie państwo polskie łoży na Kościoły i inne związki wyznaniowe.
Czym pan to tłumaczy?
– We współczesnej Polsce nie istnieje wyspecjalizowany centralny organ administracji rządowej zajmujący się kompleksowo problematyką Kościołów i związków wyznaniowych, na wzór Urzędu ds. Wyznań z lat 1950-1990, aczkolwiek ta nazwa źle się kojarzy. W MSWiA, w Departamencie Wyznań Religijnych oraz Mniejszości Narodowych i Etnicznych, funkcjonują tylko dwa wydziały zajmujące się sprawami wyznaniowymi. Może są jacyś pojedynczy urzędnicy w innych resortach, takich jak MEN czy MSZ, ale generalnie nikt nie panuje nad polityką wyznaniową. Taki stosunek rządzących ma związek ze zmianą w filozofii polityki wyznaniowej państwa po 1989 r., a nawet już od 1987 r. Chodzi o odejście od zwierzchnictwa rozdziałowego, nadzoru państwa nad związkami wyznaniowymi, na rzecz łagodnej kontroli i… swoistego korumpowania owych związków wyznaniowych, szczególnie Kościoła katolickiego, z myślą o ich przychylności, w imię bieżących celów politycznych aktualnych decydentów.
Jaki obraz wyłania się z tych fragmentarycznych odpowiedzi ministerstw?
– Taki, że Polska – mimo iż Konstytucja RP z 1997 r. głosi w art. 25, że wszystkie Kościoły są równouprawnione, mimo że władze publiczne, szczególnie parlament, rząd i minister finansów, powinny zachowywać bezstronność, czyli neutralność w sprawach religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, a państwo i związki wyznaniowe mają być od siebie niezależne, również w sprawach finansowych – stała się pod względem prawno-finansowym, szczególnie w okresie rządów Zjednoczonej Prawicy w latach 2015-2023, państwem w gruncie rzeczy katolickim. Co więcej, państwem służebnym w istotnej mierze wobec jednego człowieka – Tadeusza Rydzyka.
Jak to się ma do konkordatu?
– Konkordat z 1993 r. nie reguluje w sposób wyczerpujący spraw finansowania instytucji kościelnych i duchowieństwa. Określa te kwestie wręcz fragmentarycznie. Dlatego strona kościelna we współpracy z przychylnymi jej politykami rozszerzała zakres świadczeń, nie tylko finansowych, na rzecz Kościoła katolickiego.
Roczne wydatki na Kościół, księży i nauczanie religii dają wielomiliardowe kwoty.
– Trzeba jasno powiedzieć, że wsparcie dla Kościoła katolickiego było nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do wsparcia mniejszości wyznaniowych. Skala poszczególnych świadczeń, w tym uznaniowych, a więc dotacji i subwencji, była w przypadku Kościoła katolickiego zdecydowanie wyższa od środków dla innych wyznań. W tym dla Kościołów chrześcijańskich. I to nawet jeśli uwzględnimy, że Kościół katolicki dominuje w Polsce pod względem demograficznym.
Obecna ekipa rządząca zapowiadała ukrócenie niekontrolowanej hojności państwa na rzecz Kościoła.
– To prawda, ale odpowiedzi ministerstw pokazują, na ile poważnie politycy koalicji rządzącej i poszczególne partie traktują elektorat antyklerykalny i jego hasła. Chorągiewką, która ma mobilizować ten elektorat, poza kwestią prawnej liberalizacji aborcji i legalizacji związków partnerskich, jest sprawa likwidacji Funduszu Kościelnego. Tylko że, jak pokazują dane Krajowej Administracji Skarbowej
Kulasek od mleka w proszku
Polityk, który przez pół roku nie zdążył odpisać na list z „Przeglądu”, pożegnał się z posadą. Dariusz Wieczorek pogrążał się codziennie, od rana do wieczora. Taki zgrywus. Ale ważny, bo z małej grupy trzymającej władzę w partii. Kto mógł go zastąpić? Tylko ktoś z tego grona. Czyli Marcin Kulasek. Przez lata woził Czarzastego i dowiózł się na fotel ministra. Ma jeszcze jedną zaletę. Nikt mu nie podskoczy w dziedzinie „możliwości zastąpienia tłuszczu mlekowego tłuszczem roślinnym w technologii pełnego mleka w proszku”. Taki był temat jego pracy doktorskiej w Olsztynie.
Doktor nauk rolniczych Marcin Kulasek jest, jak przystało na polityka lewicy, jeszcze biedniejszy niż topniejący elektorat jego formacji. Poseł-minister nie ma nawet złotówki na czarną godzinę. Puste konto, 15-letnia toyota i pół 82-metrowego mieszkania. Jakoś mu się rozeszły spore dochody.
Co roku było to ponad 200 tys. zł. Za mało, by odłożyć?
Serce idzie pod nóż
Kardiochirurgia zaczęła się od bójek i przestępstw
Kardiochirurgia zaczęła się od bójek i przestępstw. Ktoś kogoś ugodził nożem, a potem to lekarz stawał przed problemem i próbował go rozwiązać. Zawód zobowiązuje: lekarz powinien działać w każdej sytuacji zagrożenia życia, tego oczekują od niego wszyscy.
Według literatury to Ludwig Rehn jako pierwszy, 9 września 1896 r., dokonał pomyślnego zszycia rany serca. Czy bał się wykonywać taką procedurę? Istnieje domniemanie, że mógł się obawiać o swoją reputację. Dlaczego? Przez lata serce uchodziło za narząd, którego pod żadnym pozorem nie należy dotykać. Dotknięcie zawsze kończyło się śmiercią. Jak to? Chirurdzy nie potrafili szyć? To nie do końca prawda. Samo techniczne zszycie serca nie było problemem dla sprawnego chirurga. Kłopoty zaczynały się po kilku dniach, gdy dawały o sobie znać bakterie i rozpoczynał się proces infekcyjny. Nie istniała bowiem profilaktyka antybiotykowa. Nikt jeszcze takich leków nie wymyślił. Pierwszy antybiotyk, czyli penicylina, został odkryty przez Alexandra Fleminga w 1928 r. w Londynie. (…) W 1945 r. otrzymał za swoje odkrycie Nagrodę Nobla. (…)
Czy wiesz, że pierwsi chirurdzy serca uczyli się szycia od koronkarek? Ciekawe, co przy okazji tej nauki produkowali. Serwetki, kołnierzyki? Przez wiele lat dobry chirurg musiał być przede wszystkim szybkim chirurgiem, bo nie istniały techniki znieczulenia. Jedynie knebel z alkoholem w ustach.
W Polsce pierwsze chirurgiczne zaopatrzenie rany kłutej serca odbyło się 6 grudnia 1898 r. Tak przynajmniej donoszą materiały źródłowe. Przeprowadził je Witold Horodyński, a wydarzyło się to w klinice chirurgicznej prof. Juliana Kosińskiego, w szpitalu Świętego Ducha w Warszawie. Pacjentka niestety zmarła w 22. dniu po zabiegu. Kolejnym śmiałkiem był Wacław Maliszewski, który operował dwóch mężczyzn z ranami kłutymi klatki piersiowej, również bez pomyślnego rezultatu. Nieco więcej szczęścia mieli Jan Borzymowski i Ignacy Watten, a właściwie operowani przez nich pacjenci, którzy przeżyli. Pacjent dr. Borzymowskiego po wyzdrowieniu ponownie wdał się w bójkę z użyciem noża i był odwiedzany w więzieniu przez młodszych lekarzy, zdziwionych faktem, że mężczyzna po operacji serca miewa się całkiem nieźle.
Prawdziwym przełomem w dziedzinie kardiochirurgii było skonstruowanie maszyny pozwalającej na pozaustrojowe natlenianie krwi. Maszyna nazywana jest popularnie sztucznym płucosercem, a fachowo – urządzeniem do krążenia pozaustrojowego. Dokonał tego chirurg John Heysham Gibbon z zespołem inżynierów z IBM w 1953 r. Od tego czasu kardiochirurdzy mogli spokojnie wszywać protezy zastawek serca czy bajpasy, ponieważ krew krążyła w organizmie i była natleniana dzięki urządzeniu, którego zasadniczymi elementami są pompa i oksygenator. W Polsce krążenie pozaustrojowe wprowadzone zostało w klinice prof. Leona Manteuffla w Warszawie w 1959 r.
Warto wspomnieć o początkach kardiochirurgii dziecięcej w Polsce. Przed jej erą dzieci z poważnymi wrodzonymi wadami serca umierały. Pionierem był prof. Jan Kossakowski, który w 1937 r. objął stanowisko kierownika Oddziału Chirurgicznego Kliniki Pediatrycznej przy ul. Litewskiej w Warszawie.
Fragmenty książki dr n. med. Anny Słowikowskiej i Tomasza Słowikowskiego Serce w dobrym stylu, Marginesy, Warszawa 2025
Niezintegrowani
Wprowadzono obowiązek szkolny dla dzieci ukraińskich, ale nadal nikt nie ma pomysłu na ich integrację z resztą uczniów
Wraz z początkiem roku szkolnego 2024/2025 dzieci z Ukrainy zostały objęte obowiązkiem edukacji w polskich szkołach. Chodzi o uczniów na wszystkich etapach edukacji, od zerówki poczynając, na nauce w szkołach ponadpodstawowych kończąc. Uczęszczanie do polskiej szkoły to również warunek wypłacania ukraińskim rodzinom świadczenia 800+. Tym rodzinom z Ukrainy, które nie stosują się do obowiązku szkolnego, grozi nie tylko utrata wsparcia pieniężnego, ale również grzywna. Wstrzymywanie świadczeń dla Ukraińców brzmi jak spełnienie marzeń skrajnej prawicy, jednak wypłaty 800+ dla ukraińskich rodzin, które nie wysłały dzieci do polskiej szkoły, będą blokowane dopiero od czerwca 2025 r., o czym mowa w art. 17 ust. 1 ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy.
Puzzle wpasowywane pięścią
– Uczeń ukraiński uczy się w polskiej szkole po polsku, polskiego programu nauczania – mówi Joanna Mucha z resortu edukacji i informuje o jednym wyjątku: jeśli dziecko przeszło przez cały proces edukacyjny w Ukrainie, to ten ostatni rok może po prostu spędzić w ukraińskim systemie edukacyjnym. – To dobre, ale spóźnione rozwiązanie – uważa Maria Kowalewska z inicjatywy Wolna Szkoła. – Będziemy mieć jakąś świadomość, co się z tymi dziećmi dzieje – podkreśla.
Ministerstwo Edukacji wprowadziło usprawnienia, które od strony organizacyjnej mają ułatwić dzieciom z ukraińskich rodzin naukę w polskich szkołach. Osoby nieposługujące się językiem polskim w takim stopniu, który umożliwia korzystanie z nauki w szkole, mogą przede wszystkim uczestniczyć w dodatkowych zajęciach z polskiego. Przewidziano też, że naukę można realizować w formie oddziału przygotowawczego, gdzie proces nauczania jest dostosowany do możliwości edukacyjnych uczniów. Pomyślano również o zajęciach wyrównawczych i pomocy osoby władającej językiem kraju pochodzenia ucznia. Taka osoba ma być zatrudniona w charakterze pomocy dla nauczyciela. Założenia są więc bardzo dobre. Gorzej z praktyką.
– Jeśli chodzi o asystentów międzykulturowych, nie jest to jakaś wielka nowość. Nauczyciele w naszej szkole już podobne prośby o taką osobę składali dwa lata temu i rok temu. Złożyli też w tym roku. Skutek był ten sam jak w latach poprzednich, czyli żaden. Takich asystentów albo po prostu nie ma, albo jest ich za mało – opowiada Dariusz, nauczyciel z warszawskiego Śródmieścia. Według danych zebranych przez Fundację GrowSPACE tylko 4% samorządów (71 z 2791), które zapytała organizacja, deklaruje, że zatrudnia asystentów międzykulturowych. – Mieliśmy niedawno problem z rodzicami i dzieckiem, które po dwóch latach w polskiej szkole komunikuje się głównie po ukraińsku i pojedynczymi polskimi słowami. Sytuacja wymagała większej
Międzynarodowa kariera 2.0: Jak przełamać bariery i wyróżnić się na globalnym rynku pracy?
Artykuł sponsorowany Żyjemy w czasach, gdy praca nie musi być związana z jednym miastem czy krajem. Granice stają się coraz bardziej otwarte, a digitalizacja pozwala zdobywać doświadczenie w międzynarodowych zespołach – często bez konieczności opuszczania własnego biurka. Dlatego
Zarabiasz w obcej walucie? Dlaczego banki odmawiają kredytów i jak sobie z tym poradzić?
Artykuł sponsorowany Osoby zarabiające w obcej walucie często napotykają na trudności w uzyskaniu kredytu hipotecznego w Polsce. Choć ich dochody mogą być stabilne i wysokie, banki nierzadko odmawiają udzielenia kredytu, co dla wielu jest zaskoczeniem. Skąd
Stylizacje z botkami lakierowanymi – modowy przewodnik
Artykuł sponsorowany Stylowe i wszechstronne – lakierowane botki podbijają tegoroczne trendy, oferując niezwykle różnorodne fasony, które pasują zarówno do codziennych zestawów, jak i eleganckich stylizacji. Od wyrazistych workerów na platformie po kobiece modele na obcasie, te błyszczące dodatki
Suchy czy mokry? Jak rozróżnić i pokonać kaszel!
Artykuł sponsorowany Kaszel to jeden z najczęstszych objawów, które pojawiają się w okresie jesienno-zimowym. Choć zazwyczaj jest reakcją obronną organizmu, jego uporczywość potrafi dać się we znaki. Dolegliwość ta może przybierać różne formy, a jej prawidłowa
Dyplomacja zakładników
Włoszka Cecilia Sala była tylko jedną z dziennikarek i dziennikarzy osadzonych w irańskich więzieniach
Korespondencja z Włoch
„Jestem Cecilia Sala. A to jest »Stories«, podcast Chora Media, który każdego dnia opowiada wam historię ze świata”. Głos 30-letniej włoskiej dziennikarki przetrzymywanej od 19 grudnia 2024 r. w więzieniu Evin w Teheranie przyprawiał o dreszcze.
Cecilia Sala przebywała w Iranie na podstawie wizy dziennikarskiej, aby pracować nad nowymi odcinkami podcastu „Stories”. Już wcześniej w swoich audycjach opowiadała o tłumieniu protestów irańskich kobiet i sytuacji politycznej w Republice Islamskiej. Zatrzymano ją w hotelu, kilka godzin przed wylotem, a później przewieziono do Evin, zakładu karnego o złej sławie, w którym przetrzymywani są dysydenci, dziennikarze, więźniowie polityczni i zakładnicy ważni dla państwa irańskiego.
Informację o aresztowaniu dziennikarki włoskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych podało do wiadomości publicznej dopiero 27 grudnia 2024 r. Tego dnia ambasadorka Włoch w Teheranie Paola Amadei odwiedziła Cecilię Salę w więzieniu i mogła ocenić jej stan psychofizyczny. Sala została osadzona w niewielkiej izolatce, gdzie przez całą dobę paliło się światło. Dziennikarka stwierdziła, że czuje się dobrze, ale prosiła włoski rząd o przyśpieszenie działań związanych z jej uwolnieniem. Dyplomaci znad Tybru liczyli na dyskretne rozwiązanie sprawy. Dłużej jednak nie dało się jej utrzymywać w tajemnicy.
Aresztowanie Cecilii Sali w Teheranie nastąpiło trzy dni po zatrzymaniu we Włoszech na wniosek Stanów Zjednoczonych irańskiego inżyniera Mohammada Abediniego Najafabadiego. Posiadający szwajcarski paszport Abedini został aresztowany na lotnisku Malpensa, dokąd przyleciał ze Stambułu. Jednocześnie w USA zatrzymano innego Irańczyka, który legitymował się paszportem amerykańskim, Mahdiego Mohammada Sadeghiego, uznanego za wspólnika Abediniego. Obaj mężczyźni zostali oskarżeni przed Sądem Federalnym w Bostonie o nielegalny eksport z USA do Iranu komponentów elektronicznych służących do produkcji dronów, co naruszyło embargo. Abedini jest ponadto oskarżony o pomoc irańskiemu Korpusowi Strażników Rewolucji Islamskiej, uznawanemu w Stanach Zjednoczonych za organizację terrorystyczną. Konkretnie miał pomóc w ataku terrorystycznym na bazę amerykańską w Jordanii, co doprowadziło do śmierci trzech żołnierzy USA.
Mohammad Abedini Najafabadi przebywa obecnie w mediolańskim więzieniu pod specjalnym nadzorem, oczekując na decyzję sądu apelacyjnego w sprawie jego ekstradycji do USA.
Dopiero 30 grudnia irańska agencja państwowa IRNA oficjalnie potwierdziła aresztowanie Cecilii Sali, powołując się na oświadczenie Generalnego Departamentu Mediów Zagranicznych Ministerstwa Kultury i Orientacji Islamskiej. W oświadczeniu stwierdzono, że Sala została zatrzymana za „naruszenie prawa Islamskiej Republiki Iranu”. 1 stycznia 2025 r. włoskie MSZ formalnie zwróciło się do irańskich władz politycznych o „gwarancje dotyczące warunków przetrzymywania” i „natychmiastowe uwolnienie” dziennikarki. Jej uwolnienia domagają się też wysoka przedstawiciel Unii Europejskiej ds. polityki zagranicznej Kaja Kallas oraz Departament Stanu USA.
Strategia Iranu
Włoskie media szybko powiązały sprawę Sali z aresztowaniem Abediniego, nazywając to dyplomacją zakładników. Praktyka ta polega na aresztowaniu przez Iran cudzoziemców lub osób z podwójnym obywatelstwem, a następnie wykorzystaniu ich jako środka nacisku na państwa, których są obywatelami, w celu uzyskania przysług, okupu lub doprowadzeniu do uwolnienia irańskich więźniów za granicą.
Clément Therme z Paryskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych, autor raportu dotyczącego Europejczyków przetrzymywanych w Teheranie, uważa, że praktyka ta „stanowi jeden z fundamentów irańskiej polityki zagranicznej od 1979 r.”. Doszło wtedy do tzw. kryzysu zakładników, gdy irańscy studenci islamscy zajęli ambasadę USA w Teheranie







