Książki
Stefan Chwin do czytania z uwagą
„Pan to jakoś tak zawsze na uboczu, jakby nie chciał pan w nic wchodzić głębiej. Ani po jednej stronie, ani po drugiej. Prawda?”, mówił do niego prof. Józef Bachórz, recenzent jego doktoratu. „Miał rację – odpowiada Stefan Chwin – To była moja busola: żyć na uboczu, a nawet w ukryciu, w nic się nie angażować całym sercem, być niewidocznym, robić swoje, żeby sobie zapewnić warunki do pisania, i nic nad to”.
Oto komfort klerka. „Swobodna obojętność na opinie ludzi, którzy będą mnie żegnać”… „Dziennik pisany w Gdańsku” taki właśnie jest. Rzadko nas zabawia, przeważnie kąsa, zmuszając umysł do pracy.
Oto Stefan Chwin!
„Proszę pana, w tym kraju nie chodzi się w kapeluszu”, upominał go na ulicy pewien „prawdziwy Polak”, pilnujący, byśmy nawet ubiorem nie odrywali się od stada. Może więc to nie jest komfort mieć własne zdanie? Przeciwko mitom, które stały się niepodważalną wiarą? I pomnikom, które wystawiliśmy?
Herbert
Jak do paru zdań skondensować długi wywód?
„Napisał jeden z najbardziej bezwzględnych wierszy z gatunku moralistycznych w literaturze polskiej. Wiersz nosił tytuł »Przesłanie Pana Cogito« i potrafił zaczadzić swoim straceńczym urokiem niemałą liczbę polskich inteligentów, którzy osobiście nie kiwnęli nawet palcem w walce z komunizmem, ale chętnie – owładnięci bezpiecznym podziwem dla Gilgamesza, Hektora i Rolanda – wpatrywali się we wzniosły przykład starożytnych niezłomnych.
(…) W wierszu tym budował dyskryminacyjne przeciwstawienie »wyprostowanych« (sam chciał się do nich zaliczać) oraz »odwróconych plecami i obalonych w proch«. Co rozumiał przez »obalonych w proch«, nigdy nie wyjaśnił, pozostając na zawsze przy enigmatyczności tej obraźliwej formuły, która pogardliwie opisywała niemałą liczbę Polaków, żyjących w Polsce pojałtańskiej.
(…) Kochając Polskę, Herbert widział ją jedynie w osobach opozycyjnych straceńców, sam w wierszu »Pan Cogito o postawie wyprostowanej« utożsamiając się z antycznym samobójcą Katonem z miasta Utyka, który – zgodnie z ideą »ocalałeś nie po to, aby żyć« – swoją niezłomność przypłacił życiem, ale ocalił godność i czystość duszy.
(…) Konsekwentnie zamykał oczy na zmiany systemu komunistycznego, które następowały po roku 1956, bo nie tylko nie chciał ich widzieć, ale też wiedział, że jeśli je uwzględni w swoich wierszach, straci cały urok straceńczego emploi, które przyniosło mu sławę. Dobrze zdawał sobie sprawę, że polskim inteligentom smakował przede wszystkim jako katoński straceniec, piszący piękne, czyste »antyczne« wiersze o niezgodzie na Zło. Czuł, że podoba się Polakom właśnie jako poeta niezłomnego sprzeciwu, i chętnie w tej roli występował. Komunistyczne władze pozwalały mu przemieszkiwać raz w kraju, raz na Zachodzie, bo nigdy jednak nie zdecydował się na pełny status poety-emigranta. Jeśli buntował się przeciwko systemowi, buntował się zręcznie, zapewniając sobie obecność swoich książek w spisach lektur.
(…) Z zastanawiającym uporem »realny socjalizm« w Polsce i po-chruszczowowską Rosję uważał za niezmiennego »potwora Pana Cogito«, tego samego, który przeprowadzał krwawe czystki w latach trzydziestych i strzelał w tył głowy oficerom polskim w Katyniu. Tak myślał o »realnym socjalizmie« nawet w epoce Gierka, udając przy
Stefan Chwin,
Dziennik pisany w Gdańsku,
Wydawnictwo Tytuł, Gdańsk 2025
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Zredukowani, znaczy niepotrzebni
Światowy kryzys (1929-1933) dosięgnął II Rzeczpospolitą i mocno się odcisnął na życiu i zasobach Polaków. Spowodował, że w wielu regionach kraju aż 20-30% ludzi straciło zatrudnienie (w niektórych miastach i branżach nawet ponad 50%), zarówno na terenach zurbanizowanych, jak i typowo rolniczych. Bieda dotknęła całe rodziny,
Kamil Piskała, Zredukowani. O społecznych skutkach Wielkiego Kryzysu, Muzeum Historii Polski, Warszawa 2025
Plac Słowiański 12
Tego świata, w którym Eugeniusz Kurzawa mógł studiować, nie mając grosza przy duszy, już dawno nie ma. A dla tych, którzy teraz studiują, jego wspomnienia z lat 70. są czymś z gatunku science fiction. No bo jak ci młodzi współcześni mogą uwierzyć, że socjalistyczna ojczyzna zapewniała studentom stypendia (standardowo 1250 zł miesięcznie,
Eugeniusz Kurzawa, Plac Słowiański 12, Pro Libris
– Wydawnictwo WiMBP im. Cypriana Norwida w Zielonej Górze, 2026
Nemo robi porządek
Witold Ślusarski, jeden z twórców kiedyś słynnej krakowskiej szkoły reportażu radiowego, w książce „Jest robota, kapitanie” połączył pięć jednoaktówek poruszających ważne współczesne problemy Polaków. W każdej teatralnej miniaturze jest jakaś rzecz do zastanowienia się i do naprawy. A ponieważ autor książki nie bardzo wie,
Planeta Syberia
Bestseller, który doczekał się VIII wydania, inspiruje dwa pokolenia polskich podróżników
Syberia od zawsze pobudzała moją wyobraźnię londonowskim duchem przygody. Dziś już bym nie zliczył, ile tysięcy kilometrów przemierzyłem w ciągu niemal tysiąca dni – bo tyle ich się nazbierało przez 30 lat – samolotami, terenowymi łazikami, przedpotopowym kukuruźnikiem lądującym w dowolnym terenie, śmigłowcami, końmi, łodziami motorowymi czy kamazami po zamarzniętych rzekach dalekiej Północy. Docierałem do miejsc, do których nawet rosyjscy dziennikarze mieli utrudniony wstęp.
Na Wyspach Kurylskich podziwiałem lasy subtropikalne, a dalej na północ, na Wyspach Komandorskich, jadłem największe kraby i czerwony kawior w nieprzyzwoitych ilościach, bo nic innego nie było w miejscowej stołówce. Kamczatka uwiodła mnie wiecznie ośnieżonymi stożkami wulkanów, z których buchają pióropusze popiołu. Dantejskie piekło istnieje w unikatowej Dolinie Gejzerów, gdzie tytaniczne siły wyzwalają z wnętrza planety fumarole i
Jacek Pałkiewicz, Syberia, Świat Książki, Warszawa 2023, 600 stron, 400 zdjęć kolorowych
Nasi Kresowi
Książka Alojzego Srogi „Początek drogi. Lenino” może być porównywana z reportażem Melchiora Wańkowicza „Monte Cassino”
Napisać, że kolejny tom „Kresowej Atlantydy” prof. Stanisława Sławomira Niciei to efekt jego tytanicznej, benedyktyńskiej pracy, to jakby nic nie napisać. Bo można wydawać jedną po drugiej książkę, ale ślad i pamięć po nich szybko znika. Na czym więc polega wielkość XXII już tomu, poza ogromnym materiałem poznawczym i ikonograficznym? Na generalnym przesłaniu, samej idei „Kresowej Atlantydy” – pokazaniu Polaków zamieszkałych przez wieki na Kresach Wschodnich w całym ich jestestwie. Z dobrymi i złymi cechami oraz uczynkami, bez względu na to, czy mają książęce tytuły, czy pochodzenie włościańskie. Na kartach kolejnych tomów przewijają się więc ludzie, o których uczyli się absolwenci szkoły podstawowej, ale i tacy, o których nie słyszeli nawet studenci wydziałów historycznych.
I jest jeszcze coś, co niezwykle wyróżnia i podnosi wartość pisarstwa prof. Niciei. Autor nie ogranicza się do suchego opisu kresowiaków i ich dziejów. Często jest ich orędownikiem, a nierzadko (słusznie!) zagorzałym obrońcą. Nie unika zderzenia z opiniami modnych dziś historyków lub polityków, dla których np. berlingowcy to „polskojęzyczni rosyjscy przebierańcy”. Nie waha się pisać wprost, kto tego typu idiotyzmy wypowiada i dlaczego szkodzą one nam, współczesnym.
W XXII tomie czytelnik znajdzie rozdziały o wołyńskiej stolicy Radziwiłłów, ich „małej Warszawie”, kolebce Czartoryskich, i Lidzie – mieście lotników. A do tego przebogaty wybór fotografii, ukazujących ludzi, których już nie ma, a którzy dzięki prof. Niciei stają się nam bliscy.
Paweł Dybicz
Dramat tysięcy żołnierzy armii Berlinga, sponiewieranych na syberyjskiej katordze, z dużą dozą autentycznych realiów ukazał Jerzy Hoffman (również syberyjski zesłaniec, syn zesłańca oraz żołnierza Berlinga) w filmie „Do krwi ostatniej” (1978). Ten epicki fresk filmowy nawiązywał tytułem do słów narodowej pieśni patriotycznej – „Roty” Marii Konopnickiej: „Do krwi ostatniej kropli z żył / Bronić będziemy ducha, / Aż się rozpadnie w proch i pył / Krzyżacka zawierucha. / Twierdzą nam będzie każdy próg. / Tak nam dopomóż Bóg!”.
(…) Scenarzystą filmu Hoffmana był Zbigniew Safjan– mistrz w tym rzemiośle (m.in. scenarzysta „Stawki większej niż życie”), również żołnierz Berlinga. Scenariusz – poza dokumentacją archiwalną – oparto na biograficznym reportażu „Początek drogi. Lenino”, ponadczasowej, jednej z najważniejszych książek polskich autorów o tematyce wojennej II połowy XX w. Jej autor, Alojzy Sroga, zmarł młodo, na progu rozkwitu swego talentu, ale – nie mając szczęścia u krytyków, a zwłaszcza biografów – został niemal kompletnie zapomniany.
Alojzy Sroga (1927-1980) należał do pokolenia, które zmitologizował Roman Bratny w słynnej powieści „Kolumbowie. Rocznik 20”. (…) Gdy wybuchła wojna, Alojzy miał 12 lat i był uczniem szkoły podstawowej. W czasie okupacji uczęszczał do funkcjonującego w Lublinie Gimnazjum Chemicznego. Mając 16 lat, wstąpił w szeregi AK, złożył przysięgę, przyjął pseudonim „Wicher” i realizował zadania wywiadowcze. Gdy 24 lipca 1944 r. do Lublina dotarli żołnierze armii Berlinga, w ciągu trzech dni zgłosiło chęć wstąpienia do tej polskiej formacji wojskowej 1002 ochotników, w tym 64 oficerów, 237 podoficerów i 701 szeregowców (203 z AK). Był wśród nich również 17-letni Alojzy Sroga. 8 sierpnia ujęto go w ewidencji 3. Zapasowego Pułku Piechoty i po pewnym czasie trafił do 3. DP im. Romualda Traugutta. We wrześniu 1944 r. był elewem szkoły podoficerów polityczno-wychowawczych, po ukończeniu której skierowano go na front, 30 listopada został mianowany sierżantem. Cieszył się autorytetem i przyjaźnią wśród żołnierzy, z którymi przyszło mu wspólnie walczyć.
W styczniu 1945 r. uczestniczył w walkach o Warszawę, a następnie poszedł z kompanią fizylierów I Armii na Wał Pomorski. W ciężkich walkach o Kołobrzeg, które później opisał w swej chyba najważniejszej książce „Na drodze stał Kołobrzeg”, został ranny w ramię. Po rekonwalescencji wrócił na front, ale znów odniósł ranę – tym razem ciężką, w szyję i obojczyk, która po latach stała się przyczyną jego przedwczesnej śmierci, gdy był w rozkwicie talentu i uznania. Za udział w walkach dwukrotnie odznaczono go Krzyżem Walecznych.
16 kwietnia 1946 r. został zdemobilizowany. W cywilu ożenił się z koleżanką z czasów szkolnych – Aleksandrą Niewęgłowską i miał z nią dwóch synów: Jana – fotografika, i Wojciecha – leśnika, oraz córkę, Magdalenę – polonistkę, później bardzo znaną, pod nazwiskiem Mikołajczak, dziennikarkę, prezenterkę i producentkę telewizyjną, reporterkę i aktorkę. (…)
Po przejściu do cywila Alojzy Sroga ukończył studia chemiczne na UMCS w Lublinie, ale pozostał mu wielki sentyment do wojska i potrzeba spisania historii szlaku wojennego, którym przeszedł ze swoimi żołnierzami w drodze na Berlin. Jeszcze jako czynny żołnierz był korespondentem wojennym centralnego organu prasowego wojska „Polska Zbrojna”, a później związał się z lubelskim „Sztandarem Ludu”, gdzie opublikował swój pierwszy reportaż pt. „Szoferacy”, mówiący o szoferach wojskowych, którzy podczas walk armii Berlinga na Wale Pomorskim dowozili jej (kursując między Wałczem, Mirosławcem, Nadarzycami i Czaplinkiem) niezbędną broń, żywność, pocztę dla żołnierzy oraz inne materiały.
Sroga zajął się też tematyką wiejską, a następnie związał się z Polskim Radiem, emitując na jego falach liczne wywiady z osobami, które spotykał na drogach swych reporterskich podróży. Był dziennikarzem III Programu PR, słynnej Trójki, w której objął w 1971 r. funkcję wicedyrektora. (…)
Na przełomie lat 60. i 70. XX w. Alojzy Sroga zebrał materiał, a następnie napisał dwa wielkie epickie reportaże w formie obszernych książek o żołnierzach uczestnikach bitwy pod Lenino oraz walk o Kołobrzeg. Pisząc to swoje opus magnum, nawiązał kontakt z około tysiącem uczestników tych bitewnych zmagań i spisał setki autoryzowanych relacji żołnierzy, którzy po wojnie zamieszkali w różnych częściach Polski i których osobiście odwiedził. Byli to ludzie różnych zawodów, różnej kondycji intelektualnej i społecznej, głównie Kresowianie, i – nim w Sielcach trafili do formowanej 1. Dywizji im. Tadeusza Kościuszki i zamienili łagierniane łachmany na mundur wojskowy – przecierpieli wiele miesięcy w stepach Kazachstanu lub w tundrach Sybiru. (…)
Dzieło Srogi wypełnione jest personaliami, detalami i fleszami biograficznymi żołnierzy z kresowych miast i wsi. Wśród tych, którzy dostali rozkaz: „Do Polski, na Zachód marsz!”, byli m.in. bracia Józef i Kazimierz Grynienkowie z Brzeżan – o twarzach ogorzałych i spękanych od syberyjskich
Stanisław Sławomir Nicieja, Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych, t. XXII: Ołyka, Nieśwież, Klewań, Lida, Wydawnictwo Uniwersytetu Opolskiego, Opole 2025
Jak córka z matką
Zaryzykowały szczerość
Dr hab. Brygida Helbig – urodzona w Szczecinie pisarka, literaturoznawczyni, do 2021 r. profesor UAM. Podcasterka radia Cosmo, trenerka pisania, mentorka, kierowała Biurem Polonii w Berlinie. Jej „Niebko” znalazło się w finale Nagrody Literackiej Nike w 2014 r., opowiadania „Enerdowce i inne ludzie” były nominowane do Nike i Nagrody Literackiej Gryfia w 2012 r. Biograficzną powieść o Marii Komornickiej/Piotrze Właście „Inna od siebie” nominowano do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy. Mieszka w Berlinie.
Justina Helbig – urodzona w Zagłębiu Ruhry, absolwentka psychologii na Uniwersytecie w Sheffield w Wielkiej Brytanii, coach i mentorka ze specjalnością relacji rodzinnych i partnerskich. Debiutowała w 2006 r. opowiadaniem „Anders als alles” wyróżnionym w szwajcarskim konkursie literackim, pierwszy wiersz opublikowała w berlińskim „Tagesspiegel”. Prowadzi m.in. doradztwo psychologiczne dla Biura Polonii w Berlinie.
Zaryzykowałyście szczerość. Wasza książka pomaga objaśnić wiele z życia kilku pokoleń nie tylko kobiet. Jak wam się z tą wspólną książką żyje?
Brygida: – Było dużo niepokoju na początku, bo pisząc książkę jednak dość osobistą, rzeczywiście ryzykowałyśmy wiele. To miłe zaskoczenie, że ludzie tak ciepło ją przyjmują. Wiele czytelniczek ujmuje autentyczność książki, a także szczerość Justyny, która „przyznaje się”, że jest w niej sobą. Po spotkaniach czytelniczki chcą rozmawiać, bardzo je ciekawi głos drugiego pokolenia migrantów w Niemczech. Tak było np. po spotkaniu w Berlinie w Polskiej Kafejce Językowej.
Justino, jesteś psycholożką, nie pisałaś nigdy zawodowo. Stąd bierze się twoja większa autentyczność? Mama jest zawodowo związana z pisaniem.
Justina: – Czytelniczkom faktycznie podoba się, że wprowadziłam do naszej powieści więcej prawdziwości. Kiedy mama zabierała się do pisania tej książki, a było między nami wtedy nie najlepiej, powiedziałam jej: „Mamo, to napisz po prostu o tym, jak jest, że jest nam teraz ciężko”. I w końcu tak zrobiła (śmiech).
Brygida: – Ja jednak się upieram, że nie jestem bohaterką, jest nią Gizela. Czuję się bardziej chórem, który też w książce występuje, świadomością autorską unoszącą się nad tekstem. Gizela to tylko jakiś aspekt mnie. Justyna się śmieje, że zawsze tak mocno to podkreślam. Pewnie robię to dlatego, że jestem literaturoznawczynią, dla mnie postać literacka zawsze jest jednak kreacją, nawet jeśli inspirację czerpię z własnego życia.
Pisałyście książkę m.in. w waszym berlińskim mieszkaniu, „mieszkaniu kobiet”, które też ma swoją historię.
Brygida: – Tak, mieszkały tu wcześniej dwie kobiety, wdowy po żołnierzach Wehrmachtu. Straciły mężów i zamieszkały razem. Czy jest w tym mieszkaniu siła kobiet? Trudno mi powiedzieć. Czasem mam wrażenie, że brakuje tu energii męskiej (śmiech), że my, kobiety, wnosimy do tej przestrzeni nie tylko swoją siłę, ale i kolektywne traumy. Może czas stąd wyfrunąć?
W powieści mamy kilka planów: relacja matki i córki, Gizela i jej tata, ona i jej były mąż, jest i jej partner, jest Selina i jej ojciec. Sporo w książce tęsknoty za przyjazną męskością.
Brygida: – Faktycznie tak jest. Przy czym relacja matki i córki jest w książce oczywiście pierwszoplanowa, obie świadomie nad nią pracują – piszą, rozmawiają, śmieją się i kłócą. Inne ważne postacie to rodzice Gizeli. Ona sama znajduje się pośrodku, między córką a rodzicami. Z nimi nie może już raczej pracować nad relacją, to zupełnie inne pokolenie. Ale i te relacje są głębokie i ciekawe, także w nich nie brakuje poczucia humoru, mimo trudnych przeżyć i świadomości bliskiego odejścia. Uznałam, że warto opisać problem opieki nad starzejącymi się rodzicami, aby pokazać, w jak trudnej sytuacji znajdują się dzieci, same już w słusznym wieku. Często są pełne
Fałszywe świadectwo
Mit Żyda, niewiernego i niewdzięcznego wobec ojców Kościoła, był wałkowany na wszelkie sposoby
Artur Nowak: Jednym z fundamentów antyżydowskiego mitu są mordy rytualne. Nie da się ominąć tego tematu, jeżeli chcemy wyjaśnić historię prześladowań Żydów w różnych okresach historii. Zakładam, że nasi czytelnicy mają jakąś wiedzę na ten temat, ale nigdy dość dekonstrukcji tego mitu, a w zasadzie oszczerstwa. Zanim jednak zaczniemy rozmawiać o szeroko opisanych, zwłaszcza w literaturze amerykańskiej, mordach rytualnych, powiedzmy o innych pomówieniach mających zohydzić Żydów. Byli oni przedstawiani jako ci, którzy szerzą zarazy dziesiątkujące średniowieczne społeczeństwa.
Stanisław Obirek: Literatura na temat różnych sposobów oczerniania Żydów jest nie do ogarnięcia. Właściwie każdy szanujący się autor, który zajmuje się stosunkami żydowsko-chrześcijańskimi, wcześniej czy później pisze na ten temat książkę. Ich lektura jest dość przygnębiająca i w pewnym sensie monotonna, bo pojawiają się ciągle te same motywy, o których również w naszych rozmowach ciągle wspominamy.
Jednym z najlepszych znawców problematyki chrześcijańskiego antysemityzmu był zmarły w 2010 r. amerykański historyk Robert Michael, który napisał na ten temat wiele książek. Ale dwie zasługują na szczególną uwagę. „Holy Hatred: Christianity, Antisemitism, and the Holocaust” z 2006 r. („Święta nienawiść. Chrześcijaństwo, antysemityzm i Holocaust”), w której wykazuje, że bez długiej historii chrześcijańskiego antysemityzmu nie byłoby Holokaustu. Czy, ujmując rzecz jeszcze mocniej, to chrześcijaństwo utorowało drogę do Zagłady europejskich Żydów. Drugą książką jest „A History of Catholic Antisemitism: The Dark Side of the Church” z 2008 r. („Historia antysemityzmu. Ciemna strona Kościoła”). Obie powstały z potrzeby dania świadectwa prawdzie, bez której nie można sobie wyobrazić poprawnych stosunków między tymi dwiema grupami religijnymi.
Pierwsza składa się z pięciu rozdziałów, z których każdy jest małą monografią na tytułowy temat. Najpierw czytelnik otrzymuje szeroką panoramę chrześcijaństwa jako religii z gruntu antysemickiej, która doprowadziła do Holokaustu. Kolejno mamy omówione antyżydowskie traktaty ojców Kościoła, przemoc w okresie średniowiecza. Dwa ostatnie rozdziały poświęcone są ze względów oczywistych Niemcom, ze szczególnym uwzględnieniem kontynuacji wątków antysemickich od Lutra do Hitlera. Ostatni rozdział koncentruje się na wpływie Hitlera na tożsamość narodu niemieckiego. Druga ze wspomnianych książek, choć objętościowo skromniejsza, obejmuje znacznie szersze obszary tematyczne i koncentruje się w dużym stopniu na papiestwie. Mamy tu porównanie świata pogańskiego z katolikami, które nie wypada korzystnie dla tych drugich.
Robert Michael pokazuje też, jak w teologii chrześcijańskiej na długo przed Fryderykiem Nietzschem odwrócono wartości i jak bardzo zmasowany był wysiłek oczerniania Żydów. No i obrazuje, jak prawo rzymskie zostało użyte do dyskryminowania Żydów.
– Pojawiają się wątki znane z poprzedniej książki, jak średniowieczna przemoc i pogłębianie się procesu zniesławiania Żydów w okresie wypraw krzyżowych. Autor zatrzymuje się dłużej nad antyżydowską polityką papiestwa, a w ostatnich rozdziałach przygląda się antysemityzmowi trzech krajów: Austro-Węgier, Francji i Polski. Kończy rozważania analizą współczesnej polityki papiestwa i refleksją nad charakterem katolickiego rasizmu.
Jak wspomniałem, to tylko jedna z wielu propozycji książkowych, by poznać ciemną stronę historii chrześcijaństwa, w której mentalność antysemicka do dzisiaj jest mocno obecna. Przyprawianie Żydom rozmaitych gąb trwają od wieków.
Dominikanin Giordano da Rivalto, czyli Jordan z Pizy, który żył w latach 1260-1311, pisał, że Żydzi kontynuowali mordowanie Chrystusa, kradnąc hostię, i powtarzali ukrzyżowanie, atakując ją, jakby była ciałem. Brzmi to makabrycznie.
– Dobrze, że go wspominasz, bo Robert Michael poświęca mu sporo uwagi w swoich obu książkach. Jest on o tyle ciekawym przykładem antysemity, że był jednym z najlepiej wykształconych ludzi swego czasu, a wioska Rialto, z której pochodził, do dzisiaj szczyci się nim jako poprzednikiem Dantego ze względu na piękno dialektu toskańskiego, jakim się posługiwał. I to właśnie ten znakomicie wykształcony teolog jest autorem w samej rzeczy makabrycznych koncepcji.
Przywołajmy fragment jego rozważań z „Holy Hatred”, by zdać sobie sprawę z tego, o czym mówimy: „[Żydzi] są źli w sercu i nienawidzą Chrystusa ze złą nienawiścią (…) gdyby mogli, ukrzyżowaliby Go na nowo każdego dnia (…). Są znienawidzeni na całym świecie, ponieważ są źli wobec Chrystusa, którego przeklinają”. Te słowa nie pozostały bez konsekwencji. Jak pisze dalej Michael: „Giordano twierdził, że był obecny, gdy chłopiec Jezus w cudowny sposób pojawił się na hostii sprofanowanej przez Żydów. Z dumą twierdził, że ten cud pobudził chrześcijan do zamordowania 24 tys. Żydów w ramach kary za ich zły czyn”. Nawet jeśli te dane są przesadzone, dają nam pojęcie o straszliwym spustoszeniu
Fragmenty książki Artura Nowaka i Stanisława Obirka Antysemickie chrześcijaństwo, Prószyński i S-ka, Warszawa 2025
Powiastki filozoficzne Bronisława Łagowskiego
Są najlepszym antidotum na stare i nowe trucizny myślenia i życia politycznego w Polsce oraz na jad polskiej polityki historycznej
Kto pasjonuje się polityką, a łaknie realistycznego spojrzenia na rzeczywistość polityczną, znajdzie ogromną przyjemność w lekturze wydanych niedawno dwóch wyborów pism Bronisława Łagowskiego, rozproszonych w latach 1991-2019 w czasopismach, głównie w „Przeglądzie”. Zebrane razem w tomach „Czy Polskę stać na niepodległość?” (Universitas) oraz „Czy narody mają honor?” (Fundacja Oratio Recta) mogą stanowić swego rodzaju elementarz realistycznego myślenia o polityce i jednocześnie nietuzinkowy podręcznik propedeutyki filozofii politycznej.
Wieloletnim czytelnikom „Przeglądu” nie trzeba specjalnie objaśniać dzieła Bronisława Łagowskiego, ponieważ przez wiele lat dla większości prenumeratorów – a kto wie, czy nie dla wszystkich – cotygodniowa lektura ich ulubionego tygodnika obowiązkowo rozpoczynała się od strony z wyczekiwanym felietonem krakowskiego filozofa. Niech więc poniższe słowa będą zachętą dla jego nowych czytelników.
W ciągu kilku dekad uzbierało się ponad tysiąc wyjątkowych utworów, trudnych do sklasyfikowania gatunkowego, bo już na pierwszy rzut oka widać, że teksty te to coś więcej niż felietony. Nie będzie błędem uznanie ich za niefabularyzowane, miniaturowe powiastki filozoficzne. Forma literacka opowieści filozoficznej (le conte philosophique) powstała w dobie oświecenia we Francji jako wyraz krytyki społecznej i napomnienie rządzących (króla, parlamentu, kleru) czy – mówiąc ogólniej – możnych tego świata odpowiedzialnych za jego kształt, za obecne w nim błędy, zagrożenia i zło. Dla zmylenia cenzury i z chęci uniknięcia odwetu z ich strony, opisując współczesne realia, autorzy posługiwali się formą fabularną, bajkową, alegoryczną, ale niekiedy powiastka odnosiła się też do rzeczywistych wydarzeń, np. wojen, których znaczenie i konsekwencje wykraczały daleko poza czas ich trwania. Każda z tak opowiedzianych historii służyła za ilustrację pewnej ogólnej zasady dotyczącej moralności politycznej, mechanizmów życia społecznego, zalet i wad ustrojów politycznych czy uniwersalnych aspektów wojny.
W naszych czasach pisarze zajmujący się krytyką polityczną nie muszą się obawiać ani cenzury, ani odwetu władz i tym samym nie muszą już posługiwać się kostiumem historycznym czy fabułą bajkową przy wyrażaniu swoich ocen, obaw lub przestróg.
Punktem wyjścia każdej opowiastki Łagowskiego jest więc jakieś konkretne zjawisko społeczne, zdarzenie historyczne, wydarzenie polityczne, znacząca wypowiedź polityczna lub nośna opinia publicystyczna, które ogniskują uwagę społeczeństwa i zarazem są ilustracją realnych – choć często nieuświadamianych lub opacznie rozumianych – problemów, dylematów, ryzyka, przeszkód czy też ukrytych lub lekceważonych przejawów zła lub poważnego zagrożenia politycznego z punktu widzenia jakości, trwałości i bezpieczeństwa państwa.
Powiastki filozoficzne Łagowskiego nie są więc bajkami, alegoriami czy legendami, ale – paradoksalnie – odnoszą się prawie zawsze do zjawisk społeczno-politycznych, które w polskich realiach ubrane są w jakiś bajkowy, fałszywy kostium „historyczny”. O Polsce mówi się w świecie, że to kraj, w którym – w odróżnieniu od państw zachodnich – ludzie żyją historią, w którym historia jest ciągle obecna. Nie byłoby w tym nic dziwnego, jeśliby wziąć pod uwagę dwa fakty. Po pierwsze, Polska, przez długi okres nie mając państwowej formy istnienia, siłą rzeczy kompensowała ten brak, żyjąc zastępczo swoją historią. Po drugie, polskie zapóźnienie cywilizacyjne powodowało przesadne skupienie się na „chlubnej historii narodowej” w reakcji obronnej na kompleks niższości. (Dlaczego Francuzi nie muszą nikomu udowadniać, że Kartezjusz, który większą część dorosłego życia spędził w Holandii, a umarł w Szwecji, był Francuzem, podczas gdy my niemal każdemu napotkanemu cudzoziemcowi usilnie wbijamy do głowy nieco kłopotliwą polskość Kopernika, Chopina i Skłodowskiej-Curie?).
Problem z tego rodzaju spojrzeniem na rzeczywistość jest jednak taki, że jest ono skrzywione – w obu wymienionych okolicznościach mamy do czynienia nie z realną historią, taką, jaka była, lecz z mitologią, z historią taką, „jak my ją rozumiemy”, a więc z bajką czy też – jak się dzisiaj mówi – „narracją” historyczną. I o ile realna historia jest najlepszą nauczycielką dobrej polityki, o tyle historia sfabularyzowana, podkolorowana, ubrana w wymyślne, ale fałszywe teorie jest dla polityka najgorszym kierunkowskazem, jaki tylko można sobie wyobrazić. Jest także przeszkodą, zbędnym gorsetem i balastem dla obywateli, którzy chcą rozpoznawać w otaczającej ich rzeczywistości realne problemy i zagrożenia oraz autonomicznie formułować racjonalne oceny procesów, postaw i programów politycznych. Prócz wypaczonej historii na polskiej polityce ciąży balast błędnych, anachronicznych lub nieracjonalnych wizji polityki i polskiej racji stanu, zaczerpniętych z prawdziwej polskiej historii. Poglądy, programy i wizje strategiczne, którymi powinni się zajmować już tylko zawodowi historycy, mają w Polsce przedłużone życie i w obecnych realiach, zupełnie odmiennych od historycznych, nadal wyznaczają sposoby i kierunki myślenia polskiej klasy politycznej. Nie dopuszczając odstępstw od przyjętych a priori fałszywych aksjomatów, polska klasa polityczna, wsparta przez dokooptowane młode kohorty dziennikarskie, umacnia się w swoim zbiorowym solipsyzmie i wywiera presję – posługując się w tym celu całym aparatem państwa – na opinię publiczną, tłumiąc czy wręcz uniemożliwiając autentyczną debatę nawet wśród podmiotów kompetentnych i powołanych do wypowiadania się w najważniejszych sprawach publicznych.
Zebrane w tych dwóch książkach felietony-przypowiastki filozoficzne są najlepszym antidotum na stare i nowe trucizny myślenia i życia politycznego w Polsce oraz na jad polskiej polityki historycznej.
Bronisław Łagowski, Czy Polskę stać na niepodległość? Teksty wybrane z lat 1991–2019, Universitas, Kraków 2024
Bronisław Łagowski, Czy narody mają honor?, Fundacja Oratio Recta, Warszawa 2024






