Archiwum

Powrót na stronę główną
Promocja

Czy przyjaźń między byłymi jest możliwa?

Artykuł sponsorowany Choć nie ma jednej uniwersalnej odpowiedzi na pytanie, czy przyjaźń z byłym partnerem to dobry pomysł, w wielu przypadkach jest ona możliwa – pod pewnymi warunkami. To, czy taka relacja będzie zdrowa i trwała, zależy od wielu czynników, takich

Promocja

Atesty i certyfikaty ramp aluminiowych – na co zwrócić uwagę przed zakupem?

Artykuł sponsorowany Rampy aluminiowe są niezwykle praktycznym rozwiązaniem, jednak ich bezpieczne użytkowanie zależy w dużej mierze od posiadanych atestów oraz certyfikatów jakości. Wybierając je, powinieneś wiedzieć, które dokumenty mają realne znaczenie i o czym świadczą. W tym

Świat

Czy wujek Ekrem naprawi turecką demokrację

Aresztowany burmistrz Stambułu to najpoważniejszy kandydat opozycji na prezydenta

Dziewczynka ma z pięć lat. Mówi do kamery smartfona: „Kochany wujku, wiem, że cię uwolnią. Moi rodzice właśnie maszerują dla ciebie, poszli też głosować. Wyjdziesz, wrócisz do nas i wszystko będzie dobrze”. W krótkim nagraniu opublikowanym w mediach społecznościowych dla aresztowanego burmistrza Stambułu małej Turczynce udało się streścić wydarzenia, które wstrząsnęły Turcją.

Zaczęło się od anulowania uniwersyteckiego dyplomu Ekrema İmamoğlu, zdobytego w latach 90. na metropolitalnej uczelni. Ten „drobiazg” niesie poważne konsekwencje – uniemożliwia kandydowanie na fotel prezydenta, bo według konstytucji głowa tureckiego państwa musi się legitymować wyższym wykształceniem. Nikt nie wątpił, że İmamoğlu studia skończył, udało się jednak znaleźć kruczek, w świetle którego jego przeniesienie się z jednej uczelni na drugą było nielegalne. „Dziś unieważniają mój dyplom, jutro unieważnią wasze dyplomy, dowody osobiste, paszporty – mówił w filmiku nagranym po ogłoszeniu decyzji, twierdząc, że sprawa ma wymiar polityczny. – Chodzi o wolność i elementarne prawa człowieka”.

İmamoğlu stwierdził, że nielegalna jest sama decyzja, którą – jeśli w ogóle – powinna wydać rada wydziału, a nie senat uczelni. I już dwa dni później miał poważniejsze kłopoty. Zatrzymała go policja, bo postawiono mu zarzuty korupcyjne i wspierania organizacji terrorystycznej. Przed sąd doprowadzony został w przededniu prawyborów, które miały wyłonić kandydata opozycji na prezydenta (był w nich jedynym startującym). Głosować mieli wszyscy chętni członkowie Republikańskiej Partii Ludowej (CHP), która liczy ponad 1,5 mln członków. Po aresztowaniu İmamoğlu wszystko się zmieniło.

Mobilizacja dla Ekrema

Przewodniczący partii Özgür Özel wezwał Turków, aby w niedzielę 23 marca ruszyli do urn w akcie poparcia dla „naszego kochanego burmistrza”. Sprawa spreparowanych, politycznych, jak twierdzi opozycja, zarzutów dla „wujka Ekrema” spowodowała, że tysiące ludzi stawiło się w w punktach wyborczych CHP.

„Zawsze należałem do AKP, ale od dzisiaj jestem z CHP”, powiedział dziennikarzom opozycyjnego dziennika „Cumhuriyet” starszy mężczyzna, który przyszedł oddać głos na İmamoğlu. „Jest to kwestia przyzwoitości i naszej demokracji”.

To samo powtarzały tysiące demonstrantów na ulicach Stambułu, Ankary i Izmiru. Ekrem İmamoğlu ponownie stał się symbolem walki o demokrację, przestrzeganie prawa, przejrzystą politykę i niezależne sądy.

Bo to nie pierwszy raz, kiedy burmistrz największej tureckiej metropolii jest solą w oku władz. Gdy w 2019 r. poprowadził zwycięską kampanię samorządową i po latach odbił Stambuł z rąk obozu rządzącego, minimalnie pokonując byłego premiera Binalego Yıldırıma, wybory unieważniono. Ich powtórka zakończyła się blamażem obozu władzy. Stambułczycy tak się wściekli i zmobilizowali, że niewielka wcześniej różnica między kandydatami urosła do miliona głosów, nie zostawiając miejsca na wątpliwości. Kim jest człowiek, który znów zmobilizował Turków?

Znad Morza Czarnego nad Bosfor

Ekrem İmamoğlu jest synem potentata rynku nieruchomości z Trabzonu. Choć wyrastał w republikańskich wartościach Atatürka, u boku którego jego dziadek walczył o niepodległość, wychowywany był również w poszanowaniu religii. Jego dziadek nosił tytuł hacı, przysługujący osobom, które odbyły pielgrzymkę do Mekki. Jako 12-latek İmamoğlu uczęszczał do meczetu na kurs Koranu, a modlitwy odmawia nawet na oficjalnych spotkaniach. I choć jego rodzina może

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Zapomniana zagłada

80 lat temu Tokio doświadczyło najtragiczniejszego bombardowania w dziejach ludzkości

Korespondencja z Japonii

W nocy z 9 na 10 marca 1945 r. zginęło 100 tys. Japończyków. Więcej niż po zrzuceniu bomby atomowej na Nagasaki.

W 1945 r. Europa była zmęczona trwającą od pięciu lat wojną. Dla Japonii był to ósmy rok wyniszczającej wojny z Chinami. Konfliktu, który doprowadził do sojuszu Japończyków z Niemcami i Włochami. Choć o tym w Europie często zapominamy, w tym czasie zginęło ponad 3 mln Japończyków. Jak trudny był to dla Japonii okres, świadczą dane dotyczące średniej długości życia na początku lat 40. – 23,9 roku dla mężczyzn i 37,5 dla kobiet. Te liczby szokują, ale tylko tych, którzy chcą o nich pamiętać. Ogromna większość mieszkańców kraju woli się rozkoszować współczesnymi danymi. Dziś bowiem świat zazdrości Japończykom 88 lat średniej długości życia kobiet i 81 lat mężczyzn.

Tak musi wyglądać piekło

Była chłodna i wietrzna noc. Mieszkańcy Tokio mogli się spodziewać amerykańskich nalotów, bo te już wcześniej miały miejsce. Jednak nocny atak z 9 na 10 marca, nazwany „Operation Meetinghouse”, różnił się od poprzednich. Około 300 potężnych amerykańskich B-29 obrało sobie za cel gęsto zaludnioną dzielnicę Shitamachi. Amerykanie założyli, że japońska obrona przeciwlotnicza, zaskoczona atakiem z niewielkiej wysokości, nie zdąży zareagować. Na Tokio spadło 1,5 tys. bomb. Nalot dywanowy spowodował natychmiastowe pożary. Jako że japońska stolica nazywana była „miastem z papieru i drewna”, wszystko spalało się w mgnieniu oka. Amerykańscy lotnicy mówili o „ogniowym tornado”.

A w dole w ciągu zaledwie kilku minut rozpętało się piekło. Mieszkańcy płonęli żywcem. Ani ukrycie się w schronach, ani rzucanie do wody nie gwarantowało przetrwania. Łącznie ogień strawił 270 tys. budynków. Milion tokijczyków zostało bez dachu nad głową. Służby metropolii nie miały szans na reakcję. Tokio doświadczało najdramatyczniejszego momentu w swojej historii. Ci, którzy cudem przeżyli tę noc, mówią: „Tak musi wyglądać piekło”. Wojna doprowadziła do gigantycznego spadku liczby ludności stolicy. W 1940 r. Tokio miało 6,7 mln mieszkańców. Pięć lat później już tylko 2,7 mln.

Mózgiem burzy ogniowej był gen. Curtis LeMay, nazwany przez Japończyków „brutalnym LeMayem”. „Przypuszczam, że gdybym przegrał wojnę, byłbym osądzony jako zbrodniarz wojenny”, ocenił LeMay.

Proces odbudowy rozpoczął się w latach 50., kiedy Tokio było siedzibą amerykańskich wojsk okupacyjnych. W latach 60. odbudowa jeszcze przyśpieszyła, a w 1964 r. stolica Japonii została gospodarzem letnich igrzysk olimpijskich.

Mówi się, że Hiroszima i Nagasaki to miasta, które zmartwychwstały. Tokio też ma pełne prawo tak twierdzić. Bo zmartwychwstało nawet dwukrotnie. Najpierw po tragicznym trzęsieniu ziemi z 1923 r. (zginęło 105 tys. osób), a potem po bombardowaniu z marca 1945 r.

Walka o pomnik

Zachodnie media sugerują, że w Tokio nie istnieje instytucja zajmująca się bombardowaniem z marca 1945 r. To nie do końca prawda. Faktycznie w stolicy Japonii nie ma dziś żadnego finansowanego ze środków publicznych muzeum, które oficjalnie upamiętniałoby te wydarzenia. Namiastką tak wyczekiwanego memoriału jest jednak pomnik w parku Yokoamichō niedaleko rzeki Sumida. Pomnik-mogiła przypomina nazwiska zabitych w czasie nalotów w latach 1942-1945. Na terenie parku znajduje się też ossuarium, w którym pochowano szczątki 105 400 osób zabitych we wszystkich nalotach na Japonię w czasie II wojny.

Próbę godnego upamiętnienia historii podjęto w dzielnicy Kitasuna. To Centrum Bombardowań Tokio i Zniszczeń Wojennych w niepozornym budynku, mało przypominającym monumentalne muzea. Obiekt został ukończony dzięki wsparciu 4 tys. darczyńców 9 marca 2002 r. Jego niezbyt imponujące rozmiary wynikają z faktu, że jest to niejako muzeum zastępcze. Bo w 1999 r. plany dotyczące stworzenia godnego Muzeum Pokoju zostały zamrożone. Grunt pod budynek centrum przekazał anonimowy darczyńca.

W budynku od razu pojawiły się dziesiątki artefaktów i dokumentów zbieranych od 1970 r., a zgromadzonych przez Stowarzyszenie Rejestrujące Naloty na Tokio. W muzeum zobaczymy m.in. nadpalone dziewczęce kimona i plecaki szkolne, zniszczone przez wysoką temperaturę maski gazowe. W marcu 2007 r. dzięki pomocy kolejnej grupy darczyńców trzypoziomowy budynek zyskał kilka dodatkowych pomieszczeń na sale wykładowe i rozszerzenie dotychczasowych wystaw. Najbardziej wymowne eksponaty ulokowano na ostatniej kondygnacji. Znajdują się tam m.in. elementy bomb zrzucanych na Tokio, rzeczy osobiste ofiar, ich dokumenty, a także zdjęcia ocalałych.

Muzeum nie jest miejscem tłumnie odwiedzanym przez Japończyków i cudzoziemców. Rocznie Centrum Bombardowań Tokio i Zniszczeń Wojennych ma ok. 10 tys. gości. Dla porównania – roczna liczba zwiedzających Muzeum Pokoju w Hiroszimie przekroczyła 2 mln. Wstęp do tak naprawdę prywatnego muzeum, z którym państwo nie chce się identyfikować, kosztuje 300 jenów, czyli 7,5 zł.

Na rocznicowym spotkaniu w centrum zwrócono uwagę, że wciąż nie ma monumentu upamiętniającego ofiary nalotów. Pomnika, który byłby podobny np. do Kamienia Węgielnego Pokoju w mieście Itoman w prefekturze Okinawa. Tam w parku, na czarnych, granitowych ścianach wyryte

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Książki

Przełomowa papieska autobiografia

„Nadzieja” to duchowy testament, w którym Franciszek pragnął podzielić się swoją osobistą historią

Przetłumaczona na najważniejsze języki świata autobiografia papieża Franciszka pojawiła się także w Polsce nakładem wydawnictwa Świat Książki. „Nadzieja”, której współautorem jest publicysta Carlo Musso, z woli samego papieża pierwotnie miała zostać opublikowana po śmierci Franciszka. Jednak obchodzony tym roku 25. powszechny jubileusz w historii Kościoła katolickiego i potrzeby czasu zdecydowały o rozpowszechnieniu jego spuścizny teraz. Opowiadając po raz pierwszy historię swojego życia, ukazaną na przykładzie wydarzeń, które naznaczyły ludzkość w ciągu ostatnich 80 lat, papież dzieli się początkami idei, które wielu uważa za śmiałe i wyróżniające jego pontyfikat: od odważnych deklaracji przeciwko ubóstwu i niszczeniu środowiska po bezpośrednie wezwania do światowych przywódców, aby wytyczyli inny kurs w takich kwestiach jak dialog między narodami, wyścig zbrojeń, walka z nierównościami. Od wybuchu II wojny światowej w 1939 r. – kiedy przyszły papież miał trzy lata – aż do dziś Jorge Mario Bergoglio prowadzi czytelników za rękę, towarzysząc im w niezwykłej podróży przez dziesięciolecia. Jego głos, zawierający bardzo osobiste wspomnienia, przeplata się z głosem narratora, który w każdym rozdziale rekonstruuje tło historyczne.

„Nadzieja” to duchowy testament, w którym Franciszek pragnął podzielić się swoją osobistą historią z wiernymi na całym świecie. Dyskretnie eksploruje instytucję maleńkiej enklawy, w której przenikają się sacrum i profanum, toczą rozgrywki polityczne, nie brakuje manipulacji, intryg i walki o władzę. Jego poprzednik, Benedykt XVI, przekazał mu „białe pudło”, które było nierozbrojoną miną. U schyłku ośmioletniej misji wspomniał on o oszpeconym podziałami obliczu Kościoła i rywalizacji wewnętrznej. Innym razem, podczas nabożeństwa Drogi Krzyżowej, obnażył mechanizmy władzy za Spiżową Bramą: „Ileż brudu jest w Kościele, i to właśnie wśród

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Tam, gdzie zawsze wygrywa PiS

Ktokolwiek by wygrał, wojna polsko-polska będzie trwać

Podlasie miesza się tu z Mazowszem, drewniane chaty z domami z pustaków i oborami z cegieł, błoto i trawa z betonozą, a cerkwie z kościołami. Im dalej na północ, tym cerkwi mniej, im dalej na zachód od powiatu hajnowskiego, tym mniej Podlasia, a więcej Mazowsza.

Znajdujemy się w powiatach: bielskim, wysokomazowieckim i łomżyńskim, w gminach: Brańsk, Klukowo, Kulesze Kościelne, Kobylin-Borzymy, Przytuły. Ludzie tu, gdy się ich pyta o politykę, mówią, że mówić nie chcą, ale i tak mówią i się rozgadują. Na koniec mówią, że chcą być anonimowi. Ci, którzy chcą być anonimowi w wymiarze lokalnym (bez imienia i nazwiska), mieszają się z tymi, którzy chcą być anonimowi w wymiarze globalnym (bez nazwy miejscowości albo i powiatu). Uszanujmy więc te prośby. Zbierzmy ich opinie o Polsce i polityce i niech wygłoszą je anonimowe Wyborczynie i anonimowi Wyborcy. Wsiadamy z nimi do samochodu i jedziemy w trasę po gminach, które łączy bliskość geograficzna i ideologiczna, bo wszędzie tu od lat wygrywa Prawo i Sprawiedliwość.

Jego przemówienia są płomienne, konkrety są w tych przemówieniach

W drodze do Brańska zerknijmy do statystyk. W każdej odwiedzanej przez nas gminie w wyborach parlamentarnych w 2023 r. PiS miało ponad 70% głosów, Koalicja Obywatelska poniżej 6% (tylko w jednej przekroczyła próg wyborczy), Konfederacja powyżej 8%, a Lewica poniżej 2%. W 2020 r. Andrzej Duda wszędzie tu zdobył powyżej 80% głosów i wszystkie gminy znalazły się w pierwszej dziesiątce jego najlepszych gminnych wyników.

Rafał Trzaskowski w każdej miał poniżej 4% głosów, a Krzysztof Bosak – powyżej 5%.

W samochodzie wygłaszane są trzy pewniki. Po pierwsze, wygra Karol Nawrocki. Jedziemy przez Brańsk i większość pasażerów nie ma wątpliwości. Za oknem plakaty wyborcze kandydata obywatelskiego mieszają się z plakatami i bilbordami reklamowymi, z przewagą tych drugich. Nawrocki wisi między reklamami nasion, żwirowni i tartaków, wisi na domach, przy rondach, obok szkół, na płotach i ogrodzeniach, obok sprzedaży betonu wisi i obok autoserwisów oraz wynajmu minikoparek.

– Nasze strony są prawicowe i katolickie – mówi Wyborca. – Jest trochę lewicowych, ale ja ich wyczuwam.

– Jak? – pytam.

– W dyskusji. Od razu się czuje, gdy człowiek nie jest po naszej stronie.

Naszej, czyli za Karolem Nawrockim, kandydatem jedynym, prawicowym; normalnym i prawdziwym Polakiem, który o Polskę dba, a jego przemówienia są płomienne, konkrety są w tych przemówieniach.

Są konkrety dotyczące polityki zagranicznej. Nawrocki będzie trzymał ze Stanami Zjednoczonymi, bo Donald Trump jest naszym przyjacielem, podczas gdy na Francję czy Niemcy nie ma co liczyć. Są konkrety dotyczące uchodźców. Nawrocki zrobi z nimi porządek. W samochodzie więcej niż o granicy polsko-białoruskiej, do której z Brańska jest ok. 80 km, mówi się o granicy polsko-niemieckiej, do której jest ok. 630 km.

– Wie pani, my tutaj oglądamy Republikę. W co drugim domu jest Republika – opowiada Wyborczyni.

– I co tam mówią?

– Same normalne rzeczy, prawdziwe, o których inne telewizje nie powiedzą. O wszystkim mówią, np. o tym proteście w Zgorzelcu. Czy inne telewizje to pokazały?

W ostatnich dniach TV Republika zaprezentowała materiał ze Zgorzelca. Można go obejrzeć na stronie internetowej stacji – Robert Bąkiewicz, podpisany jako „szef Rot Marszu Niepodległości i partii Niepodległość”, przemawia podczas „protestu przeciwko przerzucaniu przez polsko-niemiecką granicę migrantów z Niemiec”.

– Niemcy największe gówno nam tu przywożą! – żołądkuje się Wyborczyni. – Trzeba bronić. Tam też by się mur przydał.

Sytuacja w Polsce jest przez większość pasażerów uznawana za złą.

– Bardzo źle się dzieje – podkreśla Wyborca.

– Co konkretnie?

– Sprzedają Polskę. Pani dziennikarka i pani nie wie?

– A komu?

– Przyjaciołom z Zachodu – a „przyjaciołom” mówi tak, że gdyby znał gest brania w cudzysłów, toby go zrobił.

Sprzedają polskie lasy, sprzedają polski przemysł, wszystko sprzedają za granicę. Temu, kto da więcej. To, co polskie, jest spychane, polskie małe sklepy są zamykane kosztem zagranicznych marketów, podczas gdy o Polskę powinno się dbać jak

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Projekt 2025 zmienia Amerykę

W czarny tunel historii pchają kraj coraz głębiej nie chaotyczne ruchy Trumpa, ale skoordynowane działania prawicowych ideologów

Korespondencja z USA

Gdy Uniwersytet Columbia zgiął kark przed Trumpem, prosząc o odblokowanie 400 mln dol. niewypłaconych uczelni grantów i dofinansowań, Ameryka, a przynajmniej jej część, zamarła ze zgrozy. W zamian za pieniądze uczelnia zgodziła się spełnić wszystkie żądania Trumpa – ograniczyć studentom prawo do protestów, zdywersyfikować ideologicznie kadrę naukową i zrewidować ofertę dydaktyczną w zakresie studiów bliskowschodnich, południowoazjatyckich i afrykanistycznych.

400 mln dol. piechotą nie chodzi, ale każdy wie, że instytucja o renomie Columbii spokojnie mogłaby się obejść bez tych pieniędzy. Przywilejem i wyróżnikiem szkół tworzących sławetną Ligę Bluszczową jest przecież to, że mają nader hojnych darczyńców i budżety zasilane rocznie nie wielomilionowymi, ale wielomiliardowymi endowments, czyli darowiznami.

Bije wręcz po oczach, że decyzja Columbii musiała być podyktowana czymś zupełnie innym niż bieda. Czym? Żeby na to pytanie odpowiedzieć, trzeba się przyjrzeć kilku sprawom. Nie tylko „sporowi” Columbii z Trumpem o zamrożone dotacje, ale i szerszemu, trwającemu od dekad konfliktowi na linii amerykańskie uniwersytety-prawica. A na końcu umiejscowić to wszystko w kontekście opisywanego już na tych łamach wielokrotnie Projektu 2025. I na nim się zatrzymać, bo jest kluczem do zrozumienia obecnej sytuacji w Ameryce. W czarny tunel historii wpychają kraj coraz głębiej nie chaotyczne ruchy Trumpa, lecz doskonale skoordynowane działania prawicowych ideologów stojących za Projektem 2025.

Kneblowanie uniwersytetu

Czym naraziła się konserwatystom Columbia? Z grubsza rzecz ujmując, protestami studenckimi związanymi z wybuchem wojny w Gazie. Były to wystąpienia propalestyńskie i antyizraelskie, choć warto pamiętać, że solidarność z Palestyńczykami nie była ich motywem przewodnim. Studenci domagali się przede wszystkim tego, by uczelnia wycofała swoje inwestycje z firm zbrojących Izrael. A mieli ku temu powody. Ameryka od początku przecież stanęła na stanowisku, że udziela Izraelowi bezwarunkowego wsparcia, Columbia zaś, jak zresztą wiele innych prywatnych uczelni w kraju, była udziałowcem w firmach zbrojeniowych, inwestując w dodatku czesne. Studenci rozumieli to w ten sposób, że ich własne pieniądze zabijają w Gazie ludność cywilną.

Na celowniku polityków prawicy Columbia znalazła się jednak dopiero w momencie, gdy w przestrzeni publicznej pojawiły się skargi środowisk żydowskich, że studenci żydowscy nie czują się w obliczu tych protestów komfortowo, a nawet boją się o swoje bezpieczeństwo. Czy na uczelni rzeczywiście dochodziło do nękania i prześladowania Żydów – to pozostaje do wyjaśnienia. Columbia uznała jednak, że powinna się ustosunkować do stawianych jej zarzutów o rzekome lekceważenie dobrostanu niektórych swoich podopiecznych i po fali szczególnie intensywnych protestów wiosną 2024 r. wysłała przeciwko demonstrantom policję. Niewykluczone, że zrobiła to za radą Białego Domu. Kampania prezydencka 2024 wchodziła przecież w decydującą fazę i demokraci coraz głośniej zastanawiali się, czy sprawa palestyńska nie zaszkodzi im w taki sam sposób jak protesty przeciwko wojnie w Wietnamie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Jak w raju

Za sprawą rajów podatkowych Unia Europejska traci rocznie około 825 mld euro, czyli 1,6 tys. euro na każdego jej mieszkańca

Podatków nikt nie lubi płacić. Zwłaszcza nie lubią tego wielkie międzynarodowe koncerny. Prymitywne metody, takie jak fałszerstwa księgowe, niedeklarowanie wszystkich zysków, zaniżanie dochodów lub udział w złożonych tzw. karuzelach VAT-owskich, preferują drobni krętacze, którzy, nim wpadną, mogą zarobić kilka, kilkanaście milionów złotych, euro lub dolarów. Możni tego świata korzystają z usług wielkich kancelarii prawnych, a pieniądze trzymają w rajach podatkowych, czyli krajach lub jurysdykcjach oferujących bardzo niskie bądź zerowe stawki podatku, zarówno od przedsiębiorstw, jak i osób fizycznych. Raje zapewniają też niezbędną poufność, nie ujawniając tożsamości osób fizycznych i rzeczywistych właścicieli zarejestrowanych tam spółek. Umożliwia to gromadzenie łapówek, dochodów i zysków, które są niezgłoszone i nieopodatkowane, co w konsekwencji prowadzi do znacznych strat w dochodach podatkowych innych państw. Szacunki wskazują, że w rajach podatkowych może być ukryte ponad 30 bln dol. To niewyobrażalny majątek.

Formalnie niemal każdy rząd kraju wysokorozwiniętego deklaruje walkę z podobnymi praktykami. Na przykład Komisja Europejska dokłada starań, by wyprowadzanie zysków z państw unijnych było utrudnione. Czy to się udaje? Raczej nie. Dlaczego? Bo sztuka polega na tym, aby transfer pieniędzy z miejsc, w których są one zarabiane, do miejsc, w których nie trzeba płacić podatków i nikt nie zadaje trudnych pytań, odbywał się zgodnie z prawem.

Dlatego w praktyce w europejskim obszarze gospodarczym unikanie opodatkowania zysków odbywa się legalnie, o co dbają tabuny doskonale opłacanych prawników i księgowych. Fiskus niemiecki, francuski czy polski może ćwiczyć dziarskość na drobnych przedsiębiorcach, którzy czegoś nie dopatrzyli lub o czymś zapomnieli. Wielkie międzynarodowe koncerny są poza zasięgiem.

Double Irish with a Dutch Sandwich

Double Irish with a Dutch Sandwich to nazwa bardzo popularnej techniki unikania płacenia podatków, którą w Unii Europejskiej stosowały takie amerykańskie koncerny jak Amazon, Apple, Facebook (Meta), Google czy Starbucks.

Dziwna nazwa tej techniki wynika z tego, że zyski – zanim trafiły do macierzystej firmy – najpierw przepływały przez irlandzką spółkę, następnie przez spółkę holenderską, a na końcu znowu przez spółkę irlandzką, by ostatecznie trafić do raju podatkowego.

W szczegółach wyglądało to tak: amerykański koncern zakładał spółkę zależną w Irlandii, przenosił swoją siedzibę do raju podatkowego, np. na Kajmany albo Seszele. W tych miejscach zagraniczne korporacje nie były opodatkowane. Irlandzka spółka holdingowa stawała się właścicielem praw własności intelektualnej do produktu lub usługi. Inna spółka założona przez ten sam koncern, ale w Holandii, nabywała licencję na własność intelektualną, produkt lub usługę od spółki irlandzkiej, a następnie sprzedawała je klientom w państwach o wysokich podatkach.

I tu zaczynały się czary. Zyski ze sprzedaży lub opłat licencyjnych wracały do tej samej irlandzkiej spółki, która transferowała je do spółki wydmuszki w raju podatkowym. Technika działała, gdyż prawo podatkowe w Holandii pozwalało na transfer nieopodatkowanych zysków do raju podatkowego bez konieczności zapłaty podatku u źródła. Poza tym firma z siedzibą w Holandii znalazła się w środku tej irlandzkiej „kanapki” dlatego, że irlandzkie prawo nie pozwalało na opodatkowanie takich „spółek skrzynek pocztowych”, jeśli nie miały one siedziby na terenie Zielonej Wyspy.

Ważne było zarejestrowanie „spółki skrzynki pocztowej” w irlandzkim rejestrze handlowym, aby zyski z licencji pozostały legalnie w Europie, a jednocześnie, by rezydencja podatkowa została przeniesiona do raju podatkowego, czyli na Kajmany, Bermudy albo Vanuatu.

Sowicie opłacani przez amerykańskie korporacje prawnicy, niezależni eksperci, redakcje najbardziej renomowanych zachodnich tytułów i politycy dowodzili, że wszystko jest w porządku. I było!

Szacuje się, że tylko w 2016 r. koncern Apple „zaoszczędził” dzięki zastosowaniu mechanizmu „kanapki” 8,5 mld dol. A Facebook w 2018 r. uniknął zapłacenia podatków na kwotę 15,8 mld dol. Google dzięki tej metodzie przez dekadę płacił jednocyfrowy podatek od zysków osiąganych poza Stanami Zjednoczonymi!

Rządy wzięły się za korporacje po 2020 r. Miało to związek z pandemią COVID-19, która spowodowała, że w ratowanie gospodarek bogate kraje zachodnie wpompowały – w formie pomocy przedsiębiorstwom – setki miliardów euro, dolarów, funtów i innych walut.

Nie można było przejść do porządku dziennego nad wykorzystywaniem luk w prawie przez cwaniaków, którzy zarabiali setki miliardów na unikaniu płacenia podatków, co elegancko nazywano „optymalizacją podatkową”. By utrudnić ten proceder, w 2021 r. kraje grupy G7 i G20 uzgodniły globalny minimalny podatek w wysokości 15%, który powinny płacić wielkie ponadnarodowe korporacje. Zgodnie ze wspólnym oświadczeniem państw grupy G7 oprócz tego należało zadbać o to, aby

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Igrzyska chaosu

Jak rząd PiS przepuścił prawie 2 mld zł na bezsensowną imprezę sportową

Igrzyska europejskie to egzotyczne i nic nieznaczące zawody sportowe wymyślone przez znudzonych brakiem zajęć działaczy Stowarzyszenia Europejskich Komitetów Olimpijskich. Pierwsza edycja odbyła się w 2015 r. w Baku w Azerbejdżanie, a druga w 2019 r. w Mińsku na Białorusi. To raczej nie przypadek, że żadne demokratyczne państwo nie było zainteresowane taką imprezą, a igrzyska zorganizowano w krajach, gdzie rządzą autokraci i dyktatorzy, którzy wykorzystali sport do promocji*.

W 2023 r. pałeczkę przejął Kraków, a III Igrzyska Europejskie miały być wydarzeniem historycznym i zarazem dowodem na to, że Polska pod rządami PiS wstała z kolan. Jarosław Kaczyński podobnie jak prezydenci Ilham Alijew i Aleksander Łukaszenka musiał się pochwalić sukcesem. Zbliżały się wybory parlamentarne, a impreza o dumnej nazwie była znakomitą okazją do promocji partii rządzącej i jej polityków.

Propaganda sukcesu

PiS do współorganizacji igrzysk namówiło przychylnych sobie samorządowców z Małopolski, obiecując im górę pieniędzy nie tylko na inwestycje w obiekty sportowe, ale też na budowę i modernizację infrastruktury drogowej oraz zakup nowoczesnych autobusów miejskich i tramwajów. Utworzono spółkę Igrzyska Europejskie 2023, która miała się zająć przygotowaniem imprezy, a której udziałowcami zostały: Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego i Urząd Miasta Krakowa. Natomiast na pełnomocnika rządu ds. koordynacji igrzysk premier Mateusz Morawiecki wyznaczył Jacka Sasina, choć miał on już na swoim koncie „sukces” w postaci organizacji wyborów kopertowych i zmarnotrawienia ponad 76 mln zł.

„Traktujemy igrzyska jako przedsięwzięcie ogólnonarodowe, które będzie się ogniskować w Krakowie i Małopolsce. To wielka szansa na promocję Krakowa i regionu. Dzięki tej imprezie możemy pokazać Polskę jako miejsce, które nie odbiega poziomem rozwoju od pozostałej części Europy, miejsce, które warto odwiedzić i zostawić tu swoje pieniądze”, mówił ówczesny wicepremier i minister aktywów państwowych.

Prezesem spółki Igrzyska Europejskie 2023 został Marcin Nowak, były lekkoatleta i olimpijczyk oraz były dyrektor jednego z departamentów w Ministerstwie Sportu i Turystyki.

Pytany przez „Dziennik Zachodni”, czy nie ma obaw, że nie podoła tak trudnemu zadaniu jak organizacja igrzysk, Nowak odpowiedział: „Najważniejszym argumentem dla mnie było to, że jest to impreza, której w Polsce jeszcze nie było, której nawet w Unii Europejskiej jeszcze nie było. Pojawiła się wielka

* IV Igrzyska Europejskie odbędą się w 2027 r. w Stambule, którego burmistrz Ekrem İmamoğlu został niedawno wtrącony do aresztu pod zarzutami rzekomej korupcji (więcej na s. 36). Zdaniem opozycji zatrzymanie głównego przeciwnika politycznego wszechwładnego prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana to tylko pretekst do pozbycia się niewygodnego konkurenta.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Talibowie by go pokochali

Wielu widziało go już w Pałacu Prezydenckim. Pakujący walizki prezydent Duda zaczął nawet montować pakt na rzecz przyszłej koalicji PiS z Konfederacją. Zbyt szybko uwierzyli, że Sławomir Mentzen może być mężem opatrznościowym prawicy. Szło mu dobrze, dopóki jeździł po kraju na spotkania z wyznawcami Konfederacji. Przemyślana i sprawnie prowadzona kampania prezydencka przykrywała słabe punkty kandydata. Mentzen wygłaszał wyuczone teksty, robił sobie selfie. I jechał do kolejnego miasteczka, na rynek, gdzie już na niego czekali potencjalni wyborcy znający go dotąd z mediów społecznościowych. Taka kampania mogła się udać. Ale tylko wtedy, gdyby wokół Mentzena zbudowano mur jak na granicy. Szczelnie chroniący przed mediami. I nim samym. Bo największym problemem Mentzena są jego poglądy. Gdyby zmienił eleganckie ubranko na strój fanatycznych islamistów, talibowie by go pokochali. I to bardziej niż on zgwałcone dziewczynki i kobiety. Jego słowa o gwałcie jako „nieprzyjemności” są dowodem wyjątkowego zwyrodnienia człowieka, który ubiega się o najwyższy urząd w państwie. Słowa haniebne. Wykluczające ze wspólnoty obywatelskiej.

Są i pewno będą wokół nas podobni do niego. Równie bezwzględni i cyniczni. Zabiegający o władzę wszelkimi metodami.

Jaką mają ofertę dla Polaków? Całkowity zakaz aborcji. Płatne studia. Leczenie u felczerów i szeptuchy. Prawny zakaz rozwiązywania małżeństw sakramentalnych. Tyle Mentzen proponuje w pierwszym etapie szczerości. Sądzę, że to nie jest ostatnie słowo tego konfederaty. Ma tak silną pozycję, że żadna kobieta z jego obozu nie odpowiedziała publicznie na pytanie, co zrobić, gdy zgwałcona zostanie 14-, 15-latka. Kariera ponad dylematy moralne. I krzywdę ofiar. Mentzen jako kandydat do drugiej rundy wyborów i rywal Rafała Trzaskowskiego odpadł właśnie z wyścigu. Oby.

Z polskiej polityki jednak nie zniknie. Jest gwarancją, że będzie jeszcze gorzej. I brutalniej. Łajdactwo w nowoczesnym opakowaniu jest groźne. Tacy politycy jak Mentzen są szczególnie niebezpieczni dla otoczenia, bo lepiej od innych potrafią manipulować zachowaniami ludzi. Łowią zwolenników wśród najmłodszych. Najbardziej podatnych na demagogię i populizm. Zostawienie im młodych fatalnie wróży nam wszystkim. Brunatna przyszłość to koszmar, który nie może się powtórzyć. Trzeba ich zatrzymać, póki jeszcze są słabi. I póki mówią coś szczerze. To jest pole konfrontacji dla lewicy. Cywilizacja kontra polski taliban.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.