Blog
Strefa relaksu w domu – jak odpowiednie tekstylia wpływają na nasze samopoczucie
Artykuł sponsorowany W świecie, który pędzi do przodu i nieustannie nas bodźcuje, dom przestaje być tylko miejscem do spania i jedzenia. Staje się naszą prywatną stacją ładowania baterii, azylem, w którym powinniśmy czuć się bezpiecznie i swobodnie. Często jednak, mimo
Wujek Supersam
O tym, że choroba Alzheimera jest dziedziczna, wiem aż za dobrze, wszyscy członkowie mojej rodziny od strony ojca (jego rodzeństwo, matka, rodzeństwo matki, kuzynostwo), jeśli nie zmarli przedwcześnie, to w okolicach osiemdziesiątki popadali w demencję.
Nie jest tajemnicą, że Frank Trump, ojciec obecnego prezydenta USA, cierpiał pod koniec życia na zaawansowane starcze otępienie. Jest więc wysoce prawdopodobne, że coraz bardziej bełkotliwe wystąpienia jego syna znamionują fazę predemencyjną. Jego ostatnie przemówienia to klasyczny przykład inkoherencji, zwanej swojsko sałatą słowną – moglibyśmy mieć zatem pewność, że kolejny etap choroby rychło wyeliminuje Donalda Trumpa z polityki i życia publicznego. Niestety, odnoszę wrażenie, że sprawy zaszły już za daleko i zamiast impeachmentu prędzej dojdzie do „breżniewizacji” – otępiały wódz będzie manekinem faszerowanym psychotropami, żeby można go było czasem pokazać ludowi, a realne rządy w jego imieniu będą sprawować młodsi, zdrowsi i nie mniej zajadli następcy w rodzaju J.D. Vance’a.
Może być zresztą jeszcze gorzej: z trumpowskiego bełkotu w Davos wyłowiłem najbardziej niebezpieczny fragmencik, kiedy nagle przerwał swój wywód i skupił się na klipsie do papieru. Oświadczył, że nawet gdyby niechcący odciął sobie palec tym przyrządem, „to byłoby okropne, ale nie okazałbym bólu. Zachowywałbym się, jakby nic się nie stało, nawet gdyby odpadł mi palec”. Oprócz tego, że Trump w ten sposób trzyma najwyższy poziom infantylnego narcyzmu, jest w tym stwierdzeniu ukryta groźba: „Nie liczcie na to, że jak zwariuję, odsuną mnie od władzy. Będę udawał, że nic się nie stało, nawet jeśli zgnije mi mózg”. A ściślej – wszyscy wokół niego będą udawali. Takoż, próżne nasze nadzieje: nie ma wyjścia z tej celi, za mrokiem czai się mrok, diabli wyleźli z puszki Pandory i już nie dadzą się zagonić do środka.
Koszmary o tym, że opętany fanatyk o faszyzujących lub wprost faszystowskich skłonnościach może zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych, przeobrażając je w imperium zła, śnili amerykańscy pisarze od dawna. W „Spisku przeciw Ameryce” Philip Roth rozwinął w poetyce historical fiction opowieść o tym, co by było, gdyby Stany Zjednoczone stały się sojusznikiem
III Rzeszy. Roth wyśnił tę upiorną historię za kadencji George’a W. Busha, jednej z mniej lotnych postaci w poczcie republikańskich przywódców. Stephen King opisał w „Martwej strefie” z 1979 r. jasnowidza, który widzi katastrofalne dla świata skutki wyboru na urząd prezydencki niebezpiecznego fanatyka i dosłownie poświęca życie, aby zapobiec tej elekcji.
Nikomu jednak nie przyśniło się, że losy świata mogą spocząć w rękach postaci tak karykaturalnej, Wujka Sama o umysłowości pięciolatka, postaci hipermemicznej (z ostatnich memów mój ulubiony to ten, w którym łakomy Donek domagający się deseru przy obiedzie słyszy od matki:
Wojna, którą odpalił Duda
Od ponad dwóch lat nie ma nominacji ambasadorskich
Wiele musi się zmienić, żeby wszystko zostało po staremu. Kolejne spotkanie Karola Nawrockiego i Radosława Sikorskiego pozwala przypuszczać, że są oni na dobrej drodze, by zawrzeć umowę w sprawie ambasadorów. Mamy bowiem nienormalną sytuację: od ponad dwóch lat prezydent RP – najpierw Andrzej Duda, teraz Karol Nawrocki – nie podpisuje nominacji. A jeżeli już, to w drodze wyjątku. W efekcie w najważniejszych państwach ambasadorami kierują chargé d’affaires, co zdecydowanie osłabia pozycję Polski.
Ta blokada jest niezrozumiała, tracą na niej i prezydent, i szef MSZ. Pora więc się porozumieć. Czyli de facto zburzyć wszystko to, co zbudowało w naszej dyplomacji PiS.
Co zbudowało PiS
PiS przejęło MSZ po wygranych wyborach w 2015 r. z głębokim przekonaniem, że oto wkracza do jaskini lwa, na wrogie terytorium, opanowane przez byłych agentów SB, ludzi Geremka i przeciwników PiS. To przekonanie pozostało w PiS do końca.
W efekcie trwający przez lata spór między prezydentem RP a rządem w sprawie ambasadorów, w istocie przepychanka, przekształcony został niemal w bój o znaczeniu ustrojowym. Kancelaria Andrzeja Dudy stale wchodziła w konflikt z MSZ w kwestii nominacji ambasadorów. Wnioski o podpis czekały miesiącami. Ówczesny szef MSZ Witold Waszczykowski głośno mówił, że nie rozumie tej blokady.
„Na biurku pana prezydenta jest wiele nominacji, wielu kandydatów, których można by wysłać. Oczekuję wyjaśnień, o co chodzi, jakie zarzuty, jakie problemy stawia się tym kandydatom, ewentualnie centrali MSZ”, wołał Waszczykowski w Radiu RMF FM. Zarazem przypominał, że są to kandydaci zaakceptowani przez MSZ, premiera oraz sejmową Komisję Spraw Zagranicznych. I że ich kandydatury czekają na podpis od miesięcy.
Jeżeli więc dziś dowiadujemy się, że kilkadziesiąt placówek jest kierowanych przez chargé d’affaires, warto pamiętać, że w czasach PiS nie było dużo lepiej. Takie placówki jak Paryż czy Rzym pozostawały nieobsadzone i przez rok. Upór Dudy czasami był zabójczy. Przez wszystkie etapy na drodze do stanowiska ambasadora w Norwegii przebrnął Jarosław Łasiński, ale prezydent nie podpisał mu nominacji i pół roku później MSZ przedstawiało inną kandydaturę (Iwony Woickiej-Żuławskiej).
W ten sposób Andrzej Duda wywalczył przyczółki swojej władzy: Stany Zjednoczone, ONZ, Izrael, Chiny, Watykan – tam pojechali ambasadorzy z jego rekomendacji. Polityka zagraniczna została podzielona: sprawy europejskie to premier, transatlantyckie – prezydent, obronne – trochę prezydent, trochę szef MON, reszta – MSZ.
Ustawa, której nikt nie pamięta
A partia? PiS? Partia też się wpychała i ostatecznie się wepchnęła, gdy szefem MSZ został Zbigniew Rau. To on dokończył czystkę w MSZ i doprowadził do legalizacji upartyjnienia, wprowadzając na początku 2021 r. nową ustawę o służbie zagranicznej.
Ustawa zmieniła pozycję ambasadorów. Oddzieliła ich od korpusu MSZ, postawiła ich w roli nominatów politycznych. Nie wymagano już od nich choćby znajomości języków obcych, przestali być odpowiedzialni za bieżące kierowanie ambasadą,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Wieżowiec w Alpach
Czy kultowy Zermatt już wkrótce zostanie zabetonowany?
Zermatt i Matterhorn to symboliczna para – miejscowość i cud natury, rozpoznawalne nawet dla tych, którzy nigdy w Szwajcarii nie byli. Jednak już wkrótce to wyjątkowe miejsce może się zmienić nie do poznania.
Manhattan na lodowcu
Spory wokół betonowania kurortów to nie nowość. Z niesłabnącą mocą trwają od lat. Dotyczą także polskich miejscowości: Zakopanego, Wisły czy Karpacza. Gdy jakiś hotel czy element infrastruktury turystycznej wyrasta ponad otoczenie, a do jego budowy użyto więcej betonu niż drewna – pojawia się pretekst do architektonicznej awantury.
Ale to, co dzieje się w naszych kurortach, jest budowlano-architektonicznym małym piwem w porównaniu z tym, do czego już wkrótce może dojść w szwajcarskim słynnym górskim kurorcie Zermatt, leżącym na wysokości ok. 1600 m n.p.m., u stóp majestatycznej góry Matterhorn (4478 m n.p.m.), w pobliżu granicy z Włochami. Sylwetka Matterhornu należy do najbardziej znanych i rozpoznawalnych na świecie, często jest utożsamiana z symbolem góry w ogóle. Czterotysięcznik, w otoczeniu wiecznych śniegów, pojawia się na opakowaniach wielu produktów, m.in. na słynnych wyrobach czekoladowych, których początki produkcji sięgają 1908 r.
Dbałość o środowisko i ekowizerunek od lat przybiera w miasteczku pod Matterhornem nieznane nad Wisłą rozmiary. Zermatt jest jedną z niewielu miejscowości w Europie z zakazem poruszania się samochodami z silnikiem spalinowym. Kursują tam pojazdy elektryczne (przeważnie akumulatorowe) i dorożki konne, a do kurortu nie prowadzi żadna ogólnodostępna i utwardzona droga. Najbliższe parkingi znajdują się w oddalonej o 10 km miejscowości Täsch. Do Zermatt można dojechać kolejką kursującą na trasie Visp-Stalden-Täsch.
Na tle tych ekologicznych ograniczeń to, co wkrótce może się stać w miasteczku, dla wielu jest szokujące. Firma Lina Peak planuje budowę… potężnego wieżowca! Drapacza chmur, który znakomicie wkomponowałby się w krajobraz nowojorskiego Manhattanu.
Lina Peak w bezpośrednim sąsiedztwie Matterhornu chce postawić 260-metrowy wieżowiec. Dla porównania – warszawski Pałac Kultury ma z iglicą 237 m, Varso Tower, najwyższy budynek w całej Unii Europejskiej, mierzy z iglicą 310 m.
Szwajcarski wysokościowiec powstałby ok. 800 m od granic miasta,
Psy zamarzają na łańcuchach
Prezydent skazał na niedolę tysiące psów
Jesteśmy w malowniczej wsi pod Białą Podlaską. Wszędzie śnieżny puch. Aż się prosi, żeby wyciągnąć starego Canona i złapać to na kliszę. Na zewnątrz jest minus 20 stopni. Trzy wychudzone psy mieszkają na podwórku w jednej klatce. Nie ma tu nawet kawałka dachu, ziemia pod łapami to rozkopane i zamarznięte błoto. Jeden z psów leży na ziemi i się nie rusza. Śpi? Można się łudzić, ale to zwłoki. Nie śmierdzą, bo konserwuje je mróz. Sąsiadka zauważyła je dzień wcześniej i zaalarmowała o sytuacji w internecie. Wstawiła zdjęcia. Nie było sensu wzywać służb. I tak nic by nie zrobiły. Zamarznięty pies leży, jak leżał, od wielu godzin, chociaż dom właściciela jest kilka kroków dalej. Niby są tu jakieś budy, tylko nie ma w nich nawet kawałka słomy, żeby psiaki mogły się ogrzać. Nogi martwego zwierzęcia są w wielu miejscach nadgryzione. Czyżby towarzysze niedoli byli w aż tak wielkiej desperacji? W końcu w starych garnkach obok budy jest jedynie zamarznięta woda.
Cierpienie przegrywa z polityką
Od trzech tygodni w Polsce panują siarczyste mrozy. Centrum Modelowania Meteorologicznego IMGW co dzień ostrzega przed kolejnymi dużymi uderzeniami zimna. Zaleca się nie wychodzić częściej niż to konieczne. A zima jeszcze długo nie odpuści. 21 stycznia meteorolodzy ostrzegali przed mroźnymi nocami. Średnia temperatura w nocy dla niektórych regionów wynosiła nawet minus 18 st. C. Psy podwórkowe w taką pogodę zamarzają. Od ich właścicieli niewiele się bowiem wymaga. W skrócie – ma być buda i miska z wodą. W lokalnych mediach pojawiają się tymczasem kolejne komunikaty o psach, które zamarzły na łańcuchach.
„W gospodarstwie trzy psy były trzymane stale na łańcuchach – bez bud, bez słomy, bez wody i bez jedzenia poza resztkami ze stołu. (…) Żadnego schronienia, tylko przeciągi i mróz. Najgorzej miał pies przypięty przy pomieszczeniu, w którym brakowało części dachu i ściany. Mróz wchodził tam bez żadnej bariery, a konstrukcja mogła w każdej chwili runąć. Do tego temperatury spadające w nocy do minus 15 stopni… Te psy walczyły o życie każdej nocy. (…). Takie warunki to znęcanie”, piszą w mediach społecznościowych aktywiści z Pogotowia dla Zwierząt.
– Pies w takich warunkach doświadcza jednocześnie cierpienia fizycznego i psychicznego. Fizycznie odczuwa przenikliwe zimno i ból, który z czasem staje się coraz silniejszy. Łańcuch utrudnia mu ruch i tym samym zwierzę nie ma możliwości rozgrzania się. Co więcej, często w niskich temperaturach łańcuch wrzyna się w ciało psa i tu chyba nie muszę podkreślać z jak wielkim cierpieniem się to wiąże. Psychicznie to poczucie bezradności i strachu. Łańcuch odbiera możliwość ucieczki i schronienia się w innym miejscu. Pies czuje narastającą panikę, która z czasem przechodzi w apatię. W takich warunkach pies często przestaje walczyć, rezygnuje, nie szczeka, nie reaguje i czeka na śmierć – wyjaśnia Monika Majchrzyk-Pyzińska z Fundacji Serce w Futrze.
Wiele miała zmienić tzw. ustawa łańcuchowa. Zakaz trzymania psów na łańcuchach uratowałby wiele burków przed śmiercią na mrozie. Jednak prezydent Karol Nawrocki ustawę zawetował. Dokument miał regulować też wiele kwestii związanych z losem zwierząt domowych. W ustawie jest mowa o większym nadzorze nad działalnością schronisk, jak i o zwiększeniu kar za znęcanie się nad zwierzętami.
Nad dokumentem pracował zespół ponad politycznymi podziałami i w
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Od groteski przez makabreskę do tragedii
Kiedy Hegel zapisywał słynne zdanie „Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”, dawał do zrozumienia, że każdą epokę zaczyna się rozumieć dopiero po jej schyłku, upadku, końcu. Pytanie: „Gdzie jest dzisiaj nasza Sowa Minerwy?” nastręcza oczywiście kłopotów miłośnikom zero-jedynkowych odpowiedzi na trudne pytania, ale pozwala także mieć nadzieję, że wiemy więcej, niż skłonni jesteśmy przyznać.
Nasza epoka, liczona od kapitulacji hitlerowskich Niemiec, spuentowana narodzinami nowego porządku światowego opartego na Karcie Narodów Zjednoczonych i powstaniu ONZ, właśnie dogorywa lub zmarła. Poniższe słowa preambuły już nie odnoszą się do rzeczywistości, w której dość nagle, aczkolwiek spodziewanie, się znaleźliśmy: „MY, LUDY NARODÓW ZJEDNOCZONYCH, ZDECYDOWANE uchronić przyszłe pokolenia od klęski wojny, która dwukrotnie za naszego życia wyrządziła ludzkości niewypowiedziane cierpienia, przywrócić wiarę w podstawowe prawa człowieka, godność i wartość jednostki, równość praw mężczyzn i kobiet oraz narodów wielkich i małych, stworzyć warunki umożliwiające utrzymanie sprawiedliwości i poszanowanie zobowiązań wynikających z umów międzynarodowych i innych źródeł prawa międzynarodowego, popierać postęp społeczny i poprawę warunków życia w większej wolności, I W TYM CELU postępować tolerancyjnie i żyć ze sobą w pokoju jak dobrzy sąsiedzi, zjednoczyć swe siły dla utrzymania międzynarodowego pokoju i bezpieczeństwa, zapewnić przez przyjęcie zasad i ustalenie metod, aby siła zbrojna używana była wyłącznie we wspólnym interesie, korzystać z organizacji międzynarodowych w celu popierania gospodarczego
Jacek Pałkiewicz Honorowym Obywatelem Miasta Ełk
12 stycznia Ełk stał się miejscem wydarzenia o szczególnym znaczeniu symbolicznym i kulturowym. Tytuł Honorowego Obywatela Miasta Ełku nadano Jackowi Pałkiewiczowi, wybitnemu podróżnikowi, odkrywcy, reporterowi i autorowi, którego życie i dorobek od dziesięcioleci wymykają się prostym definicjom.
Tomasz Andrukiewicz, od 20 lat prezydent Ełku, podkreślił, że to wyjątkowe wyróżnienie, przyznawane jest osobom o szczególnych zasługach, autorytecie i dorobku. – Ełk jest ogromnie dumny z Ciebie – mówił prezydent. – Z tego, że właśnie tu się wychowałeś, stąd wyruszyłeś w świat i że z Ełkiem nierozerwalnie splata się początek drogi, która zaprowadziła Cię do wielkich odkryć, i trwałego miejsca w historii światowej eksploracji. Twoje dokonania są dla nas wszystkich źródłem inspiracji i dowodem na to, że marzenia zrodzone nad Jeziorem Ełckim mogą zaprowadzić aż na krańce świata. Chcieliśmy, by uroczystość ta stała się symbolicznym zwieńczeniem obchodów 600-lecia lokacji Ełku, a jednocześnie pięknym akcentem w 30. rocznicę odkrycia przez Ciebie i Twój zespół źródeł Amazonki. Ten moment na długo pozostanie w naszej pamięci. Dziękuję za zaufanie i za to, że przyjąłeś to wyróżnienie z taką klasą, pokorą i życzliwością. Więź z Ełkiem jest dla nas powodem do dumy, a Twoje słowa – zobowiązaniem, by nadal pielęgnować wartości otwartości, odwagi i ciekawości świata.
Uroczystość zgromadziła przedstawicieli władz samorządowych, środowisk naukowych i kulturalnych, a także mieszkańców Ełku, dla których idea honorowego obywatelstwa nie jest jedynie formalnym tytułem, lecz wyrazem wspólnotowej dumy i świadomego wyboru autorytetów.
Jacek Pałkiewicz od lat pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiej eksploracji. Jego dokonania – od wypraw przez pustynie, dżungle i obszary polarne, po udział w ustaleniu źródeł Amazonki, uznawany za jedno z ostatnich wielkich odkryć geograficznych XX w. – wpisują się na trwałe w historię światowej geografii. Jednak to, co szczególnie wybrzmiewało podczas ełckiej uroczystości, to nie tylko skala jego osiągnięć, lecz także ich sens: konsekwentne przekraczanie granic, zarówno fizycznych, jak i mentalnych.
Pałkiewicz od zawsze łączył rolę odkrywcy z rolą uważnego obserwatora i reportera. Jego wyprawy nie były jedynie sportowym wyczynem czy spektakularną przygodą, lecz próbą zrozumienia świata w jego różnorodności i złożoności. Dzięki książkom i reportażom potrafił przybliżyć czytelnikom odległe kultury, krajobrazy i historie ludzi żyjących na obrzeżach cywilizacji, czyniąc z eksploracji akt dialogu, a nie dominacji.
W tym kontekście tytuł Honorowego Obywatela Miasta Ełku nabiera szczególnej wymowy. Jest on nie tylko formą uhonorowania jednostkowego dorobku,
Mocny w gębie
Sędzia Dariusz Łubowski z Sądu Okręgowego w Warszawie powinien zrzucić togę i zająć się polityką
Dariusz Łubowski był niemal bogiem w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Od 2018 r. jako kierownik sekcji postępowania międzynarodowego do spraw z zakresu prawa karnego jednoosobowo decydował o stosowaniu europejskiego nakazu aresztowania (ENA). Taka patologiczna sytuacja nie przeszkadzała Zbigniewowi Ziobrze. Pewnie dlatego, że sędzia nie tylko wydawał wyroki po myśli pisowskiej władzy, ale uzasadniał je zgodnie z przekazem partyjnym, recenzując przestrzeganie praworządności w państwach Unii Europejskiej.
Wrogie zachowanie Niemiec
Jesienią 2025 r. Łubowski został okrzyknięty bohaterem narodowym, bo odmówił ekstradycji do Niemiec i zwolnił z aresztu Ukraińca Wołodymyra Żurawlowa podejrzewanego o wysadzenie gazociągów Nord Stream. Zdaniem sędziego, nawet gdyby Żurawlow wysadził gazociągi, to nie zrobiłby nic złego, bo Nord Stream jest częścią infrastruktury krytycznej Rosji, agresora, który napadł na Ukrainę. I nie ma znaczenia, że gazociągi wysadzono w pobliżu duńskiej wyspy Bornholm i mogły tam zginąć przypadkowe osoby.
„Zniszczenie rosyjskich rurociągów i pozbawienie wroga miliardów euro wypłacanych przez Niemcy za pompowany nimi gaz miało głęboki sens militarny. Bo osłabiło potencjał zbrojny Rosji”, a „zachowanie Niemiec było z tego punktu widzenia wrogie wobec Ukrainy” – wywodził Łubowski, co zabrzmiało jak powtarzana przez polityków PiS insynuacja, że Niemcy wspierają Rosję w wojnie z Ukrainą.
Rosyjskie rurociągi nie są rosyjskie, należą do konsorcjum zarejestrowanego w Szwajcarii, w którym udziały mają: rosyjski Gazprom oraz prywatne niemieckie spółki Wintershall, E.ON Ruhrgas (obecnie Uniper) i holenderska firma Gasunie. Niedorzeczne jest twierdzenie, że zniszczenie Nord Stream osłabiło potencjał zbrojny Rosji, która czerpie gigantyczne zyski ze sprzedaży gazu do Niemiec. Rosja finansuje zbrojenia, sprzedając gaz i ropę, ale do Chin, Indii i Turcji. W lipcu 2025 r. „Rzeczpospolita” donosiła, że tylko te trzy kraje (w ciągu trzech lat od rozpoczęcia wojny w Ukrainie) wspomogły budżet wojenny Rosji kwotą ok. 400 mld euro. Tymczasem rzekomo sprzymierzeni z Rosją Niemcy przeznaczyli na pomoc walczącej Ukrainie ok. 50 mld euro i są po USA największym krajem darczyńcą pod względem politycznym, finansowym, wojskowym i humanitarnym.
W tym samym czasie gdy wysadzono Nord Stream, Polska też finansowała Putina, kupując rosyjską ropę i gaz. Politycy ówczesnej opozycji rzucali gromy pod adresem rządu PiS, a wiceminister spraw zagranicznych Piotr Wawrzyk tłumaczył, że Polska musi się wywiązać z podpisanych umów z reżimem Putina, bo w przeciwnym razie Rosja mogłaby się domagać odszkodowania (sic!).
Idąc tokiem rozumowania sędziego Łubowskiego, gdyby Żurawlow wysadził na terytorium Polski gazociąg jamalski lub cysterny z rosyjską ropą, nie byłby to akt terroru, ale czyn bohaterski. Absurdalnie przy tym zabrzmiały wywody sędziego na temat koncepcji wojny sprawiedliwej,
Był Czarnobyl
Adam Szostkiewicz pisze celnie w „Polityce”: „Gdzie jest radykalna propalestyńska lewica zachodnia, gdy reżim ajatollahów zabija tysiącami własnych obywateli, którzy mają go dość? Dlaczego milczy głucho, gdy wcześniej tak głośno protestowała w obronie ludności cywilnej w Strefie Gazy? Bo Izrael jest wrogiem Iranu, a wróg ich wroga jest ich sojusznikiem?”.
Dodam, że to też odnosi się do polskiej lewicy i do kilku moich znajomych. Generalnie wymagać od ludzi konsekwencji i logicznego myślenia to za wiele, bo są jeszcze emocje i uprzedzenia. Zdumiewające zjawisko to odrodzenie się antysemityzmu w Polsce i w świecie – nie dlatego, że krytykuje się Izrael, on zasłużył na krytykę, chodzi o sposób, w jaki się to robi. Zapominając, że tam, jak u nas, społeczeństwo jest pęknięte na pół, jest liberalne i jest prawicowo-religijne. Teraz Izraelem rządzi żydowski Braun, Mentzen i Kaczyński. Nam też to grozi.
Ostatnio słucham książek, a rzadziej je czytam. Lektorami są zwykle młodzi aktorzy, którzy przekręcają szpetnie nazwiska, szczególnie te niepolskie. Już nie znają fundamentów naszej kultury.
Ostatnio słuchałem biografii Juliana Tuwima Mariusza Urbanka. Przypominam sobie,
Safari z maskonurami
Grenlandzka fauna i flora
Na Grenlandii florę reprezentuje ponad 700 gatunków (ok. 520 rodzimych i 200 importowanych), tyle że roślinność jest niskopienna, charakterystyczna dla tundry. Najczęściej występującą formacją roślinną są karłowate wrzosowiska mierzące od 10 do 50 cm, na których rosną też bażyna czarna, borówka bagienna, karłowate wierzby i brzozy, mchy, porosty i różne gatunki kwiatów. Oprócz wrzosowisk występują stepy, łąki, mokradła i arktyczne pustynie. Drzewa regularnej wielkości rosną tylko na południu wyspy. Najpopularniejsza jest brzoza omszona, która potrafi osiągnąć nawet 10 m wysokości, i wierzba szara, rzadziej olsza zielona i jarząb. Drzewa iglaste reprezentuje na Grenlandii jedynie jałowiec pospolity – choinki bożonarodzeniowe trzeba więc importować z Danii.
W ramach badań naukowych podjęto próby uprawy rozmaitych drzew, m.in. świerków w arboretum w Narsarsuaq w południowej części wyspy. Eksperyment się udał – dziś z pewnością ok. 5 tys. choinek rośnie na wyspie. Nikt ich jednak ścinać nie zamierza, botanikom z Uniwersytetu w Kopenhadze służą one bowiem do badań. Naukowcy pragną poznać odpowiedź na pytanie, jakie gatunki drzew są w stanie przetrwać w tych warunkach oraz dlaczego w wielu miejscach na tej samej (a nawet wyższej) szerokości geograficznej rosną bujne lasy, a na Grenlandii nie.
Robocza hipoteza głosi, że brak drzew na wyspie jest pochodną ostatniej epoki lodowcowej – powiększający się lądolód po prostu zepchnął je do oceanu. Licznie za to reprezentowane są rośliny kwitnące, które latem niczym wielobarwny dywan pokrywają górskie zbocza. Najpowszechniej występują dzwonki, firletki alpejskie, lepnice bezłodygowe, maki arktyczne, jaskry, skalnice naprzeciwlistne, różaneczniki lapońskie i jastrzębce. Narodową rośliną Grenlandii jest mały kwiatek z czterema fioletowymi płatkami, zwany niviarsiaq, czyli młoda kobieta. Jego łacińska nazwa to Epilobium latifolium, a kwiaty, liście i pędy są jadalne i znakomicie nadają się do sałatek. Do przygotowywania potraw można użyć także rosnących na wyspie bażyn czarnych, jeżyn, borówek bagiennych, arcydzięgla, macierzanki oraz… bagna grenlandzkiego, stosowanego do parzenia herbat.
Grenlandia ma zaledwie dziewięć rodzimych gatunków ssaków lądowych – reszta zwierząt, włącznie z myszami i szczurami, została tu przywieziona przez człowieka.
Najsłynniejszymi mieszkańcami wyspy są niewątpliwie niedźwiedzie polarne. Spotkać je jednak trudno, zwykle bowiem trzymają się północnego i północno-wschodniego wybrzeża. Większość czasu spędzają na zamarzniętych wodach fiordu – na ląd wchodzą tylko,
Fragmenty książki Pauliny Tondos Grenlandia. Ulotny duch Północy, Bezdroża/Helion, Gliwice 2026






