Blog

Powrót na stronę główną
Aktualne Przebłyski

Szefernaker – skromny milioner

Jak wygląda dekada Pawła Szefernakera? Zaczął od sukcesu w polityce, bo w 2015 r. został posłem PiS. I od skromnych 15 tys. zł oszczędności. Tyle przynajmniej wtedy zadeklarował. Po 10 latach ten oszczędny polityk wpisał do deklaracji w 2025 r. 1,33 mln zł. Szefernaker może powiedzieć, że w jego partii, czyli PiS, były nie takie kariery finansowe. To prawda. Na szczycie piramidy są Daniel Obajtek, były wójt Pcimia, i Mateusz Morawiecki. Gdzie tam do nich Szefernakerowi z mieszkaniem za 1,195 mln zł plus miejscem garażowym za 40 tys. zł.

Już nie jest posłem, ale szefem gabinetu Nawrockiego. Większa kasa za więcej kłamstw. I większy wstyd.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Imperialna twarz Ameryki

Bezpośredni atak na Wenezuelę oznacza powrót Waszyngtonu do dyplomacji grubej pałki

Atak Stanów Zjednoczonych na Wenezuelę z początku 2026 r. zaszokował świat. Dla jednych był to akt sprawiedliwości, w imię której brutalny dyktator został pojmany i postawiony przed sądem. Dla drugich to nieusprawiedliwiona ingerencja hegemona w sprawy wewnętrzne niepodległego państwa. Jeśli jednak zna się historię zaangażowania USA na półkuli zachodniej, o żadnym zaskoczeniu nie może być mowy.

„Był to jeden z najbardziej zdumiewających, skutecznych i potężnych pokazów amerykańskiej potęgi militarnej oraz kompetencji wojskowych w historii Stanów Zjednoczonych”, zaczął konferencję prasową 3 stycznia Donald Trump. W jej trakcie on sam oraz jego współpracownicy wielokrotnie powtarzali, że operacja „Absolutna Determinacja” miała na celu nie tylko pojmanie prezydenta Wenezueli Nicolása Madura, ale również zademonstrowanie „powrotu USA do Ameryki Łacińskiej”.

Świat zrozumiał to przesłanie. Mimo początkowych zastrzeżeń większość europejskich liderów z satysfakcją przyjęła upadek reżimu, wyrażając zarazem nadzieje na demokratyzację kraju. Ale sama administracja Trumpa szybko te nadzieje zweryfikowała. Już dwa dni po ataku na Wenezuelę, 5 stycznia, Departament Stanu opublikował na platformie X ostrzeżenie: „To jest nasza półkula, a prezydent Trump nie pozwoli, aby nasze bezpieczeństwo było zagrożone”.

Także podczas wspomnianej konferencji mówiono o demokracji jak najmniej. Amerykański prezydent nawet nie starał się ukryć, że nadrzędnym celem było odzyskanie przez USA kontroli nad wenezuelskimi złożami ropy, uznawanymi za jedne z najbogatszych na świecie. „Pieniądze wydobywane z ziemi są bardzo znaczące. Odzyskamy wszystko, co wydamy”, z dumą zapowiedział Trump. Co prawda, wciąż nie wiadomo, jak w praktyce ma wyglądać amerykańskie administrowanie Wenezuelą, lecz jedno jest pewne – będzie ono z korzyścią dla biznesowych przyjaciół obecnego gospodarza Białego Domu.

Doktryna Monroego wiecznie żywa

„Pozostaniemy w Wenezueli, będziemy rządzić tym krajem do czasu, aż będziemy mogli przeprowadzić właściwe przekazanie władzy”, wyjaśnił swój plan Trump. Mówiąc to, amerykański prezydent powołał się na doktrynę Monroego, o której podczas konferencji wspominali też jego współpracownicy. Ogłoszona w 1823 r. przez ówczesnego prezydenta USA Jamesa Monroego przyznawała Stanom Zjednoczonym prawo do ingerowania w sprawy państw półkuli zachodniej w celu zapobieżenia rozpanoszeniu się tam europejskich mocarstw. Był to czas upadku imperium hiszpańskiego, zasadne wydały się więc obawy, czy o jego dawne kolonie nie pokuszą się Wielka Brytania lub Francja. Jednak zapisy doktryny otwarcie wyrażały również imperialne zakusy młodej demokracji, z których ta nigdy nie zrezygnowała. Stąd powoływanie się na nią także ponad dwa stulecia później, w zupełnie już innej rzeczywistości geopolitycznej.

Jak zaznacza historyk Jay Sexton, słowa Monroego służyły każdej kolejnej administracji prezydenckiej do usprawiedliwienia własnych działań w regionie: „Był to niekończący się projekt. Od momentu jego ogłoszenia w 1823 r. Amerykanie tworzyli większe, coraz bardziej złożone struktury, wciąż modyfikując jego znaczenie”. Szybko też doktryna Monroego przekształciła się z deklaracji rzucającej wyzwanie europejskim imperiom w manifest polityczno-biznesowy. Najpierw powoływali się na nią właściciele niewolników, później przedsiębiorstwa rolnicze i naftowe.

Doktryna Monroego dała pretekst do interwencji wojsk amerykańskich już pod koniec 1835 r. Decyzją ówczesnego prezydenta Andrew Jacksona (którego przykład często przywołuje Donald Trump) Korpus Piechoty Morskiej przybył do Peru, aby chronić interesy USA w czasie toczącej się tam wojny domowej. Ówcześni marines stacjonowali w młodym państwie aż do zakończenia konfliktu rok później.

Interwencję w Peru można uznać za przymiarkę do dalszej ekspansji, której kulminacja nastąpiła w 1846 r. Wówczas to Stany Zjednoczone przyłączyły Teksas – pozostający do tej pory w granicach Meksyku. W konsekwencji krwawej, trwającej trzy lata wojny USA wzbogaciły się o ponad 804 tys. km kw. kosztem południowego sąsiada.

Sukces w wojnie z Meksykiem rozniecił w amerykańskich sercach ambicje rozszerzania swoich interesów na dalsze państwa. W 1855 r. obywatel USA, lekarz William Walker, zebrał oddział najemników i na dwa lata przejął władzę w Nikaragui. Niewątpliwie była to samowolka, co jednak nie zmienia faktu, że jego rządy zostały wkrótce uznane przez Waszyngton za legalne, a zachęcony w ten sposób Walker planował podbój pozostałych państw regionu. Jak zwykle w takich sytuacjach mógł on liczyć na wsparcie amerykańskiego biznesu.

Rok po eskapadzie Walkera Stany Zjednoczone już oficjalnie wysłały swoje wojska do Panamy, by chronić amerykańskie przedsiębiorstwa przed nacjonalizacją. Była to pierwsza z pięciu (jak dotąd) interwencji USA w tym kraju. W 1885 r. Waszyngton powtórzył ten sam scenariusz w Gwatemali.

Wiek XIX został zakończony zwycięską wojną z Hiszpanią, w wyniku której USA zdobyły kontrolę nad Kubą i poszerzyły swoje zamorskie terytoria o Guam, Portoryko, Filipiny i Hawaje. Wszędzie tam amerykańscy żołnierze chronili nie tyle demokrację, ile prywatny biznes. Na potwierdzenie tego w 1912 r. oddział piechoty wylądował na Kubie, aby stłumić protesty czarnoskórej społeczności, sprzeciwiającej się dyskryminacji rasowej. W tym samym czasie amerykańscy marines trafili do Nikaragui, gdzie pozostali przez kolejne dwie dekady.

Dyplomacja kanonierek

Wcześniej, bo w 1905 r., prezydent Theodore Roosevelt (kolejny, na którym wzoruje się Donald Trump) ogłosił modyfikację doktryny Monroego. Odtąd USA zamierzały pełnić funkcje porządkowe już nie tylko w Ameryce Południowej,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Wywiady Zwierzęta

Zaczęło się od jeży

Miasta zabierają przestrzeń zwierzętom. Nic dziwnego, że po centrum chodzą dziki, sarny czy lisy

Przemysław Baran – lekarz weterynarii, specjalista chirurgii, kierownik przychodni Salamandra w Krakowie, współtwórca Fundacji Dzikusy Salamandry, której misją jest niesienie pomocy dzikim zwierzętom i przygotowywanie ich do powrotu do naturalnego środowiska.

Skąd pomysł na Fundację Dzikusy Salamandry?
– Jako lekarz weterynarii od ponad 20 lat pracuję z dzikimi zwierzętami, od 11 lat w przychodni Salamandra w Krakowie. Ludzie wiedzą, że im tu pomagamy, więc je do nas przynoszą. Ponieważ tych zwierząt było u nas coraz więcej, we wrześniu 2024 r. postanowiliśmy założyć fundację, by zdobyć fundusze potrzebne na nasze działania.

Uratowaliśmy już ok. 2 tys. zwierząt. Podczas leczenia zwierzęta przebywają w Ośrodku Rehabilitacji dla Dzikich Zwierząt, który od czerwca 2025 r. znajduje się niedaleko przychodni. W tym momencie w ośrodku przebywa ok. 150 zwierząt, w tym połowa to jeże.

Pan leczy jeże od ponad 20 lat.
– Tak naprawdę wszystko zaczęło się od nich. 20 lat temu w Krakowie nie było nikogo, kto by się tymi jeżami zajmował. Wtedy pojawił się Andrzej Kuziomski, jeżofil i człowiek z pasją, który pomagał tym zwierzętom 24 godziny na dobę. W 2007 r. założył w swoim mieszkaniu pierwsze w Polsce Pogotowie Jeżowe. Trafił do mnie i taki był początek naszej historii z jeżami. W Polsce wiedza na ich temat była wówczas bardzo mała, dlatego zaczynaliśmy od zdobywania jej z zagranicznych magazynów. Dziś jeże trafiają do Salamandry z całej Polski.

Dużo jeży mieszka w naszych miastach. Jak możemy im pomagać albo chociaż nie szkodzić?
– Wszystko zależy od pory roku. Od wiosny do jesieni jeże przemieszczają się nocą. Jeż przemieszczający się w ciągu dnia, w słońcu i upale, powinien zwrócić naszą uwagę, bo skoro to robi, coś jest nie w porządku i trzeba mu pomóc. Większy problem z jeżami zaczyna się jesienią. Od wielu lat zdarzają się jesienne mioty i małe jeże często nie zdążą osiągnąć wystarczającej masy ciała, czyli minimum ok. 500 g, by przeżyć zimę. Do nas trafiają jeże ważące 150-200 g. Wrócą na wolność wiosną.

Najlepsze, co możemy zrobić dla jeży, to im nie przeszkadzać. Jeśli mamy ogród, w którym jesienią są liście i gałęzie, zostawmy je, bo w nich jeże budują gniazda, w których będą zimować. Zresztą grabienie liści w ogrodzie jesienią w ogóle nie jest pomocne, ponieważ dzięki liściom ziemia trzyma wilgoć, czyli się nie wysusza. Nie zawsze wszystko musi być wygrabione i wykoszone co do źdźbła. Jesienią dobrze jest jeżom zostawić miskę z wodą i miskę z jedzeniem – idealne byłyby owady, ale może też być wysokobiałkowa kocia karma.

Jakie inne ssaki są pacjentami fundacji?
– Jeśli idzie o małe ssaki, prócz jeży mamy dużo wiewiórek, zdarzają się kuny i łaski. Jeśli chodzi o większe ssaki, w Boże Ciało zadzwoniła do nas pani, która jakieś dwie godziny drogi od Krakowa znalazła martwą sarnę potrąconą przez samochód. A przy niej stał dzieciak i beczał. Wiadomo było, że bez pomocy jest skazany na śmierć. W gminie powiedzieli jej, że mogą oddelegować myśliwego, by go odstrzelił. Przywiozła go do nas. Był wielkości kota. Dziś Bambi ma pół roku, odstawiliśmy butelkę, przez jakiś czas przebywał w mojej stajni z końmi i wkrótce pójdzie w świat.

Trafiają do was też ptaki. Jakie gatunki?
– Po jeżach ptaków jest u nas najwięcej. Głównie to małe ptaki ze złamanymi skrzydełkami, po zderzeniach z szybami czy samochodami. Często trafiają do nas sowy. Jakiś czas temu zadzwonili z gminy Brzesko, że mają myszołowa potrąconego przez samochód i nikt nie chce go przyjąć. My się zgodziliśmy. Zabawne było, że przywiózł go do nas kordon policyjny. Na szczęście myszołów nie miał bardzo uszkodzonych skrzydeł, udało się go wyprowadzić na prostą i zwrócić mu wolność.

13 listopada napisaliście na Facebooku: „Do naszej fundacji trafił kruk z pozostałościami śrutu w skrzydle. Pocisk złamał też kość. Zawalczymy o to majestatyczne zwierzę, choć zupełnie ciężko nam sobie wyobrazić, że ktoś postanowił do niego strzelać”. Ludzie strzelają w mieście do zwierząt z wiatrówek?
– Tak. Na szczęście operacja się udała. Wkrótce przeniesiemy go do woliery, by rozlatał skrzydło, a czy podejmie lot? Zobaczymy. Niestety, trafia do nas wiele ptaków z postrzałami. Ale nie tylko. Leczymy wolno wychodzące koty i zdarza się, że gdy robimy im zdjęcie rentgenowskie, widzimy kilkanaście śrutów. To oznacza, że kot nie dostał raz, ale że gdzieś w sąsiedztwie jest ktoś, kto strzelał do niego kilka-kilkanaście razy.

Trudno to sobie wyobrazić. Wróćmy jednak do ptaków. Piszecie na Facebooku: „Bez względu na to, czy gołębie lubimy, czy nie, to część miejskiego ekosystemu i naszego wspólnego świata”. Proszę opowiedzieć o akcji pomocy gołębiom na Rynku Głównym w Krakowie.
– Problem Krakowa polega na tym, że mieszka tu bardzo dużo gołębi. Gołębie raczej nie migrują, tylko siedzą w skupiskach w danym miejscu. Te, które przebywają na krakowskim rynku, są w większości chore, ponieważ w tym miejscu nie mają wystarczającej ilości jedzenia, poza tym jest ich tu tak dużo, że nawzajem się zarażają. Chorują na rzęsistek, który objawia się problemami z jedzeniem, ornitozę, czyli chorobę górnych dróg oddechowych,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Coś się kończy

Oddala się od nas rok i jak wielki, zardzewiały okręt znika w mgłach przeszłości. Co nam zostawił? Już pewne, że zmiany klimatyczne nabierają tempa, a dzieje się to szybciej, niż przewidywali najbardziej pesymistyczni fizycy atmosfery. Wszyscy są jednego zdania: zmierzamy do katastrofy. Prawicowi politycy w to nie wierzą lub udają, że nie wierzą. To zapewne największy dramat naszej planety, powszechnie przeoczany, bo rozciągnięty w czasie. Wszystkie inne bledną. Chyba że w końcu zostanie użyty arsenał atomowy, wtedy szlag nas trafi o wiele wcześniej. Siedzimy na tym arsenale jak kura na jajku i grzejemy termojądrowe jajo. Broń atomowa trafia już do państw szalonych jak Korea Północna.

Prezydentem kraju, który do tej pory był strażnikiem demokracji w świecie, czasami pokracznym, został klaun, narcyz i podły człowiek. Bardzo go lubi i ceni nasz prezydent i chlubi się, że ten do niego czasami dzwoni. To, że Nawrocki, pełen strasznych wad, nacjonalista, został naszym prezydentem, jest tylko lokalną katastrofą, Trump jest katastrofą globalną.

Już widać, że Nawrocki urwał się PiS i jest prezydentem Konfederacji. Braun dla niego też jest w porządku, tylko chłop trochę przesadza, ma rację, ale zachowuje się niepolitycznie. Jak to możliwe, że grubo ponad milion Polaków za swojego idola i autorytet uważa faszystę, a może nawet nazistę? W kraju, gdzie doszło do największej zbrodni w historii naszej planety, właśnie z powodu ideologii, która Braunowi jest bliska. On i milion jego wyznawców pomagają nam zrozumieć to, co zdaje się niepojęte – jak Niemcy tak masowo mogli poprzeć nazizm.

Nie był to więc dobry rok ani dla nas, ani globalnie. Z drugiej strony nasza gospodarka świetnie pracuje. Polska wskoczyła do klubu 20 najbogatszych krajów świata. Jaka niespodzianka! Sami jesteśmy zaskoczeni. Przecież my, bałaganiarze, mało punktualni, trochę niechlujni, nie możemy powiedzieć, że organizacja i przestrzeganie reguł gry są naszą mocną stroną. A jednak udało się! Nasza narodowa prawica tymczasem uważa, że rządy liberalne rujnują kraj i że zagrażają nam Niemcy. Przyjaźni nam po raz pierwszy w historii. O Rosji prawica lubi milczeć. A przecież za naszą granicą trwa straszna wojna, Ukraińcy giną też za nas. Wedle prawicy jesteśmy jak w latach 30. wzięci w dwa ognie.

Okropna sytuacja,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Omamy Marcina Romanowskiego

Stargane nerwy i panika to stan, w jakim znajduje się dziś Marcin Romanowski. Wynalazek Ziobry i jego zastępca, szerzej znany z licznych afer wokół Funduszu Sprawiedliwości. A najbardziej z ucieczki na Węgry. Czerwone wino i gulasz nie poprawiają mu samopoczucia. To, co mówi dla „Naszego Dziennika”, to jakieś omamy. Choćby takie zdanko: „Działania obecnego kolaboracyjnego, marionetkowego rządu Tuska”. Lub inne: „Luksemburska sędziokracja i neobolszewicy kontynuują marsz przez instytucje”.

Romanowskiemu na kolejne miesiące warto zadedykować to, co sam powiedział: „W Polsce funkcjonuje system, w którym kryminaliści wykorzystują cały aparat państwa, w tym sądy i służby specjalne, do represji wobec tej części opozycji, która najbardziej zagraża tej kryminalnej władzy”. Bardzo trafne. Tak dokładnie było za rządów Ziobry… i Romanowskiego.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Afera karabinowa

Jak Ameryka wsadzała Polaków do więzienia

To było jak grom z jasnego nieba. 10 marca 1992 r. we Frankfurcie nad Menem policja niemiecka, na wniosek służb amerykańskich, aresztowała sześciu Polaków. Przyjechali do Frankfurtu negocjować sprzedaż 40 tys. sztuk karabinków AK produkcji radomskiego Łucznika. Kontrakt, wydawało się, leżał niemal na stole. Okazało się, że wszystko było prowokacją amerykańskich służb specjalnych. Polacy zostali zatrzymani, trafili do aresztu deportacyjnego, a po paru miesiącach przetransportowano ich do Nowego Jorku. Tam byli traktowani jak przestępcy, jednak zostali przez sąd uniewinnieni. Do kraju wrócili 17 października 1993 r.

Tak, w największym skrócie, wyglądała afera karabinowa, jeden z największych skandali początków III RP. Kiedy na własnej skórze przekonaliśmy się, jak potrafią działać Amerykanie i jak nie potrafi działać państwo polskie.

Początek afery sięgał 1991 r., kiedy dopiero co powstała III RP zamykała kolejne zakłady przemysłowe, wyrzucając tysiące ludzi na bezrobocie. Na krawędzi upadku stanął też Łucznik. Zakłady straciły rynek wschodni, polskie wojsko weszło w tryb zwijania się. W takiej atmosferze przybył do Polski amerykański handlarz bronią Ronald Hendron. Chciał kupić 40 tys. karabinków AKMS, czyli nowszej wersji AK-47. Miał licencję na handel bronią i certyfikat ostatecznego użytkownika EUC rządu Filipin.

Hendron rozmawiał najpierw z dyrektorami Cenzinu o karabinkach AKMS, a także o granatnikach i rakietach. Potem trafił do Łucznika. Taki oferent dla zakładów, które zwalniały ludzi, był jak św. Mikołaj.

Rozmowy posuwały się szybko. 23 stycznia 1992 r. podpisano w Warszawie umowę między Zakładami Metalowymi Łucznik a Ronaldem Hendronem, reprezentującym firmę IBC i działającym w imieniu firmy Armscorp, będącej podobno własnością rządu Filipin, na dostawę 40 tys. sztuk karabinków AKMS. Gdy wybuchła afera, w kwietniu 1992 r. ambasada Filipin w Warszawie „notą werbalną” oświadczyła, że dokumenty, którymi posługiwał się Hendron, były fałszywe.

Ale wróćmy do pierwszych rozmów. Już 20 lutego 1992 r. na wniosek Zakładów Metalowych Łucznik Ministerstwo Współpracy Gospodarczej z Zagranicą wydało pozwolenie na eksport zakontraktowanych karabinków. To oznaczało, że wicedyrektor Łucznika Rajmund Szwonder działa oficjalnie, z upoważnienia rządu. Kolejne rozmowy miały się odbyć we Frankfurcie 7-10 marca.

Przybyła na nie ósemka Polaków: dwóch dyrektorów Cenzinu, Tadeusz Koperwas i Zbigniew Tarka, wicedyrektor Rajmund Szwonder oraz pięciu obywateli polskich reprezentujących firmę ATS, współpracującą z Łucznikiem przy kontrakcie – Wojciech Barański, Jan Górecki, Jerzy Napiórkowski, Jerzy Brzostek i Zbigniew Grabowski. Wśród nich najbardziej znany był Wojciech Barański, generał broni Wojska Polskiego, były zastępca szefa Sztabu Generalnego WP,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Zbawienie jest tylko poza kościołem

Fragmenty rozmowy, która ukazała się w najnowszym numerze „Zdania” (4/2025) – w wersji papierowej do nabycia w Empikach, w wersji elektronicznej na sklep.tygodnikprzeglad.pl.

(…) PAWEŁ SĘKOWSKI: Czy można powiedzieć, że tym, co najbardziej zaszkodziło polskiemu Kościołowi w posoborowej dobie, był pontyfikat Jana Pawła II? Polski papież stał się autorytetem, z którym nie można dyskutować. Jak Jan Paweł II coś powiedział, to causa finita. Czy pan się z tym zgodzi? Czy gdyby nie było polskiego papieża, to stan polskiego Kościoła byłby lepszy? I bardziej podlegałby tym wszystkim procesom, którym podlega przynajmniej część Kościoła i wiernych w innych krajach, na Zachodzie?

STANISŁAW OBIREK: Mogę to nawet gruntowniej uzasadnić. Rozmawiamy już długo i myślę, że ten długi rozbieg jest bardzo ważny, bo pozwala pokazać jednego z obywateli tego kraju, który z pewnym, może naiwnym, optymizmem złączył swoje życie z Kościołem, pełen dobrych nadziei, że w połowie lat 70. szary PRL ma alternatywę w barwnym katolicyzmie. To złudzenie było podtrzymywane bardzo mocno po 1989 r., kiedy – wpierw nieśmiało – barwy rzeczywiście zaczęły się pojawiać na polskich ulicach. I stało się coś, co dla mnie jest szczególnie przykre jako doświadczenie życiowe: że to, z czym łączyłem moje losy, ta instytucja, stała się największym hamulcowym zmian. Im bardziej ta Polska się otwierała, tym bardziej Kościół hamował.

Romek Graczyk to jest dobry przykład człowieka, który jako dziennikarz „Tygodnika Powszechnego” i później „Gazety Wyborczej” bardzo poważnie potraktował nadzieję, że świat się zmienia i Kościół się zmienia. I bardzo szybko się przekonał, że jednak ze zmianami w Kościele to nie jest tak. Nie można np. krytykować Jana Pawła II, nie można wyrażać się sceptycznie o jego wzmożeniu moralnym itd. Patrząc bardzo spokojnie i z dystansem, myślę, że to jest jakiś chichot historii, że taką stała się instytucja, która w latach 60., 70., nawet 80., była kojarzona zasadnie z walką o podmiotowość, o prawa człowieka, o wolność sumienia. Myślę np. o Dignitatis humanae, dekrecie Soboru Watykańskiego II o wolności religijnej, o dialogu, trosce o ubogich. Tak to się wtedy mówiło.

Ale to wszystko było w Kościele bardzo systematycznie tłumione, poczynając od 1989 r. I Jan Paweł II przez swoją bardzo energiczną politykę personalną, dobór współpracowników, zarówno w dykasteriach rzymskich, jak to się dzisiaj mówi, jak i przez nominacje biskupie na całym świecie, doprowadził do wyciszenia tej zmiany, do stygmatyzowania tych wszystkich, którzy tak jak ja wierzyli, że Sobór Watykański II oznaczał kopernikański przewrót. Wcześniej mówiliśmy, dlaczego Kościół nie jest w stanie zaakceptować krytyki Jana Pawła II. Ale ten Kościół to jest jego dzieło! To on ten Kościół stworzył przez nominacje biskupie, przez właściwe uposażenie człowieka o dość marnych talentach intelektualnych, jakim jest Stanisław Dziwisz, dodał mu do towarzystwa Józefa Kowalczyka, żeby nie był samotny i obdarzył ich niezwykłą władzą nominowania na odpowiedzialne funkcje ludzi, którzy byli jeszcze słabsi intelektualnie i duchowo.

Mamy do czynienia z pewnym paradoksem. Jest na to takie ładne powiedzenie łacińskie: corruptio optimi pessima est. Każdy z nas może ulec takiej czy innej słabości, potknąć się, ale ktoś doskonały popsuje doskonale. Podobnie mówił Lord Acton, że każda władza korumpuje, ale władza absolutna korumpuje absolutnie. I miał na myśli oczywiście papieża, gdy ten ogłosił akt o nieomylności papieskiej. Wojtyła to był papież, który wierzył, że ma wyznaczoną przez Opatrzność misję i on tę misję konsekwentnie wykonywał. I efekt jest, jaki jest. Ja nie jestem przeciwko sekularyzacji, broń Boże, ale Kościół i biskupi polscy to są właśnie ludzie, którzy najefektywniej działają na rzecz sekularyzacji. Bo to, co oni prezentują sobą, i ten model instytucji religijnej, który oni próbują zaprowadzić, to, że posługują się ramieniem prawnym w postaci Ordo Iuris, jest znaczące. Organizacja właściwie fundamentalistyczna i wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi współfinasowana przez Kreml.

ADAM JAŚKOW: A czy to nie jest tak, że Jan Paweł II jest wytworem polskiego Kościoła? Przecież nie wziął się znikąd. Miał swoich poprzedników, którzy go ukształtowali.

OBIREK: Oczywiście, przecież to jest dziecko kard. Adama Sapiehy, „Księcia Kościoła”. Można się zastanawiać, czy rekonstrukcja Ekke Overbeeka jest słuszna, ale pominięcie tego dziwnego, dwuznacznego zachowania Sapiehy wobec jego najbliższych współpracowników nie byłoby właściwe. Wiadomo, że ulubionym jego księdzem był Karol Wojtyła. Dlaczego ten aspekt nie został do końca wyjaśniony? Jakiej natury był związek między Sapiehą a Wojtyłą?

SĘKOWSKI: Myśli pan, że były tam jakieś dwuznaczności?

OBIREK: Homoseksualizm Sapiehy był dość znany w środowisku kościelnym.

SĘKOWSKI: Ale ja pytam o Karola Wojtyłę.

OBIREK: Nie wiem, czy to się nadaje do druku (ale w

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Promocja

Jakie listwy przysufitowe będą pasować w kuchni?

Artykuł sponsorowany Listwy przysufitowe coraz częściej pojawiają się w kuchniach jako element wykończeniowy, który porządkuje przejście między ścianą a sufitem i wpływa na odbiór całego wnętrza. W kuchni, gdzie występuje podwyższona wilgotność, para wodna oraz wahania temperatur,

Felietony Wojciech Kuczok

Kino kanoniczne

Jako filmoznawca wygasły zawodowo, ale kinoman wciąż gorzejący pasją, co roku o tej porze dołączam do kolegów po fachu i namiętności – oni ogłaszają swoje filmowe top 10, to i ja w nieskromnej naiwności upubliczniam listę filmowych satysfakcji. I myślę sobie, że ktoś się tym pokieruje w wyborze projekcji domowej, kiedy już u schyłku maratonu świątecznego, przesycony strawą i trunkiem, zasiąść zechce przed ekranem.

Przez niezdecydowanie niejeden mir domowy przepadł, kiedy po osiągnięciu konsensusu „obejrzymy sobie jakiś film” następują nerwowe a beznadziejne próby odpowiedzi na pytanie: „ale co?”. Im więcej bowiem propozycji podsuwają platformy streamingowe, tym łatwiej się zniechęcić w gąszczu tytułów, każdy kolejny bałamutnie zwiastuje niezapomniane przeżycia, żaden jednak nie jest właśnie tym, którego natychmiastową i nieodpartą potrzebę obejrzenia się czuje. Przerzucanie kolejnych ofert i kanałów, owo przymierzanie się, nie przymierzając, jak pies do krzaka, zaczyna się przedłużać w nieskończoność, aż osoba partnerska mówi: „dobra, już nie mam ochoty”. I żadnego wspólnego seansu nie będzie, bo minął moment podniecenia, bo w przeciwieństwie do aktu seksualnego gra wstępna przed rozpoczęciem projekcji jest niepożądana, albo się wie, co chce się zobaczyć, albo się wybrzydza aż po nabranie pewności, że „jakiś film” nie istnieje, że tym właśnie wyróżnia się w ciżbie propozycji, że go brakuje.

Fiasko poszukiwań „jakiegoś filmu” do wspólnego obejrzenia może się też objawić w sposób gorszy niż rezygnacja – wszak „dobra, już nie mam ochoty na film” mogłoby zostać dopowiedziane: „może chodźmy po prostu do łóżka” (gdyby nie to, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat Wywiady

Trump jest wynaturzeniem i nie przetrwa

Amerykański eksperyment ma się dobrze

Prof. Henry William Brands – historyk, autor książek historycznych, profesor Uniwersytetu Teksańskiego w Austin

Korespondencja z USA

Czy nadchodzi zmierzch „amerykańskiego eksperymentu”?
– Na pewno nie. Nie wiem, czy przetrwa kolejne 250 lat, ale w tym momencie jeszcze nie widać jego końca.

Ojcowie założyciele nie byliby zaniepokojeni wyczynami Donalda Trumpa?
– Nie sądzę. Nowatorską ideą, z jaką wyszli, było zastąpienie monarchii republiką. Pomysł, że ludzie mogą sami się rządzić, jest nieprzerwanie wcielany w życie. Więcej, ten pomysł przyjął się na całym świecie. Mieliśmy w historii prezydentów, którzy eksperymentowali, mieliśmy nawet wojnę secesyjną, a jednak założycielska wizja Ameryki jest wciąż żywa. To raczej sukces.

A podziały w społeczeństwie i w Kongresie? Strony w ogóle przestały ze sobą rozmawiać.
– Zawsze byliśmy podzieleni, od początku naszej państwowości, a nawet wcześniej. To nieodłączna cecha systemu opartego na samorządności. Jeśli tworzy się przestrzeń do wolnego wyrażania opinii, jest oczywiste, że będą one się różnić, a to doprowadzi do sporów i podziałów. Zgodność panuje tylko tam, gdzie mamy dyktaturę. Chiny nie mają tego problemu, bo tam nie prowadzi się rzeczywistej polityki rozumianej jako platforma wymiany pomysłów i poglądów. Sygnałem, że pora zacząć się martwić, będzie moment, gdy z przestrzeni publicznej zniknie pluralizm myśli, bo zostanie stłumiony.

Podzieleni nawet wcześniej? Co ma pan na myśli?
– Pierwsze strzały w wojnie niepodległościowej poprzedziły nie miesiące ani lata, ale dekady intensywnej debaty publicznej – i kłótni! – na temat dwóch przeciwstawnych wizji dalszych losów kolonii brytyjskich. Po przegranej wojnie mnóstwo „lojalistów”, frakcja wierna królowi, wyjechało z kraju, ale część została i nadal angażowała się w polemikę z „patriotami”, orędownikami samodzielnej Ameryki, na temat państwa, choć już teraz od innej strony.

Ale od dekady mamy najniższe w historii zaufanie do Kongresu – spadło do 9%, bo politycy już w niczym ze sobą się nie zgadzają. Mówi się, że mamy kolejny okres przedwojenny.
– Nieprawda. W okresie poprzedzającym wojnę secesyjną, czyli w latach 50. i 60. XIX w., podziały były większe i przede wszystkim inne, bo ich granice wyznaczała geografia. Dziś nie ma możliwości, by jedna część kraju stanęła do walki z drugą,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.