Blog
Prezesi. Krótka historia TVP
Czytając tę historię, można odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego dziś TVP bankrutuje programowo i traci widownię
Poznałem ich przez lata prawie wszystkich. Jedni przyjmowali, drudzy wyrzucali, czasami wkurzony sam odchodziłem. Zestaw postaci jak w salonie figur woskowych, od ludzi mądrych i uczciwych po sprzedajne typy. Czytając tę historię, można odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego dziś TVP bankrutuje programowo i traci widownię. Dlaczego w takim kształcie nie ma przyszłości. Warto spojrzeć prawdzie w oczy i zobaczyć, kiedy miała najlepszy okres i powstawały programy emitowane do dzisiaj. Ciąg dalszy tej historii łączy jedno: poniewieranie pracownikami, niszczenie pamięci korporacyjnej i egoizm grup przejmujących władzę. Za prezesury Jacka Kurskiego w 2022 r. miał miejsce jubileusz 70-lecia firmy. Na antenach przelewały się kłamliwe programy, wycięto ludzi, którzy przez lata ją tworzyli: artystów, dziennikarzy, operatorów, realizatorów, montażystów i kierowników produkcji. Pozbawianie pracowników ich historii i tożsamości to specjalność politycznych hochsztaplerów. Dla wielu, którzy poświęcili życie zawodowe telewizji, było to nikczemne. Tak powstał w internecie ruch „Telewizja Polska – to my”. Warto poczytać wpisy.
Jacek Snopkiewicz – w telewizji od 1972 r. Otrzymał Złoty Ekran za program reporterski „Blisko i daleko”. W PRL wyrzucany tylko dwukrotnie, bo w III RP trzy razy. W 1989 r. pierwszy redaktor „Wiadomości”. Programami informacyjnymi kierował również podczas wielkiej powodzi, wizyty papieża i katastrofy smoleńskiej. Zajmował różne stanowiska i zna każdy kąt TVP. Przez wiele lat był dyrektorem Akademii Telewizyjnej, wprowadził do telewizji publicznej kodeks zasad etycznych. Od lat pracuje w Szkole Filmowej w Łodzi. Pisze książki dokumentalne i zna się na archiwach. Szefuje Stowarzyszeniu Ludzi Mediów „Woronicza 17”.
Za tydzień druga część pocztu prezesów, a w niej: Andrzej Drawicz, Marian Terlecki, Janusz Zaorski, Zbigniew Romaszewski, Wiesław Walendziak, Ryszard Miazek, Robert Kwiatkowski, Jan Dworak, Bronisław Wildstein, Andrzej Urbański, Piotr Farfał, Bogusław Szwedo, Tomasz Szatkowski…
JERZY PAŃSKI
lata 50. do 1962 r.
Nie wiadomo, kto był pierwszym prezesem, bo była telewizja, ale nie było prezesa. To zapomniany wariant, który pojawi się ponownie na końcu tej historii. Na początku telewizją kierowali inżynierowie i nikt się nie wtrącał w pokazy techniczne. Prezes Jerzy Pański pojawił się w strukturach radiofonii jako dyrektor programowy telewizji. Na radiu znał się lepiej niż jego przełożony Włodzimierz Sokorski, obaj nie znali się na telewizji. Pański odbudowywał Polskie Radio, był wydawcą w Czytelniku, zarządzał teatrami, na dodatek znał języki i był tłumaczem. Myśleli z Sokorskim jak w radiu, bo telewizję nazywano radiem z lufcikiem. Radio było potęgą, wszystko, co dobre i złe, tam się zaczyna: chamska propaganda w wykonaniu komentatorki Wandy Odolskiej (stalowy głos, język nienawiści, wskazywanie wrogów), jakże pięknie kontynuowana przez ekipę Kurskiego, ale też rozrywka i przeboje śpiewane przez Koterbską, np. „Karuzela, karuzela”, transmisje sportowe z Wyścigu Pokoju czy boksu oraz sprawozdawcy – Witold Dobrowolski i Bohdan Tomaszewski. Do tego powieść radiowa, czyli telenowela „Matysiakowie” wyludniająca co tydzień ulice.
Telewizja zaczynała skromnie. Skromnie, ale czujnie. Pański zwolnił jedną osobę. Pierwsza spikerka – miła, drobna pani z radia, „Misia”, jak do niej mówiono – zamiast powiedzieć z malutkiego studia o zakończeniu dni przyjaźni polsko-radzieckiej, użyła skrótu myślowego: „Skończyła się przyjaźń polsko-radziecka”. Dalszego ciągu na szczęście nie było, tak jak w przypadku pomyłki korektorskiej w gazecie: „Umarł towarzysz Sralin”.
WŁODZIMIERZ SOKORSKI
1960-1972
Radiofonia połączyła się z telewizją w Radiokomitet. To już nie były przelewki. „Wuj chłodek”, różnie czytany, nadawał się do tej roboty, był obyty w kulturze i w wojsku. Polityk słaby, dobrotliwy, może dlatego był ministrem kultury za Bieruta. Brr… Nikogo nie zwalniał, tylko przyjmował po znajomości, tępił w Radiokomitecie pijaków, choć sam nie wylewał za kołnierz. Prezes rozkwitu telewizji, nikt mu tego nie odbierze, nawet Bronisław Wildstein w swoich
Filharmoniczne nowalijki
Testowanie koncertowej sali i publiczności
Nowe kierownictwo Filharmonii Narodowej, czołowej polskiej instytucji muzycznej, wprowadza ciekawe i oryginalne obyczaje oraz style kształtowania programu koncertowego. Od dziesięcioleci posługiwano się schematem koncertu, w którym obowiązywał podział na trzy części. Najpierw grano niedługą uwerturę, czyli coś na rozgrzewkę, potem „danie główne” – koncert instrumentalny ze znanym i oczekiwanym solistą wirtuozem. Po tym występie przewidzianych było kilka bisów. Wreszcie, po przerwie, następowała duża forma, czyli symfonia. W ten sposób można było zapełnić cały artystyczny sezon, melomani zaś mogli co tydzień spodziewać się tylko tego, że Mozart zastąpi Beethovena, Chopin Brahmsa, Lutosławski Bartóka itd.
Od września 2025 r. dyrektorem naczelnym FN jest Zofia Zembrzuska, a dyrektorem artystycznym, już drugi sezon, dyrygent Krzysztof Urbański. To oni sprawili, że szablony stopniowo są zastępowane bardziej swobodnymi, a mniej schematycznymi treściami.
Pierwszym krokiem był umieszczony w internecie poradnik dla początkujących słuchaczy „Pierwsza wizyta w Filharmonii”. W przełamaniu obaw przed natrafieniem na bariery w odbiorze mają pomóc specjalne, nieco krótsze, obudowane spotkaniami i
Schron przeciwświąteczny
Najważniejsze to się nie rozkleić. Po śmierci siostry wiem, że odumarli mnie już wszyscy najbliżsi wierzący; dorosłe dzieci mają swoje rodziny rozproszone po Europie, najmłodszy syn tradycyjnie leci z matką na Karaiby. W tym roku wreszcie mogę spędzić wieczór wigilijny samotnie. Umarli i tak przyjdą, nie ma potrzeby ich przywoływać z pierwszą gwiazdką, której najpewniej i tak widać nie będzie – kiedy słońce zajdzie, i oni zajdą, bez pukania przez drzwi przenikną, przez ściany, i zasiądą przy stole. Lepiej więc nie mieć stołu – duchy lubią zgromadzenia, ale i pustym stołem nie wzgardzą, o okrągłym stoliku nawet nie wspominam, to spirytystyczny kanon.
Lepiej w ogóle być poza domem. Poinhalować żywiczne zapachy w wilgotnym lesie albo obrać sobie pomarańczę gdzieś na polanie; kiedyś rozgniotła się w worku jaskiniowym i cała grota mi zapachniała świętami, choć to był listopad. To tylko bodźce zapachowe, można je sobie dawkować wbrew kalendarzowi, można sobie wywołać święta na poczekaniu. Poprzedzierać się przez ciżbę choinek ozdobionych tylko okiściami, wdrapać się w górach na tyle wysoko, by napotkać śnieg, i to nie ten mokry, odwilżowy, ale biały beton, na którym skrzyć się będzie światło czołówki i skrzypieć będą buty. Wejść choćby i na 2000 m, gdzie zima trzyma tak czy owak, dopaść tej zimy, uświęcić nią ten wieczór świąteczny jak w dziecięcym czasie, kiedy właśnie o zapach igliwia i mróz za oknem chodziło.
Boże Narodzenie było świętem zimy, celebrą ciepłych domowych pieleszy i wspólnoty rodzinnej, w której łatwo się było ogrzać na pohybel siarczystej i ciemnej porze roku. Owóż, dobrze jest zmarznąć, żeby wrócić do ciepła domowego, nawet jeśli domostwo puste, dobrze jest zmęczyć się, aby docenić dach nad głową, książkę na stoliku, płytę na gramofonie, wino w kieliszku (bezalkoholowe, jeśliśmy akurat w fazie suchej) i wymościć się w samoutuleniu. Aby nie było żal, uznać, że to wieczór jak każdy inny, nie pierwsza samotna uroczystość.
Sylwestry samotne są przyjemne, zwłaszcza że
W PZU Zdrowie jak na folwarku
Trzeba dobrego zdrowia, by czytać o skandalach w PZU Zdrowie i nie zachorować. Za rządów dojnej zmiany działo się tam jak na folwarku, który łaskawy pan przekazał swoim wiernym sługom, by jak najszybciej się wzbogacili. Aferzyści na górze, otoczeni rodzinami prawicowych patriotów, co to z niejednego pieca chleb jedli, jechali bez hamulców.
Andrzej Jaworski, prezes bardzo oddany ojcu Rydzykowi, przychodził i odchodził z PZU Zdrowie, gdy Kaczyński potrzebował poparcia Radia Maryja. Jako prezes spółki w niecałe trzy lata zarobił ponad 3 mln zł.
W PZU Zdrowie bliskich swoich współpracowników ulokował Patryk Jaki. Tłuste posady mieli tam: Magdalena Przydacz, żona ministra u prezydenta Nawrockiego, Dominika Szajnoga z Solidarnej Polski, dyrektorka gabinetu politycznego ministra zdrowia Niedzielskiego, Oliwer Kubicki, rzecznik Ministerstwa Sprawiedliwości, i wielu, wielu innych. Prokuratura ma co robić.
Zabiegani, pędzą… Przejażdżka po Małopolsce na koniec 2025 roku
Starzy się krzywią, że czego tu oczekiwać, młodzi, że drogo, a pieniędzy nie ma. Jeżdżę po Małopolsce i pytam ludzi o rok, który mija, i o ten, co idzie. Wybrałam kierunek na zachód od Krakowa, bo na zachód jednak zawsze lepiej, prawda?
Mijam kolejne miejsca. Kryspinów, gdzie latem część Krakowa plażuje w rytm basów z głośników. Liszki. Czernichów. Wszystko szare i powysychane. Dalej widać góry, bliżej czuć niewymienione piece. Mijam Zator, gdzie Małopolska od średniowiecza zaopatruje się w karpie, a cały świat od ponad dekady przyjeżdża po rozrywkę na rollercoasterze. Przy domach coraz częściej powiewają polskie flagi. A przed domami stoją ogrodowe krzesła. Nie ławki, to nie Podlasie, to Małopolska. Wisła i Cracovia rządzą na murach. A poza tym Polska Walcząca, nieczytelne tagi i że ktoś jest cwelem albo dziwką.
Mijam kolejne miejsca, w tym to o nazwie Miejsce, bo tak się nazywa jedna z małopolskich wsi. Mijam Spytkowice, Smolice, Babice i wzgórze z zamkiem Lipowiec w Wygiełzowie. Jeżdżę i rozmawiam.
Przed marketem panie palą papierosy na tle bilbordu z promocją na kiełbasę.
– Zabiegani są wszyscy – mówi pierwsza i zaciąga się dymem.
– Zabiegani, pędzą, nie uśmiechają się, jest dramat z ludźmi – mówi druga i też bierze macha. – To jest trend czegoś, nie wiem czego, ale jakiś taki trend jest…
– …że ciągle za czymś gonią.
– Może za bogactwem? Nie wiem. Ciężko jest po prostu. Ciężko ze służbą zdrowia, ciężko z chorobami, ciężko ze wszystkim.
– Mnie się wydaje, że ten 2025 był taki ciężkawy.
– W pracy.
– Tak, w pracy, ale dla Polski też.
Smutne drzewa o zwisających gałęziach, na dachach smutne, zardzewiałe anteny Polsatu i C+.
„Żebyśmy nie zanurzyli się w tę nicość za życia”, mówi kobieta w radiu, bo rozmawia o śmierci, więc przełączam na muzykę – Nene Heroine, jazz, album „4”, ponoć płyta roku, też smutno, ale inaczej.
Świat nie wie, na czym stoi
Od jakiegoś czasu, gdy o coś ludzi spytać, to wszyscy wspominający o Polsce są anonimowi. Dlatego nie ma imion (poza jednym wyjątkiem). I wszyscy o tej Polsce albo o polityce mówią. Jakiekolwiek zadać pytanie, tak odpowiadają, nawet jeśli tylko po to, by powiedzieć: nie wiem, bo się polityką nie interesuję, nie oglądam telewizji. Tak jakby każde pytanie wydawało nam się pytaniem o Polskę i politykę. Gdy więc pytam, jaki był dla pana/pani rok 2025…
– Mało telewizji oglądam, nie
Święta w Białym Domu
Przewodnik dla niewtajemniczonych
Korespondencja z USA
Świątecznie udekorowany Biały Dom to widok, na który Amerykanie czekają co roku z zapartych tchem. Pierwsze damy, odpowiedzialne za dekoracje, od dawna prześcigają się w pomysłach, jak przekształcić go w baśniową krainę, a jednocześnie umiejętnie przemycić wątki odzwierciedlające wizje polityczne ich mężów oraz elementy nawiązujące do ich własnych projektów.
Tegoroczny wystrój Melania Trump podporządkowała dwóm motywom: „Majestat Ameryki” oraz „Dom jest tam, gdzie serce”. Dominują w związku z tym ozdoby i akcenty tradycyjne, klasyczne i elegancka kolorystyka głębokiej czerwieni, złota oraz zieleni. Razem mają oddawać klimat domowego ogniska, a jednocześnie są ukłonem w stronę estetyki Gilded Age, „pozłacanego wieku”, do którego Donald Trump lubi się odwoływać i w życiu, i w polityce. Nie brakuje też mocnych akcentów patriotycznych w kolorze amerykańskiej flagi. Te z kolei mają przypominać, że w nadchodzącym roku Ameryka będzie świętować 250-lecie istnienia, a Trump, wręcz zafiksowany na tym jubileuszu, przy każdej okazji ogłasza, że ma zamiar go uczcić z wyjątkowym rozmachem.
O działaniach Melanii na rzecz poprawy bytu dzieci przypominają dekoracje w Pokoju Czerwonym: niebieskie motyle na drzewkach oraz białe ozdoby z napisami „Be Best” (Bądź najlepszą wersją siebie), hasłem tego projektu.
Boże Narodzenie – od cenzury po splendor
Biały Dom w okresie świątecznym to dziś bez wątpienia największa atrakcja Waszyngtonu. Jednak Boże Narodzenie zawitało do Ameryki relatywnie późno. Pierwsi koloniści, zwłaszcza społeczność purytanów, widzieli w nim oznaki pogaństwa, więc jawnie tępili obchodzenie go, a winnych surowo karali. Ale nawet mniej ortodoksyjnym protestantom w późniejszych wiekach – a ci stanowili większość białych mieszkańców Nowego Świata – Boże Narodzenie nie kojarzyło się najlepiej. Zbyt mocno zalatywało katolikami, których przecież uważali za zło wcielone.
Wszystko zmieniło się dopiero z nadejściem XIX w. i napływem do Ameryki nowych imigrantów. A wśród nich właśnie rzesz katolików z Włoch, Irlandii i Polski, tyleż zdeterminowanych realizować swój amerykański sen, co i nieskorych do porzucenia wyznawanej religii oraz jej obrządków. Fali popularności Bożego Narodzenia nic już nie mogło zatrzymać i prezydent Franklin Pierce ogłosił je świętem publicznym w roku 1856. Warto jednak dodać, że zachowały się dokumenty świadczące o tym, że może nigdy nie było ono aż tak potępiane, jak twierdzono. Wielu pierwszych prezydentów celebrowało Boże Narodzenie wystawnym obiadem, w tym John Adams, który w listopadzie 1800 r. wprowadził się do nie całkiem jeszcze ukończonego Białego Domu.
Na swoją pierwszą choinkę rezydencja wciąż jednak musiała poczekać. Drzewko pojawiło się w prywatnej części, dokładnie w Żółtym Pokoju Owalnym na drugim piętrze, dopiero za prezydentury Benjamina Harrisona w 1889 r. Jego następca, Grover Cleveland, jako pierwszy zapalił na prezydenckiej choince lampki elektryczne (1895), a dzieci Williama Tafta podsunęły ojcu w 1912 r. pomysł, by zainwestował w oficjalną „choinkę państwową”,
Polska zdziecinniała
Właściwie nie powinienem się dziwić. Opuściłem przed 20 laty redakcję „Tygodnika Powszechnego”, gdy zorientowałem się, że – wbrew tradycji Stanisława Stommy – wartością najwyższą nie jest już dla niej Polska, lecz antykomunizm. Opuściłem w tym samym czasie Radę Krajową Unii Wolności, gdy zorientowałem się, że – wbrew tradycji Znaku i KOR – szuka ona aliansów wyłącznie po prawej stronie sceny politycznej, że więc i tu antykomunizm stał się najważniejszy.
Nie powinienem również się dziwić, bo wciąż mam w kościach osiem lat z PiS, wypełnione pracowitym piłowaniem gałęzi, na którą z takim trudem się wdrapaliśmy: gałęzi Unii Europejskiej. Zresztą także gałęzi NATO, bo w czasie „pierwszego Trumpa” pisowcy załatwiali niekiedy sprawy wprost z Amerykanami, nad głowami NATO. Lecz i trumpistowskim Amerykanom dali się z czasem we znaki, ci bowiem zażądali odwołania ministra Antoniego Macierewicza.
No i zwłaszcza nie powinienem się dziwić, skoro dziś widzę prezydenturę Karola Nawrockiego. Wszyscy wszak obserwujemy zjawisko nieznane w Polsce od czasu rozbicia dzielnicowego: destrukcję władzy centralnej. Rozmaite w późniejszej Rzeczypospolitej rokosze, powstania i konfederacje nigdy nie rościły sobie pretensji do zastąpienia króla, wkroczenia w jego kompetencje, przypisania sobie jego majestatu. To dopiero dziś doczekaliśmy się dwóch ośrodków władzy, sczepionych w śmiertelnej walce. Ośrodka pierwszego, legalnego, mającego oparcie w konstytucji, oraz drugiego, faktycznie uzurpatorskiego, bo pojmującego swą misję jako wypuszczanie zatrutych pocisków w polski rząd.
Czy coś takiego miało szansę zaistnieć w przeszłości? Czy kiedykolwiek występowało i czy dziś występuje gdziekolwiek na świecie? Ośrodek prezydencki nie jest w stanie zachwiać rządem – jego walka jest zatem jałowa. A przecież jedno już mu się udało: doprowadził do spadku pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Oto zatem prezydent Polski, który jest wrogiem polskiego państwa. Tego państwa, które raz po raz traciliśmy i raz po raz, z
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Wrocław psuje się od prezydenta
Jackowi Sutrykowi niestraszne są oskarżenia o korupcję i oszustwa, wykruszające się zaplecze polityczne ani nawet referenda o jego odwołanie
Koalicja Obywatelska, dzięki wsparciu której Jacek Sutryk został prezydentem Wrocławia, zaapelowała do włodarza miasta, aby podał się do dymisji. Ma to związek z aktem oskarżenia w sprawie afery korupcyjnej Collegium Humanum, gdzie za łapówki załatwiano dyplomy ukończenia studiów MBA. Taki dokument uprawniał do zasiadania w radach nadzorczych spółek skarbu państwa i spółek należących do samorządów.
Proceder przestępczy
Zdaniem prokuratury Sutryk dogadał się z Pawłem C., rektorem Collegium Humanum, że w zamian za załatwienie dyplomu MBA zatrudni go jako fikcyjnego doradcę w miejskiej spółce Wrocławski Park Technologiczny. Tak też się stało. Już dzień po podpisaniu pierwszej umowy o „doradztwo” prezydent Wrocławia otrzymał dyplom MBA. W ciągu dwóch lat Paweł C. zarobił 75 tys. zł, co było ukrytą łapówką, bo żadnej faktycznej pracy nie wykonał. Tymczasem Sutryk, mając upragniony dyplom, dostał posady w radach nadzorczych trzech spółek samorządowych: Śląskiego Centrum Logistyki w Gliwicach, Regionalnego Centrum Gospodarki Wodnej w Tychach oraz Kolei Dolnośląskich, gdzie łącznie zarobił około pół miliona złotych.
Jak to możliwe, że Sutryk dorabiał na boku, będąc jednocześnie prezydentem Wrocławia? Otóż zaprzyjaźnieni prezydenci i burmistrzowie skupieni w Związku Miast Polskich stworzyli patologiczny układ, zwany „samorządowym Erasmusem” lub akcją „stołek za stołek”. Polegał on na wzajemnym upychaniu się w radach nadzorczych spółek miejskich. Za posady w spółkach na Śląsku Jacek Sutryk odwdzięczył się prezydentom Dąbrowy Górniczej, Sosnowca i Tychów: Marcin Bazylak trafił do rady nadzorczej Wrocławskich Mieszkań, Arkadiusz Chęciński do wrocławskiego zoo, Andrzej Dziuba do spółki Stadion Wrocław.
Jacek Sutryk został oskarżony o popełnienie czterech przestępstw. Oprócz zarzutu wręczenia rektorowi Collegium Humanum łapówki za dyplom MBA usłyszał też zarzuty oszustwa, bo tym w istocie było posługiwanie się fałszywym dokumentem, dzięki któremu mógł zasiadać w radach nadzorczych, za co otrzymał nienależne wynagrodzenie. Maksymalna kara, jaka grozi prezydentowi Wrocławia za popełnione przestępstwa, to 30 lat więzienia.
Choć zebrany przez prokuraturę materiał dowodowy jest mocny, Sutryk nie zamierza ustąpić ze stołka nawet pod naciskiem środowiska politycznego, które w kampanii wyborczej i potem, w rządzeniu miastem, udzieliło mu wsparcia. Stwierdził, że nie złamał prawa, „czuje się ofiarą”, a swoją niewinność udowodni przed sądem. „To nie prokuratura feruje wyroki. Żyjemy w państwie prawa i to sądy decydują, czy doszło do przestępstwa. Chcę skorzystać z prawa do uczciwej obrony, które przysługuje obywatelom”, mówił Sutryk w jednym z wywiadów. Wezwania KO, by podał się do dymisji, nazwał zaś „rewanżyzmem politycznym”.
Prezydent Wrocławia, człowiek nie w ciemię bity, wie, że do prawomocnego wyroku droga bardzo daleka, a następne wybory odbędą się dopiero w 2029 r. Ma przed sobą jeszcze cztery lata rządów. Rezygnacja byłaby przyznaniem się do winy, a honorowa postawa jest obca polskiej klasie politycznej. Poza tym, jak wynika z oświadczenia majątkowego, Sutryk ma do spłacenia ponad 1 mln zł kredytu na zakup domu. Biorąc pod uwagę prezydenckie zarobki (prawie 315 tys. zł w 2024 r.), można uznać za wielce prawdopodobne, że do końca kadencji wywiąże się ze zobowiązań wobec banku Santander. Gdyby jednak podał się teraz do dymisji, zostałby natychmiast bankrutem, bo raczej nie znajdzie się nikt na tyle odważny, by zatrudnić gościa z zarzutami korupcji i oszustwa.
Do dwóch razy sztuka
Sutrykowi niestraszne jest też referendum w sprawie odwołania. Podchodzono do niego dwukrotnie pod szyldem stowarzyszenia SOS Wrocław. Pierwszą zbiórkę podpisów rozpoczęto w styczniu br. Co prawda, inicjatorami akcji byli radni miejscy Jakub Janas,
Maria Pakulnis o prawdzie nie tylko w teatrze
Laureatka nagrody Treugutta
W klimatycznej galerii Janusza Golika na warszawskiej Saskiej Kępie Maria Pakulnis spotkała się z Klubem Krytyki Teatralnej SDRP/polską sekcją AICT. Spotkanie odbyło się z okazji wręczenia artystce nagrody specjalnej im. Stefana Treugutta za rolę pani Alving w „Upiorach” Henryka Ibsena w reżyserii Anny Augustynowicz w Teatrze Telewizji.
Nagroda Treugutta już od lat premiuje osiągnięcia w teatrze małego ekranu, a zwłaszcza te, jak podkreślał Tomasz Miłkowski, prezes polskiej sekcji AICT, które wytyczają nowe ścieżki poszukiwań artystycznych.
Laudację wygłosił członek
Tropikalne wakacje
Słoneczne święta, skoro nie białe
Mamy za sobą długie tygodnie szarej jesiennej aury, a ponadto małe szanse na prawdziwą, śnieżną zimę. Niektórzy myślą o ucieczce nad tropikalne morza z białymi plażami, o ciepłych wakacjach w otoczeniu natury. I wcale nie muszą one być drogie, wystarczy się rozejrzeć w propozycjach czarterowych. Do najsłynniejszych kierunków tego typu należą Madagaskar, Kenia czy Zanzibar. Specjalne oferty dla rodzin, między listopadem a marcem, pozwalają spędzić urlop na Mauritiusie,






