Wpisy od Marek Czarkowski

Powrót na stronę główną
Zdrowie

Wąsy, które ratują życie

Movember w Polsce. Od modnego gestu do rewolucji społecznej

Pod koniec października miłośnicy futbolu zobaczyli w sieci krótki film z udziałem Roberta Lewandowskiego. Wąsaty kapitan naszej reprezentacji i gwiazda FC Barcelony zachęcał do profilaktycznych badań jąder i prostaty. „Trwają kilka minut, a mogą uratować życie. Zrób to dla siebie, zrób to dla swoich bliskich. Bo silny mężczyzna to taki, który nie boi się zadbać o swoje zdrowie”, mówił Lewy. Wraz z nim w materiale będącym częścią międzynarodowej kampanii społecznej Movember, promującej profilaktykę raka prostaty, raka jąder oraz zdrowia psychicznego mężczyzn, wystąpili piłkarz Jakub Błaszczykowski, indywidualny mistrz świata w żużlu Bartosz Zmarzlik, siatkarze Bartosz Kurek i Tomasz Fornal, dyskobol Piotr Małachowski, aktor Borys Szyc oraz prezydent Karol Nawrocki.

Listopad jest miesiącem, w którym dziesiątki tysięcy mężczyzn na świecie zapuszczają wąsy na znak troski o zdrowie, zachęcając do profilaktyki, która może uratować życie. Bo wąsy w kampanii społecznej Movember, która od 2003 r. stara się zmieniać oblicze męskiego zdrowia, mają przełamywać tabu i zachęcać do rozmów o tym, o czym panowie zazwyczaj wolą milczeć.

Pomysł australijskich piwoszy

Wszystko zaczęło się w Adelajdzie, stolicy stanu Australia Południowa, położonej nad Zatoką Świętego Wincentego. W 1999 r. kilku młodych mężczyzn wpadło przy piwie na pomysł, by połączyć w jedno słowa moustache (wąsy) i November (listopad) i stworzyć nową tradycję. Chodziło im o zebranie funduszy dla organizacji Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals zajmującej się ochroną zwierząt przed okrucieństwem. Pieniądze zbierali, sprzedając koszulki z hasłem: Growing whiskers for whiskers, w swobodnym tłumaczeniu: Zapuszczamy wąsy dla tych z wąsami. Mimo że w akcji wzięło udział ok. 80 mężczyzn, szybko zyskała ona rozgłos w całej Australii.

W 2003 r. dwaj inni Australijczycy, tym razem z Melbourne – Luke Slattery i Travis Garone – postanowili rozwinąć pomysł miłośników piwa i zwierząt z Adelajdy. Cel jednak był o wiele poważniejszy. Luke i Travis poprosili znajomych, by podjęli wyzwanie – każdy miał zapuścić wąsy, wpłacić 10 dol. australijskich i zachęcić kumpli do przyłączenia się. Zgromadzone środki miały trafić do organizacji wspierającej badania nad rakiem prostaty. Rok później w Melbourne powstała Movember Foundation – organizacja charytatywna, która kampanii społecznej rodem z pubu nadała międzynarodowy zasięg.

Początkowo, by zwrócić uwagę na problem raka prostaty i depresji wśród mieszkańców ziemi Krokodyla Dundee, wąsy zapuściło zaledwie 30 panów. Rok później było ich prawie 500. Udało im się zebrać ponad 40 tys. dol. australijskich dla Prostate Cancer Foundation of Australia.

W kolejnych latach kampania Movember rozprzestrzeniła się na inne kraje. W 2007 r. zorganizowano ją w Irlandii, Kanadzie, Czechach, Danii, Salwadorze, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Izraelu i RPA, na Tajwanie i w Stanach Zjednoczonych. W 2011 r. największym darczyńcą w jej ramach była Kanada.

Do tej pory Movember Foundation zebrała ok. 837 mln dol. i sfinansowała przeszło 1,2 tys. projektów w ponad 20 krajach. Uważana jest za jedną ze 100 najlepszych organizacji pozarządowych na świecie.

To też przykład, jak czyjś prosty pomysł może się przerodzić w globalny ruch społeczny.

W Polsce Movember

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Koncentrat, keczup i miliony Dawtony

Andrzej Wielgomas na pomidorach zbudował fortunę, córka reprezentowała Polskę w konkursie Eurowizji, a syn został bohaterem skandalu politycznego

W naszych domach niektóre marki obecne są od lat, lecz ich twórców nie znamy i nic o nich nie wiemy. Na przykład Dawtona, rodzimy producent keczupu i koncentratu pomidorowego. Ostatnio ogromną darmową reklamę zapewniła firmie wieść, że pod koniec 2023 r., krótko przed zmianą władzy w Polsce, Piotr Wielgomas, syn Andrzeja, założyciela spółki, jako osoba prywatna prowadząca gospodarstwo rolne nabył od KOWR za 22,8 mln zł 160-hektarową działkę w miejscowości Zabłotnia pod Grodziskiem Mazowieckim.

Transakcja wzbudziła emocje, ponieważ teren uznawany jest za strategiczny dla budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego – ma tamtędy przebiegać linia kolei dużej prędkości. Pojawiły się supozycje, że sprzedaż miała charakter spekulacyjny i była zwieńczeniem dobrych układów głowy rodziny z Robertem Telusem, ministrem rolnictwa w rządzie Mateusza Morawieckiego.

Niektórzy politycy koalicji rządzącej sugerowali, że jeśli CPK chciałby odkupić od Piotra Wielgomasa grunt, musiałby zapłacić ok. 400 mln zł. A to byłoby bardzo solidne przebicie. Sprawą zainteresowała się prokuratura. Byłego ministra Telusa Prawo i Sprawiedliwość zawiesiło w prawach członka do czasu wyjaśnienia afery.

Dla właścicieli Dawtony była to nowa sytuacja. Przez lata unikali rozgłosu medialnego, gdyż – jak sądzę – nigdy nie zależało im na sławie. Wiadomo, że 75-letni dziś Andrzej Wielgomas, głowa rodu, z żoną Danutą uruchomili w 1991 r. w Błoniu pod Warszawą niewielki zakład przetwórstwa pomidorów. Głównymi produktami były keczup i koncentrat pomidorowy. Szybszy rozwój Dawtony nastąpił w pierwszej dekadzie XXI w., gdy nabyła ona (choć można też trafić na informację, że wydzierżawiła) część Zakładu Przetwórstwa Owocowo-Warzywnego w Milejowie. Początkowo przerabiano tam skromne 8 tys. ton pomidorów rocznie i zatrudniano 17 osób. Dzięki inwestycjom milejowski zakład systematycznie zwiększał produkcję, a Dawtona zdobywała rynek, oferując produkty za rozsądną cenę. Obok keczupu i koncentratu pomidorowego pojawiły się pikle, ogórki kiszone i konserwowe, fasola, kukurydza, groszek oraz pomidory w puszkach, passaty, dania gotowe, soki… W 2018 r. spółka wprowadziła na rynek saszetki z musem owocowym, a cztery lata później musy z jogurtem.

W ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój spółka otrzymała kilkumilionową dotację na „opracowanie innowacji w postaci przekąski na bazie musu owocowego i/lub owocowo-warzywnego oraz jogurtu, o istotnie podniesionych właściwościach odżywczych i prozdrowotnych, o wydłużonym terminie przydatności do spożycia bez konieczności zapewnienia warunków chłodniczych”. Potem kolejną, ok. 10 mln zł, na „opracowanie nowej, innowacyjnej technologii produkcji keczupu o znacznie poprawionych walorach odżywczych”. Na ile się orientuję, pierwsza dotacja została już zakończona i rozliczona.

Po 30 latach rodzinny koncern tworzą: Dawtona Holding, Dawtona Frozen, Dawtona Farming, Dawtona Milejów i Dawtona sp. z o.o. Całość wyceniana jest na 900 mln zł.

Od puszki do imperium

Władysław Reymont w „Ziemi obiecanej” opisał łódzkich fabrykantów, którzy zbili fortuny na bawełnie. Gdyby żył dzisiaj, być może opisałby przedsiębiorcę z Błonia, który zamiast na przędzalnie postawił na pomidory. I równie dobrze na tym wyszedł. Andrzej Wielgomas jest przy tym romantykiem – w nazwie Dawtona ukrył imię żony Danuty. Na początku lat 90. XX w. państwo Wielgomasowie nie mogli przypuszczać, że ich marka stanie się równie rozpoznawalna nad Wisłą jak Winiary czy Wedel, a ich produkty będą się znajdowały w niemal każdej kuchni.

W jaki sposób Wielgomasowie to osiągnęli? Przede wszystkim wyeliminowali pośredników. Koncern zatrudnia ok. 1,2 tys. osób, posiada ponad 4,5 tys. ha ziemi (choć moim zdaniem znacznie więcej) i współpracuje z prawie 2 tys. rolników. Sposób działania firmy przypomina wielokrotnie opisywany na łamach „Przeglądu” duński model rolnictwa – prawie wszystko dzieje się w obrębie jednego organizmu gospodarczego.

Dawtona ma swoje pola, nasiona, rolników, własne zakłady przetwórcze, magazyny i transport. Nie musi sprowadzać pomidorów z Chin, a papryki z Węgier czy Hiszpanii. Żadnych zaskoczeń w stylu „w Chinach była powódź, a w Hiszpanii papryka nie obrodziła, bo była susza”. Wszystko rośnie na miejscu, na miejscu jest zbierane, przetwarzane i sprzedawane.

Firma dysponuje jednym z najszybszych na świecie systemów pakowania próżniowego kukurydzy. Przetwarza 60% kukurydzy produkowanej w ramach koncernu. Bo nie jest to już mały zakład na obrzeżach Błonia, lecz sprawnie zarządzany i dobrze funkcjonujący koncern.

W 2021 r. Andrzej Wielgomas podjął decyzję o przekazaniu sterów firmy rodzinie. Obowiązki przejęli żona i trzej synowie: Paweł, Tomasz i Piotr. Prezesem został najstarszy z braci, Paweł. W firmie każdy ma swoje zadania. Paweł odpowiada za strategię i rozwój. Piotr – za majątek i zarządzanie (plus za własne gospodarstwo rolne). Tomasz – za aktywne zarządzanie rodzinnym biznesem. Danuta zaś, jak się wydaje, choć mało o tym mówi, jest najważniejszą osobą w tym układzie.

Można by rzec, że w Dawtonie zrealizowany został klasyczny scenariusz firmy rodzinnej: ojciec ją założył i ze wsparciem żony rozwinął, a synowie biznes przejęli – i wszyscy są szczęśliwi i bogaci. Z tego modelu wyłamała się córka – urodzona 28 sierpnia 1999 r., najmłodsza latorośl Andrzeja i Danuty, Aleksandra Katarzyna Wielgomas, która wybrała drogę artystyczną.

Ukończyła szkołę muzyczną

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Możesz podesłać 200 zł na Blika?

W 2024 r. popełniono w Polsce 3825 oszustw z wykorzystaniem metody smishingu, phishingu i vishingu

„W życiu nie przypuszczałam, że spotka mnie coś tak przykrego”, napisała ostatnio na Facebooku Małgorzata Cecherz, dziennikarka Polsatu, znana z programu „Państwo w Państwie”. Na jednym z popularnych portali ogłoszeniowych wystawiła na sprzedaż samochód. Ktoś, kto do niej zadzwonił w tej sprawie, zażądał, by zweryfikowała swoją wiarygodność. Przełączył ją do rzekomego pracownika banku, a ten polecił jej, by wygenerowała kod Blik. Po czym okazało się, że są problemy, więc dziennikarka wysłała mu kolejne kody. Gdy przekroczony został dzienny limit przelewów, do Małgorzaty Cecherz zadzwonił prawdziwy pracownik banku z wiadomością, że prawdopodobnie padła ofiarą oszustwa. Jak potem się okazało, jej pieniądze trafiły za granicę. Bank nie uznał reklamacji, gdyż dziennikarka sama podała oszustom kody Blik.

W 2021 r. głośno było o aktorkach, które zostały ograbione metodą „na policjanta”. Straciły kilkaset tysięcy złotych. Do jednej z ofiar zadzwonił osobnik podający się za funkcjonariusza policji i przekonał ją, by przelała ze swojego rachunku, rzekomo zagrożonego atakiem hakerskim, 152 tys. zł na wskazane przez niego konto. Gdy aktorka zorientowała się, że padła ofiarą oszustwa, zgłosiła sprawę prawdziwemu stróżowi prawa. Organy podjęły stosowne czynności. Inna gwiazda sceny i ekranu, będąc pewna, że uczestniczy w operacji policyjnej, przekazała oszustom 450 tys. zł. W podobny sposób kryminaliści próbowali podejść żonę Roberta Lewandowskiego Annę i restauratorkę Larę Gessler – lecz panie nie dały się nabrać.

Czujnością wykazał się też jeden z najbogatszych obecnie senatorów, Ryszard Bober. 10 grudnia 2024 r. do jego biura w Jabłonowie Pomorskim zadzwonił oszust podający się za Marka Boronia, komendanta głównego policji. Oświadczył senatorowi, że prowadzi operację wymierzoną w hakerów, którzy chcą za pośrednictwem internetu okraść kilku wpływowych polskich polityków. Osobnicy ci mieli pracować w bankowości. Jak powiedział fałszywy Boroń, całkiem niemałe środki zgromadzone przez senatora Bobera na koncie bankowym są zagrożone. „Nadinspektor” stwierdził, że senator powinien przelać je na wskazane przez niego konto w celu „weryfikacji przez pracownika banku”. Dziwnym trafem był to rachunek spółki zajmującej się handlem kryptowalutami. Bober wykonał polecenie, a nawet przekazał oszustom skan swojego dowodu osobistego.

Na szczęście szybko się zreflektował, że mógł paść ofiarą oszustwa, i zawiadomił prawdziwą policję. W banku udało się zablokować przelew, a senator najadł się jedynie strachu.

Przykłady te dowodzą, że ofiarą oszustów korzystających z nowoczesnych technologii mogą paść nie tylko osoby starsze, lecz także te dobrze zorientowane w tym, jak funkcjonuje współczesna bankowość. A przestępcy coraz częściej sięgają po rozwiązania, jakie oferuje sztuczna inteligencja.

W 2024 r. popełniono w Polsce 3825 oszustw wykorzystujących te metody. Wartość strat poniesionych przez 4183 ofiary wyniosła ponad 156,4 mln zł. W pierwszej połowie bieżącego roku tylko w Warszawie doszło do 650 takich przestępstw – wartość strat sięgnęła 20 mln zł. Należy jednak pamiętać, że nie wszystkie przypadki są zgłaszane policji. Wielu oszukanych tego nie robi ze wstydu.

Smishing, phishing i vishing

To fachowe określenia metod wykorzystywanych przez oszustów posługujących się telefonią komórkową i internetem. Pierwszy sposób polega na wysyłaniu fałszywych wiadomości SMS. Oszuści podszywają się pod banki, urzędy, firmy kurierskie, sklepy internetowe. Przesyłane wiadomości zawierają linki do fałszywych stron internetowych, na których wyłudzane są dane osobowe, numery kont i hasła.

Phishing to fałszywe mejle. Działają tak samo jak fałszywe SMS-y. Chodzi o wyłudzenie danych i haseł do rachunków.

Trzecia metoda polega na podszywaniu się pod pracowników banków, policjantów oraz przedstawicieli innych szacownych instytucji i przekonywaniu ofiary w trakcie rozmowy telefonicznej, by przekazała swoje dane osobowe, hasło do rachunku bankowego lub bezpośrednio

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Fintechowy sukces czy wielki przekręt?

O wzlotach i upadku pewnego cinkciarza

27 października 2025 r. Sąd Rejonowy w Zielonej Górze ogłosił upadłość spółki Cinkciarz.pl prowadzącej popularny internetowy kantor wymiany walut. Syndykiem została spółka Grenda-Restrukturyzacja, której zadaniem będzie spieniężenie majątku Cinkciarza i rozdzielenie środków między wierzycieli.

Wobec Marcina P., założyciela i właściciela upadłej spółki, w lipcu br. sąd, na wniosek Prokuratury Regionalnej w Poznaniu, wydał nakaz aresztowania. Ponieważ Marcin P. przebywał za granicą, ostatnio wystawiono za nim list gończy i jest poszukiwany przez Interpol. Postawiono mu zarzuty dotyczące m.in. oszustwa oraz prania pieniędzy na dużą skalę, a poszkodowanych jest ponad 7 tys. klientów kantoru. Łączną wartość wyrządzonych szkód szacuje się na przeszło 125 mln zł.

Tak kończy się historia największego polskiego fintechu – spółki, która wdrażała innowacyjne technologie w sektorze finansowym, mające na celu cyfryzację transakcji wymiany walut.

A było tak dobrze. W 2022 r. obroty Cinkciarza osiągnęły 35 mld zł, a jego aplikacja mobilna została pobrana 2,5 mln razy. W kampaniach reklamowych spółki brali udział dwaj byli prezydenci – Lech Wałęsa i Bronisław Komorowski. Cinkciarz sponsorował reprezentację Polski w piłce nożnej i znakomitą drużynę koszykówki Chicago Bulls. Jego zespół analityków rynku walut uchodził za jeden z najlepszych w kraju. Regularnie uczestniczył w rankingach prognostycznych agencji Bloomberg, rywalizując z zespołami największych światowych instytucji finansowych. I wygrywał, zwłaszcza w prognozowaniu kursu pary EUR/USD.

Marcin P. miał solidne wykształcenie, był inżynierem oprogramowania komputerowego oraz absolwentem studiów podyplomowych w Saïd Business School Uniwersytetu Oksfordzkiego. Uczestniczył w elitarnym programie TRIUM Global Executive MBA prowadzonym przez NYU Stern School of Business, London School of Economics and Political Science (LSE) oraz HEC Paris.

Swój pierwszy, jeszcze tradycyjny kantor wymiany walut otworzył w 2001 r. w supermarkecie Auchan w Zielonej Górze. Potem przyszedł czas na kolejne: w Lubinie, Pile i Poznaniu. W 2006 r. Marcin P. zarejestrował domenę internetową cinkciarz.pl i rozpoczął prace nad stworzeniem platformy umożliwiającej wymianę walut online. Cztery lata później ruszył kantor internetowy, którego przewaga konkurencyjna polegała na tym, że oferował znacznie korzystniejsze warunki wymiany walut niż tradycyjny sektor finansowy.

Marcin P. wiedział, że aby się rozwijać, nie może się ograniczyć do jednego produktu. Dlatego zaczął tworzyć kompleksowy ekosystem usług finansowych działających pod marką Conotoxia. Jego klienci mieli uzyskać dostęp do szerokiej ich gamy, w tym przekazów pieniężnych, płatności online, wielowalutowych kart płatniczych, a nawet narzędzi inwestycyjnych.

Spółka Cinkciarz.pl zyskała reputację innowacyjnej, a sam P. zaczął uchodzić za eksperta od rynku walut oraz wyjątkowo zdolnego biznesmena i wizjonera.

Na dno

Pierwsze sygnały, że Cinkciarz.pl może mieć kłopoty, pojawiły się na przełomie lipca i sierpnia 2024 r. Początkowo były to niewielkie problemy z realizacją transakcji. We wrześniu klienci zaczęli narzekać na znaczące opóźnienia w wypłatach środków i pisać skargi do Komisji Nadzoru Finansowego. Spółka tłumaczyła się przejściowymi problemami technicznymi, które miały zostać szybko rozwiązane. W tym czasie lawinowo rosła liczba skarg kierowanych do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Komisji Nadzoru Finansowego.

2 października 2024 r. KNF cofnęła spółce Conotoxia zezwolenie na świadczenie usług płatniczych z powodu niewypełniania ustawowego obowiązku ochrony środków pieniężnych klientów. Wyrokiem śmierci była decyzja z grudnia 2024 r., gdy Prokuratura Regionalna

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Koniec łapówkarskiej passy?

W Moskwie trwa czystka. Za kraty trafiają generałowie, wysocy urzędnicy i biznesmeni

19 września br. w pobliżu osiedla Kokoszkino w Moskwie zastrzelił się Aleksander Tiunin, prezes rosyjskiej firmy Umatex należącej do koncernu Rosatom. Oficjalnie z powodu depresji, mniej oficjalnie – Tiunin znalazł się w kręgu zainteresowania organów ścigania z powodu sprzedajności.

23 września agenci Federalnej Służby Bezpieczeństwa (FSB) zatrzymali biznesmena i miliardera Aleksandra Bobrowa. Postawiono mu zarzuty dotyczące przestępstw gospodarczych i korupcyjnych na wielką skalę, wyprowadzania funduszy za granicę oraz prania brudnych pieniędzy.

25 września w Lesie Tichorieckim w Krasnodarskim Kraju powiesił się Witalij Kapustin, deputowany z partii Jedna Rosja. Oficjalnie z powodu depresji.

27 września z okna moskiewskiego hotelu wyskoczył Aleksander Fiedotow, wysoko postawiony rosyjski menedżer i biznesmen. Oczywiście z powodu depresji.

29 września pod zarzutem korupcji za kraty trafił zastępca gubernatora obwodu swierdłowskiego Oleg Czemizow. Miał brać łapówki w związku z realizacją kontraktów publicznych oraz wyprowadzać pieniądze na rzecz prywatnych podmiotów.

Tego samego dnia aresztowano generała majora Walerija Gołotę, szefa Zarządu Rosgwardii w Osetii Północnej. Zarzucono mu przyjmowanie łapówek w zamian za udzielanie kontraktów na dostawy sprzętu i usługi dla formacji, którą dowodził. Aresztowano też kilku jego współpracowników.

Czystka w szeregach administracji i wśród rosyjskich generałów zaczęła się w maju 2024 r., po dymisji ministra obrony Siergieja Szojgu, powszechnie krytykowanego za fatalnie prowadzone działania wojenne w Ukrainie oraz skandale korupcyjne w kierowanym przez niego resorcie. Za kraty trafił jego zastępca – generał major Timur Iwanow, od lat znany z luksusowego stylu życia. W 2019 r. magazyn „Forbes” umieścił go w pierwszej setce najbogatszych przedstawicieli rosyjskich służb bezpieczeństwa. Nikogo nie dziwiło, że wraz z drugą żoną Swietłaną Maniowicz wynajmował mieszkanie o powierzchni 300 m kw. w centrum Moskwy, a w 2012 r. kupił w stolicy dworek szlachecki z XIX w. Miał też posiadłość liczącą ponad 10 tys. m kw. z domem o powierzchni 1,6 tys. m kw. w elitarnej wiosce Uspienskoje pod Moskwą. Jego proces przed sądem w Moskwie ruszył w styczniu 2025 r. Wraz z nim na ławie oskarżonych zasiadł były dyrektor państwowej korporacji zbrojeniowej Oboronlogistika – Anton Fiłatow.

W lipcu br. Iwanowa skazano na 13 lat więzienia w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze, grzywnę w wysokości 100 mln rubli (ok. 4,6 mln zł) oraz przepadek mienia – gruntów, mieszkań, pieniędzy na rachunkach bankowych, a także floty pojazdów – o łącznej wartości 2,5 mld rubli (ok. 115 mln zł). Jego współpracownik Anton Fiłatow dostał wyrok 12,5 roku więzienia.

Na swoją kolejkę czekają w aresztach też generałowie. Dmitrij Bułgakow, wiceminister obrony ds. logistyki w latach 2008-2022, uhonorowany tytułem Bohatera Federacji Rosyjskiej, został zatrzymany przez FSB 25 lipca 2024 r. pod zarzutem korupcji. Miał zbudować system zaopatrzenia wojsk w żywność niskiej jakości po zawyżonych cenach oraz przyjmować łapówki od firm komercyjnych w zamian za kontrakty z Ministerstwem Obrony.

Jurij Kuzniecow, szef Głównego Zarządu Kadr Ministerstwa Obrony, został aresztowany 13 maja 2024 r. pod zarzutem przyjmowania łapówek w latach 2021-2023. Podczas rewizji w jego domu skonfiskowano ponad 100 mln rubli w gotówce, złote monety oraz luksusowe zegarki.

Wadim Szamarin, generał, zastępca szefa Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Rosji oraz naczelnik Głównego Zarządu Łączności, aresztowany 22 maja 2024 r. otrzymał zarzut przyjęcia korzyści majątkowej o szczególnie dużej wartości. Grozi mu do 15 lat więzienia.

Gen. Walerij Mumindżanow, zastępca dowódcy Leningradzkiego Okręgu Wojskowego, został aresztowany we wrześniu 2024 r. pod zarzutem przyjęcia łapówek o wartości ponad 20 mln rubli. Pełniąc wcześniej funkcję szefa departamentu zabezpieczenia materiałowego w Ministerstwie Obrony, sprzyjał firmom dostarczającym umundurowanie dla uczestników wojny w Ukrainie – kontrakty były warte 1,5 mld rubli. Mumindżanow i jego rodzina posiadają nieruchomości w Moskwie i Woroneżu o wartości przekraczającej 120 mln rubli

Władimir Szesterow, były zastępca naczelnika Głównego Zarządu Rozwoju Innowacyjnego Ministerstwa Obrony Rosji, już siedzi. Aresztowano go w sierpniu 2024 r. w związku z defraudacją, której dopuścił się podczas budowy Parku Patriotycznego. W lipcu br. roku skazano go na sześć lat w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze, pozbawiono stopnia generała majora i medali oraz obciążono 24 mln rubli grzywny.

Okazało się, że ludzie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Polska wieś ugina się pod ciężarem problemów

Bez państwowego banku rolnego nic się nie zmieni

11 października br. w sieci pojawił się film, na którym widać ludzi ładujących ziemniaki: do worków, wózków, samochodów, a nawet przyczep ciągnikowych. Działo się to we wsi Dąbrowica na Podkarpaciu i było efektem informacji, która pojawiła się na portalu Pepper.pl, o tym, że rolnik, nie mogąc sprzedać ponad 150 ton ziemniaków, gotów jest oddać je chętnym za darmo.

Okazało się jednak, że o żadnym rozdawnictwie nie mogło być mowy. Do redakcji rzeszowskich „Nowin” zgłosił się Piotr Gryta, współwłaściciel przedsiębiorstwa zajmującego się przetwórstwem gorzelniczym. Zaprzeczył, by ziemniaki miały być rozdawane. Twierdził, że został okradziony. Swoje straty oszacował na 60 tys. zł. „Mam nadzieję, że ci, którzy tam byli, zgłoszą się do mnie, wyjaśnią sytuację i sprawę załatwimy polubownie. Jeśli nie, to sprawa może trafić do prokuratury”, mówił dziennikarzom.

Był to kulminacyjny moment akcji, którą w mediach ochrzczono samozbiorami. Polega ona na tym, że chętni mogą się zaopatrzyć w owoce i warzywa bezpośrednio u rolników, pod warunkiem że sami zbiorą z pól i sadów potrzebne im produkty, płacąc za nie o wiele niższą cenę niż w sklepach czy supermarketach.

Samozbiory to nic nowego. Niektórzy rolnicy od dawna oferowali chętnym możliwość takiego zakupu borówek, malin, truskawek, kapusty czy właśnie ziemniaków.

3 października br. Andrzej Urbanek, sadownik z Korczyny w województwie podkarpackim, opublikował w mediach społecznościowych film, na którym porównał cenę małych jabłek przemysłowych w markecie – 5,99 zł/kg – z dużymi, deserowymi jabłkami w jego sadzie po 4 zł/kg. Materiał zyskał ogromną popularność, a jego sklep internetowy został zalany zamówieniami. Przy 1600. zamówieniu zablokowały się serwery.

Podobną sławę zyskał rolnik spod Trzebnicy w województwie dolnośląskim. Został oszukany przez nieuczciwego kontrahenta, który nie odebrał 11 ton zamówionych śliwek. Mogło to go kosztować 36 tys. zł.

Na szczęście na pomoc ruszyli ludzie i szybko wykupili owoce.

Ta forma sprzedaży zyskała w ostatnich tygodniach – dzięki internetowi – sporą popularność. W Mogielnicy w województwie mazowieckim gospodarstwo ogrodnicze oferuje jabłka w cenie 2 zł/kg. Podobną ofertę ma sad w Pietrzykowicach pod Wrocławiem. Pod Krakowem i w okolicach Oświęcimia można z kolei zbierać jagody kamczackie w cenie 15-20 zł/kg. Szczegóły tego ogłoszenia – i dziesiątki innych – znajdziemy na portalu Myzbieramy.pl.

Samozbiory stały się w tym roku rozwiązaniem korzystnym dla obu stron – rolnicy ratują plony przed zmarnowaniem i otrzymują lepsze ceny niż w skupie, a konsumenci płacą za świeże, sezonowe owoce znacznie mniej niż w sklepach.

Na razie jest to margines handlu produktami rolnymi w Polsce, a były wiceminister rolnictwa Michał Kołodziejczak nazwał samozbiory „aktem desperacji rolników”.

Za to wśród rolników dojrzewa myśl, że potrzebne są rozwiązania systemowe, które zapewnią im stabilny dochód. Zwłaszcza że pośrednicy, którzy kupują od nich produkty, powołują się teraz na przykłady samozbiorów i żądają obniżenia cen!

I tak źle, i tak niedobrze

W Polsce jest tak: jeśli panuje susza, to natychmiast pojawia się hasło „Dawaj dopłaty!”. Jeśli zdarzy się powódź czy podtopienie, gradobicie, pryszczyca, afrykański pomór świń, ptasia grypa lub przymrozki – „Dawaj dopłaty!”. Inaczej zablokujemy traktorami drogi krajowe, zorganizujemy w Warszawie demonstracje i wylejemy gnojowicę przed urzędami. Rolnicy wściekają się, widząc ceny ziemniaków, marchwi, cebuli, jabłek, śliwek i gruszek w supermarketach i porównują je z cenami w skupach. Niedawno Związek Sadowników Rzeczpospolitej Polskiej przekonywał, że „większość sieci handlowych, w tym również polskie, próbuje wymusić na swoich dostawcach sprzedaż jabłek po skandalicznie niskich cenach – nawet poniżej 1 zł/kg. Podczas gdy średnia cena na półkach to 5-6 zł/kg”.

Według wstępnych szacunków GUS w tym roku produkcja ziemniaków wzrosła o 15% i przekroczyła 6,8 mln ton. W konsekwencji ich cena hurtowa na giełdzie w Broniszach waha się dziś od 60 gr/kg do 80 gr/kg i jest o ok. 40% niższa niż w roku ubiegłym! Przy czym nie ma ona prawie żadnego wpływu na cenę detaliczną w sklepach czy supermarketach.

Ostatnio w jednym z wywiadów minister rolnictwa Stefan Krajewski ogłosił, że mamy do czynienia z klęską urodzaju, wyjaśniając: „Bardzo często to pośrednicy czerpią zyski kosztem producentów”. Posunął się nawet do supozycji, że mogło dojść „do zmowy cenowej na rynkach rolnych” – są bowiem takie sygnały – i dodał, że skierował w tej sprawie pismo do prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, aby ten sprawdził, czy do zmów nie dochodzi.

W ocenie Wielkopolskiej Izby Rolniczej ceny skupu zbóż spadły dziś do poziomu notowanego prawie 20 lat temu. W tym samym czasie koszty nawozów, paliwa czy środków ochrony roślin wzrosły wielokrotnie. Na skutek tego wielu rolników w regionie znalazło się na granicy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Ścigany Michał Kuczmierowski

Jedna z największych afer rządów PiS wraca w wielkim stylu

Ostatnio w mediach pojawiła się wiadomość, że były prezes Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych Michał Kuczmierowski, oczekujący w Londynie na ostateczną decyzję sądu o ekstradycji do Polski, jest ochraniany przez brytyjski wywiad MI6, z którym współpracował przy dostawach uzbrojenia dla walczącej z rosyjską inwazją Ukrainy.

Brzmi nieźle, lecz brakuje dowodów na potwierdzenie tej śmiałej tezy. Źródłem rewelacji są pragnący zachować anonimowość informatorzy (ma się rozumieć „ze służb”), którzy podzielili się nimi z dziennikarzami.

Tymczasem kazus Kuczmierowskiego i jego kolegów to symboliczna, a jednocześnie typowa historia ludzi, którzy w III RP zaczynali jako ideowcy, a skończyli jako podejrzani, choć bogaci karierowicze, którzy swoje sukcesy zawdzięczają odpowiednim znajomościom i układom.

Harcerz

Przyszły prezes RARS, zanim pojawił się na styku polityki i biznesu, był instruktorem Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej. Dał się tam poznać jako sprawny organizator, dobry kolega i człowiek uczciwy, o nieposzlakowanej reputacji. Tak mówią o nim ci, którzy go znali.

Przygodę z władzą Kuczmierowski rozpoczął w 2006 r. Mając niewiele ponad 30 lat, zarejestrował w Sejmie działalność lobbingową. W latach 2010-2015 pracował jako menedżer ds. rozwoju w Banku Zachodnim WBK, którego prezesem był wówczas Mateusz Morawiecki. Rekomendacją była owa działalność w ZHR.

Pięć lat pracy w strukturach jednej z największych instytucji finansowych w Polsce pozwoliło Kuczmierowskiemu nie tylko zdobyć doświadczenie w zarządzaniu biznesowym, lecz przede wszystkim nawiązać bliskie relacje z przyszłym premierem.

Okazały się one kluczowe.

Dla Morawieckiego, który budował wokół siebie zaplecze polityczne, liczyły się trzy cechy: lojalność, sprawność organizacyjna i wspólna przeszłość – w tym przypadku w Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. Michał Kuczmierowski idealnie wpisywał się w ten model.

Po zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych w 2015 r., a zwłaszcza po nominacji Morawieckiego na stanowisko wicepremiera i ministra rozwoju, a następnie ministra finansów i premiera, nasz bohater został dyrektorem departamentu marketingu i komunikacji największego banku w Polsce – PKO BP.

Był to wyraźny sygnał, że należy do elitarnego grona „harcerzy Morawieckiego”, którzy mogli liczyć na wysokie stanowiska i wpływy w nowej politycznej rzeczywistości. Szacunki mówią, że osób tworzących zaplecze Morawieckiego było od 40 do 60.

W latach 2018-2020 Kuczmierowski zasiadał w zarządzie Polskiej Grupy Zbrojeniowej, odpowiadając za finanse i strategię. W tamtym czasie PGZ jako holding spółek przechodziła intensywną reorganizację. W planach rządu miała odgrywać kluczową rolę w modernizacji polskiej armii i w rozwoju krajowego przemysłu obronnego.

Praca ta dała mu nie tylko doświadczenie w zarządzaniu złożonymi strukturami korporacyjnymi, lecz także głębokie rozeznanie w przemyśle obronnym oraz logistyce wojskowej. Kompetencje te miały się okazać bardzo przydatne w jego kolejnej, tym razem wyjątkowej roli.

Dla Kuczmierowskiego wybuch pandemii COVID-19 w marcu 2020 r. stał się początkiem kolejnego – najważniejszego – etapu kariery. W sytuacji poważnego kryzysu premier Morawiecki potrzebował ludzi, którym bezwarunkowo ufał i którzy byli w stanie sprawnie zrealizować każde jego polecenie. Kimś takim był nasz bohater. Dlatego premier powołał go na pełnomocnika ds. rezerw strategicznych w ochronie zdrowia. W warunkach pandemii była to funkcja o zaiste strategicznym znaczeniu, gdyż niezwykle ważne stało się zapewnienie stałych dostaw sprzętu medycznego, środków ochrony

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Pożyczamy i pomagamy

Nasze zadłużenie zbliża się do 2 bln zł, mimo to wciąż hojnie pożyczamy

27 marca 2001 r. Bogdan Lewandowski, poseł SLD, skierował na ręce ówczesnego premiera Jerzego Buzka zapytanie w sprawie zobowiązań finansowych obcych państw wobec Polski. Odpowiedzi udzielił mu wiceminister finansów. Wynikało z niej, że zobowiązania 19 państw wobec Warszawy wynoszą ok. 1,2 mld dol.

Największymi dłużnikami naszego kraju były:

Irak      – 564 mln dol.,

Syria    – 245 mln dol.,

Angola            – 141 mln dol.,

Sudan –   54 mln dol.

Poza tym: Nikaragua, Algieria, Etiopia, Mozambik, Jugosławia, Mongolia, Kuba, Korea Północna, Kambodża, Albania, Rumunia, Bułgaria, Tunezja oraz Jemen i Wietnam.

W latach 1996-1999 udało się rozliczyć w pełni zaległe zadłużenie Chińskiej Republiki Ludowej. W 2000 r. rozliczono także zaległe zobowiązania Argentyny i Rosji, odzyskując łącznie 22,8 mln dol. Państwa te dokonywały spłat częściowo w formie gotówkowej, częściowo dostarczając towary.

Zobowiązania Etiopii w wyniku negocjacji zostały częściowo uregulowane poprzez nabycie praw własności do znajdującej się w Addis Abebie nieruchomości przeznaczonej na potrzeby polskiej misji dyplomatycznej.

W 2001 r. szacowano, że ponad 95% zobowiązań kredytowych wobec Polski stanowiły należności przeterminowane, czyli niespłacalne. Sądzę, że w ostatnich latach sytuacja się poprawiła.

Według najnowszych danych w 2025 r. 19 państw jest Polsce dłużnych ok. 7,7-8,6 mld zł, czyli od 2,13 do 2,38 mld dol., licząc po obecnym kursie NBP. Wśród największych dłużników są: Irak, Syria, Sudan, Mozambik i Chiny.

Ukraina – bardziej pomagamy, mniej pożyczamy

Nie brakuje opinii, że dziś największe zobowiązania wobec Warszawy ma Ukraina. Nasze wsparcie dla tego państwa sięgnęło w ostatnich latach, według niektórych wyliczeń, 4,5 mld euro, czyli ok. 19,4 mld zł. Według innych informacji może być wyższe.

Zgodnie z danymi Kiel Institute for the World Economy Polska zajmuje trzecie miejsce na świecie pod względem łącznego wsparcia dla Ukrainy, o wartości 34,44 mld euro, co stanowi prawie 5% polskiego PKB.

Po agresji Rosji udzieliliśmy Kijowowi bezprecedensowej pomocy wojskowej. Dosłownie ogołociliśmy swoje magazyny, przekazując Ukraińcom ok. 350 czołgów różnych typów: od T-72, przez PT-91 Twardy, po Leopardy 2A4. Do tego doszło 250 bojowych wozów piechoty BWP-1, 100 transporterów Rosomak

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Ziemia obiecana 2.0

Jak dwóch Jankesów naciągnęło nas na miliardy dolarów

Panowie Michael Sabel i Bob Pender nie czytali „Ziemi obiecanej” Władysława Reymonta, za to do perfekcji opanowali działanie wedle słynnego z niej cytatu: „Ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic (…). To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, by założyć wielką fabrykę”.

Historia zaczęła się 26 czerwca 2018 r., gdy Piotr Woźniak, prezes Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa SA, oraz Sabel i Pender, założyciele spółki Venture Global LNG, w trakcie odbywającej się w Waszyngtonie Światowej Konferencji Gazowej podpisali porozumienie dotyczące warunków dostaw 2 mln ton skroplonego gazu ziemnego rocznie z nieistniejących jeszcze w Luizjanie terminali Calcasieu Pass LNG i Plaquemines LNG. Pierwsze statki z amerykańskim błękitnym paliwem miały trafić do Świnoujścia w 2022 r.

„To dla nas zaszczyt, że wśród naszych partnerów znalazło się PGNiG, jeden z liderów rynku energetycznego w tej części Europy”, dumnie oświadczyli prezesi Sabel i Pender. „Zakup LNG w USA pozwoli nam nie tylko na dalszą dywersyfikację naszego portfela importowego od 2022 r., ale także umożliwi rozwój naszych kompetencji tradingowych i obecność jako globalnego gracza na rynku LNG”, wtórował im prezes Woźniak.

Choć w 2018 r. Venture Global na realizację tych inwestycji zebrała tylko 525 mln dol., to prezesi mieli plan! Legenda głosi, że Sabel, by namówić inwestorów, jeździł po Teksasie starym chevroletem i tłumaczył im, że eksport LNG będzie lukratywnym biznesem. Mimo że spółka nie posiadała własnego terminalu, zawarła kontrakty na dostawy gazu z takimi koncernami jak Shell, BP, włoski Edison, chiński Sinopec czy hiszpański Repsol. Dla banków była to gwarancja, że interes jest pewny i można udzielić spółce kredytów.

28 września 2018 r. PGNiG i Venture Global LNG zawarły dwa 20-letnie kontrakty na dostawy 2 mln ton skroplonego gazu w formule Free on Board, czyli że strona polska będzie odbierała gaz swoimi statkami i będzie mogła sprzedać go na wolnym rynku.

Umowy te w późniejszych latach były aneksowane i obecnie Orlen (który wchłonął PGNiG) powinien każdego roku odbierać 5,5 mln ton LNG z Luizjany. Tyle że, jak mówią przedstawiciele naszego narodowego producenta paliw, „spółka Venture Global realizuje swoje zobowiązania w ograniczonym zakresie w porównaniu do tego, co zapisano w kontraktach”.

Za tym uprzejmym zwrotem kryje się brzydka prawda. Zgodnie z umową zawartą w 2018 r. dostawy gazu dla PGNiG (obecnie Orlenu) powinny się rozpocząć w 2022 r. Tymczasem pierwszy statek z LNG od Venture Global zjawił się w Świnoujściu… pod koniec kwietnia 2025 r.

By uzupełnić braki w dostawach, pojawiające się w związku z tym, że Amerykanie nie realizowali swoich zobowiązań z 2018 r., Orlen od trzech lat zmuszony był kupować gaz na wolnym rynku, często po bardzo wysokich cenach. Ile go to kosztowało? Szacunki mówią o dodatkowych ok. 900 mln dol. tylko w 2022 r. Łącznie do 2025 r. mogło to być znacznie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Po pierwsze, nie mamy dronów

Dzieje się wiele, ale za wolno i za późno

„Jesteśmy dzisiaj w dużej mierze bezbronni”, oświadczył europoseł PiS Michał Dworczyk w rozmowie z Marcinem Fijołkiem na antenie Polsat News, komentując nocny nalot 21 rosyjskich dronów, który miał miejsce z 9 na 10 września. Dodał, że Wojsko Polskie „nie jest gotowe do nowej wojny”, i zdradził, że gdyby zaczęły się ataki z taką siłą jak na Ukrainę, to pewnie byśmy sobie nie poradzili. Trudno o bardziej dosadne stwierdzenia z ust prominentnego polityka PiS, który od marca do grudnia 2017 r. był sekretarzem stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej.

Były dowódca amerykańskich sił lądowych w Europie gen. Ben Hodges powiedział, że wtargnięcie rosyjskich aparatów w naszą przestrzeń powietrzną było nie wypadkiem, ale „sondowaniem ze strony Rosjan”. Ocenił, że NATO wciąż nie jest przygotowane na takie działania. To zdarzenie po raz kolejny dowiodło, jak istotną rolę we współczesnych konfliktach zbrojnych odgrywają bezzałogowce.

Drony zmieniły reguły gry

Działania na froncie w Ukrainie bardzo już się różnią od tych prowadzonych w pierwszych miesiącach wojny w 2022 r. Obie strony zrezygnowały z ataków kolumn czołgów i transporterów opancerzonych, gdyż stały się one łatwym celem dla dronów, artylerii i wyrzutni kierowanych pocisków przeciwpancernych. Rosjanie boleśnie przekonali się o tym pod Kijowem wiosną 2022 r., a Ukraińcy w czasie słynnej kontrofensywy na froncie zaporoskim w czerwcu 2023 r. Dziś artyleria, lotnictwo, broń pancerna i broń strzelecka odpowiadają za 30% strat na froncie. Drony powodują 70-80% strat.

Damian Duda, medyk pola walki, założyciel Fundacji W międzyczasie, który ratuje walczących żołnierzy ukraińskich, w jednym z wywiadów udzielonych Piotrowi Zychowiczowi na kanale Historia Realna mówił, że pracuje w podziemnym szpitalu wielkości polskiego szpitala powiatowego. Ukraińcy zbudowali go, by chronić się przed rosyjskimi dronami. Armia ukraińska w Donbasie dosłownie zeszła pod ziemię. Tak samo zrobili Rosjanie. W tej wojnie coraz rzadsze są rany postrzałowe, większość to obrażenia spowodowane atakami dronów. Nasycenie pola walki bezzałogowcami sprawiło, że ewakuacja rannych stała się skrajnie niebezpieczna. Zdarza się, że na pomoc muszą oni czekać nawet dwa dni. Ich rany są brudne. To sprawia, że śmiertelność dramatycznie wzrosła. W tych warunkach przeżywa zaledwie 10% rannych. W przeszłości obie strony zabierały swoich poległych – obecnie zdarza się to rzadziej. Ryzyko jest zbyt duże. Ma to ogromny wpływ na morale żołnierzy ukraińskich.

Drony radykalnie zmieniły taktykę walki piechoty. Nikt nie atakuje w tyralierach, do ataku ruszają dwu, trzyosobowe grupy szturmowe, często na motocyklach terenowych. Trudniej bowiem trafić szybko poruszające się cele. Gdy uda się zająć okop lub budynek, stara się tam dotrzeć kolejna niewielka grupa. Ukrytych w głębokich okopach i osłoniętych siatkami maskującymi dział samobieżnych strzegą wyposażeni w myśliwskie strzelby śrutowe żołnierze, których zadaniem jest strącanie dronów. Na pierwszej linii rzadko też pojawiają się czołgi. Amerykanie już dawno poprosili Ukraińców, by wycofali z frontu abramsy. Zbyt wiele z nich padło ofiarą dronów.

Rosjanie z kolei zaczęli obudowywać swoje czołgi żelaznymi płytami – przypominały przez to jeżdżące stodoły. Przez jakiś czas było to rozwiązanie skuteczne, ale ukraińscy żołnierze i z tym sobie poradzili. Czołgi Mangał – tak nazywali je Rosjanie – także zostały wycofane. Rosjanie na swoich nowo wyprodukowanych czołgach i transporterach opancerzonych instalują także urządzenia zagłuszające elektronikę dronów. Nie mają ich zbyt wiele, bo to kosztowna i nie do końca pewna technologia.

Czy nasze czołgi przeżyją?

Polska armia nie ma podobnych rozwiązań, dlatego nasze najnowsze abramsy, leopardy i koreańskie czołgi K2 Black Panther nie miałyby dziś wielkich szans w starciu z rosyjskimi dronami.

Wojsko Polskie dysponuje czterema systemami antydronowymi o nazwie SKYctrl produkowanymi przez spółkę Advanced Protection Systems (APS) z Gdyni. To krajowy lider w wytwarzaniu tego rodzaju uzbrojenia. Przedstawiciele ukraińskich sił zbrojnych mieli o tym systemie powiedzieć, że był „najlepszy, jakiego używali”. Obecnie urządzenia gdyńskiej spółki chronią obiekty w 24 krajach, w tym w Arabii Saudyjskiej, Wielkiej Brytanii, Norwegii, Czechach i Finlandii.

Problem w tym, że zwalczają one głównie małe drony, a maksymalna odległość, na jaką są skuteczne, wynosi 8 km. Spółka APS nawiązała strategiczne partnerstwo z norweską firmą Kongsberg w zakresie systemów C-UAS. Norwegowie planują uruchomienie ich produkcji w Polsce.

Z kolei spółka Hertz New Technologies z Zielonej Góry produkuje zaawansowany system antydronowy o nazwie HAWK. Chroni on już Port Lotniczy Zielona Góra-Babimost – w ciągu pierwszych dwóch miesięcy po instalacji wykrył ok. 150 dronów.

Zakłady Mechaniczne Tarnów zbudowały system

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.