Archiwum

Powrót na stronę główną
Promocja

Pracowałeś w Niemczech? Sprawdź, jakie są dokumenty potrzebne i jak otrzymasz zwrot podatku z Niemiec w 2025 roku

Artykuł sponsorowany Osoby pracujące na terenie Niemiec często nie wiedzą, że przysługuje im zwrot podatku z zagranicy. Tymczasem złożenie deklaracji podatkowej – nawet kilka lat po zakończeniu pracy – może oznaczać realne pieniądze z powrotem na koncie. Jak

Kraj

Nawrocki. Od awantury do awantury

Kancelaria Prezydenta wiedziała wszystko o traktacie z Wielką Brytanią

Czy to jest zwykła wojna Karola Nawrockiego z rządem w kolejnej odsłonie, czy coś ważniejszego?

Było o tym głośno od kilku dni. Gdy Donald Tusk podpisał w środę, 27 maja, w Northolt pod Londynem, bazie Dywizjonu 303, traktat obronny z Wielką Brytanią, jeszcze tego samego dnia odezwał się Karol Nawrocki: „Dobrze byłoby przed podpisywaniem zobowiązań w imieniu narodu polskiego informować Kancelarię Prezydenta i samego prezydenta o tym, że takie rozwiązania są przygotowywane”. I dodał, że informacje na ten temat pozyskiwał wyłącznie „z opinii publicznej”.

Dzień później szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz napisał na portalu X, że treść traktatu „trafiła do Kancelarii Prezydenta 26 maja br. na dzień przed podpisem w Northolt”.

Czy tak było faktycznie? Tego samego dnia rzecznik MSZ Maciej Wewiór przedstawił harmonogram informacji, które ministerstwo przekazywało Kancelarii Prezydenta w sprawie traktatu. I okazuje się, że już w styczniu, przed wizytą prezydenta RP w Londynie, MSZ przygotowało i przekazało do Kancelarii Prezydenta „specjalną, pogłębioną informację na temat Traktatu oraz przebiegu negocjacji”. A w marcu na prośbę Kancelarii Prezydenta „odbyło się spotkanie robocze na poziomie ekspertów, podczas którego przedstawiciele KPRP zostali szczegółowo poinformowani o przebiegu negocjacji, treści oraz celach Traktatu”. Rzecznik zaznaczył też, że „MSZ od początku procesu regularnie informowało Kancelarię Prezydenta RP o stanie negocjacji i planowanej treści traktatu”.

O cóż więc chodzi? Czy odkryliśmy gigantyczny bałagan w Kancelarii Prezydenta i to, że jej urzędnicy spotykali się z urzędnikami MSZ, ale prezydenta o tym nie informowali? Żadne papiery z MSZ nie docierały na jego biurko? Czy po prostu Nawrocki celowo wywołuje awanturę? A jeżeli tak, to dlaczego?

Awantura z rządem ma jeszcze odnogę – zupełnie niespodziewanie do grona swoich wrogów Nawrocki włączył wicepremiera, szefa MON, Władysława Kosiniaka-Kamysza. Wszystko zaczęło się od wypowiedzi Kosiniaka-Kamysza, który podczas wizyty w Kanadzie gorzko skomentował

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Plac zabaw czy plac zakazów

Dzieci marzą o krzakach, patykach i błocie

Samotny zwierzak kiwak w rogu podwórza, otoczony płotem, z matą amortyzacyjną zamiast gleby – tak wygląda „plac zabaw o zaostrzonym rygorze” w Kielcach, przedstawiony w materiałach urbanisty i socjologa Łukasza Harata i nazwany „izolatką dla jednego bardzo małego, bardzo grzecznego przestępcy”. Przepiłowane i przedzielone płotem huśtawki przed blokiem przy ul. Owsianej w Poznaniu to z kolei zniszczony na polecenie właścicieli działki plac, który był miejscem zabaw całych pokoleń Poznaniaków, a dziś jest krajobrazem po bitwie stoczonej przez rodziców – i przegranej z chamstwem i chciwością.

Pomijając skrajności, polskie place zabaw są nowoczesne i bezpieczne. Jeżeli jednak zdarzy nam się na nich zobaczyć sfrustrowane monotonią zabawy dzieci, tudzież znudzonych rodziców, to warto zadać sobie pytanie, czy świat znów nam nie ucieka, i to w innym kierunku niż ten, gdzie rządzą wszechobecne maty i kolorowy plastik. W najlepszych projektach z myślą o dziecięcych zabawach wraca stare: przesiadywanie w krzakach, babki z piasku, błotne zupki i kotlety z liścia. Czyli wolna, nieskrępowana zabawa.

Nasz przyjaciel brud

W Finlandii błoto i mech stopniowo zastępują gumową matę amortyzacyjną. Fińscy uczeni mają przepis na lepsze dzieciństwo: dzikie place zabaw. Koniec z asfaltem, do przedszkoli wjeżdżają liście, czarna ziemia i martwe drzewo. W całym kraju 1 mln euro łącznie na dzikie place otrzymały 43 placówki. W przedszkolu Humpula w Lahti maluchy bawią się błotem. Teren wygląda jak działka rekreacyjna uprawiana przez dzieci: jest kompostownik, rosną ogórki, marchew, buraki, ziemniaki. Na miejsce, które pięć lat wcześniej służyło jako parking, nawieziono 10 m kw. leśnego runa, razem z jagodami i mchem.

Przedszkole bierze udział w trwającym od dwóch lat eksperymencie nadzorowanym przez Fiński Instytut Zasobów Naturalnych. Naukowcy monitorują aktywności i stan zdrowia 75 dzieci w wieku od trzech do pięciu lat, uczęszczających do zielonych placówek oraz do zwykłych. Po roku obserwacji okazało się,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Mono w językach obcych

Teatr jednego aktora wraca do Krakowa

Niemiecki krytyk Dieter Topp po obejrzeniu „Pana Tadeusza” na Krakow Fest 2026, Międzynarodowym Festiwalu Monodramu, nazwał wykonawcę, Mateusza Nowaka, królem polskiego monodramu. Porównał jego pozycję w polskim teatrze jednego aktora do pozycji króla monodramu brytyjskiego, którym w jego przekonaniu jest Pip Utton. To coś więcej niż komplement, bo oznacza, że epos Adama Mickiewicza przemówił do krytyka, który nie zna języka polskiego, a mimo to odczuł jego urodę.

Nie pokrzepiamy serc

Mateusz Nowak występował w Krakowie poza konkursem jako jeden z dzisiejszych majstrów gatunku. Do pozycji mistrzowskiej szedł z ruchu amatorskiego, debiutując monodramem „Teatralność” (2011), za który podczas toruńskiego festiwalu teatrów jednego aktora został nagrodzony Szczeblem do Kariery. Nagrodę tę zainicjował i wylansował Wiesław Geras, dyrektor najważniejszych festiwali monodramu, starając się za jej pośrednictwem wydobywać z cienia najbardziej obiecujące talenty objawiające się w ruchu teatrów jednego aktora.

Zanim Nowak zdecydował się na debiut w teatrze jednoosobowym, przez kilkanaście lat brał udział w konkursach recytatorskich, zbierając na nich kilkadziesiąt nagród. Kiedy był już gotów, razem ze Stanisławem Miedziewskim, reżyserem i współscenarzystą wszystkich jego monodramów, przygotował „Teatralność”.

Po debiucie kolejnymi monodramami potwierdził swoje dyspozycje aktorskie w tym specyficznym gatunku, zdobywając liczne laury na międzynarodowych festiwalach, szczególnie za głośny spektakl „Od przodu i od tyłu” według książki Karola Zbyszewskiego pod tym samym tytułem, ukazującej proces rozpadu szlacheckiej Rzeczypospolitej. To opowieść o polskich omamieniach, prywacie, korupcji, bigoterii i krótkowzroczności, która ma nie tylko walor pouczającej lekcji historii. Unosi się nad nią duch Gombrowicza z jego krytycznym, groteskowym ujęciem polskości.

Podobną aurę tworzy Nowak w monodramie według „Pana Tadeusza”, który wcale nie jest miłą gawędą ku pokrzepieniu serc, jak mogłoby się wydawać; zawiera sporo akcentów o gorzkiej wymowie, dalekich od radosnego delektowania się przeszłością. Scenariusz został zamknięty ramami epopei: od inwokacji do epilogu, choć wiele wątków siłą rzeczy zostało pominiętych, jak choćby malownicze grzybobranie, barwny obraz zaścianka, zajazd i bitwa czy dramatyczna spowiedź Jacka Soplicy. Podobnie rzecz się ma z postaciami, nawet tak soczystymi jak Gerwazy czy Jacek Soplica vel ksiądz Robak, dla których niemal nie starczyło miejsca.

W głównych rolach obsadzone zostały inne postacie, które kolorową kreską maluje Mateusz Nowak: Telimena, Zosia oraz Pan Tadeusz, Sędzia, Wojski i Jankiel. Historia tak skomponowana wysunęła na plan pierwszy starcie między Polską odchodzącą, sklerotyczną krainą

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Czy demokraci odrobią republikańską lekcję?

Partia Demokratyczna ma sporą szansę na sukces, ale musi popracować nad tym, co nie działa

Korespondencja z USA

Gdyby wybory połówkowe odbyły się za tydzień lub dwa, demokraci roznieśliby republikanów w pył. W kraju tak bardzo podzielonym jak obecna Ameryka o wyniku elekcji przesądzają wyborcy zarejestrowani jako „niezależni”. Skłonni zmieniać sympatie partyjne nawet z kampanii na kampanię i – co niezwykle istotne – tworzący największy blok wyborczy, bo stanowią aż 40% amerykańskiego elektoratu.

Właśnie oni, wściekli na wojnę w Iranie, rosnące koszty życia i prezydenta, który nie tylko złamał większość obietnic wyborczych, ale też jawnie wykorzystuje swój urząd do bogacenia się, odpowiadają za to, że notowania Trumpa są tak kiepskie. W najnowszych sondażach popiera go już tylko 31% ankietowanych (American Research Group, 16-20 maja 2026).

A w polityce amerykańskiej jest niemal żelazną regułą, że partia urzędującego prezydenta, i to nawet jeśli jemu uda się zachować nienajgorsze poparcie (Obama w 2010 r. wciąż cieszył się sympatią 47% Amerykanów!), dostaje za jego pierwszej kadencji łomot w wyborach połówkowych. Amerykanie traktują je bowiem jako swoiste referendum na temat sprawczości nowego prezydenta, a że oceniają surowo, to pokazują jego partii czerwoną kartkę. W praktyce oznacza to utratę kontroli nad przynajmniej jedną izbą Kongresu.

W oczekiwaniu na niebieską falę

Polityczna i ekonomiczna koniunktura sprawiają obecnie, że demokraci w zasadzie nie muszą w tych wyborach zbytnio się wysilać. Wyborcy pokazują palcem ważne dla nich sprawy, a codzienne sytuacje same układają się w nośne hasła. „Ekonomia Trumpa wysysa z ciebie krew”, mogliby śmiało głosić przedstawiciele demokratów i nie byłaby to żadna metafora. Amerykanom dzieje się już tak źle, że aby związać koniec z końcem, aż 200 tys. osób dziennie sprzedaje swoje osocze (informacja pochodzi z badań prof. Petera Jaworskiego z Georgetown University).

Powodów do optymizmu partia ma niemało. Choć jeszcze rok temu szczytem marzeń wydawało się odbicie w 2026 r. niższej izby Kongresu, dzisiaj coraz więcej ekspertów daje demokratom nadzieję na „niebieską falę”, czyli przejęcie obu izb. Dlaczego? Bo oprócz wspomnianych szorujących po dnie notowań Trumpa solidnym probierzem wyborczych sympatii są wygrane demokratycznych kandydatów w niemal wszystkich wyborach specjalnych i lokalnych, jakie odbyły się od zeszłej jesieni. Przypomnijmy choćby zwycięstwo Zohrana Mamdaniego w wyścigu o fotel burmistrza Nowego Jorku czy Emily Gregory, która zdobyła mandat do stanowego Kongresu Florydy, i to z okręgu obejmującego Mar-a-Lago.

I wreszcie – większość republikańska w Senacie to tylko trzy mandaty, podczas gdy na mapie wyborczej pojawiło się aż pięć stanów, gdzie może dojść do wymiany przynajmniej jednego senatora republikańskiego na demokratycznego. Są to: Północna Karolina, Maine, Alaska, Ohio, a nawet Teksas. Sukces 37-letniego Jamesa Talarica, demokratycznego pastora podbijającego serca Teksańczyków, jest tak nieoczekiwany i budujący dla demokratycznej części Ameryki, że zaczyna się mówić, iż Talarico powinien myśleć o kampanii prezydenckiej w 2028 r.

Prognozy wyników kampanii politycznych, jeśli chodzi o szansę na przejęcie Senatu przez demokratów, też ostatnio zmieniły się z „raczej niemożliwe” na „50:50”.

Odnaleźć tożsamość

Czy demokraci mogą więc już kupować szampana? Mogą i pewnie się nie zmarnuje. Pod jednym wszakże warunkiem. Muszą być świadomi, że jesienny sukces zależy od tego, czy już teraz zaczną pracować, i to w pocie czoła, nad tym wszystkim, co w partii nie działa. A nie działa niestety dużo. Mimo ostatnich zwycięstw demokraci jako partia mają mniejsze poparcie niż wojna w Iranie. Pozytywnie ocenia ich tylko 30% (NBC News, maj 2026), podczas gdy wojnę popiera 35,5% respondentów (Silver Bulletin, maj 2026).

Na pytanie, z jakiego powodu tak nisko punktują demokratów, Amerykanie w większości odpowiedzą bez zastanowienia: za ich porażkę w 2024 r. A szczególnie za to, jak fatalnie na nią zareagowali, bo ich przedłużająca się inercja pomogła Trumpowi przekształcić Kongres w osobisty dwór, a fotel prezydenta w cesarski tron.

Prawda jest jednak bardziej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Krótka pamięć apologetów NSZ

Pamiętając o zbrodniach UPA nie można zapomnieć o Wierzchowinach

6 czerwca minie 81. rocznica krwawej rzezi, jaką urządzili tzw. żołnierze podziemia niepodległościowego we wsi Wierzchowiny w powiecie krasnostawskim. Przeszło 300-osobowy oddział Narodowych Sił Zbrojnych pod dowództwem kpt. Mieczysława Pazderskiego „Szarego” wymordował ok. 200 mieszkańców, głównie kobiety i dzieci, tylko dlatego, że byli Ukraińcami i podejrzewano ich o sprzyjanie nowej władzy. Zbrodnia w Wierzchowinach była największą, do jakiej doszło w Europie tuż po zakończeniu II wojny światowej.

W Kancelarii Prezydenta RP zapytałem:

1. Czy Karol Nawrocki potępia zbrodnie, których dopuścili się Polacy na współobywatelach narodowości ukraińskiej w czasie II wojny światowej i po jej zakończeniu?

2. Dlaczego Karol Nawrocki nigdy nie uczcił pamięci osób, które zostały zamordowane przez tzw. żołnierzy wyklętych we wsi Wierzchowiny?

3. Jaki jest stosunek prezydenta do zbrodni w Wierzchowinach? Czy dla Karola Nawrockiego Mieczysław Pazderski jest bohaterem, czy zbrodniarzem?

Nie dostałem odpowiedzi, co jest wymowne. Zbrodnia w Wierzchowinach jest niewygodnym tematem dla najwyższego przedstawiciela władzy. Będąc prezesem IPN, Karol Nawrocki wyrzucił z pracy w lubelskim oddziale dr. Mariusza Zajączkowskiego, historyka zajmującego się problematyką stosunków polsko-ukraińskich w latach 1939-1947. Jako oficjalny powód usunięcia podano „zniewagę” prezesa IPN, tj. rzekome zamieszczanie w mediach społecznościowych inwektyw pod adresem Nawrockiego. Jednak faktyczna przyczyna była inna.

„Przede wszystkim za niewłaściwe z punktu widzenia polskich nacjonalistów piśmiennictwo naukowe i publiczne wypowiedzi na temat stosunków polsko-ukraińskich w latach 40. XX w. Czyli krytyczne ustosunkowanie się do jednostronnej narracji narodowej. (…) Na przykład wskazywanie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Nowe czasy, nowe traktaty

Czy Polska wskoczy do światowej ekstraklasy?

Ta umowa to znak czasu. W środę, 27 maja, Donald Tusk podpisał z Keirem Starmerem Traktat o Partnerstwie w Dziedzinie Bezpieczeństwa i Obronności. Traktat obejmuje 14 projektów obronnych. Zapowiada, że Polska i Wielka Brytania będą „wspólnie zwiększać swoje zdolności w zakresie uzbrojenia typu powietrze-powietrze, naziemnych systemów obrony powietrznej oraz zdolności lądowych”. Mają także działać na rzecz wzmocnienia wschodniej flanki NATO.

Na stronie Kancelarii Premiera możemy przeczytać: „Celem Polski i Wielkiej Brytanii jest skuteczne odstraszanie potencjalnego agresora – Rosji.

– Nie ma dla nas większego wyzwania niż rosyjska agresja. Widzimy to nie tylko w samej Ukrainie, ale też poza jej granicami. Podpisany traktat jest naprawdę pokoleniowym wzmocnieniem relacji w zakresie bezpieczeństwa i obronności pomiędzy naszymi krajami – ocenił szef brytyjskiego rządu Keir Starmer”.

Rok temu, 9 maja, podobny traktat – o wzmocnionej współpracy i przyjaźni – Polska podpisała z Francją. Przewiduje on wzajemne gwarancje bezpieczeństwa i zawiera klauzulę wsparcia militarnego na wypadek ataku na którekolwiek z państw.

– Od dziś Francja i Polska będą mogły naprawdę liczyć na siebie w każdej sytuacji. Dajemy sobie wzajemne gwarancje bezpieczeństwa i możecie być państwo pewni, że intencją prezydenta Francji i moją jest śmiertelnie poważnie traktować ten zapis – mówił Donald Tusk podczas wspólnej konferencji prasowej z Emmanuelem Macronem. Nancy, w którym podpisano polsko-francuską umowę, nie jest miejscem przypadkowym. To dawna siedziba króla Polski i księcia Lotaryngii Stanisława Leszczyńskiego.

Traktat polsko-brytyjski również podpisywany był w historycznym miejscu – w bazie lotniczej Northolt na północnych przedmieściach Londynu, w której w czasie bitwy o Anglię stacjonowały polskie dywizjony myśliwskie, w tym Dywizjon 303.

Dodajmy jeszcze jedno – te dwie umowy wkrótce ma uzupełnić trzecia, z Niemcami, planowana na 17 czerwca. I teraz pytanie: w jakim mieście będzie podpisana?

Odłóżmy jednak to pytanie na bok. Ważniejsze jest, że wewnątrz Europy tworzy się system zacieśnionej współpracy – militarnej, przemysłów zbrojeniowych. Zanim Wielka Brytania podpisała umowę w Northolt, podobne zawarła z Francją, Niemcami i Norwegią. Ten system tworzy się z przymusu. Jest odpowiedzią na nową sytuację międzynarodową. Na działania prezydenta Putina, który siłą militarną próbuje odbudować dawną pozycję imperium, i na działania prezydenta Trumpa, który parokrotnie zdążył ogłosić, że Ameryka NATO nie potrzebuje, a jeśli chodzi o Europę, to on umywa ręce.

Dorzućmy do tego wypowiedzi ludzi z administracji Trumpa, że Europa jest dla Ameryki przeciwnikiem. No i plany NATO 3.0, z których wynika, że wojska amerykańskie radykalnie ograniczą obecność na naszym kontynencie czy wręcz z niego się wycofają. Jest to zapisane w amerykańskiej

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Sukcesja bez podatku

Klasa polityczna i biznesowa zamieniła fundacje rodzinne w osobisty portfel poza zasięgiem fiskusa

W założeniach miał to być pomysł na uchronienie polskich firm rodzinnych przed rozpadaniem się po śmierci ich założycieli, sprzedażą wieloletnich biznesów i kłótniami spadkobierców. Za stworzeniem polskiego odpowiednika znanych w Europie prywatnych fundacji od lat lobbowały Business Centre Club oraz Instytut Biznesu Rodzinnego. Projekt wspierały też kancelarie prawne i doradcze, wyczuwając, że na nowej instytucji będzie można nieźle zarobić.

Rząd PiS, a konkretnie Ministerstwo Finansów z Ministerstwem Rozwoju i Technologii przygotowały projekt ustawy, którą ostatecznie aż 441 głosami, a więc niemal jednomyślnie, przyjął Sejm pod nazwą Ustawa z dnia 26 stycznia 2023 r. o fundacji rodzinnej. Prezydent

Andrzej Duda podpisał ją bez zbędnej zwłoki.

Wystarczyły trzy lata, by okazało się, że fundacja rodzinna to genialny instrument chroniący polityków, prezesów i wszelkiej maści biznesmenów przed podatkami. Ustawa zapewniła bowiem fundacjom rodzinnym wyjątkowo przyjazny pakiet podatkowy: zwolnienie z bieżącego podatku CIT od dochodów uzyskiwanych w ramach działalności statutowej, zerową stawkę PIT na rzecz świadczeń wobec beneficjentów z najbliższej rodziny oraz preferencyjną stawkę 15% CIT od wypłacanych świadczeń. Wystarczy minimalny fundusz założycielski, wynoszący zaledwie 100 tys. zł, jeden akt notarialny, wpis do rejestru – i jesteś właścicielem rodzinnej skarbonki.

Rząd Mateusza Morawieckiego reklamował to jako sukces. Pytanie czyj, bo do gry weszły osoby i podmioty, którym sukcesja rodzinnego majątku była całkowicie obojętna. Tak naprawę liczyły się podatki, a raczej ich brak, oraz możliwość ucieczki z aktywami.

Wielka ucieczka przed podatkami i komornikiem

Nad Wisłą obowiązuje zasada jawności majątkowej osób pełniących funkcje publiczne. Posłowie, senatorowie, ministrowie, prezesi spółek skarbu państwa czy sędziowie mają obowiązek składania oświadczeń majątkowych. Muszą wykazać, kto ile zarabia, co posiada, jakie ma zobowiązania, od kogo pożyczył pieniądze itp. Tylko że od połowy 2023 r., czyli od wejścia w życie ustawy, bez problemu można przerzucić do fundacji rodzinnej większość majątku i w stosownych oświadczeniach pojawi się co najwyżej wzmianka o „prawach do świadczeń z fundacji”. Bez szczegółów, a więc bez wartości poznawczej.

Media ustaliły, że z fundacji rodzinnych korzystają posłowie różnych opcji politycznych. Sławomir Mentzen z Konfederacji ma Fundację Rodzinną Rodziny Mentzen. Przemysław Wipler to Fundacja Rodzinna RW. Ryszard Petru, jak wskazują media, to z kolei Fundacja Rodzinna Vinci.

Największe zainteresowanie mediów wzbudziła KP76 Fundacja Rodzinna założona przez byłego prezesa Orlenu Daniela Obajtka, mająca siedzibę w Myślenicach.

Gdy 15 października 2023 r. Prawo i Sprawiedliwość przegrało wybory parlamentarne,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Człowieku, leń się!

Kultura kapitalistyczna wmawia nam, że lenistwo to problem

Ponad 90 lat temu Bertrand Russell w głośnym eseju „Pochwała lenistwa” przekonywał, że to właśnie czas wolny jest jednym z fundamentów postępu cywilizacyjnego. Trudno jednak nie zauważyć pewnego drobnego szczegółu – przez większość historii ów czas wolny był luksusem zarezerwowanym dla nielicznych, opłacanym ciężką pracą i potem mas ludzi pracujących. Russell pisał o tym jak o cieniu przeszłości, który pada na jego współczesność. Dziś brzmi to raczej jak komentarz do wczorajszych wiadomości. Niechęć do lenistwa nie jest przypadkowa, ponieważ stanowi ono rysę na starannie wypolerowanym micie, wedle którego to ciężka praca ma nas kiedyś zbawić – a przynajmniej zapewnić emeryturę.

ABC lenistwa

Wielki Słownik Języka Polskiego definiuje lenistwo jako cechę kogoś, kto nie ma chęci do działania i komu trwanie w bezczynności sprawia przyjemność. Lenistwo pozostaje w relacji znaczeniowej z takimi synonimami jak nieróbstwo i próżniactwo. Przeciwstawia mu się zaś słowo pracowitość. Już na poziomie znaczeń i ich przeciwieństw przyzwyczajono nas do myślenia, że lenistwo, a nawet chwila wytchnienia, to zwykła strata czasu, coś, czego należy się wstydzić i unikać.

Prawda okazuje się jednak przewrotna. Świadome nicnierobienie bywa dziś aktem zdrowego rozsądku. Eksperci nie mają wątpliwości: odpuszczenie od czasu do czasu działa na naszą korzyść – obniża poziom stresu, reguluje ciśnienie i pozwala złapać oddech w świecie ciągłej produktywności. Jeden leniwy dzień w tygodniu nie jest więc plamą na honorze, lecz inwestycją w dobre samopoczucie. Oczywiście jak zawsze granica między odpoczynkiem a tzw. nieróbstwem wymaga wyczucia. Za Arystotelesem wypada powiedzieć, że nawet w lenistwie trzeba znać umiar.

Prof. Marcin T. Zdrenka, autor książki „O gnuśności. Studium lenistwa i jego kontekstów”, twierdzi m.in., że historia bezczynności zatoczyła pewne koło. Zaczęło się od wymiaru pozytywnego, czyli starożytnych myślicieli, a skończyło na złym próżniactwie, rozlanym na całe konsumpcyjne i roszczeniowe społeczeństwo. Ale romantyczna wizja myślicieli antyku również ma ciemną stronę. Praca była wtedy domeną niewolników i rzemieślników,

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Prymas Polski Ludowej

Nigdy nie przyszło mu do głowy negować państwo, jego sytuację geopolityczną i ustrój społeczno-gospodarczy

„Dziś pogrzeb prymasa Polski, kard. Stefana Wyszyńskiego. Uroczystości żałobne rozpoczęły się o godzinie 16. Delegacji państwowej przewodniczy Henryk Jabłoński. W składzie delegacji: współprzewodniczący Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu Kazimierz Barcikowski, marszałek Sejmu Stanisław Gucwa, wicepremierzy Jerzy Ozdowski i ja, minister spraw zagranicznych Józef Czyrek, kierownik Urzędu ds. Wyznań Jerzy Kuberski i przewodniczący Zespołu ds. Stałych Kontaktów Roboczych ze Stolicą Apostolską Kazimierz Szablewski. Delegacji FJN przewodniczył Jan Szczepański. Uroczystość zaczęła się w prezbiterium katedry św. Jana. Po wyniesieniu trumny uformował się kondukt, który przez Krakowskie Przedmieście i ulicę Królewską dotarł na Plac Zwycięstwa. O 17 rozpoczęła się msza. Po wystąpieniu kard. Agostina Casarolego, który reprezentuje papieża, homilię papieską odczytał kard. Franciszek Macharski. Po mszy wyruszyliśmy do katedry. Trumna została wniesiona do XVII-wiecznej krypty. Przeszliśmy przed nią i na tym zakończył się ten szczególny dzień”. Tak opisał ten iście królewski pogrzeb Mieczysław Rakowski w swoim dzienniku 31 maja 1981 r.

Śmierć kard. Wyszyńskiego, która nastąpiła trzy dni wcześniej, przypadła na szczególny okres w najnowszej historii Polski. Na dobre trwał wówczas „karnawał Solidarności”, czyli kilkanaście miesięcy między sierpniem 1980 r. a 13 grudnia 1981 r., które cechowała faktyczna dwuwładza: z jednej strony oficjalne rządy PZPR i jej sojuszników, a z drugiej nieformalny wpływ NSZZ Solidarność na wszystko, co w PRL wtedy się działo. Owa dwuwładza coraz bardziej nosiła cechy anarchii, tak fatalnie zapisanej w dziejach szlacheckiej Rzeczypospolitej albo w historii Rosji pomiędzy rewolucją lutową a październikową 1917 r. W tak krytycznym momencie zabrakło człowieka, który bez wątpienia stanowił największy autorytet moralny – ale i polityczny – dla zdecydowanej większości Polaków, po obu stronach ówczesnej barykady.

W dominującej dziś IPN-owskiej, czyli antykomunistyczno-klerykalnej wersji historii prymas Wyszyński przedstawiany jest jako przywódca narodu walczącego przez cały okres powojenny z komunistycznym totalitaryzmem. Trudno o bardziej kłamliwą wizję naszej przeszłości, bo ani Polska Ludowa nie była państwem totalitarnym (zwłaszcza po 1956 r.), ani cały naród nie kwestionował tamtego państwa i panującego w nim systemu, ani sam kardynał nie aspirował do roli lidera walki z tym systemem i władzami PRL.

Dwie ściany

Jeszcze dwa miesiące przed śmiercią, 25 marca 1981 r., w Natolinie prymas spotkał się z gen. Wojciechem Jaruzelskim, wtedy świeżo powołanym szefem rządu. Jak generał relacjonował Rakowskiemu, Wyszyński powiedział, że Solidarność „powinna iść po linii społeczno-zawodowej, a napięcia, które się pojawiają, są wręcz irracjonalne. Ludziom trudno zrozumieć, o co chodzi”. Samą Solidarność określił jako „romantyczno-renesansowy prąd”, ale dodał, że obecnie „następuje infiltracja, żeby uczynić z niej ruch polityczny. To jest obce, narzucane z zewnątrz. Wałęsa to rozumie. To człowiek dobrej woli, ale wpływy z zewnątrz, zwłaszcza korowskie, popychają go niekiedy do niefortunnych posunięć”.

Podczas spotkania z premierem rządu PRL padły jeszcze dwie ciekawe uwagi prymasa, natury bardziej ogólnej. Pierwsza: „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu, to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami – germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską”. I druga, dotycząca rewolucji październikowej, o której prymas powiedział, że „elementy wspólnotowe, komunistyczne i egalitarne tej rewolucji stanowią trwały wkład do dorobku kultury ogólnoludzkiej. Wzbogaciły jej rozwój, dały pożyteczne impulsy”.

Rakowski dodał, że to samo usłyszał od Wyszyńskiego w nieco wcześniejszej rozmowie Stanisław Kania, ówczesny I sekretarz KC PZPR. Na koniec zaś autor dziennika zanotował: „Generał był bardzo zadowolony z rozmowy z prymasem i z tego, co od niego usłyszał”. Z kolei Kania – według Rakowskiego – uznał, że „prymas ocenia Solidarność podobnie jak my. Analizuje Solidarność tak, jakby był marksistą”.

Oczywiście kardynał marksistą nie był, lecz niewątpliwie znał marksizm, i to znacznie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.