Archiwum

Powrót na stronę główną
Felietony Jan Widacki

Jeszcze o patologii w nauce

Kilka lat temu w Krakowie toczył się dziwny proces. Kuratorium, które bezskutecznie chciało dopaść dyscyplinarnie nauczyciela jednego z najlepszych polskich liceów, ale było w tym tak nieudolne, że sprawa zdążyła się przedawnić, złożyło na niego doniesienie do prokuratury. Zarzucane przewinienie dyscyplinarne, jakkolwiek by na nie patrzeć, nie dało się zakwalifikować jako przestępstwo, więc kuratorium, wtedy jeszcze pod światłym kierownictwem słynnej kurator Barbary Nowak, znalazło sobie coś innego.

Wykryto, że nauczyciel ten, skądinąd wychowawca wielu olimpijczyków, wielokrotnie nagradzany i wysoko oceniany przez dyrekcję liceum, parę razy wpisał do dziennika temat lekcji, a lekcji nie odbył! Raz wpisał jakiś temat, ale zamiast go realizować, poszedł z uczniami do nowo otwartego ogrodu profesorskiego obok Collegium Maius. Innym razem puścił uczniów, na ich prośbę, z ostatniej lekcji do domu. Kiedy indziej znów co innego wpisał do dziennika jako temat lekcji, a co innego robił z uczniami. Jeszcze innym razem – o zgrozo! – na lekcji informatyki, wychodząc widać z założenia, że nie samą informatyką człowiek żyje, napisał im na tablicy przepis na bigos! Oczywiście wzmianki o bigosie nie umieścił w dzienniku.

Nie wiem, czy na lekcji informatyki nie można poświęcić chwili bigosowi, a jeśli już się poświęci, czy trzeba z tego uczynić w dzienniku stosowny zapisek, uzupełniający temat lekcji. Pewnie nauczyciel nie powinien uczniów, nawet na ich prośbę, zwalniać z lekcji ani wpisywać do dziennika tematu,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Śmierć irańskich dziewczynek

Mówienie o potworności wojny, każdej wojny, i jej ofiarach „ubocznych”, czyli o większości realnych ofiar, niezaangażowanych w działania wojenne – nie ma dobrej prasy, nie ma dobrego czasu. Wzmożenie prowojenne już nie tylko niesie oswojenie się z możliwą pożogą, wchodzi bezszelestnie w nasz język, w słowa, ale też jakby niezauważalnie demontuje nam ludzkie, naturalne odruchy etyczne. Akceptacja scenariuszy wojennych (ponoć koniecznych i nieuniknionych) staje się akceptacją wydarzeń, zbrodni, przemocy, na które w innej, codziennej skali nie dajemy przyzwolenia. Żywo reagujemy na doniesienia np. o śmierci czy poranieniu dziecka w wypadku drogowym. Pojedyncze utonięcia zasługują na obecność w obiegu informacji. Ujawniane akty przemocy wobec dzieci w przestrzeni domowej wzbudzają wciąż żywe emocje, oburzenie i niezgodę.

I nagle, kiedy w taki pejzaż wkracza taka zbrodnia jak zbombardowanie (najpewniej przez USA, równie dobrze Izrael – bo tę wojnę wywołali i prowadzą ramię w ramię, bomba w bombę) irańskiej szkoły, gdzie uczyły się dziewczynki, a liczba ofiar sięgnęła 150 osób – zapada cisza, wzrok odwraca się gdzie indziej, usta milczą, zwykły odruch i zareagowanie rozpływają się w ciszy i milczeniu. W polskiej przestrzeni komentariackiej pojawiły się nawet głosy, „że tak już jest na wojnie”.

Język amerykańskich przywódców dawno przekroczył wszystkie etyczne i racjonalne granice. Trump mówi, że miał intuicję, że Iran go „oszukuje”, i wojna jest jedyną możliwą reakcją. Sekretarz obrony (chociaż ichnie Ministerstwo Obrony zostało przemianowane dziwnie trafnie na Ministerstwo Wojny) Pete Hegseth chwalił się, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Wojna jako biznes

Donald Trump wciągnął USA w wojnę z Iranem mimo deklarowanej niechęci do angażowania się w sprawy Bliskiego Wschodu

Korespondencja z USA

„Jak na razie słyszeliśmy, że choć wybiliśmy irański reżim, to nie jest wojna mająca na celu obalenie reżimu. Choć wcześniej zmietliśmy z powierzchni ziemi ich program nuklearny, musieliśmy iść na tę wojnę… właśnie z powodu tego programu. Choć Iran nie planował żadnych ataków na USA, mógł je planować – zależy, kogo pytamy. I choć nie jest to wojna, by wyzwolić irański naród,

to ten naród właśnie stał się wolny albo będzie wolny – w zależności od tego, kto przejmie władzę, z tym że my tego nie wiemy. Przekaz w sprawie tej wojny jest, mówiąc delikatnie, chaotyczny!”. Gdyby szukać najlepszego opisu odczuć, jakie tydzień od rozpoczęcia wojny w Iranie targają Amerykanami, wypowiedź Matta Walsha (wpis z jego konta na X) wydaje się trafiać w sedno. Rzecz jest znamienna, bo Walsh to gwiazda prawicy, publicysta występujący na platformie The Daily Wire, z którą współpracują także Ben Shapiro, Michael Knowles oraz Andrew Klavan.

Niedoinformowani czy oszukiwani?

Choć większość konserwatywnej Ameryki poparła ataki (55% CBS/YouGov, 2 marca 2026), Amerykanie jako społeczeństwo czują się przede wszystkim niedoinformowani, a nawet oszukiwani, zwłaszcza jeśli chodzi o przyczyny wojny. Głównie dlatego, że argumenty wysuwane przez Biały Dom w pierwszych dniach przypominały ruchome piaski. Przechodziły od tezy o konieczności „ucięcia głowy reżimowi” – co w dzień ataku usłyszała Ameryka z ust Donalda Trumpa – przez konieczność zniszczenia arsenału irańskiej broni rakietowej i programu nuklearnego – to słowa sekretarza wojny Pete’a Hegsetha z jego pierwszego briefingu o wojnie – po „przyjacielską” przysługę, jaką USA po prostu oddały Izraelowi, który „potrzebował” zaatakować Iran, zanim Iran go zaatakuje – tak z kolei przedstawił sprawę sekretarz stanu Marco Rubio przed briefingiem dla kongresmenów w poniedziałek 2 marca.

A że wypowiedź Rubia wywołała gigantyczną falę oburzenia, i to po obu stronach, we wtorek 3 marca do akcji znów wkroczył Trump ze sprostowaniem, że to Izrael podpiął się pod Amerykę, a nie na odwrót. Mimo braku potwierdzenia ze strony wywiadów z innych części świata Trump każe Amerykanom wierzyć, że Iran szykował się do zmasowanych ataków rakietowych na amerykańskie cele na Bliskim Wschodzie.

Bombardowanie Iranu było dla zdecydowanej większości Amerykanów dużym zaskoczeniem. Nie każdy śledzi codzienne wiadomości, a doniesienia o tym, że USA wysłały w ostatnim czasie na Bliski Wschód niemal jedną trzecią swojej floty wojennej, ustępowały miejsca rewelacjom o upublicznionej ostatnio najnowszej transzy akt Epsteina.

Tuż przed atakiem, w czwartek i w piątek, media serwowały odbiorcom głównie smaczki na temat kongresowych przesłuchań Clintonów w tej właśnie sprawie, wciąż żywe były też echa wtorkowego orędzia Trumpa o stanie państwa. Choć prezydent przemawiał niemal dwie godziny, Iranowi poświęcił ledwie trzy minuty, czym zwiódł nawet ekspertów. Dotąd prezydenci wykorzystywali tę okazję, aby informować naród o najważniejszych planach i celach swojej polityki, zwłaszcza jeśli chcieli rozpocząć działania wojenne.

Mnie wiadomość o zbombardowanym Iranie zastała w ośrodku narciarskim. O skali szoku, w jakim znaleźli się Amerykanie, najlepiej chyba świadczy to, jak często wpadały mi w uszy słowa „Trump”, „wojna” oraz „Iran”, gdy stałam w długich kolejkach do wyciągów (w Góry Skaliste zima przyszła dopiero dwa tygodnie temu!). Nie miałam także wątpliwości

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Ekonomiczna iluzja, czyli zero „Polskiego SAFE 0%”

Prezydent Karol Nawrocki, któremu towarzyszył prezes Narodowego Banku Polskiego prof. Adam Glapiński, obwieścił 4 marca br. zgromadzonym na konferencji prasowej dziennikarzom, że „dzięki pracy pana prezesa, efektywności działań prof. Glapińskiego, całego Zarządu Narodowego Banku Polskiego Polacy – można powiedzieć – w ostatnich 30 miesiącach zarobili znacznie więcej niż 185 mld zł potrzebnych do sfinansowania polskiego bezpieczeństwa w najbliższych pięciu latach. (…) Mamy dla SAFE konkretną polską, bezpieczną i suwerenną alternatywę, która nie będzie wiązała się z żadnymi odsetkami finansowymi. Więc jest to »Polski SAFE 0%«”.

Pytany przez dziennikarzy, jak zamierza to zrobić, prezydent uchylił się od konkretów.

Lepiej zorientowani w meandrach polskiej polityki komentatorzy dowodzili, że program „Polski SAFE 0%” to pretekst do tego, by Karol Nawrocki odmówił złożenia podpisu pod przyjętą przez Sejm ustawą o Finansowym Instrumencie Zwiększenia Bezpieczeństwa SAFE.

Argumenty miał mu podsunąć prezes Glapiński. W rzeczywistości lokatorowi Pałacu Namiestnikowskiego chodziło o to, by nie wzmacniać premiera Tuska i Koalicji Obywatelskiej, za to być może wykonać kolejny krok w drodze po przywództwo na polskiej prawicy, gdyż „Polski SAFE 0%” nie jest programem ani PiS, ani Konfederacji.

Rzucam pomysł, wy go łapcie

Musimy zdać sobie sprawę z tego, że w obliczu narastającego zagrożenia ze strony Rosji oraz najpoważniejszego kryzysu bezpieczeństwa w Europie decyzja o sposobie finansowania modernizacji polskich sił zbrojnych jest nie tylko wyzwaniem budżetowym, lecz także fundamentalną kwestią bezpieczeństwa narodowego. Zaproponowany przez Unię Europejską program SAFE (Security Action for Europe) przewiduje przekazanie Polsce 43,7 mld euro (ok. 186 mld zł) na modernizację armii w latach 2026-2030. To największy w naszej historii strumień pieniędzy, który ma radykalnie zmienić oblicze polskiej armii. Oczywiście pod pewnymi warunkami. Pierwszym jest wejście w życie przyjętej przez Sejm wspomnianej ustawy.

By tak się stało, musi ją podpisać prezydent Nawrocki.

Drugi – większość pozyskanych w ramach tego programu środków powinna zostać wydana w Europie, a Komisja Europejska ma pilnować, czy w związku z przetargami i późniejszą realizacją zamówień nie dochodzi do korupcji i innych nieprawidłowości. A to bardzo się nie podoba politykom Prawa i Sprawiedliwości, którzy dowodzą, że zmusza się nas do rezygnacji z „suwerenności” i możliwości zakupu uzbrojenia w Stanach Zjednoczonych. Nie jest też tajemnicą, że waszyngtońska administracja ostro zwalcza SAFE, a ambasador Tom Rose już pokazał w Warszawie, do czego jest zdolny. Po stolicy krążą plotki, że Rose spotkał się dwa tygodnie temu z prezesem NBP.

Jarosław Kaczyński, który chwilowo odszedł od przedstawiania naszego kraju jako „rosyjsko-niemieckiego kondominium”, przekonuje teraz, że SAFE służy wyłącznie interesom Berlina, i ostrzega przed „Polską pod niemieckim butem”. Basuje mu w tym poseł Radosław Fogiel, który twierdzi, że nie można „bezrefleksyjnie uzależniać się od pożyczki” promowanej przez niemieckiego ambasadora, i rzecz jasna Mariusz Błaszczak, który z trybuny sejmowej lamentuje, że „niemiecki przemysł zbrojeniowy zarobi na naszych zakupach”.

Podobne sugestie były i są dla lokatora Pałacu Namiestnikowskiego sygnałami, że polska prawica nie życzy sobie jego podpisu pod tą ustawą. Dlatego konferencja prasowa prezydenta z udziałem prezesa NBP bardziej przypominała wiec wyborczy niż poważne spotkanie z mediami o charakterze informacyjnym. W jej trakcie z ust „gwaranta konstytucji” padały hasła: „Polskę na to stać”, „0% odsetek”, „pełna suwerenność i niezależność od brukselskiej warunkowości” i „polskie złoto dla polskiego bezpieczeństwa”.

Planu brak

Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach – a konkretnych propozycji ze

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zwierzęta

Gdy słoń choruje

Ludzie obserwują zwierzęta w poszukiwaniu leków dla siebie

Od wieków ludzie spoglądali na zwierzęta, szukając w nich inspiracji dla własnej wiedzy medycznej. Według legendy pewnego razu pasterz imieniem Kaldi, w rejonie Kaffa na terenie dzisiejszej Etiopii, zauważył, że jego kozy po zjedzeniu jagód pewnego krzewu kawowego stają się niezwykle ożywione i skore do figli. To skłoniło opata pobliskiego klasztoru do uprażenia tych jagód i zaparzenia z nich napoju, od którego dziś wielu z nas jest uzależnionych (…).

Z kolei zwyczaj żucia liści krzewu koki Erythroxylum coca, mający korzenie w Peru, najprawdopodobniej zainspirowały lamy, które spożywały je podczas zejścia w niższe partie Andów, aby zwiększyć swoją wytrzymałość. (…) Rdzenni uzdrowiciele Ameryki Północnej często przypisywali niedźwiedziom miano mistrzów natury w sztuce leczenia. Gdy budzą się one z trwającej kilka miesięcy hibernacji, z upodobaniem spożywają korę wierzby, co łagodzi bóle i stany zapalne. Kora ta zawiera kwas salicylowy – związek chemiczny, który stał się prekursorem aspiryny.

Być może słyszałeś o „zielu napalonej kozy”, roślinie z rodzaju Epimedium. Według legendy pewien chiński pasterz zaobserwował, że jego kozy po zjedzeniu tej rośliny stawały się, cóż… wyjątkowo pobudzone. Badania laboratoryjne wykazały, że u szczurów karmionych ikariiną – flawonoidem pozyskiwanym z tej rośliny – wzrastała produkcja spermy, a nawet kastrowane osobniki odzyskiwały zdolność do wzwodu. Roślina została opisana jako środek leczniczy już w chińskim klasyku medycyny Shen Nong Ben Cao Jing sprzed 400 lat, a także uwzględniona w najsłynniejszym chińskim kompendium medycznym Ben Cao Gang Mu. W Chinach, Japonii i Korei ziele to stosuje się w leczeniu impotencji, a także w terapii zapominalstwa i osteoporozy. Dziś ziele napalonej kozy dostępne jest nie tylko jako dodatek do wina czy wody, ale także w postaci tabletek, a nawet makaronu.

Przypomnijmy Mohamediego Seifu Kalunde, który przez wiele lat współpracował z Michaelem A. Huffmanem, badając samoleczenie u szympansów w Tanzanii. On i jego rodzina obserwowali i naśladowali jeżozwierze, słonie, dziki, szympansy i inne zwierzęta, by tworzyć nowe metody leczenia biegunek i infekcji bakteryjnych. Dziadek Mohamediego, Babu Kalunde, również opracował roślinny środek leczniczy, inspirując się zachowaniem słonia. Według opowieści zauważył on słonia z rozstrojem żołądka, który przeżuwał lekko liście drzewa Piliostigma thonningii, mieszał je z wodą w swoim worku gardłowym (organie służącym do przechowywania wody u podstawy języka), po czym wypijał tę miksturę, odrzucając same liście. Babu Kalunde zaczął wykorzystywać wodne ekstrakty z tej rośliny w leczeniu problemów żołądkowych ludzi. Roślina ta,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Podcinanie skrzydeł zetkom

Pokolenie Z na rynku pracy wcale nie jest roszczeniowe

Przedstawiciele pokolenia Z, chociaż dopiero wchodzą na rynek pracy, już się zmagają z negatywnymi stereotypami na swój temat. Media głównego nurtu kreują obraz zetek jako pracowników roszczeniowych, leniwych i narzekających. Najmłodszym dorosłym obrywa się też w internecie, gdzie wyśmiewa się ich jako duże dzieci, które do pracy najchętniej przyszłyby z mamą, bo ona wszystko za nich zrobi. Legendarne są opowieści o procesach rekrutacyjnych. Historie w stylu: mieli przyjść na rozmowę o pracę, ale skorzystali tylko z toalety i poszli do domu.

Oczywiście jest w tym wszystkim ziarno prawdy. Na ile jednak ten obraz jest przekłamany? Być może zetki to po prostu pierwsze pokolenie, które zrozumiało, że praca nie musi być sensem życia? To zaś nie wpasowuje się w narrację o pracy wtłaczaną nam do głów od czasu transformacji. Wygodną jedynie dla przedsiębiorców i wielkich korporacji.

Łabędzi śpiew

Do 2030 r. przedstawicielki i przedstawiciele pokolenia Z (inaczej Gen Z, zoomersi, czyli osoby urodzone w latach 1995-2012) będą stanowić niemal jedną trzecią globalnego rynku pracy, co podkreśla Światowe Forum Ekonomiczne. Ogólnopolskie badanie „Work War Z” – tytuł odwołuje się do filmu o niszczącej świat epidemii zombie, ale konkluzje są zdecydowanie dalekie od apokalipsy – pokazuje zaś, że pokolenie Z to grupa pracowników o jasno określonych oczekiwaniach wobec rynku pracy. Co ciekawe, wbrew stereotypom te oczekiwania bardzo często pokrywają się z priorytetami starszych pokoleń.

„Największe znaczenie dla tej grupy ma atrakcyjne wynagrodzenie, docenienie przez pracodawcę oraz możliwość zachowania równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Firmy, które dostosują swoje strategie do tych potrzeb, mają realną szansę na przyciągnięcie i zatrzymanie młodych talentów oraz budowanie stabilnych i zaangażowanych zespołów. By to osiągnąć, konieczne jest jednak wprowadzenie zmian w obszarze wynagrodzeń, kultury organizacyjnej, komunikacji, elastyczności pracy oraz strategii rozwoju zawodowego. Ma to szczególne znaczenie w kontekście budowania zespołów międzypokoleniowych”, czytamy we wnioskach z raportu.

Słowem, pracodawcy muszą się dostosować do zmian społecznych, zamiast narzekać, że kiedyś to się pracowało, a teraz już nie. Skoro jednak oczekiwania kilku pokoleń pokrywają się na poziomie ogólnym np. co do zarobków (45% respondentów badania „WWZ” uważa, że to jeden z dwóch najważniejszych czynników motywujących, a 23% wskazuje docenienie w pracy), warto się zastanowić, dlaczego postrzega się pracowników z pokolenia Z jako dziwaków z innej bajki. Wszystko zaczyna się od mediów głównego nurtu, które do spółki z wielkim biznesem podtykają nam sugestie, jak mamy postrzegać pracę. Ten tandem kształtuje nasze traktowanie pracy od czasów transformacji. Warto, za Zofią Smełką-Leszczyńską, autorką książki „Cześć pracy. O kulturze zap***dolu”, zadać sobie pytanie o dysproporcję pomiędzy materiałami medialnymi na temat praw pracowniczych czy strajków załóg a wywiadami z reprezentantami biznesu.

Te same media suflują nam utyskiwania na pokolenie Z, które ma być koszmarem na rynku pracy. Najbardziej „zatroskane” o młodzież tytuły to wszelkiego rodzaju quasiekonomiczne portale, takie jak Business Insider, Money.pl, Forbes i oczywiście wiecznie zatroskana o utrzymanie postbalcerowiczowskiego status quo „Gazeta Wyborcza”. Głównym zarzutem wobec zetek jest w tych tytułach roszczeniowość. Co warte podkreślenia, na pokolenie Z patrzy się jak na nastolatki idące do pierwszej pracy. Tymczasem najstarsi przedstawiciele tego pokolenia, z rocznika 1995, mają dziś 31 lat. Najmłodsi z kolei, z rocznika 2012, mając lat 13, przeważnie nawet jeszcze o pierwszej pracy nie myślą.

Zbiór zachowań określanych przez media głównego nurtu jako „roszczeniowość” zetek obejmuje m.in. oczekiwanie godnych zarobków i umowy o pracę, tego, że staż będzie płatny, a sama praca trwać będzie tyle godzin, ile ma się w umowie. To ostatnie jest wręcz zbrodnią wśród tuzów rodzimego biznesu. Przypomnijmy słowa Rafała Brzoski, który jest kopalnią cytatów: „Do roboty chodziło się w czasach komunizmu. I niestety niektórym tak już zostało. Przychodzą do pracy o 8, wychodzą o 16 i nie odbierają telefonu

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Prawda ich dogoni

Jeszcze w środę byłem pewien, że napiszę o kolejnej wojnie rozpętanej przez Donalda Trumpa stojącego na czele powołanej przez siebie Rady Pokoju. I o historii licznych wojen, które Amerykanie wywoływali po 1945 r. Wojen, które kończyły się ich klęską. Jak ta w Wietnamie. Paniczną ucieczką, jak z Afganistanu. Zrujnowanymi krajami, jak Irak i Syria, gdzie zginęły miliony osób. Zadziwiające jest, że amerykańskie elity nie wyciągnęły z tych historii żadnych wniosków. Tysiące Amerykanów, którzy wrócili do domów w trumnach, i zero refleksji ze strony rządzących. Choć wielu zwykłych Amerykanów ostro protestowało przeciwko takiej polityce, to przeważał argument, że znowu kolejny kraj stanowi zagrożenie dla narodu amerykańskiego. I że trzeba tam interweniować zbrojnie.

Nowe technologie i liczne kamery pozwalają nam te wojny oglądać prawie na żywo. Jak w panoramicznym kinie. Nowym technologiom towarzyszy też nowy język. Już nie ma wojen. Są operacje specjalne. Z egzotycznymi nazwami: „Ryczący Lew” i „Epicka Furia” – rodem z gier komputerowych. A jak nie ma wojny, to i nie ma zamordowanych ludzi. Są wyeliminowane cele. Tak wymordowanych Irańczyków nazywali pracownicy polskich mediów. Z TVP na czele. Z kolei eksperci wojskowi z półki generalskiej zaczęli w TVN mówić o dekapitacji przywódców. Ktoś im podpowiedział, że nie można urazić nowego Wielkiego Brata sugestią, że kogoś zamordował. Z historii wiemy, czym się kończy takie odhumanizowanie narodów, ras, grup społecznych. Paranoja polityczna, oszukańczy język i totalne kłamstwa.

Z kolei próbkę łgarstwa na polską modłę pokazali Nawrocki i Glapiński. Nie podaję ich funkcji ani tytułów, bo jeśli ktoś tak traktuje swoich rodaków, traci zdolności honorowe.

Wszyscy znamy powiedzenie, że nie ma darmowych obiadów. I drugie – że w polityce są tylko interesy. Dobrze to pokazuje zachowanie Karola Nawrockiego w stosunku do Donalda Trumpa. Za to, że zostanie od czasu do czasu poklepany po plecach, nie płaci on. Płaci Polska. Płaci w zakupach, nie tylko broni, za setki miliardów dolarów. Tak dotąd było. I tak ma być dalej. Amerykański apetyt na tak dobre interesy jest nieograniczony. A nasza rola jasno określona. Mamy robić kolejne bardzo kosztowne i gorsze od ofert europejskich zakupy. Tym, co nas różni od cywilizowanych państw, jest to, że w Polsce na straży amerykańskich interesów gospodarczych i finansowych stoją prezydent i największa partia opozycyjna. Bez wstydu, bez żenady. Bo co im można zrobić? Na razie niewiele. Przyjdzie jednak czas, że prawda ich dogoni.

Oby tylko nie zdążyli wciągnąć Polski w wojnę.

Od kilku lat próbuje to zrobić prezydent Zełenski, a teraz Amerykanie.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Budować alternatywę

Teatr obywatelski musi wychodzić poza „własną bańkę” i rozmawiać z widzem

Bartosz Szydłowski – dyrektor Teatru Łaźnia Nowa w Nowej Hucie

Skąd się wziął Teatr Łaźnia Nowa?
– Na początku nawet nie nazywaliśmy się teatrem. Łaźnia Nowa miała intrygować miejscem, zapraszać do wspólnego opowiadania historii. Nie chcieliśmy być postrzegani jak statek kosmiczny, który wylądował w Nowej Hucie z gotowymi propozycjami i narzuca własne narracje. Przez dekady Nowa Huta doświadczała właśnie tego: zewnętrznych opowieści narzucanych jej z góry. Najpierw w czasach „komuny”, potem w okresie Solidarności, która przyniosła rok 1989. Dla wielu mieszkańców czas przemian okazał się rozczarowaniem. Rękami tych ludzi wywalczono wolność, a już na początku lat 90. dzielnica została praktycznie sprzedana. Kilkadziesiąt tysięcy osób straciło pracę i nikt nie przeprowadził tej społecznej traumy w sposób właściwy. Bo to, że takie działanie miało podstawy ekonomiczne, być może jest zgodne z prawdą, ale tych ludzi zwyczajnie pozostawiono samym sobie. Została rana społeczna, która po 20-30 latach kończy się głosowaniem na radykałów, bo zrodziła się z żalu, niezrozumienia i odrzucenia. Tę ranę trzeba zabliźnić. Łaźnia m.in. po to powstawała.

A sama nazwa? Łaźnia – wzięta z historii, czyli od przestrzeni na krakowskim Kazimierzu.
– Pierwszą siedzibą Łaźni była dawna mykwa, żydowska łaźnia rytualna, przy Paulińskiej 28 na Kazimierzu. To było wspaniałe miejsce. Znalazłem je na drugim roku reżyserii razem z żoną, która dostała od miasta lokal na potrzeby stworzenia pracowni, kiedy obroniła dyplom z wyróżnieniem na krakowskiej ASP. Dostaliśmy kompletnie zniszczoną przestrzeń; aby ją wyremontować, sprzedaliśmy naszą garsonierę. Pewnego dnia zszedłem do piwnicy w poszukiwaniu połączeń rur kanalizacyjnych i znalazłem się w dawnej łaźni pokrytej płytkami. Stanąłem pośrodku tej zdegradowanej przestrzeni i zobaczyłem w niej teatr.

W latach 1994-2004 udało nam się z Małgosią stworzyć na Paulińskiej oazę kultury, tygiel młodej krakowskiej sceny niezależnej. Odbywały się tam m.in. egzaminy studentów reżyserii, spektakle teatralne, koncerty, pokazy filmów, akcje performatywne, no i legendarne imprezy. Bywali u nas najważniejsi twórcy teatralni, pisarze, filozofowie, muzycy. To miejsce tętniło energią, nienasyceniem, jak młoda, dopiero rodząca się wolna Polska.

Mrożek się z wami zaprzyjaźnił.
– To była bardzo ważna znajomość, bo dość szybko z widza oglądającego łaźniowe spektakle Sławomir Mrożek stał się naszym patronem. Obchodził u nas 70. urodziny. Dlatego potem pojawił się inwestor, dzięki któremu zrobiliśmy bar i weszliśmy medialnie w obieg ogólnopolski. Łaźnia dała impuls do zmiany Kazimierza. Na początku lat 90. był tylko Singer – i właśnie Łaźnia. Z czasem Kazimierz stawał się coraz modniejszy. Kiedy kończyliśmy tu działalność w 2004 r., był wielkim nocnym klubem, do którego ściągały setki ludzi. O tym, co się działo na Paulińskiej, można byłoby napisać książkę.

Właśnie zaczął pan pisać nowy rozdział: Teatr Obywatelski też w jakimś sensie pojawił się przypadkiem, bo natknął się pan na książkę będącą zapisem procesu Niewiadomskiego, zabójcy prezydenta Narutowicza.
– Znalazłem ją półtora roku czy dwa lata temu. Wiedziałem, że trafiłem na żyłę złota, ale odłożyłem ten dokument procesowy na półkę. Kiedy przesunął się termin premiery „Czekając na barbarzyńców”, inspirowanej powieścią J.M. Coetzeego, zacząłem uważniej przyglądać się sprawie Niewiadomskiego. Okazało się, że niezwykle rezonuje z dzisiejszą Polską – z polaryzacją i negatywną emocjonalnością w życiu publicznym. No i tym globalnym uświęcaniem oszołomów i radykałów. Pojawiała się we mnie idea teatru obywatelskiego. Fundamentalne pojęcia, które zbudowały nową „polskość” po 1989 r., nie są emocjonalnie zakorzenione, nie uruchamiają wyobraźni społecznej. Tolerancja i otwartość to dzisiaj martwe pojęcia, które z kluczy do naszych serc stały się zaledwie wytrychami.

Może trzeba szukać nowych kluczy?
– Nie potrafiliśmy opowiedzieć nic pozytywnego ani pogłębionego o Polsce przemian. Jeśli już ktoś się brał do tematu, to jedynie krytykował kapitalizm, ale zwykle z dość banalnej perspektywy, że zły, że chciwość… że same błędy, że Balcerowicz musi odejść. Teatr komentuje ten czas jakoś gorzej nawet niż „Psy” Pasikowskiego. Może warto przyjrzeć się na nowo temu okresowi, zastanowić się nad motywacjami, nadziejami, komplikacjami, które rzucą światło zrozumienia, a nie będą zbijaniem kapitału jednej agendy polityczno-ideologicznej. Chciałbym,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Lew zaryczał

Film w reżyserii Mary Bronstein pod mało fortunnym tytułem „Kopnęłabym cię, gdybym mogła”. Jaki niezwykły sposób opowiadania, nie widzimy chorej dziewczynki, która jest drugą bohaterką filmu, słyszymy tylko jej głos. I jest matka uwikłana w chorobę dziecka, w swoje zawodowe zmory. Dawno nie widziałem tak poruszającego obrazu. Wielkim fanem kina jest mój 19-latek, to on polecił mi ten film, czuje kino, kocha je, kolekcjonuje obejrzane filmy. Ja też wolę kino od teatru, co źle o mnie świadczy, teatr uchodzi za bardziej szlachetną sztukę. Chciałem jednak pójść na „Termopile polskie” do Teatru Narodowego, w reżyserii Jana Klaty, według sztuki Tadeusza Micińskiego, o polskich mitach i wadach narodowych, ale nie ma biletów, mimo że ceny zawrotne. Ciekawe, że Polacy tak cenią opowieści o tym, jacy jesteśmy straszni.

To też ciągle słyszę w rozmowach ludzi, że jesteśmy okropnym społeczeństwem, okropnymi ludźmi, co za naród! Już Piłsudski wołał: „Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy”. Trochę w tym stylu przed laty pisałem swoje felietony do paryskiej „Kultury”. Ale teraz bardzo złagodniałem. Lepiej rozumiem nasze wady, jesteśmy po traumach, a

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Piękno na co dzień dla wszystkich

Wanda Telakowska – pierwsza dama wzornictwa przemysłowego

Inauguracja – Wanda tworzy zespół
październik 1950

Instytut Wzornictwa Przemysłowego zostaje otwarty z wielką pompą 1 października 1950 r. Do pierwszego, trzypiętrowego gmachu, tzw. budynku A, przenoszą się od razu dyrekcja, wzorcownia, czyli zbiór 9 tys. modeli do produkcji, oraz pracownie: odzieżowa, włókiennicza i graficzna.

Drugi, niski budynek, z salą dziś nazywaną Małpiarnią, zajmują warsztaty, m.in. stolarski oraz ceramiczny. Dla każdej pracowni Wanda Telakowska tworzy program, pragmatycznie wychodząc od tego, co jest rynkowi najbardziej potrzebne. A potrzebne jest wszystko: po wojnie brakuje dosłownie wszystkiego. W latach 1960–1966 od strony ulicy Świętojerskiej zostanie wybudowany jeszcze trzeci, nowoczesny gmach z dużą salą wystawową, który staje się główną siedzibą IWP.

Od przeprowadzki na ulicę Długą do pierwszej siedziby BNEP (Biura Nadzoru Estetyki Produkcji), który już w trakcie budowy nowych gmachów został przemianowany na Instytut Wzornictwa Przemysłowego, Wanda jest główną pomysłodawczynią misji nowej instytucji, jej poszczególnych działań, projektów i pracowni. Wcale nie zostaje dyrektorem naczelnym IWP – na to stanowisko zostaje powołany Jan Rogowski, ekonomista, a Wanda skromnie mianuje się dyrektorem artystycznym. Wie, jaką robi rewolucję, walcząc o „piękno na co dzień dla wszystkich”, wie, ile zawiści budzi swoją nieustępliwą postawą wobec władz i tym, ile udaje się jej tą postawą uzyskać. (…)

Ale tak naprawdę wszystkim zarządza Wanda. Ona zatwierdza plany architektoniczne: wytycza salę wystaw, wnętrza dla poszczególnych zakładów i pracowni, pomieszczenia dla wzorcowni, sale zajęć dla kursantów, a nawet bursę dla nich – bo w pierwotnym kształcie instytut miał także prowadzić działalność edukacyjną.

Ale przede wszystkim, tworząc zakłady IWP, Wanda tworzy profil instytucji. Powstają: Zakład Drzewny, Zakład Włókienniczy, Zakład Ceramiki i Szkła, Zakład Odzieżowy z Pracownią Ubioru dla Dzieci, Zakład Skórzany. Wanda wie, że podstawą funkcjonowania każdej instytucji jest zespół, dobrze zgrana grupa ludzi, których łączą wspólny cel i zasady funkcjonowania. A ma do dyspozycji prawdziwą zbieraninę: starych, młodych, przedwojennych solidnych rzemieślników i rozwichrzonych, świeżo upieczonych absolwentów akademii sztuk pięknych z całego kraju, ekonomistów, konstruktorów. (…)

Upadek kanapy, triumf amerykanki
1952-1956

Napór socrealizmu Wanda i prowadzony przez nią instytut przetrwały, stosując taktykę „nie wychodzić przed szereg”. Realizowano oczywiście zlecenia polityczne w rodzaju wazon dla towarzysza Stalina, ale „sztuka narodowa w formie, socjalistyczna w treści” nie rozkwitła w IWP. Wanda była wychowana w duchu modernizmu, funkcjonalizm miała w swoim przedwojennym, artystycznym DNA, a te wartości socrealizm odrzucał. Znamienne jest to, że Instytut Wzornictwa Przemysłowego nie został zaproszony na emblematyczną dla socrealizmu I Ogólnopolską Wystawę Architektury, Wnętrz i Sztuki Dekoracyjnej, zorganizowaną w roku 1952 r. w Zachęcie. Wandy nie zaangażowano ani do Komisji Kwalifikacyjnej, ani do Komitetu Wystawy. Czuje się pominięta, ale nie żałuje: celem tej prezentacji jest propagowanie socrealizmu jako jedynego dopuszczalnego stylu w projektowaniu. Na 1326 zaprezentowanych obiektów z IWP ledwo przecisnęło się tam kilka mebli. I nawet tych parę projektów pokazano w rozproszeniu,

Fragmenty książki Katarzyny Rzehak Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne, Marginesy, Warszawa 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.