Wpisy od Attaché

Powrót na stronę główną
Aktualne Notes dyplomatyczny

Porozmawiajmy o zarabianiu

Gdy w roku 1999 likwidowano biura radcy handlowego, przedstawiano to jako wielki sukces, jako pogrzebanie starej, PRL-owskiej struktury. Tłumaczono, że polska gospodarka wygląda teraz inaczej i tak naprawdę, po tym jak wielkie przedsiębiorstwa państwowe przestały działać, biura te nie mają zadań.

Jeżeli więc jeszcze na początku 1999 r. funkcjonowały 103 biura radców handlowych, wydziały i przedstawicielstwa handlowe nadzorowane przez ministra gospodarki, to potem zaczęło się odcinanie. 78 placówek przekształcono w wydziały ekonomiczno-handlowe ambasad lub konsulatów RP. A 25 placówek, przeważnie jednoosobowych, zostało zlikwidowanych. Były to m.in. placówki w Phenianie, Kuwejcie, Bengazi, Islamabadzie i Dubaju.

Część pracowników BRH, a byli oni na etatach resortu gospodarki,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Made in USA

Frak ambasadora musi mocno uwierać Toma Rose’a, bo co chwilę wyskakuje z jakimiś komentarzami dotyczącymi polskiej polityki. Tak było w ubiegłym tygodniu, gdy ze zgrozą pisał na platformie X o marszałku Sejmu Włodzimierzu Czarzastym: „Ten człowiek jest zagrożeniem! Celem jego zapalczywej retoryki obrażającej prezydenta USA Donalda Trumpa może być jedynie zaszkodzenie stosunkom amerykańsko-polskim i osłabienie własnego kraju”. A pisał dlatego, że Czarzasty w wywiadzie dla „Financial Timesa” powiedział, że Trump to lider chaosu.

Ale już parę dni później Rose chwalił Czarzastego i pisał: „Brawo dla niego!”. To po tym, jak marszałek Sejmu złożył w prokuraturze zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez posła Konrada Berkowicza. Mamy więc ambasadora komentatora.

I to zapatrzonego w swojego prezydenta.

Jego poprzednik, Mark Brzezinski, również zaznaczał swoją obecność, ale robił to nieco inaczej. Znana jest sprawa z 15 listopada 2022 r., gdy w Przewodowie na Lubelszczyźnie spadła ukraińska rakieta obrony przeciwlotniczej, w wyniku czego śmierć poniosło dwóch Polaków. To był szok, polskie władze musiały reagować, ale początkowo nie wiedziały, czyja to rakieta, czy to uderzenie przypadkowe itd. I wtedy do gry wszedł Mark Brzezinski. Wysłał do polskiego ministra spraw zagranicznych Zbigniewa Raua kilka SMS-ów o treści:

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Trochę dyplomacji, dużo polityki

MSZ jest ministerstwem nietypowym, a to dlatego, że w swoje działanie ma wpisaną zmianę. To oczywiste, życie dyplomaty polega na tym, że parę lat pracuje się w centrali, potem parę lat na placówce, potem znów w centrali itd. Nie można więc przyzwyczajać się do stanowiska, bo pełni się daną funkcję może nie chwilowo, ale na pewno nie na zawsze. Owszem, są wyjątki. Agnieszka Wielowieyska zawsze jest dyrektorem jakiegoś departamentu i nie wyjeżdża za granicę. Jest jeszcze inny przykład, z czasów zamierzchłych – Maria Wierna, przed którą pół ministerstwa drżało, była dyrektorem generalnym MSZ w latach 1956-1968. Prawie 12 lat. I tylko minister był od niej ważniejszy, choć nie jest to wcale pewne. A teraz pytanie numer jeden do publiczności: jak długo dyrektorem generalnym będzie Henryka Mościcka-Dendys? Wcześniej była wiceministrem, jednym z sześciu. To pokazuje wagę jej stanowiska…

No dobrze, jeżeli jesteśmy przy wiceministrach i ich wielkiej liczbie, zwróćmy uwagę, że są wśród nich równi i równiejsi. I jak to zważyć?

Można np. w ten sposób. Otóż Marcin Bosacki jest sekretarzem stanu. I w strukturze MSZ odpowiada za pracę departamentów: Dyplomacji Kulturalnej i Promocji Polski,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Prokurator i polityka kulturalna

Sprawa hotelu Schwanen w Rapperswilu może być kolejną kompromitacją PiS i pisowskiego sposobu działania – wywala się grube miliony na zakup obiektu, nawet nie sprawdzając, czy do planowanych zadań się nadaje. Na czuja. Z radosnym optymizmem 10-latka.

Trwa bowiem śledztwo prokuratury w tej sprawie, a to za przyczyną władz Instytutu Pileckiego, które uznały, że osoby odpowiedzialne za majątek Pilecki-Institut (Schweiz) GmbH oraz całego instytutu w latach 2022-2023 działały niegospodarnie i na szkodę instytucji.

O sprawie już pisaliśmy, więc tylko gwoli przypomnienia: lokalne władze w Rapperswilu wypowiedziały umowę najmu miejscowemu Muzeum Polskiemu, które korzystało z sal tamtejszego zamku. Wzrok polskich decydentów padł wówczas na opuszczony hotel Schwanen, znajdujący się w centrum miasta. Dość szybko go kupiono, nie licząc się z kosztami. Zapłacono za niego prawie 120 mln zł, do tego trzeba doliczyć koszty odnowienia i utrzymania obiektu.

Co dostaliśmy w zamian? Minister kultury w rządzie Mateusza Morawieckiego Piotr Gliński, który ogłaszał w 2022 r. triumfalnie, że Polska uratowała muzeum, dziś też uderza w wysoki ton. Że hotel Schwanen został kupiony na potrzeby dwóch instytucji: Instytutu Pileckiego i Muzeum Polskiego w Rapperswilu. I przypomina, że muzeum na zamku miało ok. 100 m kw. ekspozycji, a hotel Schwanen to 2,7 tys. m kw.

Gdzie zatem haczyk? Otóż notarialny akt kupna-sprzedaży zawiera klauzulę mówiącą o tym, że hotel Schwanen zachowa funkcję hotelowo-gastronomiczną. A to oznacza, że praktycznie nie nadaje się na muzeum. Co więcej, ponieważ jest to budynek zabytkowy, korzeniami sięgający XVI w.,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Co tam, panie, w Teheranie? 

Pisaliśmy tydzień temu, że w MSZ brakuje fachowców, którzy znaliby się na Iranie, potrafili podpowiadać, jak sytuacja się rozwinie. No bo na kogo, oprócz Barbary Ćwioro, można liczyć?  

Owszem, jest Maciej Fałkowski. Wprawdzie nie zna perskiego, raczej jest specjalistą od rozbrojenia niż od Bliskiego Wschodu, ale był w Iranie pięć lat, w latach 2019-2024, więc wiedzy mu nie brakuje. Kłopot w tym, że obciążony jest zadaniami administracyjnymi, może nie ponad miarę, ale na pewno ponad zdrowy rozsądek. Oto bowiem w MSZ wymyślono nowy departament, którego Fałkowski został dyrektorem. Tą nową jednostką jest Departament Afryki, Bliskiego Wschodu i Ameryki Łacińskiej. A jeżeli ktoś miałby wątpliwości, że coś takiego może powstać i działać, to dodajmy do tego opis ze strony MSZ: „Departament Afryki, Bliskiego Wschodu i Ameryki Łacińskiej formułuje i realizuje cele polskiej polityki zagranicznej wobec państw Afryki, Bliskiego Wschodu, Ameryki Łacińskiej i Karaibów”. 

Karaibów… Kuba w jednym worku z Iranem, Izraelem, Nigerią… Pół świata, półkula wschodnia i zachodnia w jednym, trudno o coś równie kuriozalnego. No i tym wszystkim kieruje Maciej Fałkowski, mając do pomocy czterech zastępców. I aż prosi się zapytać: skoro nasze MSZ tak pięknie dzieli świat, gdzie zakwalifikowało Grenlandię – do Europy czy do Ameryki Północnej? 

No dobrze, wróćmy do Iranu. Poprzednik Fałkowskiego w Teheranie, Jarosław Domański, był tam tylko rok, wrócił przed czasem, dziś jest poza MSZ. Jego odwołaniu towarzyszyło wiele komentarzy, pomińmy je. 

Poza MSZ jest też Juliusz Gojło,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Ktoś mówi po persku?

Gdy wybuchła wojna Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem, w naszym MSZ zaczęto szukać ludzi znających się na Bliskim Wschodzie i Iranie. No i proszę, znaleziono. Przypomniano sobie o skromnym desk officerze zajmującym się Iranem, czyli o Barbarze Ćwioro. Zdaje się, jedynej osobie w MSZ, która zna język perski. Skończyła orientalistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim ze specjalnością iranistyka. Potem, w roku 2002, przeszła przez aplikację dyplomatyczno-konsularną i tak związała się z MSZ.

Tu była na fali, wyjeżdżała m.in. do Teheranu. Był zresztą taki moment, że ówczesny szef MSZ Grzegorz Schetyna wysunął jej kandydaturę na stanowisko ambasadora w Iranie i sejmowa komisja to zaakceptowała. Ale za chwilę zmieniła się władza i nowy szef MSZ zaproponował Barbarze Ćwioro dyrektorskie stanowisko w centrali, więc z wyjazdu do Iranu zrezygnowała.

Pisaliśmy o niej parokrotnie. Ostatnio podawaliśmy ją jako przykład, obok Jacka Izydorczyka, byłego ambasadora w Japonii, osób, które toczą w związku z pracą w MSZ sądowe boje. Z tym że, o ile Izydorczyk jako prawnik radzi sobie bez adwokata, dzięki czemu zaoszczędził setki tysięcy złotych, o tyle Ćwioro takich możliwości nie ma.

A przed sądem staje,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Czy taki deal interesuje Nawrockiego?

Wojna o ambasadorów, jeżeli się skończy, zaowocuje jakimś dealem. Jakimś mniej lub bardziej formalnym podziałem, który pozwoli prezydentowi mieć kilku „swoich”.

Tak to wygląda. Do tej pory funkcjonuje w polskiej dyplomacji kilku ambasadorów wyznaczonych przez Andrzeja Dudę. Mówił o tym zresztą otwartym tekstem minister Sikorski: „W Pekinie, w Watykanie, w Kanadzie, w Rumunii nadal mamy ambasadorów prezydenta Dudy, w tym sensie, że prosił, żeby ich zostawić”. Dodalibyśmy do tego Krzysztofa Szczerskiego, ambasadora przy ONZ.

Ale wróćmy do wymienionej przez Sikorskiego czwórki. Czy w jakiś sposób polską dyplomację wzmacniają, czy nie za bardzo?

Najbardziej znany jest Jakub Kumoch, ambasador w Pekinie, doktorant Szczerskiego. Do MSZ dostał się poprzez pracę w Narodowej Radzie Rozwoju przy Prezydencie RP, i to od razu na stanowisko ambasadora w Szwajcarii. A tam wylansował się, nagłaśniając odkrycie polskich dziennikarzy na temat tzw. grupy Ładosia,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Zmiana, czyli numer 2

Ta zmiana, zapowiadana już sporo wcześniej, jest głębsza, niż w pierwszej chwili się wydaje. Oto Henryka Mościcka-Dendys zastąpiła Rafała Wiśniewskiego na stanowisku dyrektora generalnego i szefa służby zagranicznej. Z pozycji wiceministra, a była jedną z sześciorga, przeszła na pozycję szefowej zasobów kadrowych MSZ. A jeśli do tego dodamy, że Radosław Sikorski nie przejawia zapału do zajmowania się personaliami, bo inne sprawy go interesują, te wielkie, oznacza to, że de facto Mościcka-Dendys stała się osobą numer 2 w MSZ. Bo ludzie od niej zależą.

Jej awans jest także czytelnym sygnałem, co będzie dalej. Rafał Wiśniewski już raz, w latach 2007-2010, czyli za pierwszego Sikorskiego, był dyrektorem generalnym MSZ. Potem – ambasadorem w Danii. A gdy nastały czasy PiS, wrócił do centrali. No i tu przez osiem lat był osobą poniewieraną. Przejęcie przez niego stanowiska dyrektora generalnego i szefa służby zagranicznej zapowiadało więc zmiany, przegląd kadr i przyjrzenie się nominatom PiS, licznym w MSZ.

Było zwiastunem miotły.

Różne są oceny jego działań, jedni twierdzą,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Chwała zawodowcom!

Jeśli chodzi o MSZ, istnieje taki suchar, jeszcze z czasów PRL: „Co jest najważniejsze, żeby zrobić w MSZ karierę? Pochodzenie. Bo trzeba pochodzić”. Nie brakuje więc w ministerstwie tych, którzy pracują nad promowaniem swojej osoby. I jednocześnie nad osłabianiem kandydatur potencjalnych rywali. Do tego dołóżmy grupę dyplomatów uważających się za skrzywdzonych, czy to przez szefa na placówce, czy też w centrali… No i mamy targowisko.

Nie jest łatwo w takiej kakofonii się przebić.

A jeśli chodzi o przebijanie się, to jakiś czas temu mogliśmy wysłuchać na ministerialnych korytarzach (słuchał,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Jedni się boją, drudzy nie

Polska ma kłopot z ambasadorem USA Thomasem Rose’em, który zaczął przybierać pozę namiestnika. I to, jak Polska będzie sobie z tą sytuacją radzić, wiele nam o niej powie.

Miejmy świadomość, że nie jest to jakaś nadzwyczajna sprawa. Amerykańscy ambasadorowie mają skłonność do prób dyrygowania miejscowym rządem. Poprzednicy Rose’a, Mark Brzezinski i Georgette Mosbacher, też nie byli od tych inklinacji wolni, choć zachowywali więcej zręczności.

Hm… To nie jest wzór, ale dobrze o tym wiedzieć. Otóż kilka wojen z ambasadorami USA przetrenował… Viktor Orbán. Jedna zaowocowała nawet książką. Nosi ona tytuł „Madam Ambassador”, a jej autorką jest Eleni Kounalakis, która w latach 2010-2013 była ambasadorem USA w Budapeszcie. Wcześniej była prezesem jednej z największych kalifornijskich firm zajmujących się zagospodarowaniem przestrzennym, AKT Development Corporation. A jednocześnie liczącą się działaczką Partii Demokratycznej. Była więc, jeśli chodzi o dyplomację, absolutną amatorką i jako taka wysłana została na Węgry.

W recenzji jej książki o Węgrzech zamieszczonej w „Washington Post” możemy przeczytać: „Kounalakis była świadkiem upadku tego, co niegdyś było najbardziej obiecującą nową demokracją w byłym bloku sowieckim. Neofaszyści zostali wybrani do parlamentu. Premier Viktor Orbán przewodniczył pracom nad nową konstytucją i uchwaleniem setek ustaw podważających niezależność sądownictwa, służby cywilnej i mediów. Antysemityzm narastał. W swoich wspomnieniach »Madam Ambassador« Kounalakis opisuje staczanie się Węgier w stan,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.