Blog

Powrót na stronę główną
Promocja

Co jest bardziej praktyczne: jasne czy ciemne płytki na taras?

Artykuł sponsorowany Współczesny taras to tętniące życiem centrum domowego ekosystemu, które w ciągu zaledwie jednego dnia potrafi wielokrotnie zmienić swoje oblicze. Posadzka musi więc być niezawodna i gotowa na każdą ewentualność. W obliczu intensywnego użytkowania często

Promocja

Oznakowanie poziome na parkingu – jakie linie i symbole są obowiązkowe według przepisów?

Artykuł sponsorowany Czytelnie zaprojektowany parking wpływa nie tylko na wygodę użytkowników, ale przede wszystkim na bezpieczeństwo ruchu. Właściwie wykonane oznakowania poziome pozwalają kierowcom szybko zorientować się w organizacji przestrzeni, wyznaczają miejsca postojowe i pomagają uniknąć kolizji. W przypadku

Felietony Roman Kurkiewicz

Cała Polska przeciw wojnie 

Nie raz, nie dwa lamentowałem na tutejszych łamach o militaryzmie, o nastrojach prowojennych, o szalonym wymiarze zbrojeń, zakupów sprzętu wojskowego. Byłem szczerze przekonany, że ta potworna wizja wojennej „przygody” naprawdę rozpala polskie głowy. Szermowałem moim hasłem antycznym: „Si vis pacem, para pacem” – bellum wyrzucając poza nawias. Czas zatem przyznać się do błędnej analizy. Moje mroczne obawy prysnęły jak bańka mydlana, kiedy przeczytałem omówienie sondażu IBRIS przygotowanego na zamówienie dziennika „Rzeczpospolita”, opracowane przez Marka Kozubala. Ankietowani mieli odpowiedzieć na pytanie: „Czy polscy żołnierze powinni wziąć udział w konflikcie na Bliskim Wschodzie, jeśli poprosi o to Donald Trump?”. Wynik badania jest jednoznaczny: „Polscy żołnierze nie powinni brać udziału w konflikcie na Bliskim Wschodzie, nawet wtedy, gdyby o to poprosiły Stany Zjednoczone. Tak uważa 84,7% badanych, przeciwne zdanie ma 11%, a 4,4% nie ma na ten temat wyrobionej opinii”. Zwolennicy rządu i opozycji podzielają to stanowisko na bardzo zbliżonym poziomie, odpowiednio – 89% i 92% 

Najbardziej zaangażowana grupa, która na główne pytanie odpowiada „tak”, to obywatele, którzy nie głosują, stoją z boku… 

To nie koniec zaskoczeń. I tak przeciwnicy wysłania Wojska Polskiego do Zatoki Perskiej to osoby, które w ostatnich wyborach parlamentarnych głosowały na Trzecią Drogę (100%) lub Nową Lewicę (97%), a w wyborach prezydenckich na Grzegorza Brauna, Szymona Hołownię lub Adriana Zandberga (po 100% wskazań na każdego kandydata). 

Kim zatem są „nowi polscy pacyfiści”? „Przeciwko wysłaniu wojska do Zatoki Perskiej są głównie kobiety (85%), trzydziestolatkowie (96%), mieszkańcy małych miast (94%), pobierający świadczenia 800+ na jedno dziecko (87%), respondenci z wykształceniem średnim (90%). Osoby te czerpią informacje na temat sytuacji na świecie głównie z drukowanych tygodników (92%), dzienników prasowych (87%), a spośród telewizyjnych programów informacyjnych z »Faktów« TVN lub TVP Info (po 87% wskazań)”, pisze Kozubal. 

Ppłk Marcin Faliński, były oficer Agencji Wywiadu, który służył m.in. na Bliskim Wschodzie, komentując poglądy zwolenników opozycji, zauważył, że „ci, którzy krzyczeli w Sejmie »Donald, Donald«, nie przekonują przecież Polaków, aby wysłać naszych żołnierzy w ten rejon świata, np. do baz znajdujących się w irackim Kurdystanie”. Kiedy pojawia się w pełnej krasie całkowity brak konsekwencji w głoszonych poglądach w połączeniu z innymi poglądami tych samych osób – wtedy już wiem, że jestem w naszym domu, Polsce. Brak wiedzy, nieumiejętność logicznego myślenia – to rozpoznawalna rysa polskiego rozpolitykowania powszechnego. Akurat niekonsekwencja w ślepym poparciu dla polityki USA i Izraela cieszy. Bliższa niezakrwawiona koszula ciału – resztki kontaktu z rzeczywistością napawają nadzieją. Ale w tym momencie zadałem sobie pytanie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Wywiady Zdrowie

Słuch przyszłości

Polska szkoła otochirurgii wkracza w erę medycyny precyzyjnej

Prof. dr hab. inż. Artur Lorens – kierownik Zakładu Implantów i Percepcji Słuchowej, Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu.

Przełom miał miejsce w 1997 r., na międzynarodowej konferencji w Nowym Jorku prof. Henryk Skarżyński przedstawił koncepcję rozszerzenia wskazań do stosowania implantów ślimakowych. To była rewolucja – dotychczas implanty ślimakowe były stosowane głównie u pacjentów z całkowitą głuchotą. Tych trochę słyszących – odrzucano. Tymczasem prof. Skarżyński opracował metodę Partial Deafness Treatment (PDT), która opierała się na zachowaniu naturalnych struktur ucha wewnętrznego i jednoczesnym wykorzystaniu stymulacji elektrycznej. Swoista hybryda, bo pacjent odbierał dźwięki naturalnie, za pomocą sygnałów akustycznych, i poprzez implant – za pomocą elektrycznej stymulacji nerwu słuchowego. Dla otochirurgów było to najwyższym wyzwaniem – zakładając implant, musieli pracować tak, by nie uszkodzić w uchu tego, co działa.

Realizowane obecnie przedsięwzięcie, pod kierownictwem prof. Artura Lorensa, to kolejny krok w rozwoju tej koncepcji. Nowatorski w świecie. Elektrodę, którą chirurg wszczepia w ucho wewnętrzne, wykorzystano również jako narzędzie pomiarowe. Chirurg otrzymał w ten sposób pakiet informacji – pozwalający bezpiecznie przeprowadzić operację, a później precyzyjnie zaprogramować działanie implantu.

W ten sposób Światowe Centrum Słuchu w Kajetanach znów uciekło konkurencji.

Panie profesorze, porozmawiajmy o projekcie, nad którym sprawował pan nadzór merytoryczny. Ma bardzo długą nazwę: „Monitorowanie Stanu Ucha Wewnętrznego dla Optymalizacji i Personalizacji Implantacji Ślimakowej w Częściowej Głuchocie”. Realizowany jest w Światowym Centrum Słuchu Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu, a dofinansowany przez Agencję Badań Medycznych w ramach Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności. Na czym polega jego innowacyjność?
– Na tym, że wykorzystaliśmy elektrodę, czy właściwie wiązkę elektrod, która jest wszczepiana do ucha wewnętrznego i stymuluje nerw słuchowy do innych celów – do pomiarów sygnałów bioelektrycznych. Łatwo to sobie wyobrazić – jeżeli są metody typu EKG, czyli przyklejamy elektrody i rejestrujemy potencjały płynące od serca, to podobnie możemy odbierać sygnały z ucha wewnętrznego; tam są komórki, które generują potencjały. W naszym przypadku wygląda to tak, że prof. Skarżyński robi podejście chirurgiczne, czyli otwiera kość skroniową za uchem, wprowadza elektrodę do ślimaka, a my rejestrujemy te potencjały.

Za jej pomocą.
– Potem będzie ona stymulować, za pomocą prądu, nerw słuchowy. Ale w czasie operacji służy jako elektroda pomiarowa. Zbiera informacje z ucha i przesyła do systemu komputerowego.

Musi być zasilana.
– Jest zasilana prądem, wtedy kiedy stymuluje, kiedy jest częścią implantu ślimakowego. Wygląda to tak, że pacjent nosi za uchem procesor, który przetwarza dźwięk, przesyła do części wszczepialnej, tam przesyła energię elektryczną i tym prądem nerw słuchowy jest stymulowany. To taki rozrusznik nerwu słuchowego. Ale w trakcie naszego pomiaru ta elektroda jeszcze tak nie działa, ona zbiera potencjały. Jak naklejamy elektrodę na klatkę piersiową i robimy EKG, tak ona jest taką elektrodą pomiarową w uchu wewnętrznym.

Aparaty EKG to duże urządzenia.
– A tu mamy mikrochirurgię. To wszystko odbywa się pod mikroskopem.

Czyli ktoś wpadł na to, że tę elektrodę można wykorzystywać w dwojaki sposób?
– O tym wiedzieliśmy od dawna. To było potwierdzone, że elektroda może przesyłać informacje. Ale nie było opracowanej technologii, która by pozwalała to wykorzystać w warunkach klinicznych, u pacjentów z częściową głuchotą. W nielicznych miejscach na świecie są przeprowadzane zabiegi u pacjentów z częściową głuchotą. Najczęściej implantowani są ci, którzy są całkowicie głusi. Nasz instytut jest pionierem rozszerzenia kryterium kwalifikacji, czyli możemy pomagać dużo większej liczbie pacjentów.

Także tym z częściową głuchotą.
– To jest sytuacja, w której pacjent coś słyszy, zwłaszcza niskie,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Po Albanii, przed Szwecją

Polska gra baraże o mundial

Jako odwieczny malkontent i katastrofista przymuszę się do rozpoczęcia relacji z meczu Polska-Albania od tzw. pozytywów.

Po pierwsze, rezydent Batyr ze strachu przed wygwizdaniem poprosił, aby go nie anonsowano na Stadionie Narodowym. Od kiedy zawetował nowelizację Kodeksu karnego, brać kibolska jęła mu dawać do zrozumienia, że czas jasnogórskich przytulasków się skończył – wolał więc wejść do loży chyłkiem. Za to po meczu darował sobie dyskrecję i wparował do szatni, aby gardłować wespół ze zwycięzcami. Złośliwi twierdzą, że był tam także w przerwie, a przemiana naszej drużyny w drugiej połowie to wynik polecenia: „Niech się panowie piłkarze ogarną, niech słuchają, co mówi prezydent Polski!”.

Po drugie, a nawet pierwsze, Polska wygrała mecz bez pomocy dogrywki i karnych. Jan Urban pozostaje selekcjonerem niepokonanym, z imponującym bilansem pięciu zwycięstw i dwóch remisów wywalczonych z potężną Holandią.

Po trzecie, po raz pierwszy od 2007 r. Polacy potrafili odwrócić losy meczu eliminacyjnego. W ogóle zdarza nam się to nadspodziewanie rzadko, skrzydlatą frazą polskiej piłki jest tłumaczenie: „Przegraliśmy, bo się mecz nie ułożył”. Nasi zawodnicy tracąc gola przez dekady całe, tracili też rezon i wiarę w powodzenie swojej misji. Wygrać, kiedy się przegrywało, to jest sztuka cechująca dojrzałe drużyny. W czwartek z tarapatów wydobyli nas weterani, odpowiedzialność spadła na ich barki i nie zawiedli.

Po czwarte, strzeliliśmy Albanii dwa gole, w ostatnich latach nikt im nie potrafił wbić więcej, w całych eliminacjach stracili pięć bramek, ich defensywę rozmontować jest nadzwyczaj trudno, to drużyna, która lubi i umie bronić, zwłaszcza kiedy ma czego. Dlatego po przerwie mogły nas uratować stałe fragmenty gry i strzały z dystansu – to się udało, tak właśnie odebraliśmy Albanii awans.

Po piąte, Kamil Grabara nie zawiódł w bramce – przy straconym golu nie faulował (byłaby czerwona, karny i klops, obstawiam, że Szczęsny by w tej sytuacji wyleciał z boiska), a setkę przy stanie 1:1 genialnie wybronił, ratując wynik. Robert Lewandowski strzelił 89. gola w kadrze. Pierwszy raz trafił we wrześniu 2008 r., kiedy czwartkowy debiutant Oskar Pietuszewski miał cztery miesiące i raczkował po dywanie. Wyczekiwany debiut nastolatka z FC Porto należy uznać za udany, Pietuszewski potwierdził swoje walory motoryczne i techniczne – bywa pochopny i zalicza irytujące straty, ale jest szybki, zarabia kartki dla rywali, którzy go faulują, taki gracz nam będzie potrzebny w Sztokholmie.

Po ostatnie, wygraliśmy pomimo nieobecności jednej z trzech największych gwiazd. W kolejnym meczu Nicola Zalewski wróci do składu i na pewno da jakość.

I to mniej więcej tyle radości, czas na smutki. Kibice reprezentację zaczęli dopingować dopiero gdzieś po godzinie, a i tak najgłośniejsi byli, kiedy chamsko gwizdali podczas hymnu Albanii. Piłkarze dopuścili rywali do trzech stuprocentowych sytuacji. Nie byliśmy gorsi, ale powinniśmy ten mecz przegrać. Każda okazja Albanii była wynikiem katastrofalnej postawy naszych obrońców i ich niewymuszonych błędów. Przy straconym golu Jan Bednarek popełnił szkolny kiks wskutek podjęcia złej decyzji – próbował przyjmować piłkę w powietrzu na „saperskiej” pozycji,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Godot w tropikach

Kubańczycy wiedzą już, że rewolucja ich nie obroni. Zresztą wcale by tego nie chcieli

Korespondencja z Hawany

– Są ich 2 mln. Siedzą na Florydzie i tylko czekają, żeby tu wrócić. Wielu z nich nie ma pojęcia, jak Kuba wygląda, trudno ich nazwać Kubańczykami. Ale mają swoje romantyczne rodzinne opowieści o raju sprzed rewolucji i taki raj będą chcieli tu sobie zrobić – Nelson nie ma złudzeń. To nie Donald Trump, amerykańskie siły specjalne, nawet nie CIA, stanowią teraz dla jego kraju największe zagrożenie.

Od 67 lat władze w Waszyngtonie próbują obalić postrewolucyjny, dawniej komunistyczny, dziś po prostu oligarchiczny, porządek na Kubie. Z wyjątkiem Baracka Obamy i do pewnego stopnia Joego Bidena wszyscy prezydenci USA chcieli zmienić tu reżim: albo metodami siłowymi, jak Kennedy, albo osłabiając kubańskie państwo blokadami gospodarczymi, co było znakiem rozpoznawczym czasów Clintona. Trump jest pierwszym, który jasno daje do zrozumienia, że jest mu obojętne, kto będzie dalej rządził Kubą i jaki zapanuje tu ustrój. Ważne, żeby był to ustrój kierowany przez człowieka mu posłusznego.

W ten paradoksalny sposób kontrowersyjny, przemocowy amerykański przywódca może osiągnąć to, co nie udało się jego 11 poprzednikom, i zakończyć panowanie na Kubie weteranów rewolucji 1959 r. Mało tego, jak przytomnie zauważył James Bosworth, analityk zajmujący się Ameryką Łacińską i felietonista portalu World Politics Review, Trump może nawet przekształcić reżim w Hawanie w państwo całkowicie zależne od Stanów Zjednoczonych. I choć na pierwszy rzut oka oznaczałoby to zmianę całkowitą, epokową, rewolucyjną – czasy są takie, że w efekcie na Kubie nie zmieniłoby się nic.

Traktory nie zdobędą wiosny

Żeby to zrozumieć, trzeba sobie uświadomić, że Kuba po 1959 r. utrzymywała się we względnej stabilności wyłącznie dzięki zewnętrznemu wsparciu, nierzadko będącemu wsparciem totalnym. Nie jest przesadą stwierdzenie, że rewolucja braci Castro i Ernesta „Che” Guevary nie utrzymałaby się, gdyby Hawana nie została klientem Związku Radzieckiego. Wszystkie wielkie sukcesy cywilizacyjne – od elektryfikacji i industrializacji po dostęp do edukacji i wykształcenie największej na świecie liczby osób z tytułami naukowymi na 10 tys. mieszkańców – były możliwe dlatego, że Moskwa dostarczała na wyspę ropę naftową, maszyny rolnicze, instruktorów wojskowych.

Te ciągniki czy kombajny nadal zresztą na Kubie są, choć coraz rzadziej przyczyniają się do dobrobytu mieszkańców – częściej symbolizują upadek wyspy. Jeżdżąc przez kubański interior, można zobaczyć te pojazdy porzucone na polach, zepsute, pozbawione części zamiennych. Nikt ich już nie produkuje,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Kogo dosięgnie miecz SAVE?

Coraz więcej wskazuje na to, że Trump szykuje się do demontażu demokracji w USA

Korespondencja z USA

Ustawa o ochronie uprawnień wyborczych, The Safeguard American Voter Eligibility Act, w skrócie SAVE Act, to nowelizacja prawa wyborczego, którą właśnie zajął się Senat. Główne zmiany pojawią się w procesie weryfikacji tożsamości głosujących. Wyborca będzie musiał osobiście, legitymując się odpowiednim dokumentem, potwierdzić swoje obywatelstwo w chwili rejestracji do wyborów (która jest w USA wymagana) i ponownie wylegitymować się przy urnie. Komisje wyborcze będą zaś miały obowiązek przekazywania rejestrów wyborców Departamentowi Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS) w celu ich sprawdzenia pod kątem obywatelstwa. Ponieważ, z myślą o ochronie wyborów przed ingerencją ze strony rządu, odpowiedzialność za ich organizację powierzona została na mocy konstytucji stanom, wymóg dostarczania DHS list z danymi wyborców byłby historycznym odejściem od utrwalonych tradycji, być może też działaniem niekonstytucyjnym.

Drugą fundamentalną zmianą w ordynacji wyborczej miałaby być likwidacja wyborów korespondencyjnych, o których Trump od początku swoich występów politycznych mówi jako o głównym źródle korupcji (przemilczmy fakt, że 23 marca br. sam zagłosował korespondencyjnie w prawyborach przed wyborami połówkowymi na Florydzie). Będą niewielkie wyjątki: dla żołnierzy w służbie czynnej i dla osób obłożnie chorych, ale chorobę trzeba będzie udowodnić.

Ta forma głosowania dostępna jest obecnie we wszystkich stanach, przy czym w grubo ponad 40 na żądanie, bez podawania przyczyn. Ma również bardzo długą, bo przeszło 150-letnią tradycję – wprowadzono ją w czasie wojny secesyjnej, by umożliwić głosowanie żołnierzom. Różne stany rozmaicie ją tylko regulują. W większości karty wyborcze trzeba zamawiać, w ośmiu są automatycznie rozsyłane do wszystkich mieszkańców stanu. Różne są także przepisy w kwestii odsyłania kart: czy liczy się data stempla pocztowego, czy doręczenia przed dniem wyborów.

Dalej – ustawa przewiduje kary dla komisji, które nie będą współpracować z DHS, np. zasłaniając się konstytucją. Będą musiały się liczyć z utratą dopłat federalnych na organizację wyborów. Poza tym ustawa każdemu obywatelowi da prawo pozywania członków komisji lub całych komisji na bazie podejrzeń o nieprawidłowości w organizacji i obsłudze wyborów.

Zdaniem Trumpa zmiany są konieczne i pilne, by nie powtórzyły się fałszerstwa, przez które nie wygrał w 2020 r. Tę „największą tragedię w historii kraju”, jak lubi powtarzać, spowodowały bowiem według niego głosy oddane bezprawnie przez setki tysięcy (czasami mówi o milionach) nielegalnych imigrantów przekupionych przez demokratów oraz karty wyborcze podpisane przez osoby dawno zmarłe.

Wskrzeszony trup Stop the Steal

Oto pierwsza rzecz, którą należy wiedzieć, by zrozumieć, dlaczego ustawa SAVE nie tylko dzieli, ale i zatrważa Amerykę. U jej podstaw legł resuscytowany przez Trumpa z fanfarami ruch Stop the Steal. Sześć lat od tamtych wydarzeń i dziesiątki, jeśli nie setki dochodzeń oraz audytów później (a wykazały one bezpodstawność twierdzeń Trumpa i w wielu przypadkach nadzorowali je sami republikanie, np. były sekretarz stanu Georgii Brad Raffensperger) armia służących dziś Trumpowi w Kongresie przede wszystkim za papugi republikanów uczyniła tamtą teorię spiskową lokomotywą polityczną. Przypomnimy: skala fałszerstw w wyborach z 2020 r. wyniosła 0,0007% – rzecz potwierdzona nawet przez słynny konserwatywny think tank The Heritage Foundation.

Druga sprawa: nielegalne głosowanie od dawna jest w USA karane. Grozi za to więzienie i natychmiastowa deportacja. Badania potwierdzają zaś, że „oszustwa” wynikają głównie z nieświadomości praw wyborczych (np. w wypadku posiadaczy zielonej karty) bądź głosowania w złym stanie przez osoby, które zmieniły adres.

Emocje i kontrowersje wzbudza również kwestia dokumentów wymaganych do potwierdzenia obywatelstwa. Ameryka bowiem nie posiada w tym momencie systemu powszechnej identyfikacji obywateli. Jako dokumentu potwierdzającego tożsamość używa się tu na co dzień prawa jazdy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Dzieci z przedmieść

Jak Francja radzi sobie z edukacją imigrantów?

Korespondencja z Francji

Poziom nauczania obniża się na całym świecie. Możliwości intelektualne dzieci, którym sami rodzice nieraz przyklejają ekran do twarzy już w najmłodszych latach, coraz bardziej maleją. We Francji te zaniedbania nakładają się na nieudane polityki integracyjne, co dodatkowo degraduje edukację. A podobnie jak w wielu krajach europejskich rośnie tu liczba uczniów z rodzin imigranckich, zwłaszcza w dużych miastach. W niektórych dzielnicach Paryża w podstawówkach i liceach przeważają już dzieci, których rodzice przybyli do Francji z Afryki Północnej, Afryki Subsaharyjskiej czy Bliskiego Wschodu. Te zmiany demograficzne wpływają na jakość nauczania i funkcjonowanie szkół, które w dodatku zmagają się z brakiem nauczycieli.

Katastrofę edukacyjną wynikającą z połączenia nieudanej integracji dzieci z rodzin imigranckich ze zmianami technologicznymi i ogólnym zaniedbaniem sektora edukacji najlepiej ilustruje przykład 93. Departamentu, znajdującego się na północny wschód od Paryża. Na domiar złego mniej więcej od początku roku 2000 francuski system edukacyjny przestał zapewniać uczniom równe szanse, co poskutkowało m.in. radykalizacją młodzieży z przedmieść i często wiąże się z próbą kontroli i segregacji.

Szkolna nędza

93. Departament, Seine-Saint-Denis, uchodzi za najbardziej zróżnicowany etnicznie w regionie paryskim, a edukacja jawi się tam jako problem najważniejszy. Ponad 31% mieszkańców departamentu to osoby urodzone za granicą lub mające status imigranta. Spośród 512 207 imigrantów tylko część ma obywatelstwo francuskie. Liczba dzieci imigranckich w szkołach jest tutaj znacząca, dotyczy to zarówno szkół podstawowych, jak i średnich, a poziom placówek należy do najniższych w regionie, co skłania do zastanowienia się nad związkiem między problemami edukacyjnymi a modelem integracyjnym Francji.

Jak podaje radio RFI, nauczyciele, rodzice oraz samorządowcy w Seine-Saint-Denis od lat alarmują o pilnych potrzebach inwestycyjnych, szacowanych na 358 mln euro – tyle zakłada „pilny plan” dla 93. Departamentu (Olivier Chartrain, „Le ministère fait mine de découvrir les inégalités scolaires en Seine-Saint-Denis”, „L’Humanité”, 12 marca 2026), który miałby poprawić sytuację tamtejszych szkół.

Według mieszkańców brakuje 5 tys. nauczycieli i personelu pomocniczego (informacje zebrane przez nauczycielskie związki zawodowe SE UNSA), budynki szkolne są w złym stanie (część w ścianach ma azbest, w innych brakuje izolacji, co powoduje, że dzieci zimą są proszone o przynoszenie koców).

Podkreśla się ponadto nierówności pomiędzy szkołami w Seine-Saint-Denis a tymi w Paryżu czy innych, bogatszych rejonach Francji. Z danych wynika m.in., że w 93. Departamencie częściej nie zastępuje się nauczycieli, którzy odchodzą (niektóre szkoły mają nawet 20% wakatów), w klasach jest mniej doświadczonych nauczycieli, brakuje zajęć uzupełniających (muzyka, wychowanie fizyczne itd.). Nauczyciele podlegający ministerstwu edukacji (tzw. agrégés) omijają 93. Departament szerokim łukiem.

Pogłębiające się podziały

W ostatnich latach francuskie służby wielokrotnie alarmowały o przypadkach radykalizacji nieletnich, także w Seine-Saint-Denis, gdzie zatrzymywano młodych ludzi posiadających materiały związane z islamskim ekstremizmem. Zwraca się też uwagę na wzrost przemocy. W lutym 2025 r. władze objęły „wzmocnionym zabezpieczeniem” 21 gimnazjów i liceów w 93. Departamencie. Po serii wydarzeń związanych z agresją (np.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Bralczyk

Odwaga i rozum

W Warszawie, zjeżdżając ze Świętokrzyskiej w kierunku Powiśla, widzimy ogromny mural z twarzą poety i z wbijającym się w oczy, myśli i sumienie napisem: „…bądź odważny / gdy rozum zawodzi / bądź odważny / w ostatecznym rachunku / jedynie to się liczy”. Ten ogólnie wielbiony inżynier dusz był (jest) autorem wielu myśli, często powtarzanych w chwilach wzmożenia moralnego. Ta myśl, oczywiście wyjęta z kontekstu, przez swoje wyjęcie i wystawienie na użytek niezwykle publiczny zasługuje (myślę, że tego oczekiwali ci, co wyjęli i wystawili) na pewien komentarz.

Odwaga piękna rzecz. Męstwo, dzielność, śmiałość, waleczność, już nie mówiąc o bohaterstwie i w ogóle duchu to sprawy poważne, wspaniałe i od dzieciństwa nam jako cnoty wpajane, nie tylko przez dom i szkołę, a proste pytanie: „Co ty, boisz się?” prowokowało nas do wielu śmiałych czynów, zresztą nie zawsze wspominanych z przyjemnością. Ale to nieco zbyt wyraźne zestawienie odwagi z rozumem może wydać się odrobinę ryzykowne, by nie rzec prowokacyjne. Nie sądzę bowiem, by sytuacja, w której rozum zawodzi, powinna nas nakłaniać do spotęgowania odwagi. Gdy on zawodzi, często głupiejemy, a w tych okolicznościach to nie odwaga chyba powinna nam rekompensować jego utratę. Człowiek bez rozumu, a odważny – oj, szkody może narobić,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Nawrocki chce nowej konstytucji. Z ustrojem prezydenckim dla siebie

„W piękny wiosenny dzień, słoneczny i ciepły, za siedemnaście piąta po południu Zgromadzenie Narodowe uchwaliło Konstytucję III Rzeczypospolitej. Mazowiecki miał bardzo dobre przemówienie, najlepsze z przemówień klubowych”, zapisał w dzienniku w środę 2 kwietnia 1997 r. Waldemar Kuczyński, wówczas znaczący polityk Unii Wolności i bliski współpracownik Tadeusza Mazowieckiego.

Pierwszy premier demokratycznej Polski swoje wystąpienie na forum połączonych izb parlamentu zakończył słowami: „W społeczeństwie pluralistycznym konstytucja nie może być konstytucją jednej części narodu przeciw innej; musi być wyrazem konsensu i kompromisu. (…) Polsce potrzebna jest konstytucja, umacnia ona przemiany roku 1989, wskazuje dalszy kierunek rozwoju. Polskiemu życiu politycznemu potrzebny jest dowód zdolności wznoszenia się ponad podziały. Chciałbym bardzo, abyśmy wszyscy – i na tej sali, i poza nią, i ci, którzy krytykowali tę konstytucję, byli jej przeciwnikami – wznieśli się ponad to, by zdać ten egzamin mimo przeszkód, które w nas samych namiętności sprawować mogą”.

29 lat temu te słowa mogły brzmieć jak dzwonek alarmowy, lecz politycy, którzy dali Polsce nową ustawę zasadniczą, z pewnością nie wyobrażali sobie, jak będzie ona traktowana przez ich następców. Konstytucję uchwalono w przeddzień świąt wielkanocnych, dlatego mogłaby – jak proponował przed laty prof. Andrzej Romanowski – być nazywana „wielkanocną”, co symbolicznie kończyłoby etap politycznego zmartwychwstania niepodległej, demokratycznej Polski. Jednak dziś taka symbolika byłaby szyderstwem albo wręcz bluźnierstwem. Wszak polska prawica tak gruntownie podeptała tę konstytucję, że może ona co najwyżej zajmować miejsce w Muzeum Historii Polski, gdzie wraz z wyrzuconym z Pałacu Prezydenckiego Okrągłym Stołem będzie symbolizować epokę złudzeń i naiwności ojców założycieli III RP.

A przecież tego należało się spodziewać! Wspomniany Waldemar Kuczyński pod datą 24 lutego 1997 r. zapisał: „Pierwszy dzień obrad Zgromadzenia Narodowego pod projektem Konstytucji. Dzień dziś wiosenny, choć raczej pochmurny. Obrady konstytucyjne są na czołówkach mediów, ale w narodzie wydarzeniem nie są. Nie czuje się, żeby ludzie się tymi obradami przejmowali. W siedem lat po 1989 r., po upadku komunizmu, klimat momentu wielkiej przemiany historycznej minął i nie ma szans, by Konstytucję przyjmowano w atmosferze wielkiego przeżycia narodowego. Tym bardziej że życie bardzo się przyziemniło”.

Brak „atmosfery wielkiego przeżycia narodowego” dobitnie ujawnił się w referendum mającym zatwierdzić ustawę zasadniczą, które odbyło się 25 maja 1997 r. Frekwencja wyniosła zaledwie 42,86%, więc paradoksalnie według zapisów nowej konstytucji wynik takiego głosowania nie byłby ważny (wprowadziła ona wymóg uzyskania przeszło 50-procentowej frekwencji w referendach ogólnopolskich). Spośród 12 mln głosujących za projektem Zgromadzenia Narodowego opowiedziało się zaledwie 6,4 mln (53,45%), a przeciw 5,5 mln (46,55%). Formalnie zatem naród konstytucję zatwierdził, faktycznie zaś poparła ją mniejsza część społeczeństwa.

Pas biblijny

Ale nie tylko zobojętnienie Polaków – zupełnie naturalne po siedmiu latach trudnych ekonomicznie i często niezrozumiałych politycznie reform – ujawniło się w wyniku tego referendum. Gdy spojrzeć na mapę ówczesnych 49 województw, łatwo zauważyć wyraźny podział kraju na dwie części. W 16 województwach przewagę w głosowaniu zdobyli przeciwnicy konstytucji. Oprócz województwa gdańskiego (żyjącego jeszcze świeżą przegraną Lecha Wałęsy z 1995 r.) był to zwarty pas wschodniej i południowej Polski: białostockie, łomżyńskie, ostrołęckie, siedleckie, bialskopodlaskie, lubelskie, zamojskie, tarnobrzeskie, rzeszowskie, przemyskie, krośnieńskie, nowosądeckie, tarnowskie, krakowskie i bielskie. Zatem dawna austriacka Galicja i wschodnia część rosyjskiej Kongresówki. Ustawę zasadniczą III RP zawdzięcza więc głównie terenom dawnego zaboru pruskiego oraz poniemieckim Ziemiom Odzyskanym – i oczywiście dużym miastom, które zawsze głosują odmiennie niż tereny wiejskie.

Województwa, w których przeważył sprzeciw wobec konstytucji, do dziś stanowią nasz odpowiednik amerykańskiego pasa biblijnego, który konsekwentnie głosuje na prawicę – od 2005 r. głównie na PiS – i narzuca Polsce kolejnych prezydentów: Lecha Kaczyńskiego,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.