Blog

Powrót na stronę główną
Kraj Wywiady

Feminizm to niezgoda na dyskryminowanie mnie tylko dlatego, że jestem kobietą

Troje na jedną

JEDNA:

SYLWIA CHUTNIK

TROJE:

PATRYCJA DOŁOWY

JOANNA HAŃDEREK

PAWEŁ SĘKOWSKI

Fragmenty rozmowy, która ukazała się w najnowszym numerze „Zdania” (3/2024) – w wersji papierowej do nabycia w Empikach, w wersji elektronicznej na sklep.tygodnikprzeglad.pl.

PATRYCJA DOŁOWY: Ważnym tematem dla ciebie są prawa osób LGBT. Ten temat zawsze się przewijał w twoim aktywizmie. Dzisiaj jesteś jedną z twarzy ruchu, prowadzisz podcast. Chciałam cię zapytać o twój coming out, oczywiście jeśli to jest dla ciebie w porządku i nie masz nic przeciwko.

SYLWIA CHUTNIK: Spoko. Mój out miał miejsce cztery lata temu, kiedy nie tylko rządził PiS, ale trwała totalna nagonka na osoby nieheteronormatywne. Transfobia, homofobia sączyły się z TVP, z ust rządzących, samego prezydenta. „Strefy wolne od LGBT”. Jednocześnie coraz głośniej mówiono o samobójstwach i problemach ze zdrowiem psychicznym, zwłaszcza u młodych osób. I to mnie już totalnie odpaliło. Wiele rzeczy mogłam znieść, ale te dzieciaki wywalane z domów albo które popełniają samobójstwo, włączyły we mnie chyba matkę. Chodziłam i dostawałam szału. Nigdy nie byłam osobą, która mówi o swoich prywatnych rzeczach, czy w związku hetero, czy w związku queerowym. I wcale mi się nie uśmiechało robić tego outu, bo nie jestem osobą, która w mediach społecznościowych wrzuca zdjęcia z osobą, z którą jest, nawet na prywatnych social mediach. Więc dla mnie ta decyzja była przekroczeniem siebie. To nie było jakieś super. Wiedziałam, co się z tym outem wiąże. Nie wiedziałam, że aż na taką skalę, że publicznie zacznie być analizowane moje życie seksualne, np. w komentarzach na Pudelku. Natomiast zwyciężyło we mnie poczucie odpowiedzialności: muszę o tym powiedzieć. Cena nie jest aż tak wysoka w porównaniu z wagą sprawy. Jestem niezależna ekonomicznie, mieszkam w dużym mieście, mam wolny zawód, w tym sensie, że nie mam nad sobą żadnego szefa czy szefowej i nigdy w życiu nie miałam. I niech tak zostanie. Jestem dorosła, mam prawie dorosłego syna. A nawet, gdybym miała coś na tym stracić, to mój wkurw był silniejszy. Przecież jesteśmy w Unii Europejskiej – i naprawdę nikt nie reaguje?!

Ciekawe w tym wszystkim jest to, że ja nigdy nie ukrywałam relacji z kobietą, którą wtedy miałam. A mimo wszystko ludzie kojarzyli mnie jako sojuszniczkę, a nie osobę ze środka ruchu. Myślę, że wpłynął na to fakt, że mam syna, działalność w Fundacji MaMa. Przed moim outem zdarzało się, że szłam w marszu równości, zresztą z moją ówczesną partnerką, i np. podchodzi jakaś młoda osoba queerowa i mówi: „Pani Sylwio, bardzo dziękujemy za wsparcie naszej community”. Na to moja partnerka w śmiech i że super, że nas wspierasz, i dzięki za to! Przez długi czas funkcjonowałam jako zewnętrzna osoba wspierająca ruch LGBT.

DOŁOWY: Ta, co z każdym może współpracować: z jednej strony katolickie rodziny 3+, z drugiej ruch LGBT…

CHUTNIK: Tak, z wszystkimi pogada: do tańca i do różańca! Ten mój out był po to, żeby pokazać tym wszystkim zaszczuwanym dzieciakom, że tak można.

PAWEŁ SĘKOWSKI: Czy to był out lesbijki, czy osoby biseksualnej? Wikipedia naucza, że zrobiłaś „coming out jako lesbijka”.

CHUTNIK: Jako osoba panseksualna, czyli niezależnie od tożsamości genderowej i orientacji seksualnej. Nie mówiłam, czy jestem lesbijką, czy osobą biseksualną – po prostu, że jestem w związku z kobietą. Nie nazywałam tego. Mówienie, że jestem panseksualna niczego ważnego by nie wnosiło do sprawy, a chodziło mi przede wszystkim o sygnał, że jestem jedną z was. Jak ktoś chce, mogę być dla niego lesbijką.

SĘKOWSKI: Na etapie autoryzacji naszej rozmowy sama już uznasz, jak chcesz to mieć w druku.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 49/2024

Prawica kocha Trumpa. Za wszystko Pisze red. Robert Walenciak: „W postawie Dudy jest gotowość służenia amerykańskiemu prezydentowi w jego polityce rozgrywki z Europą”. A przecież praktycznie każda ekipa rządząca po 1989 r. starała się jak najlepiej przysłużyć się Jankesom. Przytoczę wrogie przejęcia polskich przedsiębiorstw podczas przemian ustrojowych, włączenie Polski w konflikt na Bliskim Wschodzie, czego skutki odczuwamy do dzisiaj, tajne więzienia, gdzie torturowano ludzi, pogorszenie stosunków z Rosją i bycie koniem

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Czeski skarb zagrożony

Czesi i piwo, piwo i Czesi – ten romans, dla wszystkich tak oczywisty, powoli przemija

Niewiele jest na świecie narodów, których kultura, styl życia oraz historia i tradycja tak bardzo wiążą się z piwem. W Czechach nazywanym „płynnym chlebem” czy „skarbem narodowym”. Nawet ci, którzy we własnym kraju nie przepadają za tym trunkiem, będąc w Pradze czy Pilźnie, nie mogą się oprzeć smakowi czeskich piw. Szczególnie tych beczkowych albo z kija, nazywanych výčepní.

Od niewielkiego kraju nad Wełtawą świat kulinarny uczył się i wciąż uczy kultury piwnej. Nie tylko jak piwo robić i z czym je pić. Pojęcia takie jak pilzner (od miasta Pilzno w zachodnich Czechach) czy bud (od Czeskich Budziejowic) na trwałe weszły do różnych języków. Zresztą rywalizacja obu tych czeskich miast światowemu piwowarstwu wyszła jedynie na dobre.

Młodzi i drożyzna dobijają piwo

Od dziesięcioleci w światowych rankingach spożycia piwa Czesi zajmują czołowe miejsca. Pod koniec 2024 r. jest podobnie, aczkolwiek coraz wyraźniej spożycie w tym kraju spada. W roku 2023 Czesi wypili średnio 128 litrów piwa na osobę. Może się wydawać, że to sporo. Statystyki jednak szybko to korygują. Ilość piwa wypita przez Czechów w ubiegłym roku była najniższa od 50 lat. W rekordowym 2005 r. wypili zaś o ponad 40 litrów więcej niż obecnie.

„Trend jest jasny. Ten spadek to nie tylko nasz problem, bo obserwowany jest w całej Europie”, twierdzi Tomáš Slunečko, prezes Czeskiego Stowarzyszenia Browarów i Słodowni. „Obecnie piwo pije u nas 79% mężczyzn, a jeszcze dekadę temu robiło to 91% moich rodaków. W przypadku kobiet spożycie piwa w analogicznym okresie spadło z 57% do 42%. Czesi, wypijając rocznie po 11 litrów czystego alkoholu na osobę, wciąż plasują się w pierwszej piątce w Europie, jednocześnie to o 4 litry mniej niż dekadę temu”, podsumowuje Slunečko.

Podobnie jak w innych krajach regionu piwo w Czechach stale drożeje. Średnia cena piwa beczkowego w ciągu ostatnich pięciu lat wzrosła o 50%, z 36 do 53 koron.

Dla przeciętnego Czecha to sporo. Dla cudzoziemców zwiedzających Pragę czy Brno wydanie 2 euro na kufel przedniego piwa to wciąż nie jest dużo. Za to w czeskich miasteczkach i wsiach taka cena piwa, którego wypija się więcej niż po jednym kuflu, jest nie do przyjęcia. Luboš Kastner z Czeskiego Instytutu Gastronomii przewrotnie przekonuje, że „piwo przez lata było zbyt tanie i teraz wszystkich zaskakuje jego wyższa cena”.

Do systematycznego spadku spożycia piwa w Czechach przyczyniają się młodzi. W 1998 r. prawie każdy 15-letni Czech (98% chłopców i 97% dziewcząt) miał już doświadczenie z napojami alkoholowymi. Głównie z piwem, w mniejszym stopniu z winem. W roku 2022 było to już mniej niż 75%. Najnowsze badania pokazują, że dziś, wyłączając osoby powyżej 70. roku życia, największy odsetek abstynentów znajdziemy w grupie wiekowej 15-24 lata.

Czesi wpisują się zatem w globalny trend – przedstawiciele generacji Z piją o 20% mniej alkoholu niż w ich wieku pokolenie milenialsów. Młodzi Czesi nie uważają już picia alkoholu za „fajne”, nie jest ono też postrzegane jako bilet do dorosłości.

Młodych (z przedziału wiekowego 18-30 lat) znudził już klasyczny pilzner. Mało tego, inne alkohole również. Szukają więc czegoś nowego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Strażnik pamięci o Bytnarach

W mojej patriotycznej rodzinie, rodzinie z tradycjami akowskimi, niemal nic się nie rozmijało z tym, co mówiła szkoła

Rozmowa z prof. Andrzejem Romanowskim

(…) Porozmawiajmy o micie „Rudego”, który był tak silny w twojej rodzinie. Wychowałeś się na opowieściach o nim.
– W tym tkwiła pewna dwuznaczność, bo małżeństwo babci z Jakubem Bytnarem się rozpadło, on założył w Łodzi (gdzie od jakiegoś czasu mieszkali) nową rodzinę. Babcia w roku 1935, z dnia na dzień, zgarnęła swoje manatki, zabrała dwoje dzieci, starszą Lidkę, moją mamę, i młodszego od niej o dwa lata Zdzicha, i wyjechała do Krakowa, gdzie dał jej oparcie najmłodszy brat jej ojca, stryj Jan Bursztyn. Zamieszkali na Pędzichowie pod nr. 11, potem na Krowoderskiej, też pod nr. 11, gdzie przeżyli lata okupacyjne. Babcia nigdy nie wspominała dziadka, i to do tego stopnia, że kiedyś w dzieciństwie powiedziałem: „Mój dziadek umarł”, a wtedy mama się oburzyła i krzyknęła: „Nie umarł! Żyje w Łodzi!”. Nie dopytywałem, dlaczego w Łodzi, a nie z nami, rozumiejąc, że jest tu jakaś tajemnica.

Jednak i babcia, i my wszyscy, cała nasza szóstka, byliśmy w wielkiej zażyłości z żoną kuzyna Jakuba Bytnara, a matką „Rudego”, Zdzisławą Bytnarową. To była moja ukochana ciocia Zdzicha. Stosunkowo często do nas przyjeżdżała. Z Warszawy. Bo mieszkała w tym samym domu, z którego Gestapo zabrało jej męża i syna. Aleja Niepodległości 159/63 – na tej kamienicy jest teraz tablica pamiątkowa. Ciocia Zdzicha była drobniutka, filigranowa, zawsze w czerni, trochę staroświecka, o arystokratycznych manierach, może w nieco prowincjonalnym guście. Pamiętam jej oczy, które przy opowieściach o dawnych czasach robiły się jakby większe, zachodziły łzami. (…)

Ciocia Zdzicha opowiadała ci o „Rudym”?
– Nie, ona jednak mieszkała w Warszawie. O „Rudym” mówiła mi głównie ciocia Stefa, mieszkająca do śmierci z nami. I opowiadała mi to w najwcześniejszym dzieciństwie. Bo wtedy, gdy usłyszałem, że „Janka Niemcy pobili, a potem koledzy go odbili”, zrozumiałem, że bili jedni i drudzy.

Kiedy się dowiedziałeś o konsekwencjach akcji pod Arsenałem?
– Nie pamiętam. Kiedyś jednak dotarło do mnie, że w ramach represji za odbicie „Rudego” i innych więźniów Niemcy rozstrzelali 140 osób. A „Rudego” i tak nie uratowano, bo zmarł, straszliwie skatowany. Zawsze pamiętam o tym niemieckim odwecie.

Czy w Polsce Ludowej matka „Rudego” brała udział w kultywowaniu mitu syna? Uczestniczyła w spotkaniach organizowanych przez różne władze, szkoły, ZHP?
– Zawsze, zawsze. Ta drobna kobieta dźwigała na swych ramionach cały mit „Rudego”. Była świetną mówczynią, trochę egzaltowaną, ale robiła wrażenie i bardzo lubiła takie spotkania. Odbyła ich na pewno dziesiątki, myślę, że i setki. Człowiek instytucja. Barbara Wachowicz nazwała ją „matulą polskich harcerzy”.

Czy mówiła o tych rozstrzelanych?
– Tego nie pamiętam, ale nie mogła o nich nie wiedzieć. A we mnie pokładała duże nadzieje, widziała we mnie tego, kto będzie strażnikiem pamięci o Bytnarach. (…)

Mit „Rudego” miał największy wpływ na twoje zainteresowanie historią?
– Niekoniecznie. Było jednak w nim coś potwornego, opowieść o zakatowanym człowieku. Wychowałem się raczej na opowiadaniach mamy, ale początkowo, też w ślad za mamą, chciałem być botanikiem, interesowałem się przyrodą, najpierw gadami kopalnymi, potem entomologią. Łapałem motyle do siatki i miałem dwie gabloty: w jednej motyle, w drugiej ćmy. Motyle w gablotach kupowaliśmy w sklepie zoologicznym nieopodal ulicy Dietla, jeden kosztował 6 zł i tylko jedwabnik dębowy, duma mojej kolekcji, kosztował 25 zł. Historią zainteresowałem się dopiero w czwartej klasie podstawówki. Być może dlatego, że uczyliśmy się z bardzo wartościowego podręcznika, autorstwa Anny Klubówny i Jadwigi Stępieniowej „W naszej ojczyźnie: podręcznik historii dla klasy IV”.

Wartościowego? Już słyszę protesty pracowników IPN.
– Poszedłem do szkoły we wrześniu 1958 r., więc wkrótce po Polskim Październiku.

Fragmenty wywiadu rzeki Pawła Dybicza z prof. Andrzejem Romanowskim „Życie pełne historii”, wydanego przez „Przegląd”

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Figuranci demokracji

Zaczęło się. Musiało się zacząć. Tak to już jest z wyścigami. Zawsze mają start, przeważnie metę, wynik, rezultat, sukces lub porażkę, swoich pewniaków i farciaków, faworytów i niedoszacowanych, zasłużonych i przypadkowych. Problem polega na tym, że demokracja nie jest dyscypliną sportową. A może już jest? Właściwie zasadne wydaje się nawet pytanie, czy wybory prezydenta w kraju takim jak Polska są jeszcze zjawiskiem politycznym, czy już wyłącznie marketingowo-sprzedażowym. Jak w USA, tylko wciąż taniej niż tam.

Znamy już nazwiska kandydatów dwóch głównych sił polityczno-partyjnych. Żaden z nich nie jest liderem politycznym własnej formacji. Bliskie prawdy absolutnej jest stwierdzenie, że raczej obrazują antypody swoich liderów, choć bardziej zdecydowanie uwaga ta dotyczy pisowskiego pomazańca, Nawrockiego. Gdyby zrobić test wzrokowy, jak w niektórych zabawach określających inteligencję, i postawić w jednym rzędzie Jarosława Kaczyńskiego, Przemysława Czarnka, Mariusza Błaszczaka, Beatę Szydło i Karola Nawrockiego, a potem zapytać, który element nie pasuje, nie byłoby żadnej wątpliwości, że to obecny szef IPN. Im bardziej się różni od liderów albo ich akolitów, tym lepiej. I jeszcze nazwanie go przez najbardziej partyjniacką polską partię polityczną kandydatem obywatelskim! Wilk jest owcą! Złodziej sędzią! Maluda wielkoludem!

Murarz piekarzem! Doktor nauk robotnikiem!

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Duda zawiesza strajk?

Beton kruszeje. Jak poinformował szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Mieszko Pawlak, Andrzej Duda „wyraził wstępną zgodę na powołanie Agnieszki Bartol-Saurel na stanowisko Stałego Przedstawiciela przy UE w randze ambasadora”. Pawlak tłumaczył, że jakiś czas temu przyszło pismo od szefa MSZ Radosława Sikorskiego z prośbą o zgodę na kandydaturę „jednego ambasadora”, Agnieszki Bartol-Saurel, która ma zostać stałym przedstawicielem RP przy Unii, i „prezydent taką wstępną zgodę wyraził”. To pokazuje, mówił, że „gdy są zachowywane dotychczasowe dobre

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Laury i medale w Klubie Krytyki Teatralnej

Gloria Artis dla współpracowników „Przeglądu”

W warszawskim Domu Literatury spotkali się członkowie Klubu Krytyki Teatralnej Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej. Rozmawiali o młodej krytyce po 11. edycjach Konkursu im. Andrzeja Żurowskiego na recenzję dla młodych krytyczek i krytyków.

Konkurs ten, w którym uczestniczyło już ponad 300 młodych krytyków, od początku wspierają urząd miasta i Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni. A od drugiej edycji także Urząd Marszałkowski Województwa Pomorskiego. Adres patronów nieprzypadkowy – w Trójmieście bowiem pracował przez lata patron imprezy, wybitny szekspirolog i wieloletni prezes Klubu Krytyki Teatralnej Andrzej Żurowski.

Druga część spotkania miała charakter uroczysty – troje członków klubu, związanych z konkursem od jego zainicjowania, otrzymało prestiżowe wyróżnienia.

Zarząd klubu nagrodził swoją honorową przewodniczącą i jurorkę konkursu, prof. Bożenę Frankowską, w 50-lecie jej pracy pedagogicznej Laurem im. Marty Fik. Wyróżnienie to zostało przyznane po raz pierwszy; nawiązuje do praktykowanego dawniej honorowania doświadczonych krytyków za ich dorobek życia. Prof. Frankowska, mająca na koncie kilka tysięcy recenzji i wiele publikacji książkowych, m.in. „Encyklopedię teatru polskiego” (2003), wywierała przez lata znaczący wpływ na uprawianie recenzji w Polsce. Miała też swój udział w nadawaniu kierunku scenie teatru lalek. W laudacji mówił o tym jeden z uczniów laureatki, Konrad Szczebiot.

Patronkę nowej nagrody, mającej być dorocznym wyróżnieniem klubowym, wspominał jej były student Jan Bończa-Szabłowski, recenzent „Rzeczpospolitej” i gospodarz „Wieczorów Literackich” na antenie RDC.

Medale Zasłużony Kulturze Gloria Artis, przyznane przez ministra kultury na wniosek Zarządu Głównego SDRP – o czym przypomniał celebrujący tę część uroczystości sekretarz generalny SDRP Andrzej Maślankiewicz – odebrali z rąk Brunona Odolczyka, doradcy ministry Hanny Wróblewskiej: red. Alina Kietrys, inicjatorka konkursu, sekretarz kapituły, redaktorka „Rocznika Sopockiego”, autorka głośnej książki „Niespokojni” o wybitnych postaciach, które odegrały ważną rolę w kulturze, polityce, działalności publicznej i artystycznej w drugiej połowie XX w., oraz red. Tomasz Miłkowski, przewodniczący kapituły, redaktor miesięcznika „Yorick”, autor wielu książek o teatrze i literaturze, takich jak „Teatr Norwida” czy „166 monodramów”, dobrze znany Czytelnikom „Przeglądu”.

Obecni (i nieobecni) na spotkaniu przyjaciele, koleżanki i koledzy nie tylko z tzw. branży przyjęli te wyróżnienia jako naturalny wyraz uznania dla ich trudnych do wyliczenia osiągnięć zawodowych i społecznych. Sami nagrodzeni nie kryli wzruszenia, Alinie Kietrys trochę łamał się głos, kiedy dziękowała za otrzymany medal, a Tomasz Miłkowski zauważył przy okazji: „W ostatnich dekadach, tak się składało, wielokrotnie wręczałem nagrody i wyróżnienia, wygłaszałem laudacje ku czci laureatów. Było to zawsze wielką radością. Nie przypuszczałem jednak, jak wielką przyjemnością jest nagrodę otrzymywać”.

 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Artystką się bywa

Te wyjątkowe momenty są ulotne i najczęściej poprzedzone ogromną pracą

Justyna Sieńczyłło – aktorka teatralna i telewizyjna, dyrektorka naczelna i artystyczna warszawskiego Teatru Kamienica, który założyła z mężem Emilianem Kamińskim

Artystka nie kojarzy się z walką, raczej z wrażliwością.
– Mój mąż mawiał, a ja się do tego przychylam, że artystką się bywa. Nasz zawód jest przede wszystkim jednak rzemiosłem, w dużej mierze polega na warsztacie. Artysta to wielkie słowo. Te wyjątkowe momenty są ulotne i najczęściej poprzedzone ogromną pracą. Ale dla nich warto uprawiać ten zawód. Takie pojedyncze chwile przeżyłam, grając ukochany spektakl męża i mój „Wiera Gran” w reżyserii Barbary Sass, o pełnej determinacji kobiecie, która musiała stoczyć niejedną ciężką walkę… (…) W kawiarni, w której siedzimy, jeszcze przed wybuchem II wojny światowej występowała Wiera Gran. Akompaniował jej Władysław Szpilman. Po drugiej stronie, przy alei Solidarności, kiedyś ulicy Leszno, znajdowała się Cafe Sztuka. Tam z kolei Wiera śpiewała już w czasie wojny, w trakcie pobytu w getcie warszawskim. Słuchacze na widowni pili gorącą wodę, ewentualnie stać ich było na kawałek chleba. Ale przede wszystkim słuchali piosenek Wiery i dzięki nim przenosili się mentalnie i emocjonalnie do innego świata. W tych krótkich chwilach mur oddzielający getto od strony „aryjskiej” nie istniał! To była walka tych ludzi o każdą minutę życia. (…)

Dostałaś za tę tytułową, wielką rolę nominację do Feliksa, jednej z najważniejszych nagród teatralnych w Polsce.
– To miłe, ale dla mnie największą nagrodą jest to, że w teatrze komediowym ten dramatyczny spektakl jest dla ludzi czymś więcej niż przedstawieniem. Często słyszę po nim od widzów, że im pomogłam, dotknęłam ważnych strun, a nawet, że wyleczyłam z traumy. Niezwykle budujące jest, że gramy ten tytuł już od 12 lat. Nie zdejmujemy go z afisza.

Inną walczącą kobietą, o której zrobiłam spektakl w Kamienicy, była Pola Negri. Wybitna artystka, która przed wojną mieszkała tuż za rogiem, przy Elektoralnej. Oddajemy tu cześć i honor wielu wybitnym artystkom i artystom. Widzowie mówią o nas, że Kamienica to najbardziej warszawski teatr w Warszawie. Na tym bardzo zależało Emilianowi, cieszę się, że nasi widzowie to doceniają. (…)

Walczysz każdego dnia. Na jakich poziomach?
– Jeśli musisz coś zrobić i wiesz, że tylko ty możesz tego dokonać, bo liczą na ciebie inni, to możesz naprawdę dużo! Nawet przenosić góry. Zdajemy egzamin każdego dnia. Czasem prostszy, czasem trudniejszy. Kiedy wchodziłam do zawodu dwadzieścia kilka lat temu, miałam zupełnie inne doświadczenia i oczekiwania, i inne walki do stoczenia niż teraz, jako matka dwóch dorosłych synów, jako dyrektorka teatru, której zmarł mąż, jako aktorka. Życie stawia na naszej drodze przeszkody skrojone na naszą miarę. Czasami ludzie mnie dopytują: jak dałaś radę? (…) Gdybyś mnie o to zapytała 20 lat temu, gdy Emilian zaczął już realnie tworzyć wymarzony przez siebie teatr, odpowiedź byłaby inna. Spodziewałam się, że będzie ciężko, ale nie sądziłam, że aż tak. On też się tego nie spodziewał. Bagaż odpowiedzialności, który dźwigamy, rośnie z roku na rok. Zatrudniamy ludzi, którzy z tej pensji utrzymują siebie i swoje rodziny. To wielka odpowiedzialność.

A wracając do mojej walki, to walczę również o to miejsce, o tę kamienicę. Nie jest tajemnicą, że lata temu pojawiła się grupa ludzi, która chciała przejąć przestrzeń Teatru Kamienica na inne cele. To nie jest nasza własność, tylko wspólnoty mieszkaniowej, która wynajmuje piwnicę pod działalność teatru. Stan prawny jest skomplikowany. Miasto ma większość praw własności w tej przestrzeni. Teraz walczymy o to, aby móc odkupić choć część tej przestrzeni, którą zajmuje Teatr Kamienica, bo to sprawi, że nie będzie nas można stąd usunąć i już nikt z dnia na dzień nie będzie próbował zabetonować naszych drzwi, jak to się działo kilka lat temu. Sprawa ciągnie się i wyniszcza nas od lat, ale my się nie poddamy. Teraz, gdy Emiliana już nie ma, walczę ja. (…) Rozmawiam z urzędnikami, z aktorami, z dziennikarzami, muszę działać.

Latem 2003 r. Emilian Kamiński przyszedł do ogrodu przy waszym domu, gdzie akurat siedziałaś z przyjaciółką. Oznajmił, że ma pomysł na Teatr Kamienica.
– Wtedy w ogóle nie było to oczywiste. Nikt w Polsce nie zbudował prywatnego teatru, własnymi rękami. Tak, własnymi, bo Emilian już jako nastolatek ciężko pracował, m.in. na budowach, przy rozładunku wagonów z węglem, i te wszystkie umiejętności, które posiadł we wczesnej młodości, wykorzystał przy tworzeniu teatru. Jego marzenie dotyczące własnego teatru też nie rozpoczęło się tamtego lata w 2003 r. Kiedy w PRL Emilian był etatowym aktorem Teatru Ateneum w Warszawie, do Polski przyleciał Joseph Papp, producent amerykański. Zobaczył Emiliana na scenie, zachwycił się jego talentem i charyzmą. Zaprosił go jako jedynego aktora z teatru na obiad, wraz z ówczesnym dyrektorem Ateneum,

Fragmenty rozmowy z książki Magdaleny Kuszewskiej Wojowniczki, Lira, Warszawa 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Pierestrojka a zjednoczenie Niemiec

Od 1989 r. kierownictwo ZSRR nie było już w stanie nadążać za dynamiką zmian

Gdy na obszarze czterech stref okupacyjnych utworzonych przez aliantów po zakończeniu II wojny światowej powstały w 1949 r. dwa odrębne państwa niemieckie, nikt nie przypuszczał, że oderwana od macierzy Niemiecka Republika Demokratyczna wraz z Berlinem Wschodnim stanie się geopolityczną bombą z opóźnionym zapłonem. Bombą, która wybuchnie za 40 lat, odwracając porządek jałtański i pozbawiając Związek Radziecki owoców wojennego zwycięstwa nad Niemcami. Obalenie muru berlińskiego (9 listopada 1989 r.) było tego więcej niż przejawem.

Z perspektywy kolejnych sekretarzy generalnych KPZR powojenna konfiguracja polityczna Europy wydawała się – pod groźbą następnej wojny światowej – nieodwracalna. W tym błogim przekonaniu utrzymywała ich zideologizowana, moralistyczna wizja historii, której rzekome prawa (i sprawiedliwość) ustanowiły taki porządek. Z kolei poniesione ofiary i ostateczny triumf wojenny nad hitleryzmem były dla ZSRR dodatkową, obok ideologii, podstawą zbiorowej tożsamości i legitymacji jego władzy, zarówno wewnątrz Kraju Rad, jak i na arenie międzynarodowej. Wydawać by się mogło, że w tak domkniętym układzie w bardzo długiej perspektywie żaden wyłom nie będzie możliwy.

Tymczasem po drugiej stronie żelaznej kurtyny, która podzieliła Europę na dwa zwalczające się obozy, a niedawnych aliantów przekształciła we wrogów, prawie żaden spośród przywódców politycznych najważniejszych państw nie traktował podziału – ani Europy, ani Niemiec – jako sprawy na zawsze przesądzonej. Toteż ponowne zjednoczenie Niemiec nie spadło z nieba mocą niezbadanych wyroków opatrzności czy dyktatu historii. Było wynikiem wieloletnich oczekiwań i zabiegów, których urzeczywistnieniu pomogły sprzyjająca koniunktura polityczna i umiejętności głównych graczy, potrafiących wykorzystać nadarzającą się okazję – window of opportunity, które otworzyło się na chwilę na przełomie lat 1989 i 1990. Zachód od dawna, metodycznie przygotowywał się na taką ewentualność, prowadząc wyrafinowaną grę ze Związkiem Radzieckim. W jej trakcie relacje między stronami oscylowały od wrogości na granicy gorącej wojny do odprężenia i kooperacji. W ostatecznym rozrachunku geopolityczna gra zakończyła się sukcesem Zachodu.

Jednak bezprecedensowa sytuacja polityczna i towarzysząca jej radykalna zmiana polityki ZSRR wobec państw satelickich, którą w 1989 r. można było obserwować na przykładzie reakcji na wydarzenia w NRD, nie była przyczyną nowego podejścia. Przeciwnie – była jego objawem i skutkiem. Zainicjowana przez Gorbaczowa pierestrojka nie skupiała się wyłącznie na sprawach wewnętrznych, lecz rozmachem reformatorskim objęła także sprawy międzynarodowe. Kluczową frazą porządkującą od teraz ten obszar stało się nowoje politiczeskoje myszlenije, zapowiadające głęboką przebudowę wyobraźni politycznej klasy rządzącej.

Program zmian

Zmiany paradygmatu myślowego miały charakter głęboki i rewolucyjny i przełożyły się na sferę praktyki politycznej oraz dyplomatycznej. Zaproponowany przez nowego genseka program zmian był gruntowny i rozpoczynał się od bezprecedensowej reformy edukacji politycznej. Po raz pierwszy w programach studiów uniwersyteckich pojawiły się międzynarodowe stosunki polityczne. W nauczaniu polityki zerwano z ograniczeniami ideologicznymi i otwarto się na zachodnie wzorce, do tej pory z góry odrzucane i potępiane jako „nauka burżuazyjna” służąca interesom imperialistycznym. Idee Lenina postawiono na głowie, głosząc poglądy na wskroś rewizjonistyczne, by nie powiedzieć kontrrewolucyjne.

W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, że największym przeciwnikiem ideowym nie jest już dla Gorbaczowa Ronald Reagan

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Karol – rozwalacz pomników

Przekaz IPN jest prosty: okupację hitlerowską zastąpiła okupacja sowiecka

Wybór Karola Nawrockiego na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej nie budził żadnych wątpliwości. Nie tylko dlatego, że w latach 2013-2017 Nawrocki był naczelnikiem Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Gdańsku, a potem nominatem wicepremiera Piotra Glińskiego, czyli PiS, na dyrektora Muzeum II Wojny Światowej. Sprawdził się na tym stanowisku wręcz znakomicie, zwolnił, kogo trzeba, tj. ludzi niewygodnych dla prawicy, i zmienił ekspozycję. W wyborze na prezesa IPN miał poparcie kolegium instytutu, w którym prym wiedli dobrzy znajomi z muzeum. Sławomir Cenckiewicz, Tadeusz Wolsza i Andrzej Nowak zasiadali jednocześnie w radzie muzeum. Trzeba też pamiętać, że do konkursu nie stanęli ludzie z odpowiednim dorobkiem i doświadczeniem, bo wiedzieli, że wszystko jest ustawione. A czterech kontrkandydatów Nawrockiego wywoływało bardziej uśmiech niż poważanie. Na uwagę zasługuje i to, że kolegium (całkowicie opanowane przez nominatów prawicy) jednogłośnie opowiedziało się za Nawrockim, choć np. jego poprzednicy, Janusz Kurtyka czy Łukasz Kamiński, w głosowaniach zwyciężali przewagą zaledwie jednego głosu.

Nie dziwi zatem, że 248 posłów poprzedniego Sejmu zagłosowało za kandydaturą Nawrockiego (198 było przeciw), a Senat (23 lipca 2021 r.) stosunkiem głosów 52 do 47 zaakceptował wybór. Jeszcze tego samego dnia Sejm przyjął od Nawrockiego ślubowanie.

Gdy promowany był na prezesa IPN

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.