Blog
Ostatnie podrygi pani Manowskiej
Przyjaciółka Andrzeja Dudy kończy z przytupem sześcioletnią kadencję pierwszej prezes Sądu Najwyższego
Wprawdzie Małgorzata Manowska nie osiągnęła jeszcze przewidzianego dla sędziów wieku emerytalnego (65 lat), ale wedle doniesień „Faktu” możliwe jest, że przejdzie w stan spoczynku wcześniej. Tabloid nie tylko chce odesłać zasłużoną dla PiS prawniczkę na emeryturę, ale też kwestionuje jej prawo do pobierania świadczenia, które będzie wynosić kilkadziesiąt tysięcy złotych. Jak wiadomo, Manowska została wybrana do Sądu Najwyższego przez nielegalną Krajową Radę Sądownictwa, a jako politycznie zaangażowany neosędzia nie zapewnia, zgodnie z orzeczeniem m.in. europejskich trybunałów, rzetelnego procesu, wydawane przez nią wyroki prowadzą do łamania praw człowieka i mogą być podważane.
Jak twierdzi konstytucjonalista prof. Marek Chmaj, na przejściu do SN propisowska prawniczka skorzystała materialnie. „Wyższe wynagrodzenie, dodatki związane z funkcją pierwszego prezesa, a także członkostwo w neo-KRS – wszystko to wiązało się z istotnymi korzyściami finansowymi. Awans opłacał się jej pod względem materialnym, niestety jednocześnie przyczyniła się do osłabienia wymiaru sprawiedliwości. (…) Jestem przekonany, że w przyszłości neosędziowie – w tym także pani Manowska – będą musieli ponieść konsekwencje swoich decyzji, również w wymiarze finansowym. Nie zdziwię się, jeśli ich uposażenia w stanie spoczynku zostaną poddane weryfikacji, a być może nawet ograniczone w związku z ich postawą”, stwierdził profesor.
Gdyby zaproponowana przez ministra Waldemara Żurka ustawa praworządnościowa weszła w życie, Małgorzata Manowska powróciłaby do poprzedniego miejsca pracy, czyli na urząd sędziego Sądu Apelacyjnego w Warszawie, a prawie osiem lat orzekania w Sądzie Najwyższym zostałoby wymazane z jej CV.
Jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że taki scenariusz jest mało prawdopodobny, SN został już w większości obsadzony przez neosędziów i podporządkowany PiS, a urzędująca jeszcze (do maja) pierwsza prezes ma na głowie inne zmartwienia.
Tajne zgromadzenie neosędziów
27 lutego br. zakończyło się posiedzenie Zgromadzenia Ogólnego Sędziów Sądu Najwyższego, podczas którego wskazano pięciu kandydatów na następcę Manowskiej – to spośród nich prezydent wybierze nowego pierwszego prezesa. Wiadomo, że będzie nim neosędzia, gdyż posiedzenie zostało zbojkotowane przez „starych” sędziów, podważających jego legalność. Prawnicy ci w wydanym oświadczeniu stwierdzili, że zgromadzenie zwołała osoba powołana na urząd pierwszego prezesa SN z naruszeniem konstytucji i ustawy o SN, a udział sędziów powołanych po wadliwych procedurach przez upolitycznioną KRS uniemożliwia uznanie obrad za zgodne z prawem.
W odwecie Manowska odwołała ze stanowiska przewodniczącego I wydziału w Izbie Karnej legalnego sędziego Dariusza Świeckiego, który podpisał oświadczenie. Utajniła też obrady, choć dziennikarze zgłaszali chęć udziału w zgromadzeniu. Było to skandaliczne posunięcie. Nie wiemy zatem, jak przebiegało Zgromadzenie, czy wszystko odbywało się zgodnie z procedurą, jak kandydaci odpowiadali na pytania i jak przedstawiali swoją wizję praworządności. Gdy w 2020 r. na pierwszą prezes SN wybierano Manowską, obrady zgromadzenia były jawne, choć trwała pandemia. Ale ówczesna legalna pierwsza prezes SN Małgorzata Gersdorf nie miała nic do ukrycia przed Polakami.
Na ostatniej prostej swojego urzędowania Małgorzata Manowska postanowiła zrobić szach-mat i zalegalizować neosędziów, czyli też samą siebie. W tym celu złożyła wniosek, aby pełny skład SN rozstrzygnął, czy wyroki wydawane z udziałem neosędziów są ważne, i wydał uchwałę, która stanowiłaby powszechnie obowiązującą zasadę prawną. Problem w tym, że w takim składzie musieliby zasiadać neosędziowie, co byłoby absurdem do kwadratu, gdyż nawet dziecko wie, że nie można wydawać wyroków we własnej sprawie. Waldemar Żurek
Nawrocki broni interesów Ameryki i Trumpa
Politycznie chodzi o to, żeby wydawać pieniądze na zakup broni amerykańskiej
Prof. Marek Belka – ekonomista, były premier i były prezes NBP
Na czym polega pomysł prezydenta RP i prezesa NBP – SAFE 0%? Pan to już mówił w jednym z wywiadów: „Propozycja prezydenta Nawrockiego jest dość rozpaczliwa i wydaje się szukaniem sposobu, żeby nie podpisać rządowej ustawy o SAFE”.
– Politycznie chodzi o to, żeby uniknąć jakichkolwiek związków z Unią Europejską i żeby wydawać pieniądze na zakup broni amerykańskiej. To podstawa podstaw. O to chodzi.
A te zapewnienia, że to kredyt 0%?
– Tu chodzi nie o to, żeby jakieś koszty obniżyć, bo jestem przekonany, że na tym akurat prezydentowi w ogóle nie zależy. Tak samo jak nie zależało PiS przez wiele lat, kiedy kupowali różny sprzęt w USA i w Korei.
Na zakup czołgów, haubic i samolotów w Korei Polska brała kredyt na 6%.
– Czyli tak naprawdę chodzi o to, żeby bronić amerykańskich interesów.
I Karol Nawrocki w tej grze bierze udział.
– Przecież to oczywiste. Nawrocki broni interesów Ameryki i swojej przyjaźni z Donaldem Trumpem.
Na tej szali stawia prawie wszystko.
– Przecież amerykańska broń będzie nas przed Rosjanami bronić, przynajmniej taka jest teza. Tylko istnieje pewne ryzyko, bo jeśli będziemy mieli w Waszyngtonie prezydenta pokroju Trumpa czy J.D. Vance’a, jeżeli będziemy mieli takich partnerów, to nie można wykluczyć, że gdy zechcemy użyć Patriotów czy Himarsów do zestrzelenia rosyjskich rakiet, oni mogą nam powiedzieć: nie zgadzamy się, bo nasze biznesy w Rosji mogą ucierpieć. W związku z tym Amerykanie mogą nam nie dać kodów sterujących.
Mogą powiedzieć: dogadajcie się sami z Rosjanami.
– Dlatego Europejczycy twierdzą, słusznie, że poleganie wyłącznie na broni ze Stanów Zjednoczonych jest ryzykowne. Choć czasami nie ma alternatywy. A poza tym może się zdarzyć taka sytuacja – i zdarza się – że tamtejszy sprzęt będzie najlepszy. Ale też najdroższy. Nie chodzi więc o to, żeby w ogóle nie kupować uzbrojenia w Ameryce. Po prostu nie można tego traktować jako jedynego źródła albo nawet głównego. Powinniśmy myśleć, że przede wszystkim trzeba rozbudowywać nasze własne możliwości obronne.
I własne zakłady z ośrodkami badawczymi. Rozwijać nasze badania.
– Przemysł zbrojeniowy w wielu krajach, np. w USA, ale także w Izraelu, przecież był i jest stymulatorem rozwoju najwyższych technologii. Pod warunkiem że się uczestniczy w produkcji.
Tymczasem SAFE Nawrockiego ustawia nas w ten sposób, że odwracamy się od Europy, i od Polski, i kupujemy amerykański sprzęt.
– Jest taki nacisk.
Amerykanie naciskają też Europę w sprawie jej programów zbrojeniowych.
– Bo w tych programach została zapisana wyraźnie preferencja dla europejskich firm. Co Trumpa doprowadza do wściekłości. Przecież nie po to zmusza Europę, żeby wydawała więcej na zbrojenia, by wydawała na sprzęt włoski, francuski czy niemiecki.
Bo powinna kupować przede wszystkim amerykański.
– Naturalnie!
Konflikt gospodarczy między Stanami Zjednoczonymi a Europą jest poważny?
– Tak mi się wydaje. To jedna z rzeczy wręcz niezrozumiałych: Trump traktuje gorzej sojuszników niż wrogów. Bo jeżeli wrogiem są Chiny, to jest wobec nich łagodny, bo nic im nie może zrobić. Chińczycy mają taką pozycję, jeśli chodzi o metale ziem rzadkich, że szantażu amerykańskiego
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Usłużność PiS wobec Trumpa budzi obrzydzenie
SAFE 0% jest nową pisowską religią
Spór o SAFE wszedł w nową fazę, bo własny program ogłosili prezydent Karol Nawrocki i prezes NBP Adam Glapiński. Program wyciągnięty z kapelusza. Gdzie byłeś, Adamie Glapiński, gdy rząd PiS pożyczał pieniądze na koreańskie czy amerykańskie zakupy? Pożyczka 6% ci nie przeszkadzała? Dlaczego wtedy nie pomogłeś? – pytają politycy i publicyści. Odpowiedzi nie ma. Podobnie jak nie ma jej, gdy Donald Tusk pyta Glapińskiego, jakim cudem teraz chce wyciągnąć z kieszeni 185 mld zł, skoro przez ostatnie lata NBP raportował straty. Kiedy kłamie?
Tej odpowiedzi się nie spodziewajmy – w SAFE 0% chodzi przecież o polityczny efekt, o miraż, o cudowne rozwiązanie, które można sprzedać wyborcom.
Tak oto mamy najważniejszą polityczną wojnę ostatnich miesięcy, której eskalowanie jest na rękę wszystkim. Jest na rękę Donaldowi Tuskowi. Z prostej przyczyny – 59% Polaków jest za tym, by Karol Nawrocki podpisał ustawę o SAFE, więc premier zagarnia pod swoje skrzydła także tych, którzy na Koalicję 15 Października nie głosowali. Może też odwoływać się do uczuć patriotycznych, do obowiązku obrony ojczyzny. To wszystko w naszej sytuacji jest oczywiste i naturalne. Sprawa SAFE pozwala jednoczyć Polaków przy fladze. Ale swoją grę prowadzi również Jarosław Kaczyński. To, że większość Polaków chce podpisania ustawy, nie jest dla niego wielkim problemem. Bo ta nasilająca się awantura i jemu sprzyja.
Kilkanaście dni temu w „Rzeczpospolitej” Piotr Matczuk, współtwórca kampanii wyborczych PiS w latach 2011-2023, analizował przyczyny obecnych kłopotów PiS. I najbardziej chwalił tematy, którymi PiS w ostatnich dwóch miesiącach grało, czyli ataki na Włodzimierza Czarzastego i na
Nieczułe miejsca straceń
Kiedyś to było. Była np. „Gazeta” kupowana każdego dnia dla higieny umysłu, od niej dzień się zaczynał, bez „Gazety” i kawy myśli miałem nieostre, dopóki sobie nie pobrudziłem palców farbą drukarską przy porannej lekturze, nie zasiadałem do roboty umysłowej. Była „Gazeta” towarzyszką wierną przez jakieś ćwierć wieku, jej dodatki cieszyły oko i syciły mózg, nawet się do niej pisywało okazjonalnie, potem pisało się regularnie przez
10 lat o sporcie, aż w końcu zaczęło się czytać rzadziej i pisać się przestało, bo „Gazeta” chudła od masowych zwolnień, traciła na jakości, aż w końcu zostało się z magazynem weekendowym, kupowanym z niejaką jeszcze nadzieją na intelektualną zwartość, a nadto z zabawnego powodu oszukania czasu, bo w moim regionie sobotnie wydanie było dostępne już w piątki.
Ostatnio zostało się już właściwie tylko z „Książkami”, krytyczno-literackim dwumiesięcznikiem najwyższej próby, od początku redagowanym przez znajomych i cenionych dziennikarzy, z jednym w dodatku pogrywało się na orlikach w gałę.
I oto doszły mnie wieści hiobowe – Łukasz Grzymisławski i Juliusz Kurkiewicz ofiarami kolejnej fali masowych zwolnień. Kiedy słyszę o masowych zwolnieniach, to jakbym słyszał o zbiorowych egzekucjach, nie umiem odgonić tej myśli: „W ramach rozstrzelań grupowych w Agorze stracono 115 osób, w tym 56 w spółce Wyborcza”. To tam ktoś jeszcze w ogóle został? Czy tylko ej-aje i studenci stażyści, co to będą pisać za samo ubezpieczenie i prestiż?
Zawsze się w takich chwilach utwierdzam w słuszności obranej drogi zawodowej, bo choć od statusu bezdomnego dzieli mnie jeden kaprys losu, a do końca miesiąca prawie nigdy nie dociągam bez pożyczki, żaden biznesmenel nie może mnie zwolnić. I niby to płyną obietnice,
Śmierć irańskich dziewczynek
Mówienie o potworności wojny, każdej wojny, i jej ofiarach „ubocznych”, czyli o większości realnych ofiar, niezaangażowanych w działania wojenne – nie ma dobrej prasy, nie ma dobrego czasu. Wzmożenie prowojenne już nie tylko niesie oswojenie się z możliwą pożogą, wchodzi bezszelestnie w nasz język, w słowa, ale też jakby niezauważalnie demontuje nam ludzkie, naturalne odruchy etyczne. Akceptacja scenariuszy wojennych (ponoć koniecznych i nieuniknionych) staje się akceptacją wydarzeń, zbrodni, przemocy, na które w innej, codziennej skali nie dajemy przyzwolenia. Żywo reagujemy na doniesienia np. o śmierci czy poranieniu dziecka w wypadku drogowym. Pojedyncze utonięcia zasługują na obecność w obiegu informacji. Ujawniane akty przemocy wobec dzieci w przestrzeni domowej wzbudzają wciąż żywe emocje, oburzenie i niezgodę.
I nagle, kiedy w taki pejzaż wkracza taka zbrodnia jak zbombardowanie (najpewniej przez USA, równie dobrze Izrael – bo tę wojnę wywołali i prowadzą ramię w ramię, bomba w bombę) irańskiej szkoły, gdzie uczyły się dziewczynki, a liczba ofiar sięgnęła 150 osób – zapada cisza, wzrok odwraca się gdzie indziej, usta milczą, zwykły odruch i zareagowanie rozpływają się w ciszy i milczeniu. W polskiej przestrzeni komentariackiej pojawiły się nawet głosy, „że tak już jest na wojnie”.
Język amerykańskich przywódców dawno przekroczył wszystkie etyczne i racjonalne granice. Trump mówi, że miał intuicję, że Iran go „oszukuje”, i wojna jest jedyną możliwą reakcją. Sekretarz obrony (chociaż ichnie Ministerstwo Obrony zostało przemianowane dziwnie trafnie na Ministerstwo Wojny) Pete Hegseth chwalił się, że
Wojna jako biznes
Donald Trump wciągnął USA w wojnę z Iranem mimo deklarowanej niechęci do angażowania się w sprawy Bliskiego Wschodu
Korespondencja z USA
„Jak na razie słyszeliśmy, że choć wybiliśmy irański reżim, to nie jest wojna mająca na celu obalenie reżimu. Choć wcześniej zmietliśmy z powierzchni ziemi ich program nuklearny, musieliśmy iść na tę wojnę… właśnie z powodu tego programu. Choć Iran nie planował żadnych ataków na USA, mógł je planować – zależy, kogo pytamy. I choć nie jest to wojna, by wyzwolić irański naród,
to ten naród właśnie stał się wolny albo będzie wolny – w zależności od tego, kto przejmie władzę, z tym że my tego nie wiemy. Przekaz w sprawie tej wojny jest, mówiąc delikatnie, chaotyczny!”. Gdyby szukać najlepszego opisu odczuć, jakie tydzień od rozpoczęcia wojny w Iranie targają Amerykanami, wypowiedź Matta Walsha (wpis z jego konta na X) wydaje się trafiać w sedno. Rzecz jest znamienna, bo Walsh to gwiazda prawicy, publicysta występujący na platformie The Daily Wire, z którą współpracują także Ben Shapiro, Michael Knowles oraz Andrew Klavan.
Niedoinformowani czy oszukiwani?
Choć większość konserwatywnej Ameryki poparła ataki (55% CBS/YouGov, 2 marca 2026), Amerykanie jako społeczeństwo czują się przede wszystkim niedoinformowani, a nawet oszukiwani, zwłaszcza jeśli chodzi o przyczyny wojny. Głównie dlatego, że argumenty wysuwane przez Biały Dom w pierwszych dniach przypominały ruchome piaski. Przechodziły od tezy o konieczności „ucięcia głowy reżimowi” – co w dzień ataku usłyszała Ameryka z ust Donalda Trumpa – przez konieczność zniszczenia arsenału irańskiej broni rakietowej i programu nuklearnego – to słowa sekretarza wojny Pete’a Hegsetha z jego pierwszego briefingu o wojnie – po „przyjacielską” przysługę, jaką USA po prostu oddały Izraelowi, który „potrzebował” zaatakować Iran, zanim Iran go zaatakuje – tak z kolei przedstawił sprawę sekretarz stanu Marco Rubio przed briefingiem dla kongresmenów w poniedziałek 2 marca.
A że wypowiedź Rubia wywołała gigantyczną falę oburzenia, i to po obu stronach, we wtorek 3 marca do akcji znów wkroczył Trump ze sprostowaniem, że to Izrael podpiął się pod Amerykę, a nie na odwrót. Mimo braku potwierdzenia ze strony wywiadów z innych części świata Trump każe Amerykanom wierzyć, że Iran szykował się do zmasowanych ataków rakietowych na amerykańskie cele na Bliskim Wschodzie.
Bombardowanie Iranu było dla zdecydowanej większości Amerykanów dużym zaskoczeniem. Nie każdy śledzi codzienne wiadomości, a doniesienia o tym, że USA wysłały w ostatnim czasie na Bliski Wschód niemal jedną trzecią swojej floty wojennej, ustępowały miejsca rewelacjom o upublicznionej ostatnio najnowszej transzy akt Epsteina.
Tuż przed atakiem, w czwartek i w piątek, media serwowały odbiorcom głównie smaczki na temat kongresowych przesłuchań Clintonów w tej właśnie sprawie, wciąż żywe były też echa wtorkowego orędzia Trumpa o stanie państwa. Choć prezydent przemawiał niemal dwie godziny, Iranowi poświęcił ledwie trzy minuty, czym zwiódł nawet ekspertów. Dotąd prezydenci wykorzystywali tę okazję, aby informować naród o najważniejszych planach i celach swojej polityki, zwłaszcza jeśli chcieli rozpocząć działania wojenne.
Mnie wiadomość o zbombardowanym Iranie zastała w ośrodku narciarskim. O skali szoku, w jakim znaleźli się Amerykanie, najlepiej chyba świadczy to, jak często wpadały mi w uszy słowa „Trump”, „wojna” oraz „Iran”, gdy stałam w długich kolejkach do wyciągów (w Góry Skaliste zima przyszła dopiero dwa tygodnie temu!). Nie miałam także wątpliwości
Ekonomiczna iluzja, czyli zero „Polskiego SAFE 0%”
Prezydent Karol Nawrocki, któremu towarzyszył prezes Narodowego Banku Polskiego prof. Adam Glapiński, obwieścił 4 marca br. zgromadzonym na konferencji prasowej dziennikarzom, że „dzięki pracy pana prezesa, efektywności działań prof. Glapińskiego, całego Zarządu Narodowego Banku Polskiego Polacy – można powiedzieć – w ostatnich 30 miesiącach zarobili znacznie więcej niż 185 mld zł potrzebnych do sfinansowania polskiego bezpieczeństwa w najbliższych pięciu latach. (…) Mamy dla SAFE konkretną polską, bezpieczną i suwerenną alternatywę, która nie będzie wiązała się z żadnymi odsetkami finansowymi. Więc jest to »Polski SAFE 0%«”.
Pytany przez dziennikarzy, jak zamierza to zrobić, prezydent uchylił się od konkretów.
Lepiej zorientowani w meandrach polskiej polityki komentatorzy dowodzili, że program „Polski SAFE 0%” to pretekst do tego, by Karol Nawrocki odmówił złożenia podpisu pod przyjętą przez Sejm ustawą o Finansowym Instrumencie Zwiększenia Bezpieczeństwa SAFE.
Argumenty miał mu podsunąć prezes Glapiński. W rzeczywistości lokatorowi Pałacu Namiestnikowskiego chodziło o to, by nie wzmacniać premiera Tuska i Koalicji Obywatelskiej, za to być może wykonać kolejny krok w drodze po przywództwo na polskiej prawicy, gdyż „Polski SAFE 0%” nie jest programem ani PiS, ani Konfederacji.
Rzucam pomysł, wy go łapcie
Musimy zdać sobie sprawę z tego, że w obliczu narastającego zagrożenia ze strony Rosji oraz najpoważniejszego kryzysu bezpieczeństwa w Europie decyzja o sposobie finansowania modernizacji polskich sił zbrojnych jest nie tylko wyzwaniem budżetowym, lecz także fundamentalną kwestią bezpieczeństwa narodowego. Zaproponowany przez Unię Europejską program SAFE (Security Action for Europe) przewiduje przekazanie Polsce 43,7 mld euro (ok. 186 mld zł) na modernizację armii w latach 2026-2030. To największy w naszej historii strumień pieniędzy, który ma radykalnie zmienić oblicze polskiej armii. Oczywiście pod pewnymi warunkami. Pierwszym jest wejście w życie przyjętej przez Sejm wspomnianej ustawy.
By tak się stało, musi ją podpisać prezydent Nawrocki.
Drugi – większość pozyskanych w ramach tego programu środków powinna zostać wydana w Europie, a Komisja Europejska ma pilnować, czy w związku z przetargami i późniejszą realizacją zamówień nie dochodzi do korupcji i innych nieprawidłowości. A to bardzo się nie podoba politykom Prawa i Sprawiedliwości, którzy dowodzą, że zmusza się nas do rezygnacji z „suwerenności” i możliwości zakupu uzbrojenia w Stanach Zjednoczonych. Nie jest też tajemnicą, że waszyngtońska administracja ostro zwalcza SAFE, a ambasador Tom Rose już pokazał w Warszawie, do czego jest zdolny. Po stolicy krążą plotki, że Rose spotkał się dwa tygodnie temu z prezesem NBP.
Jarosław Kaczyński, który chwilowo odszedł od przedstawiania naszego kraju jako „rosyjsko-niemieckiego kondominium”, przekonuje teraz, że SAFE służy wyłącznie interesom Berlina, i ostrzega przed „Polską pod niemieckim butem”. Basuje mu w tym poseł Radosław Fogiel, który twierdzi, że nie można „bezrefleksyjnie uzależniać się od pożyczki” promowanej przez niemieckiego ambasadora, i rzecz jasna Mariusz Błaszczak, który z trybuny sejmowej lamentuje, że „niemiecki przemysł zbrojeniowy zarobi na naszych zakupach”.
Podobne sugestie były i są dla lokatora Pałacu Namiestnikowskiego sygnałami, że polska prawica nie życzy sobie jego podpisu pod tą ustawą. Dlatego konferencja prasowa prezydenta z udziałem prezesa NBP bardziej przypominała wiec wyborczy niż poważne spotkanie z mediami o charakterze informacyjnym. W jej trakcie z ust „gwaranta konstytucji” padały hasła: „Polskę na to stać”, „0% odsetek”, „pełna suwerenność i niezależność od brukselskiej warunkowości” i „polskie złoto dla polskiego bezpieczeństwa”.
Planu brak
Diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach – a konkretnych propozycji ze
Gdy słoń choruje
Ludzie obserwują zwierzęta w poszukiwaniu leków dla siebie
Od wieków ludzie spoglądali na zwierzęta, szukając w nich inspiracji dla własnej wiedzy medycznej. Według legendy pewnego razu pasterz imieniem Kaldi, w rejonie Kaffa na terenie dzisiejszej Etiopii, zauważył, że jego kozy po zjedzeniu jagód pewnego krzewu kawowego stają się niezwykle ożywione i skore do figli. To skłoniło opata pobliskiego klasztoru do uprażenia tych jagód i zaparzenia z nich napoju, od którego dziś wielu z nas jest uzależnionych (…).
Z kolei zwyczaj żucia liści krzewu koki Erythroxylum coca, mający korzenie w Peru, najprawdopodobniej zainspirowały lamy, które spożywały je podczas zejścia w niższe partie Andów, aby zwiększyć swoją wytrzymałość. (…) Rdzenni uzdrowiciele Ameryki Północnej często przypisywali niedźwiedziom miano mistrzów natury w sztuce leczenia. Gdy budzą się one z trwającej kilka miesięcy hibernacji, z upodobaniem spożywają korę wierzby, co łagodzi bóle i stany zapalne. Kora ta zawiera kwas salicylowy – związek chemiczny, który stał się prekursorem aspiryny.
Być może słyszałeś o „zielu napalonej kozy”, roślinie z rodzaju Epimedium. Według legendy pewien chiński pasterz zaobserwował, że jego kozy po zjedzeniu tej rośliny stawały się, cóż… wyjątkowo pobudzone. Badania laboratoryjne wykazały, że u szczurów karmionych ikariiną – flawonoidem pozyskiwanym z tej rośliny – wzrastała produkcja spermy, a nawet kastrowane osobniki odzyskiwały zdolność do wzwodu. Roślina została opisana jako środek leczniczy już w chińskim klasyku medycyny Shen Nong Ben Cao Jing sprzed 400 lat, a także uwzględniona w najsłynniejszym chińskim kompendium medycznym Ben Cao Gang Mu. W Chinach, Japonii i Korei ziele to stosuje się w leczeniu impotencji, a także w terapii zapominalstwa i osteoporozy. Dziś ziele napalonej kozy dostępne jest nie tylko jako dodatek do wina czy wody, ale także w postaci tabletek, a nawet makaronu.
Przypomnijmy Mohamediego Seifu Kalunde, który przez wiele lat współpracował z Michaelem A. Huffmanem, badając samoleczenie u szympansów w Tanzanii. On i jego rodzina obserwowali i naśladowali jeżozwierze, słonie, dziki, szympansy i inne zwierzęta, by tworzyć nowe metody leczenia biegunek i infekcji bakteryjnych. Dziadek Mohamediego, Babu Kalunde, również opracował roślinny środek leczniczy, inspirując się zachowaniem słonia. Według opowieści zauważył on słonia z rozstrojem żołądka, który przeżuwał lekko liście drzewa Piliostigma thonningii, mieszał je z wodą w swoim worku gardłowym (organie służącym do przechowywania wody u podstawy języka), po czym wypijał tę miksturę, odrzucając same liście. Babu Kalunde zaczął wykorzystywać wodne ekstrakty z tej rośliny w leczeniu problemów żołądkowych ludzi. Roślina ta,
Podcinanie skrzydeł zetkom
Pokolenie Z na rynku pracy wcale nie jest roszczeniowe
Przedstawiciele pokolenia Z, chociaż dopiero wchodzą na rynek pracy, już się zmagają z negatywnymi stereotypami na swój temat. Media głównego nurtu kreują obraz zetek jako pracowników roszczeniowych, leniwych i narzekających. Najmłodszym dorosłym obrywa się też w internecie, gdzie wyśmiewa się ich jako duże dzieci, które do pracy najchętniej przyszłyby z mamą, bo ona wszystko za nich zrobi. Legendarne są opowieści o procesach rekrutacyjnych. Historie w stylu: mieli przyjść na rozmowę o pracę, ale skorzystali tylko z toalety i poszli do domu.
Oczywiście jest w tym wszystkim ziarno prawdy. Na ile jednak ten obraz jest przekłamany? Być może zetki to po prostu pierwsze pokolenie, które zrozumiało, że praca nie musi być sensem życia? To zaś nie wpasowuje się w narrację o pracy wtłaczaną nam do głów od czasu transformacji. Wygodną jedynie dla przedsiębiorców i wielkich korporacji.
Łabędzi śpiew
Do 2030 r. przedstawicielki i przedstawiciele pokolenia Z (inaczej Gen Z, zoomersi, czyli osoby urodzone w latach 1995-2012) będą stanowić niemal jedną trzecią globalnego rynku pracy, co podkreśla Światowe Forum Ekonomiczne. Ogólnopolskie badanie „Work War Z” – tytuł odwołuje się do filmu o niszczącej świat epidemii zombie, ale konkluzje są zdecydowanie dalekie od apokalipsy – pokazuje zaś, że pokolenie Z to grupa pracowników o jasno określonych oczekiwaniach wobec rynku pracy. Co ciekawe, wbrew stereotypom te oczekiwania bardzo często pokrywają się z priorytetami starszych pokoleń.
„Największe znaczenie dla tej grupy ma atrakcyjne wynagrodzenie, docenienie przez pracodawcę oraz możliwość zachowania równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Firmy, które dostosują swoje strategie do tych potrzeb, mają realną szansę na przyciągnięcie i zatrzymanie młodych talentów oraz budowanie stabilnych i zaangażowanych zespołów. By to osiągnąć, konieczne jest jednak wprowadzenie zmian w obszarze wynagrodzeń, kultury organizacyjnej, komunikacji, elastyczności pracy oraz strategii rozwoju zawodowego. Ma to szczególne znaczenie w kontekście budowania zespołów międzypokoleniowych”, czytamy we wnioskach z raportu.
Słowem, pracodawcy muszą się dostosować do zmian społecznych, zamiast narzekać, że kiedyś to się pracowało, a teraz już nie. Skoro jednak oczekiwania kilku pokoleń pokrywają się na poziomie ogólnym np. co do zarobków (45% respondentów badania „WWZ” uważa, że to jeden z dwóch najważniejszych czynników motywujących, a 23% wskazuje docenienie w pracy), warto się zastanowić, dlaczego postrzega się pracowników z pokolenia Z jako dziwaków z innej bajki. Wszystko zaczyna się od mediów głównego nurtu, które do spółki z wielkim biznesem podtykają nam sugestie, jak mamy postrzegać pracę. Ten tandem kształtuje nasze traktowanie pracy od czasów transformacji. Warto, za Zofią Smełką-Leszczyńską, autorką książki „Cześć pracy. O kulturze zap***dolu”, zadać sobie pytanie o dysproporcję pomiędzy materiałami medialnymi na temat praw pracowniczych czy strajków załóg a wywiadami z reprezentantami biznesu.
Te same media suflują nam utyskiwania na pokolenie Z, które ma być koszmarem na rynku pracy. Najbardziej „zatroskane” o młodzież tytuły to wszelkiego rodzaju quasiekonomiczne portale, takie jak Business Insider, Money.pl, Forbes i oczywiście wiecznie zatroskana o utrzymanie postbalcerowiczowskiego status quo „Gazeta Wyborcza”. Głównym zarzutem wobec zetek jest w tych tytułach roszczeniowość. Co warte podkreślenia, na pokolenie Z patrzy się jak na nastolatki idące do pierwszej pracy. Tymczasem najstarsi przedstawiciele tego pokolenia, z rocznika 1995, mają dziś 31 lat. Najmłodsi z kolei, z rocznika 2012, mając lat 13, przeważnie nawet jeszcze o pierwszej pracy nie myślą.
Zbiór zachowań określanych przez media głównego nurtu jako „roszczeniowość” zetek obejmuje m.in. oczekiwanie godnych zarobków i umowy o pracę, tego, że staż będzie płatny, a sama praca trwać będzie tyle godzin, ile ma się w umowie. To ostatnie jest wręcz zbrodnią wśród tuzów rodzimego biznesu. Przypomnijmy słowa Rafała Brzoski, który jest kopalnią cytatów: „Do roboty chodziło się w czasach komunizmu. I niestety niektórym tak już zostało. Przychodzą do pracy o 8, wychodzą o 16 i nie odbierają telefonu
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl






