Archiwum

Powrót na stronę główną
Kraj

SAFE – maski opadły

Dlaczego PiS jest przeciw?

„Postaram się to wytłumaczyć, najprościej jak potrafię. Patrzcie mi na usta – 20 mld, tylko dla tej huty. Stalowa Wola, Podkarpacie, Polska. Dotarło, zakute łby?”, wołał Donald Tusk w Stalowej Woli, przekonując do ustawy o SAFE. Nie ma wątpliwości – za rok, za 10 lat i później, gdy będą przypominane boje o te pieniądze i cała obecna kampania, wystąpienie premiera będzie wskazywane jako jeden z dwóch najważniejszych momentów. A drugi… Gdy piszę te słowa, jeszcze się nie wydarzył. To prezydent Nawrocki za biurkiem – albo podpisujący ustawę, albo ją wetujący. Reszta jest dodatkiem.

SAFE to unijny program obronny – przewiduje unijną pożyczkę, na korzystnych warunkach, trochę powyżej 3% rocznie, rozłożoną na 45 lat, z 10-letnim okresem karencji. Polsce z tortu SAFE Unia przyznała aż 43,7 mld euro, czyli ok. 180 mld zł. Te pieniądze mamy wydatkować w ramach 139 programów zwiększających obronność, które wybrało polskie wojsko. Nie politycy, tylko generałowie.

SAFE to trzeci filar polskich wydatków obronnych. Pierwszym jest budżet MON, rekordowy. Drugim – uchwalony jeszcze za PiS, w 2022 r., przy poparciu ówczesnej opozycji, Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych. To instrument dłużny – za pożyczone pieniądze kupujemy sprzęt obronny, głównie z USA. A teraz dochodzi do tego SAFE.

Jak zapewnia wojsko, ok. 89% środków z SAFE ma być przeznaczone na zakupy w polskich firmach. Jest to więc okazja, jakiej wcześniej nie było, by odbudować polską zbrojeniówkę, wzmocnić ją na tyle, aby była konkurencyjna na światowych rynkach. To jak najbardziej możliwe. SAFE przewiduje współpracę firm europejskich i ich rozwój. Otwiera też możliwości specjalizacji, co stanowi szansę dla polskich producentów. Przykładem jest wyrzutnia rakiet Piorun. Znakomicie spisuje się na wojnie w Ukrainie,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Więcej Europy

Jedynym ratunkiem dla Starego Kontynentu jest federalizacja

Korespondencja z Rzymu

Emiliano Fittipaldi – redaktor  naczelny włoskiego liberalno-lewicowego dziennika „Domani”

Poznaliśmy pana jako autora książki „Avarizia” (2015, w Polsce „Chciwość”, 2023) o skandalach finansowych w Watykanie. Watykan postawił pana przed sądem wraz z Gianluigim Nuzzim, autorem książki „Via Crucis”. Obaj zostaliście uniewinnieni. Dziś jest pan redaktorem naczelnym dziennika „Domani”, założonego przez Carla De Benedettiego, fundatora „La Repubbliki”. Jak pan się czuje w tej roli?
– Wywodzę się z dziennikarstwa śledczego, wcześniej pracowałem w tygodniku „L’Espresso”, zajmując się reportażami śledczymi oraz pisząc artykuły i książki. Niestety, we Włoszech dziennikarstwo śledcze nie cieszy się dużym powodzeniem. Zadanie powierzone mi przez Carla De Benedettiego nie było łatwe. To praca innego rodzaju, jednak staram się dawać z siebie wszystko. W „Domani” zachowujemy profil gazety śledczej, przykładając dużą wagę do pogłębionej analizy i publikując nowe, zweryfikowane informacje, a nie jedynie komunikaty przekazywane przez rząd czy środowiska polityczne. Tworzymy gazetę bardzo krytyczną wobec rządu. To trudny moment, ponieważ główny nurt mediów przesunął się w stronę bardziej ugodowych i mniej krytycznych stanowisk. Niektóre gazety we Włoszech, w tym nasza, narażone są na ciągłe ataki i pozwy, a nawet dochodzenia wymiaru sprawiedliwości. Dziś wszystko stało się trudniejsze, od poszukiwania źródeł po ich ochronę.

Jak opisałby pan stan włoskiej demokracji pod rządami Giorgii Meloni?
– To faza przejścia od demokracji liberalnej – albo przynajmniej aspirującej do takiej formy – ku jej regresowi. Włoska demokracja jest jeszcze młoda, powstała w 1945 r. i nie ma stabilności historycznych demokracji liberalnych, takich jak Stany Zjednoczone, Francja czy Wielka Brytania. Rząd Giorgii Meloni silnie zaakcentował „demokrację wodza”. Inni nazywają to demokraturą, na wzór Orbána: systemem, w którym rząd decyduje o wszystkim, a każdy, kto mu się sprzeciwia, staje się wrogiem ojczyzny. Parlament – mimo że włoska demokracja jest parlamentarna – ma niewielkie znaczenie. Nawet posłowie i senatorowie większości mogą jedynie nacisnąć przycisk, aby zatwierdzić dekrety rządu; ich rola w praktyce jest ograniczona.

Tak zwany deep state, który przez lata stanowił istotny element demokracji – mam na myśli technokrację – został zepchnięty na margines. Wobec wymiaru sprawiedliwości prowadzi się bardzo ostrą politykę: jest on postrzegany już nie jako przeciwwaga dla władzy państwowej, jak w demokracjach liberalnych w duchu Monteskiusza, lecz jako struktura, którą należy ograniczyć i podporządkować władzy wykonawczej. Dokonuje się to zarówno poprzez codzienne działania wobec sędziów i prokuratorów, jak i przez próbę reformy konstytucyjnej, moim zdaniem wyjątkowo niebezpiecznej. Ostatecznym celem, niewypowiedzianym wprost, byłoby podporządkowanie prokuratury, czyli działań karnych i śledczych, kontroli rządu.

Referendum dotyczące wymiaru sprawiedliwości przerodziło się w ostre starcie polityczne. Co tak naprawdę jest stawką?
– W grze jest trójpodział władzy. Postfaszystowska prawica zawsze uważała za fundamentalne, by rząd rozkazywał, nie tylko rządził. W języku włoskim to dwa różne czasowniki. Mam nadzieję, że włoska demokracja okaże się na tyle silna, by przezwyciężyć ten kryzys, i

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Romanowski Felietony

Lutowe Syrakuzy

Syrakuzy lutowe – to Syrakuzy wiosenne. Pod drzewami leżą dziesiątki dojrzewających zimą pomarańcz, kwitną kwiaty, śpiewają ptaki, latają nieliczne motyle. Lutowe Syrakuzy są kolorowe. Biała jest tylko Etna – pokryta śniegiem, zamyka horyzont nad niedaleką Katanią. Zazwyczaj zresztą jest otulona chmurami, też o barwie białej. Czasem – białoszarej.

Syrakuzy założyli przybysze z Koryntu w roku 734 p.n.e. jako drugą grecką kolonię na Sycylii – po Naksosie. Miasto sięgnęło w starożytności kilkuset tysięcy, a może i miliona mieszkańców. Joanna Olkiewicz, autorka książki o Sycylii, podaje, że Rzym za panowania Marka Aureliusza był mniejszy niż 500 lat wcześniej Syrakuzy z czasów tyrana Dionizjosa. Dziś liczą Syrakuzy 117 tys. mieszkańców, a najstarszą budowlą są ruiny świątyni Apollina na wyspie Ortygia; pochodzą z lat 570-560 p.n.e. Kilka kilometrów dalej istnieje wykuty w skale teatr grecki. Latem odgrywa się w nim sztuki greckich tragików – oczywiście jednak po włosku.

Teatr grecki! Zbudował go Damokopos w pierwszej połowie V w. p.n.e. Ale dawno go już nie ma – w początkach III w. p.n.e. został zastąpiony przez teatr obecny: największy na Sycylii, a i tak z rzędami tylnymi, które stopniowo wrastają w ziemię. Jednak pozostało miejsce – to tu wystawiał swe sztuki Ajschylos. Wiadomo, że tutaj pokazał „Persów”, a zapewne także „Oresteję”. Ta trylogia dramatyczna o zbrodni, zemście i miłosierdziu liczy prawie 2,5 tys. lat, lecz wciąż pojawia się w teatrach. Choć nienawiść,

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Generał na celowniku

W pozbawionej publiczności sali sądowej oskarżeni o ukrycie teczki „janczara komunizmu” usłyszeli, że są niewinni

– W 2016 r. mieszkałem w Lublinie – wspomina generał w stanie spoczynku Andrzej Wasilewski. – Akurat nie było mnie w domu, gdy listonosz zostawił awizo na list polecony. Na kopercie była pieczątka „IPN Główna Komisja Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu”. Wychodząc, doręczyciel rzucił w powietrze komentarz: „To się pan generał doigrał”. Żona wyczuła w tych słowach sarkazm. Byłem już wtedy emerytowanym cywilem, po zdaniu stanowiska dyrektora Departamentu Kadr MON. Pożegnanie z wojskiem było uroczyste, ze sztandarem… Poszedłem na pocztę z myślą, że przyszły jakieś nowe informacje o moim dziadku Bazylim Wasilewskim zamordowanym w 1941 r. przez Rosjan w Twerze nad Wołgą. Jego szczątki spoczywają na cmentarzu w Miednoje. Odebrałem przesyłkę i z ciekawości otworzyłem ją już w drodze do domu. Musiałem usiąść na ławce, aby nie wpaść pod samochód. Zostałem wezwany przez IPN, ale na przesłuchanie prokuratorskie.

Andrzej Wasilewski usłyszał od oskarżyciela publicznego, że jest podejrzany o ukrywanie przed IPN od 1999 r. teczki personalnej gen. Marka Dukaczewskiego, ponieważ była tam informacja o odbyciu przez tego wojskowego w sierpniu 1989 r. kursu sowieckich służb wywiadowczych w Moskwie.

– Odmówiłem składania wyjaśnień bez adwokata – wspomina Wasilewski. – Zauważyłem tylko, że zgodnie z rozporządzeniem resortowym teczka do 60. roku życia gen. Dukaczewskiego powinna leżeć właśnie w kadrach. Następnie należało ją przesłać do Centralnego Archiwum Wojskowego, co zostało wykonane, w pakiecie 27 innych generalskich teczek. Nie zaglądałem do żadnej z nich. Gdybym to uczynił, musiałbym odnotować na specjalnej karcie.

Podobne wezwanie do prokuratora IPN otrzymał Czesław Andrzej Żak, do 2016 r. dyrektor Centralnego Archiwum Wojskowego Ministerstwa Obrony Narodowej.

– Noc przed wyjazdem do prokuratury miałem bezsenną – opowiada. – Liczyłem się z tym, że zapewne już jest gotowy akt oskarżenia i gdy dojdzie do procesu, media zrobią z nas agentów nasłanych przez Moskwę do MON. A ja wygrałem konkurs na cywilnego dyrektora CAW, bo po okresie działalności politycznej chciałem wrócić do pracy naukowej jako historyk z doktoratem. Nie rozumiałem, dlaczego zostaliśmy zaatakowani przez IPN. Przecież jeszcze w grudniu 2015 r. dostałem medal od tej instytucji.

Teczki pod kluczem

Trzeba się cofnąć o kilka miesięcy. Jest 2 lutego 2016 r. W Polsce rządzi PiS. Zastępca dyrektora Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów IPN kieruje do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w związku z pojawiającymi się ostatnio doniesieniami medialnymi o nieprzekazaniu do archiwum IPN teczek personalnych żołnierzy wojskowych organów bezpieczeństwa.

Takie informacje są

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Ołowiana prawda

Dla „swoich dzieci” potrafiła nawet przekabacić „anioła stróża” z SB. Ale Jolanta Wadowska-Król nie działała sama

Udźwignięcie tego, co naprawdę wydarzyło się w śląskich Szopienicach, nie leżało poza zasięgiem Netfliksa. Jednak z jakiegoś powodu producent Orient Film, reżyser Maciej Pieprzyca, a nade wszystko scenarzysta Jakub Karolczuk wybrali drogę

na skróty. Czym ten zabieg usprawiedliwić? Potencjalnymi zasięgami produkcji? Kuszącą wizją wykreowania „polskiego Czarnobyla” w Szopienicach? Albo chęcią przedstawienia kolejnej „prawdy objawionej” o Polsce lat 70., łatwą okazją do ugruntowania stereotypu ówczesnej komunistycznej władzy, nieczułej na problemy chorych dzieci?

Jeśli taki był zamysł twórców, to niestety się udał. Niestety, bo kosztem jest prawda.

Do tej pory na temat tej produkcji wypuszczono na świecie już 52,4 mln publikacji, a w Polsce 17,2 mln (Instytut Monitorowania Mediów, 26 lutego 2026). W Stanach Zjednoczonych i w Niemczech porównuje się ją do serialu „Czarnobyl” i traktuje jak ekologiczny thriller o systemowym tuszowaniu prawdy (zapewne także z powodu boleśnie przez sztuczną inteligencję przerysowanych obrazów szopienickich familoków, podwórek i hutniczych hal), a świat przestał już pytać, jak to było w PRL – świat po serialu Netfliksa już wie.

Tymczasem prawda o tym, co się wydarzyło w Szopienicach, nie jest nawet bardziej skomplikowana i zniuansowana. Ona jest po prostu inna.

Marzena Michałek

 

Ta opowieść mogłaby być ciekawsza, a na pewno byłaby prawdziwsza – szkoda, że Netflix nie pokazał pełnej historii trzech niezłomnych Ślązaczek.

Gdyby wśród polskich lekarzy wskazać wzór do naśladowania, postać godną pomnika, z pewnością taką osobą byłaby Jolanta Wadowska-Król, o której powstał głośny serial „Ołowiane dzieci”. Serial budzący spory, i słusznie, gdyż utrwala kiepski stereotyp Górnego Śląska jako polskiej Katangi. W dodatku z drugiej pomnikowej postaci serial ten zrobił kogoś zupełnie innego.

Szopienice, dzielnica Katowic, również dziś są biedniejsze niż inne części miasta. Huta Metali Nieżelaznych już nie działa. Ale ołów w ziemi pozostał. Zarówno w Katowicach, jak i w wielu innych miejscowościach Górnego Śląska jest sporo miejsc, gdzie znajdziemy całą tablicę Mendelejewa.

Pierwsza huta została wybudowana w Szopienicach w latach 30. XIX w. Nazywała się Wilhelmina. Obok powstały huty Walther Croneck, Uthemann oraz inne zakłady hutnicze. Uthemann rozpoczął działalność w 1912 r. To ważne dla naszej opowieści, ponieważ rok później w Szopienicach założono szkołę specjalną. Wiele dzieci z hutniczych rodzin było upośledzonych.

Nieprawdą jest, że nie wiedziano o zagrożeniu trującymi oparami. I chodziło nie tylko o wyziewy ołowiu, lecz także np. kwasu siarkowego, który powstawał przy wytopie cynku. Hutnicy byli wyposażeni w maski, ale przeciwpyłowe, a nie takie, które odfiltrowywały opary kwasu siarkowego w powietrzu. Radzili sobie, wkładając pod maskę szmatę. Gdy szmata robiła się mokra, wymieniali ją.

Wszyscy wiedzieli, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Grzechy i wypaczenia

Jak biskupi diecezji sosnowieckiej chronili księży pedofilów i przestępców seksualnych

Częściowy raport kościelnej Komisji „Wyjaśnienie i naprawa” dotyczący przestępstw seksualnych księży w diecezji sosnowieckiej jest wstrząsający. Ale nie tylko dlatego, że – jak ustalono – 25 kapłanów dopuściło się zbrodniczych czynów wobec co najmniej 46 dzieci. Przerażające jest to, że biskupi Adam Śmigielski (zmarł w 2008 r.) i Grzegorz Kaszak (od 2023 r. na emeryturze), wiedząc o przestępstwach popełnionych przez podwładnych, nie reagowali w sposób właściwy, a w niektórych przypadkach wręcz ich kryli.

Raport nigdy by nie powstał, gdyby nie wydarzenia z jesieni 2024 r. Najpierw policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach na polecenie Prokuratury Okręgowej w Sosnowcu zatrzymali trzech księży, z czego dwóch pod zarzutem popełnienia przestępstw seksualnych na szkodę osób małoletnich. Kilka dni później śledczy wkroczyli do Kurii Diecezjalnej w Sosnowcu oraz biura Delegata ds. Ochrony Dzieci i Młodzieży, a także biur w Diecezjalnym Centrum Służby Rodzinie i Życiu. Przeszukania zaczęły się 4 października o godz. 13.00 i trwały nieprzerwanie do godz. 7.40 dnia następnego.

Jak poinformowała prokuratura, „badaniem objęte są przestępstwa seksualne, popełniane w ciągu wielu lat, m.in. na szkodę osób małoletnich”, a „ponadto zakres śledztwa uzupełniono o czynności mające na celu weryfikację przestępstw gospodarczych w postaci oszustw”. Zabezpieczono liczne dokumenty, w tym elektroniczne nośniki danych. Sytuacja była bezprecedensowa, bo jeszcze nigdy się nie zdarzyło, aby działania organów ścigania były tak stanowcze. Wcześniej, gdy policja, prokuratura lub sądy chciały uzyskać jakieś dokumenty z kurii, zawsze grzecznie o nie prosiły i prawie zawsze otrzymywały odmowną odpowiedź z argumentacją, że to bezprawne, bo instytucje Kościoła są autonomiczne w stosunku do władz państwowych, albo że dokumenty kościelne są tajne lub zostały przekazane do Watykanu i mogą ewentualnie zostać udostępnione, ale drogą dyplomatyczną w trybie międzynarodowej pomocy prawnej. Czyli de facto nigdy.

Jednak nowo mianowany biskup diecezji sosnowieckiej Artur Ważny przyjął inną postawę. Jak stwierdził, „działaniami prokuratury nie był zaskoczony, nie tylko spodziewał się takiego ruchu, ale nawet na niego czekał”. Obejmując w maju 2024 r. diecezję, hierarcha wiedział – jak to ujął – że „wchodzi na pewne miny i one właśnie wybuchają”. Te miny to m.in. seria skandali z udziałem duchownych. W marcu 2023 r. 45-letni ks. Robert S. zasztyletował 25-letniego diakona Mateusza B., a potem rzucił się pod pociąg. Kilka miesięcy później dwaj księża z Dąbrowy Górniczej urządzili orgię z męską prostytutką na terenie plebanii bazyliki Najświętszej Maryi Panny Anielskiej. Gdy gość duchownych stracił przytomność, prawdopodobnie po przedawkowaniu narkotyków i tabletek na potencję, jeden z księży wystraszył się i zadzwonił po pogotowie, ale drugi zabarykadował drzwi i nie chciał wpuścić ratowników medycznych. Był to nie byle kto, bo wikary Tomasz Z., redaktor poczytnego tygodnika katolickiego „Niedziela” i dyrektor Archiwum Diecezji Sosnowieckiej. Za przestępstwa przeciwko wolności seksualnej i obyczajności, nieudzielenie pomocy osobie będącej w stanie zagrożenia zdrowia i życia oraz za częstowanie narkotykami Tomasz Z. został skazany na półtrora roku więzienia.

Kolejny skandal

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Wajda a milenialsi

Relacja pokolenia 30- i 40-latków z twórczością Andrzeja Wajdy nigdy nie była prosta

Milenialsi przechodzili w latach dorastania etap przekorno-ironiczny. Dla zasady odrzucało się w kulturze to, co cieszyło się powszechnym uznaniem. Można zresztą powiedzieć, że każde pokolenie ma swojego punk rocka. Tutaj było jednak nieco inaczej. Trochę popkulturową drogą wyznaczoną dekady wcześniej przez Andy’ego Warhola zaczęliśmy przetwarzać to, co już było, i nadawać temu nowe konteksty. W ten właśnie sposób nasze pokolenie spopularyzowało internetowe memy. Nie inaczej było z twórczością Andrzeja Wajdy, przez część osób trochę odrzucaną dla zasady. Jednak życie polskiej inteligencji – tak, również tej młodej – jest Wajdą naznaczone. Nie każdy inteligent musi być oczywiście kinomanem, ale twórczość reżysera wielowymiarowo mierzy się z polskością i narodowymi mitami. Jego filmy, od zawsze obecne w życiu 30- oraz 40-latków, stanowią swoisty punkt odniesienia i wyjście do dyskusji o naszej społeczno-narodowej tożsamości.

Wajda w domu, Wajda w szkole

– Dzisiejsi 30- i 40-latkowie załapali się przede wszystkim na późnego Wajdę. Dla wielu pierwszym spotkaniem z reżyserem były widziane w kinie w czasie wycieczki szkolnej „Pan Tadeusz” albo „Zemsta”. Jednocześnie Wajda obecny w mediach był właściwie zawsze wielkim mistrzem, osobą, która pojawiała się głównie w kontekście osiągnięć polskiej kinematografii. Szum wokół reżysera, jaki się zrobił w okolicy przyznania mu Oscara za całokształt twórczości, był z jednej strony kolejnym przypomnieniem, że to postać ważna, ale też szybko (jak to u milenialsów bywa) został potraktowany ironicznie. Myślę, że dla wielu osób z mojego pokolenia najważniejszym momentem odbierania Oscara przez Wajdę była jego deklaracja, że przemówienie wygłosi po polsku – stwierdza Katarzyna Czajka-Kominiarczuk, krytyczka filmowa, autorka bloga „Zwierz popkulturalny”.

Wajda miał bardzo trudne zadanie jako autor społecznie zaangażowany. Lata 90. nie były częścią dotychczasowej walki z systemem. Głos reżysera stał się po transformacji ustrojowej jedną z wielu dostępnych narracji. W realiach rynkowej komercji wrażliwość,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Kto zastąpi obecną mer Paryża?

Mieszkańcy stolicy Francji nie tylko wybiorą nowego mera, lecz także zagłosują według nowego, bardziej bezpośredniego systemu wyborczego

Korespondencja z Francji

15 marca odbędzie się pierwsza tura wyborów na mera Paryża. Przekrój profili tegorocznych kandydatów jest bardzo zróżnicowany – od Rachidy Dati, „self-made woman”, paryskiej milionerki, po Sarah Knafo – przyjaciółkę prawicowego Érica Zemmoura.

Wyborcy francuscy oraz obywatele innych państw członkowskich Unii Europejskiej, jeśli są wpisani na listy wyborcze we Francji, głosują na radnych gminnych (w Paryżu są to radni Paryża). Zasady wyborów różnią się w zależności od wielkości gminy – poniżej lub powyżej 1 tys. mieszkańców. Najbliższe wybory na radnych gminnych i radnych Paryża odbędą się właśnie 15 oraz 22 marca br. Mieszkańcy głosować będą również na radnych wspólnoty między-gminnej, a w przypadku metropolii Lyonu – na radnych metropolitalnych. Radni gminni i radni Paryża wybierani są na sześć lat, mer Paryża pełni zaś funkcję zarówno administracyjną, jak i reprezentacyjną: kieruje miejskimi służbami, przygotowuje budżet i ma istotny wpływ na kształt polityki miejskiej.

Do tej pory to radni dzielnicowi decydowali, kto obejmie stanowisko burmistrza, jednak w 2026 r. mieszkańcy Paryża zagłosują bardziej bezpośrednio – a to oznacza, że najbliższe wybory mają wyjątkowe znaczenie. Dodatkowo, po raz pierwszy od lat, skrajna prawica w sondażach notuje tak wysokie poparcie, co jest bezprecedensowym zjawiskiem w stolicy Francji.

Między skrajną prawicą a status quo

Po ćwierćwieczu dominacji socjalistów w ratuszu – w latach 2001-2014 rządził Bertrand Delanoë, a od roku 2014 do 2026 Anne Hidalgo – stolica Francji może stanąć przed politycznym zwrotem. Coraz częściej mówi się, że prawica ma realną szansę na odzyskanie władzy w mieście, które przez lata kojarzone było z lewicowym modelem zarządzania. Paryż funkcjonuje dziś jako lewicowa wyspa, trochę jak Warszawa w Polsce. W zbliżających się wyborach Paryżanie oddadzą dwa głosy: jeden na radnych swojej dzielnicy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Psychologia

Odebrana seksualność

Dysfunkcje seksualne po lekach antydepresyjnych mogą dotyczyć setek tysięcy Polaków

Julia Linke – autorka badania „Characteristics and risk factors of Post-SSRI Sexual Dysfunction (PSSD)” przeprowadzonego na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, rezydentka neurologii dziecięcej w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Poznaniu. Zainteresowana pograniczem neurologii i psychiatrii oraz bezpieczeństwem farmakoterapii i jej długoterminowymi konsekwencjami.

Ewa Majcherek – współautorka badania „Characteristics and risk factors of Post-SSRI Sexual Dysfunction (PSSD)” przeprowadzonego na Uniwersytecie Medycznym w Poznaniu, rezydentka położnictwa i ginekologii w Specjalistycznym Zespole Opieki Zdrowotnej nad Matką i Dzieckiem w Poznaniu, członkini zarządu Polskiego Towarzystwa Zdrowia Seksualnego i Reprodukcyjnego.

W Polsce świadomość PSSD – zespołu zaburzeń seksualnych po lekach antydepresyjnych z grupy SSRI, takich jak Zoloft, Sertralina czy Prozac, oraz SNRI, czyli np. Duloksetynie i Wenlafaksynie – wydaje się znikoma, zarówno w społeczeństwie, jak i wśród lekarzy.
Julia Linke: – Gdy podczas studiów po raz pierwszy natknęłyśmy się na ten problem, byłyśmy w szoku, że kompletnie nic o nim nie wiemy. Zaczęłyśmy rozmawiać z innymi badaczami i lekarzami – okazało się, że wiedza większości z nich również jest bliska zeru.
Ewa Majcherek: – Pomyślałam wtedy, że musi to być jakieś niezwykle rzadkie zjawisko. Zaczęłyśmy drążyć temat i odkryłyśmy, że wcale nie jest rzadkie – po prostu jest rzadko badane. Większość pacjentów po zakończeniu leczenia psychiatrycznego nie wraca do lekarza z tym problemem, próbując poradzić sobie z nim na własną rękę. To bardzo utrudnia zbieranie danych. Warto dodać, że sam problem bynajmniej nie jest marginalny. Skala spożywania leków jest w Polsce ogromna: z oficjalnych statystyk wynika, że ok. 4 mln osób przyjmuje obecnie antydepresanty. Co oznacza, że te dysfunkcje seksualne mogą dotyczyć bardzo wielu Polaków – możliwe, że dziesiątek czy nawet setek tysięcy.

Czym PSSD różni się od objawów pierwotnych zaburzeń, z którymi pacjent zgłasza się do psychiatry?
J.L.: – PSSD pojawia się po włączeniu leków antydepresyjnych, a czasem – choć rzadziej – dopiero po ich odstawieniu. Jeśli chodzi o same symptomy chorób, z powodu których przepisuje się te leki – najczęściej depresji, zaburzeń lękowych czy zaburzeń odżywiania – to jednoznaczne rozróżnienie bywa trudne.
E.M.: – Dotychczasowe badania są niestety bardzo fragmentaryczne, dotyczą niewielkich populacji – bo dostęp do pacjentów jest mocno ograniczony – i nie dają jasnej odpowiedzi, jakie czynniki są tu najważniejsze. Myślę, że długo nie doczekamy się dużego, przekrojowego badania. Psychiatria nie jest dziedziną, w której z badania krwi lub za pomocą innego obiektywnego narzędzia możemy jednoznacznie zdiagnozować daną chorobę.

Czyli najważniejszy jest pogłębiony wywiad z pacjentem.
J.L.: – Zazwyczaj to pacjent opisuje, jak się czuje: czy faktycznie ma obniżony nastrój lub inne objawy zaburzeń, czy chodzi wyłącznie o symptomy seksualne i czy podobne dolegliwości występowały, jeszcze zanim zaczął brać leki. Jeśli pojawiły się one dopiero po odstawieniu antydepresantów, niekoniecznie mamy wtedy do czynienia z nawrotem depresji czy zaburzeń lękowych, bo te choroby zazwyczaj wracają w dość podobnej formie.
E.M.: – Natomiast sytuacja,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

31 basów w „Babim Jarze”

Gdy stolica nie ma odpowiednich kadr do wykonania specyficznego dzieła, musi niekiedy posiłkować się pożyczkami w tzw. terenie. Tak było, gdy w Filharmonii Narodowej do XIII symfonii Dymitra Szostakowicza, kompozytora przywróconego od niedawna do łask muzycznych w Polsce, potrzebna była odpowiednia liczba najniższych głosów męskich. Okazuje się, że w filharmonicznym chórze warszawskim dało się wynaleźć tylko dziesięciu basów, drugą dziesiątkę zamówiono w Łodzi – sprowadzono Chór Męski Filharmonii Łódzkiej im. Artura Rubinsteina, a trzecią znaleziono w Białymstoku – Chór Męski Opery i Filharmonii Podlaskiej. Tę pokaźną grupę wzbogacono jeszcze o Alexeia Botnarciuca, solistę przybyłego z Niemiec, a pochodzącego z Mołdawii, znanego również w Polsce, laureata III nagrody Międzynarodowego Konkursu Wokalnego im. Stanisława Moniuszki.

Wydarzenie tej miary to rzadkość, więc Filharmonia Narodowa zaprosiła na próbę generalną dziennikarzy, z kamerą przybyła nawet TVP, choć od redaktorki dowiedzieliśmy się, że relacja zapewne nie znajdzie się w aktualnych serwisach ani w TVP Kultura,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.