Wpisy od Andrzej Sikorski
Drażliwe pieniądze Kościoła
Fundusz Kościelny, czyli 20 lat prób likwidacji.
Fundusz Kościelny powstał w 1950 r. jako rekompensata za dobra kościelne przejęte przez państwo. Tyle że państwo oddało Kościołowi majątek zagrabiony przez władze po II wojnie światowej w ramach tzw. Komisji Majątkowej, która działała w latach 1989-2011. Kościół odzyskał m.in. ok. 80 tys. ha ziemi i prawie 500 budynków o wartości ok. 5 mld zł. Dodatkowo na mocy art. 70a Ustawy o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego, który obowiązuje od 1991 r., parafie, diecezje, seminaria duchowne i domy zakonne otrzymały od państwa ok. 80 tys. ha ziemi rolnej, która również jest warta kilka miliardów złotych.
Z Funduszu Kościelnego opłacane są ubezpieczenia duchownych, którzy nie mają umowy o pracę: zakonnic i zakonników, misjonarzy, studiujących księży. Część środków jest przeznaczana na konserwację zabytków sakralnych, działalność dobroczynną i wychowawczą. W 1990 r. państwo przekazało na Fundusz Kościelny ponad 2 mln zł, w 2000 r. – 67 mln, a w 2015 r. – 118 mln zł. Przez osiem lat swoich rządów PiS niemal podwoiło tę kwotę. W 2024 r. budżet funduszu wynosi prawie 260 mln zł.
Jedną z zapowiedzi w ramach 100 konkretów na pierwsze 100 dni rządów Koalicji Obywatelskiej była likwidacja Funduszu Kościelnego. Z tym samym postulatem szły do wyborów w 2023 r. Lewica i Polska 2050 Szymona Hołowni. Minęło już ponad 260 dni od powołania koalicyjnego gabinetu, a fundusz nadal działa i nic nie wskazuje na jego szybką likwidację. W styczniu 2024 r. premier Donald Tusk powołał Międzyresortowy Zespół ds. Funduszu Kościelnego pod przewodnictwem wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza, lecz gremium to zebrało się zaledwie dwa razy i niczego konkretnego nie ustaliło. Wprawdzie szef ludowców zapowiedział tajemniczo, że we wrześniu przedstawi „raport na ten temat”, ale według moich informacji nie ma co się spodziewać szybkich i rewolucyjnych decyzji. Biskupi nigdy nie zgodzą się na to, aby ewentualne zmiany uderzyły w finanse Kościoła.
Lewica za, a nawet przeciw.
O likwidacji Funduszu Kościelnego politycy mówią od 20 lat i jeszcze nikomu nie udało się tego dokonać. Po raz pierwszy temat pojawił się w 2004 r., gdy senatorowie SLD przygotowali projekt stosownej ustawy. Pytany o intencje, sekretarz generalny SLD Marek Dyduch oświadczył, że chodzi o zrealizowanie programu wyborczego, w którym była obietnica budowy świeckiego państwa, na co bp Tadeusz Pieronek stwierdził, że „to przedwyborcza gra, która ma napchać do urn nowych zwolenników SLD”. Choć poróżniona lewica mogłaby uzbierać większość w parlamencie, nie wszyscy politycy SLD i SDPL byli zachwyceni pomysłem senatorów. „Nie chcemy walki z Kościołem, nie zamierzamy wyciągać broni i ulegać emocjom. Trzeba jednak powiedzieć, w których obszarach będziemy szli razem, a w których będziemy się spierać”, deklarował asekuracyjnie przewodniczący SLD Krzysztof Janik.
Wicemarszałek Sejmu Tomasz Nałęcz zapewnił, że Socjaldemokracja Polska poprze rozwiązanie funduszu, ale lider partii Marek Borowski szybko ostudził jego zapał, twierdząc, że potrzebna jest bardzo poważna dyskusja z „odpowiednimi instytucjami kościelnymi” i „musi być ona tak prowadzona, aby dojść do prawdy, a nie napędzać się wzajemnie i szukać taniego poklasku”. Przeciwny likwidacji funduszu był Zbigniew Siemiątkowski, wieloletni poseł, minister i były szef Agencji Wywiadu, który sprawę postawił jasno: „Moim kolegom z SLD odradzam poszukiwanie nowej tożsamości lewicy czy też próbę odzyskania zaufania społecznego poprzez wojnę z Kościołem. To jest droga donikąd”. Temat uciął minister spraw zagranicznych i przewodniczący rządowej Komisji Konkordatowej Włodzimierz Cimoszewicz: „Nie ma żadnego powodu, by zlikwidować Fundusz Kościelny”.
Patryk Jaki i tortury
Szokujące kulisy prawie dwuletniego pobytu w areszcie tymczasowym 80-letniej adwokatki Aliny Dłużewskiej.
Wśród licznych obrońców ks. Michała Olszewskiego i byłych urzędniczek Ministerstwa Sprawiedliwości, którzy trafili do aresztu w związku z nadużyciami w Funduszu Sprawiedliwości, prym wiedzie europoseł Suwerennej Polski Patryk Jaki.
„Mamy zatrzymanie ks. Michała Olszewskiego, to jest niezwykle ważne, bo mówimy o osobie, która jest podejrzana, nie jest skazana za nic, do tej pory o nieposzlakowanej opinii. Wobec takiej osoby, wobec duchownego stosuje się szykany, które spełniają wszystkie warunki definicji ONZ o niestosowaniu tortur, które Polska również ratyfikowała. Takie jak: postawiono księdza na stacji benzynowej, aby inni robili mu zdjęcia, mimo że wyraźnie prosił, aby to się nie działo, odmawianie praw do pomocy adwokata, jedzenia, picia, sformułowania »to sobie sikaj do butelki«. To nie jest wszystko, bo inna urzędniczka do tej pory za nic niekarana jest traktowana w sposób następujący (…): wielokrotnie była wybudzana w nocy, pod jej celę podstawiano głośniki, które grały przez cztery godziny, wielokrotne wpadanie do jej celi i wyrzucanie jej rzeczy z półek, utrudnianie modlitwy, zakaz przekazania różańca od najbliższej rodziny. Nawet najświętszy sakrament musiała przyjmować w schowku na miotły. Trzymanie w izolatce już drugi miesiąc jak najgroźniejszych przestępców, mimo że nawet w stosunku do najgroźniejszych przestępców wobec Kodeksu karnego wykonawczego, a konkretnie art. 143, jest to zakazane. To są metody, które stosowali kiedyś komuniści, po to, żeby wymuszać zeznania, żeby niszczyć ludzi, a to stosuje się do niegroźnych urzędników, gdzie fundamentem tego oskarżenia jest źle napisany statut fundacji ks. Olszewskiego, a w przypadku tej konkretnej urzędniczki, że w jednym z wniosków, który weryfikowała, nie zauważyła źle napisanego numeru bankowego. Proszę państwa, to jest coś niebywałego i w przypadku stosowania tych tortur mówimy o człowieku, który był rzecznikiem praw obywatelskich”, relacjonował oburzony Patryk Jaki na konferencji prasowej w Sejmie.
Adwokatka w celi dla kryminalistów.
W płomiennej przemowie polityk Suwerennej Polski minął się z prawdą kilka razy, co w jego przypadku jest nagminne. Szczytem bezczelności zaś jest oskarżanie Adama Bodnara o torturowanie niewinnych osób. Mamy dokumenty, z których wynika, że stosowano tortury w więzieniach, ale wtedy, gdy wiceministrem sprawiedliwości odpowiedzialnym za więziennictwo był Patryk Jaki, który wiedział o haniebnym procederze.
Adwokatka Alina Dłużewska została aresztowana 1 lutego 2017 r., dokładnie 23 dni po swoich 78. urodzinach. Kobieta o nieposzlakowanej opinii przesiedziała w odosobnieniu, bez wyroku, do grudnia 2018 r., czyli 22 miesiące, z czego ponad siedem miesięcy przebywała w celi dla szczególnie niebezpiecznych przestępców w Zakładzie Karnym nr 1 we Wrocławiu, choć nie miała statusu „osadzonej szczególnie niebezpiecznej”. Prokuratura oskarżyła Dłużewską o przestępstwa z art. 286 par. 1 Kodeksu karnego, w związku z art. 294 par. 1 Kodeksu karnego, tj. o oszustwa na szkodę o znacznej wartości.
Prawniczka zapewne nigdy nie trafiłaby do aresztu, ale miała pecha, bo jest matką Jakuba Rudnickiego, byłego wicedyrektora stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomościami, który w zamian za łapówki miał wydawać korzystne decyzje o zwrocie nieruchomości (choć oskarżono go w kilku procesach, nie został dotychczas skazany).
Jakub Rudnicki był rozpracowywany przez CBA i to prawdopodobnie dzięki podsłuchom telefonów służby dopadły jego matkę, która dla swojej przyjaciółki Ewy Kasprzyckiej, synowej i spadkobierczyni gen. Tadeusza Kasprzyckiego, ministra ds. wojskowych w sanacyjnym rządzie II RP, zajmowała się odzyskaniem dawnego hotelu Salamandra w Kościelisku, który w czasach PRL został przejęty przez państwo. Prokuratura uznała, że Alina Dłużewska, odzyskując Salamandrę, oszukała klientkę. Nie będziemy się zagłębiać w niuanse, gdyż sprawa jest zawiła, a proces Dłużewskiej toczy się już siedem lat i końca nie widać. Ważne jest, że to nie Ewa Kasprzycka poczuła się oszukana i nie ona złożyła zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez adwokatkę, ale z taką inicjatywą wystąpiła prokuratura.
W chwili aresztowania Alina Dłużewska nie tylko była w podeszłym wieku, ale też cierpiała na liczne choroby i dolegliwości. Miała amputowaną pierś, wszczepiono jej stent tętnicy międzykomorowej przedniej i protezę stawu biodrowego. Zdiagnozowano u niej nadciśnienie tętnicze i chorobę niedokrwienną serca. Dłużewska leczyła się z powodu zmian zwyrodnieniowych kręgosłupa i stawów kolanowych. Miała problemy z poruszaniem się. Czekała na operację wszczepienia endoprotezy kolana.
Gazety skażone PiS (część 3)
Co się działo w redakcjach gazet po przejęciu koncernu Polska Press przez politycznych nominatów z PiS.
W lutym 2021 r. nominowany przez PiS prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Tomasz Chróstny wyraził zgodę, by PKN Orlen pod wodzą Daniela Obajtka kupił koncern prasowy Polska Press. Decyzję prezesa UOKiK zaskarżył do sądu rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar, według którego przejęcie kontroli nad koncernem medialnym przez spółkę skarbu państwa obsadzoną przez politycznych nominatów mogłoby zagrozić wolności słowa. RPO zarzucił prezesowi UOKiK naruszenie przepisów m.in. Ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów i Konstytucji RP. W kwietniu Sąd Okręgowy w Warszawie przychylił się do wniosku RPO i wstrzymał zgodę prezesa UOKiK na przejęcie przez PKN Orlen spółki Polska Press*. Taka decyzja oznaczała, że Orlen nie mógł realizować swoich uprawnień właścicielskich, m.in. podejmować decyzji kadrowych: odwoływać członków zarządu spółki czy redaktorów naczelnych 20 dzienników regionalnych. Daniel Obajtek nie przejmował się jednak postanowieniem sądu. Dorota Kania, która została członkiem zarządu i redaktorem naczelnym Polska Press, szybko wzięła się do nowych porządków.
Pierwsze koty za ploty.
Na pierwszy ogień poszli redaktorzy naczelni rzeszowskich „Nowin”, katowickiego „Dziennika Zachodniego”, „Kuriera Lubelskiego”, „Gazety Krakowskiej” i „Dziennika Polskiego”. Kania jeździła po redakcjach i osobiście wręczała wypowiedzenia. Miejsce doświadczonych redaktorów, cieszących się autorytetem, zajęli dziennikarze po cichu sympatyzujący z PiS lub otwarcie wspierający partię władzy. Marka Twaroga, szefa „Dziennika Zachodniego”, zastąpił Grzegorz Gajda z TVP Katowice. „Zwolnienie red. Marka Twaroga z funkcji redaktora naczelnego »Dziennika Zachodniego« to hańba i naruszenie jednej z podstawowych wolności. Wolności prasy i wolności pozyskiwania informacji przez obywateli. To uderzenie w samo serce demokracji!”, mówił oburzony Krzysztof Śmiszek, poseł Lewicy.
Jerzego Sułowskiego, redaktora naczelnego „Gazety Krakowskiej” i „Dziennika Polskiego”, wymieniono na Wojciecha Muchę, kolegę Kani z „Gazety Polskiej”, „Gazety Polskiej Codziennie” i portalu Niezależna.pl. O zarządzonych na 10 maja 2020 r. przez ówczesną marszałkinię Sejmu Elżbietę Witek tzw. wyborach kopertowych na prezydenta RP Mucha pisał: „To zwycięstwo Andrzeja Dudy pozwoliło nabrać wiatru w żagle Zjednoczonej Prawicy i było początkiem pasma zwycięstw. Czy po pięciu latach uda się dobić osinowym kołkiem truchło nieboszczki III RP? To prawdopodobne, bo prezydent Duda dał się poznać jako sprawny i solidny przywódca, który potrafi walczyć o wyznaczone cele. Sondaże wskazują, że to się podoba Polakom. Pamiętajmy jednak, że licho nie śpi, a kołki i młotki są w naszych rękach. Wszyscy na wybory!”.
* Dopiero w czerwcu 2022 r. sąd oddalił skargę RPO i utrzymał w mocy decyzję prezesa UOKiK o przejęciu przez Orlen Polska Press.
Gazety skażone PiS (część 2)
Karuzela stanowisk w Polska Press, czyli przypadek Kani i Bortkiewicza.
Tydzień temu napisaliśmy, jak PKN Orlen pod wodzą byłego wójta Pcimia Daniela Obajtka kupił od Niemców koncern prasowy Polska Press, jak bardzo cieszył się z tego Jarosław Kaczyński i jak rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar, organizacje pozarządowe oraz medioznawcy przestrzegali, że orlenowskie gazety staną się partyjną tubą propagandową na wzór TVP i PR. Teraz napiszemy, kogo PiS postawiło na czele „zrepolonizowanej” spółki medialnej.
Wiosna 2021 r. była dramatyczna. Nadeszła kolejna, największa fala zakażeń SARS-CoV-2, każdego dnia umierało kilkaset osób, brakowało szczepionek, w szpitalach miejsc i respiratorów, premier Mateusz Morawiecki prosił Polaków o zachowanie czujności, a w Polska Press doszło do zmiany zarządu.
„Dopóki będziemy mogli – będziemy robić swoje. Nie cofniemy się ani o krok (…). Dlatego już dziś rozczaruję tych polityków z PiS i ich sojuszniczych ugrupowań, którzy w swoich zapędach oczekują, że od teraz nie będzie w naszych tytułach niewygodnych czy krytycznych materiałów na ich temat. (…) Podkreślam więc, że takie materiały będą się pojawiać – dokładnie tak jak do tej pory. Lokalnie, regionalnie i centralnie. Zawsze, gdy będzie ku temu powód. PiS i jego sojusznicy rządzą już przecież Polską samodzielnie piąty rok. Tym bardziej, jako nieskrępowana żadnymi ograniczeniami władza, w naturalny sposób muszą podlegać krytyce”, deklarował w lutym 2021 r. Paweł Fąfara, redaktor naczelny Polska Press. Miesiąc później Fąfara został odwołany, a jego miejsce zajęła Dorota Kania, dziennikarka pisowskich mediów Tomasza Sakiewicza, m.in. Telewizji Republika i „Gazety Polskiej”. Ponoć Kania została namaszczona przez samego Jarosława Kaczyńskiego, który nie widział nikogo innego na tak ważnym stanowisku.
Gazety skażone PiS (część 1)
Jak PiS przejęło koncern medialny Polska Press, a partyjni nominaci wprowadzali nowe porządki? Czy spółka podniesie się po politycznej demolce i co ją czeka? Piszemy o tym w cyklu artykułów.
Gdy w grudniu 2020 r. Daniel Obajtek ogłosił, że PKN Orlen ma zamiar kupić koncern prasowy Polska Press, wiele osób było w szoku, choć pogłoski o takim scenariuszu krążyły od jakiegoś czasu. Mało kto przypuszczał, że dotychczasowy właściciel – niemiecka Verlagsgruppe Passau – zdecyduje się przekazać pod kontrolę PiS jeden z ostatnich bastionów niezależnej prasy, i to w sytuacji, gdy partia rządząca systematycznie tłamsiła w Polsce wolność słowa. Alarmowały zresztą o tym organizacje broniące praw człowieka – zarówno krajowe, jak i międzynarodowe.
Informacja pod kontrolą władzy.
W skład Polska Press wchodzi m.in. 20 największych dzienników regionalnych, agencja informacyjna przygotowująca codzienny serwis dla gazet regionalnych, a także niemal 150 tygodników lokalnych i mediów internetowych (23 internetowe serwisy regionalne i ponad 500 serwisów powiatowych). Łącznie media te mają 17,5 mln odbiorców. A do tego sześć drukarni: w Łodzi, Poznaniu, Sosnowcu, Bydgoszczy, Białymstoku i Koszalinie.
„Srebrami rodowymi” koncernu były dzienniki regionalne, które od wielu lat cieszyły się poczytnością: „Dziennik Polski”, „Kurier Poranny”, „Gazeta Współczesna”, „Nowa Trybuna Opolska”, „Echo Dnia”, „Gazeta Codzienna Nowiny”, „Gazeta Wrocławska”, „Polska Metropolia Warszawska”, „Express Bydgoski”, „Nowości Dziennik Toruński”, „Express Ilustrowany”, „Kurier Lubelski”, „Gazeta Pomorska”, „Gazeta Lubuska”, „Głos Dziennik Pomorza”, „Dziennik Bałtycki”, „Dziennik Łódzki”, „Dziennik Zachodni”, „Gazeta Krakowska”, „Głos Wielkopolski”.
Nikt nie wierzył w zapewnienia byłego wójta Pcimia Daniela Obajtka, że transakcja przejęcia Polska Press ma jedynie tło biznesowe, bo powszechnie znana była filozofia prezesa PiS, który nieustannie mówił o repolonizacji mediów (czyli odkupieniu ich od zagranicznych właścicieli). Poza tym wszyscy dobrze pamiętali, co Jarosław Kaczyński powiedział w 2016 r., a mianowicie, że „w Polsce za pomocą telewizji można wykreować obraz, jaki się chce, bo społeczeństwo nie analizuje tego, co tam widzi, tylko przyjmuje jako prawdziwe”, że „media publiczne to »osłona medialna« władzy” oraz, że TVP to „kanał dotarcia do Polaków z własnym przekazem”.
Tak więc po przejęciu władzy przez PiS i spacyfikowaniu publicznej telewizji i radia, które stały się tubami propagandowymi obozu rządowego przyszła kolej na media regionalne i lokalne. Są one głównym źródłem informacji dla elektoratu PiS – ludzi z mniejszych miast, bez wyższego wykształcenia, starszych i gorzej sytuowanych.
Ostatnie podrygi rektora hejtera
Czy skompromitowany rektor-komendant Akademii Wymiaru Sprawiedliwości zostanie usunięty ze stanowiska?
Zgodnie z zapowiedziami Adam Bodnar wziął się w końcu za Michała Sopińskiego, rektora-komendanta podległej Ministerstwu Sprawiedliwości Akademii Wymiaru Sprawiedliwości. Czym wykazał się ten 30-latek o wyglądzie Harry’ego Pottera, że Zbigniew Ziobro ulokował go w 2023 r. na ciepłej posadce (kadencja rektora-komendanta trwa pięć lat)?
Wilczek politykuje i kąsa.
Zacznijmy od tego, że rektor Sopiński nie ma doświadczenia ani dorobku naukowego, a pochwalić się może zaledwie doktoratem, czyli najniższym stopniem naukowym. Komendant uczelni powinien być oficerem – poprzednik miał stopień generała. Studiujący tu funkcjonariusze Służby Więziennej do cywila zwracają się per „panie komendancie”, co w tym wypadku brzmi nader zabawnie. Sopiński jako „komendant” uczelni kształcącej więzienników nie ma bowiem pojęcia o specyfice służby. Nigdy nie pracował za więziennym murem, nie poznał zapachu celi, nie stanął oko w oko z bandytą, mordercą czy gwałcicielem, nic nie wie o warunkach pracy strażników.
Działacz Suwerennej Polski, zwany też młodym wilczkiem, jest szefem struktur partyjnych w okręgu kalisko-leszczyńskim. Podobno miał startować w ostatnich wyborach parlamentarnych, ale działacze PiS nie byli zachwyceni i sprzeciwili się temu, by współpracownik Zbigniewa Ziobry trafił na listę wyborczą. Faktem jest, że gdy Sopiński miał zabiegać o dobre miejsce na liście, w jego okręgu pojawiły się ogromne bilbordy z jego podobizną, logo akademii i napisem: „Od września zapraszamy do Akademii Wymiaru Sprawiedliwości – dr Michał Sopiński, rektor”.
Jednak to nie brak kompetencji ani nawet formalna przynależność do Suwerennej Polski, lecz niewyparzony język i aktywność w mediach społecznościowych nielicująca z godnością zarządcy uczelni mogą sprawić, że przyboczny Zbigniewa Ziobry zostanie usunięty ze stanowiska rektora-komendanta.
Dziwne przypadki Glapińskiego
Grzechy prezesa Narodowego Banku Polskiego.
Wyobraźmy sobie prezesa gminnego banku spółdzielczego, który: a) nabył w podejrzanych okolicznościach nieruchomość należącą do biznesmena powiązanego z mafią rosyjską, b) jako minister działał w interesie swojej partii, która uwłaszczyła się na majątku państwowym, c) w raportach służb specjalnych przedstawiany był jako gangster, d) obracał się w szemranym towarzystwie, e) wykorzystywał bank do wspierania swojego środowiska politycznego i jako narzędzie do wzbogacenia się.
A teraz wyobraźmy sobie, że mówimy nie o kierowniku prowincjonalnego banku, lecz o prezesie Narodowego Banku Polskiego, od którego zależy los państwa i milionów Polaków…
Niebezpieczne związki.
Na początku 2022 r. mieszkańcy Zalesia Górnego pod Warszawą zauważyli, że do miejscowej rzeki Czarna odprowadzane są nieczystości. Spieniona ciecz wypływała z jednej z trzech rur idących od działki, na której – na terenie Chojnowskiego Parku Krajobrazowego – stoi okazały pałac prezesa NBP Adama Glapińskiego. Suweren zaalarmował dziennikarzy, a po nagłośnieniu sprawy do akcji wkroczyli podlegli rządowi urzędnicy Wód Polskich, którzy orzekli, że Glapiński odprowadzał nie ścieki, a jedynie wody opadowe, i w ekspresowym tempie zalegalizowali samowolę. Choć wszystko zakończyło się dla szefa banku centralnego szczęśliwie, i tak uznał on, że opłata legalizacyjna w kwocie 14 272,56 zł jest zbyt wygórowana jak na jego dochody (tylko w 2022 r. zarobił ponad 1,3 mln zł), i złożył odwołanie, które jednak nie zostało uwzględnione.
Posiadłość w Zalesiu Górnym Adam Glapiński nabył w 2009 r. (był wówczas doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego) w bardzo nietypowych okolicznościach, bo stał się jej właścicielem w drodze wymiany za dom położony w Wilanowie. Zdaniem ekspertów takie transakcje zdarzają się niezwykle rzadko. Tym bardziej że obie strony zadeklarowały, że nieruchomości mają identyczną wartość 2,2 mln zł, co wedle wyliczeń Grzegorza Rzeczkowskiego (który opisał sprawę w „Gazecie Wyborczej”) było mało prawdopodobne. Posiadłość w Zalesiu Górnym mogła być bowiem warta nawet dwukrotnie więcej niż dom w Wilanowie. Wszystko wyglądało tak, jak gdyby Glapiński wzbogacił się na tej transakcji. Ale to nie koniec dziwnych zbiegów okoliczności.
W 2018 r., będąc już prezesem NBP, Glapiński przejął przez tzw. zasiedzenie ponadhektarową działkę graniczącą z podwarszawską posiadłością. Pytany, kiedy i od kogo się dowiedział, że może zasiedzieć działkę, powiedział lakonicznie, że „w urzędzie gminy”, ale jest wielce prawdopodobne, że od poprzedniego właściciela.
Układ zamknięty
Czego prokuratura nie wyjaśniła w aferze korupcyjnej przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego.
Dopiero po czterech latach od przesłania przez prokuraturę do sądu aktu oskarżenia rozpoczął się proces byłego szefa Komisji Nadzoru Finansowego Marka Chrzanowskiego, który żądał łapówki od Leszka Czarneckiego w zamian „za ochronę” jego banku.
Sprawa jest dla PiS niewygodna, dlatego Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia, którego prezeską jest nominatka Zbigniewa Ziobry sędzia Aleksandra Smyk (wcześniej prezesami byli Joanna Przanowska-Tomaszek i rzecznik nielegalnej KRS Maciej Mitera), wyznaczył termin pierwszej rozprawy na listopad 2023 r., czyli już po wyborach parlamentarnych. Co niepokojące, proces został utajniony, a dziennikarze dostali jedynie dostęp do aktu oskarżenia. Opinia publiczna nie dowie się więc, co zawierają akta sprawy, m.in. jaki był plan śledztwa prokuratury, jakie czynności zostały wykonane, a jakie nie, co zeznali świadkowie w trakcie śledztwa i jakie zeznania złożą podczas procesu.
Zadziwiające jest, że Chrzanowski, który żądał łapówki, oskarżony został z art. 231 par. 2 Kodeksu karnego. Dopowiada on do par. 1, stanowiącego, iż „funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”, że jeśli robił to „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10”. Czyli prokuratura założyła, że szef KNF działał sam, choć taka wersja zdarzeń jest mało prawdopodobna.
Afera wybuchła jesienią 2018 r., gdy „Gazeta Wyborcza” ujawniła nagranie, na którym Marek Chrzanowski podczas spotkania w siedzibie KNF złożył propozycję korupcyjną jednemu z najbogatszych Polaków, Leszkowi Czarneckiemu, właścicielowi Getin Noble Banku i Idea Banku. Chrzanowski chciał, by Czarnecki zatrudnił w swoim banku podstawionego człowieka, radcę prawnego Grzegorza Kowalczyka, który nie miał wprawdzie doświadczenia zawodowego koniecznego do nadzorowania restrukturyzacji banku, ale był znajomym żony szefa KNF. Chciał również, aby Kowalczyk otrzymywał wysokie wynagrodzenie prowizyjne, ok. 40 mln zł. W zamian za to będący w kłopotach finansowych Getin Noble Bank miał zostać uratowany.
Chrzanowski nie tylko obiecywał za łapówkę ocalić bank Czarneckiego. Twierdził, że Zdzisław Sokal, przedstawiciel prezydenta Andrzeja Dudy w KNF i jednocześnie prezes Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, ma plan doprowadzenia do upadłości banku, a potem przejęcia go za symboliczną złotówkę. „Między nami, to Zdzisław (Sokal) ma swój plan, który wygląda w ten sposób, że on uważa, że Getin powinien upaść, za złotówkę zostać przejęty przez jeden z tych dużych banków i on chciałby dokapitalizować to kwotą 2 mld zł. Czyli już ten bank, który to przejmie. I to jest jego wizja rozwiązania sprawy. I nas (czyli resztę składu KNF) atakuje za każdą decyzję, którą podejmujemy, pozytywną w stosunku do banku (Getinu), u prezydenta, u premiera…”, mówił przewodniczący KNF, proponując Czarneckiemu pomoc w usunięciu Sokala z komisji.
Polska na beczce prochu
Miliony ludzi żyją na tykających bombach, które w każdej chwili mogą wybuchnąć. Na dnie Morza Bałtyckiego w pobliżu polskiego wybrzeża zatopionych jest kilkaset statków – pozostałości głównie po II wojnie światowej. Około stu wraków zalega tylko w Zatoce Gdańskiej, gdzie znajdują się największe porty i gdzie każdego dnia na plażach wypoczywają tysiące ludzi. Zatopione statki rdzewieją, a ich zbiorniki wypełnione paliwem w każdej chwili mogą się rozszczelnić, powodując katastrofę ekologiczną na niewyobrażalną skalę.
Wojna o togę
Kulisy konfliktu na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.
Od kwietnia br. Warszawski Uniwersytet Medyczny powinien mieć nowego rektora. Wyborów jednak nie było i nie wiadomo, kiedy się odbędą, bo dotychczasowy zarządca uczelni prof. Zbigniew Gaciong, który ubiegał się o reelekcję, utrącił swoją konkurentkę, prof. Agnieszkę Cudnoch-Jędrzejewską. Sytuacja jest patowa, a smaczku sprawie dodaje fakt, że pani profesor należała do grona zaufanych osób rektora, pomagała mu przy kampanii w 2020 r., potem została jego zastępczynią – prorektorem ds. personalnych i organizacyjnych.
Społeczność akademicka jest zażenowana, bo przecież wszystko to dzieje się na renomowanym uniwersytecie z przeszło 200-letnią tradycją, który zatrudnia niemal 1,9 tys. nauczycieli, w tym ponad 180 profesorów tytularnych.
Prof. Gaciong (rocznik 1955), od 2020 r. rektor WUM, jest uznanym lekarzem, naukowcem i dydaktykiem, a także członkiem wielu towarzystw naukowych. Odznaczony został przez prezydentów Lecha Kaczyńskiego i Bronisława Komorowskiego Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi.
Agnieszka Cudnoch-Jędrzejewska (rocznik 1975) profesorem belwederskim została w wieku 40 lat. Jest autorką ponad 130 publikacji naukowych, specjalizuje się w chorobach wewnętrznych. Jest członkinią American Physiology Society, Polskiego Towarzystwa Fizjologicznego oraz Sekcji Kardiologii Eksperymentalnej Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Od prezydenta Andrzeja Dudy otrzymała Srebrny Krzyż Zasługi.
Czy tak znamienite osobistości byłyby zdolne do zawiści, knucia i intryg w imię własnych interesów kosztem reputacji uniwersytetu?
Rektor kontratakuje.
Nic nie zapowiadało awantury, aż w lutym br. prof. Agnieszka Cudnoch-Jędrzejewska zgłosiła swoją kandydaturę w wyborach na rektora. Musiała tym bardzo urazić prof. Zbigniewa Gacionga, bo ten cofnął jej pełnomocnictwa nadane w związku z pełnieniem funkcji prorektora, co spowodowało, że nie mogła wykonywać swoich obowiązków.
Kilka dni przed posiedzeniem Senatu WUM, który miał wskazać kandydatów na rektora, dziennikarze wyciągnęli kwity na panią profesor. Okazało się, że rok wcześniej została oskarżona o mobbing przez podwładne: kwestorkę i jej zastępczynię odpowiedzialne za finanse uczelni. Sprawą zajmowała się Rektorska Komisja Antymobbingowa, która orzekła, że co prawda wystąpiły „zjawiska o charakterze niepożądanym, noszące znamiona mobbingu”, ale nie można mówić o mobbingu zdefiniowanym w Kodeksie pracy, a „konflikt między stronami (…) przybrał (…) postać konfliktu personalnego”. Ponieważ nie było podstaw prawnych, komisja uczelniana nie wyciągnęła konsekwencji wobec pani prodziekan, a rzekomy mobbing polegał na tym, że prof. Cudnoch-Jędrzejewska miała publicznie kwestionować kompetencje podwładnych i zlecać im niepotrzebne prace.
25 marca Senat WUM dał zielone światło prof. Cudnoch-Jędrzejewskiej, która dostała 28 głosów poparcia, podczas gdy rektor Gaciong 25 głosów.







