Bydgoska walka o in vitro

Bydgoska walka o in vitro

Aby zablokować program in vitro, radny ściągnął policję na sesję rady miasta i prezydent musiał dmuchać w balonik

W Bydgoszczy projekt programu, który pozwala niepłodnym i niebogatym parom skorzystać z procedury zapłodnienia in vitro, przygotował rok temu bydgoski poseł Michał Stasiński (wtedy Nowoczesna, dziś poseł klubu parlamentarnego PO). – To był projekt obywatelski, bo zależało mi na stworzeniu czegoś ponadpartyjnego. A zająłem się problemem niepłodności dlatego, że PiS właśnie wygaszało rządowy program in vitro. Sam mam córkę i uważam, że ojcostwo to coś najlepszego, co mi się przytrafiło w życiu, i potrafię zrozumieć dramat par, które bardzo pragną dziecka, ale nie mogą go mieć – zapewnia Stasiński. Do współpracy zaprosił znanego bydgoskiego ginekologa prof. Wiesława Szymańskiego oraz Stowarzyszenie na rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian”. Program zakładał, że od połowy 2016 r. do połowy 2019 r. z budżetu miejskiego prezydent Bydgoszczy wyasygnuje ponad 2,4 mln zł na sfinansowanie procedury in vitro dla bydgoszczanek, które nie przekroczyły 40. roku życia. – Ponad tysiąc podpisów poparcia uzbieraliśmy błyskawicznie. A bydgoski dokument stał się podstawą opracowywania podobnych programów w innych miastach: w Szczecinie, Kaliszu, Ostrowie Wielkopolskim, Rzeszowie, Wrocławiu, Krakowie, Płocku, Warszawie, Grudziądzu, Toruniu, Włocławku, Inowrocławiu – nie kryje satysfakcji Stasiński.

Ratuszowa arytmetyka

– Od początku było wiadomo, że bydgoska prawica wyłącznie z powodów ideologicznych nie chce dosypywać z miejskiej kasy do in vitro – podkreśla Stasiński. Ale też było oczywiste, że jeśli radni PO dogadają się z kolegami z SLD, PiS nie będzie mogło zastopować programu. Bo radnych PO i SLD jest w radzie 18, a PiS tylko 12. I niewiele tu zmieni swoim głosem radny niezrzeszony, lecz sympatyzujący z PiS, Bogdan Dzakanowski. A PO tym razem dogadała się z SLD. Prawica jednak nie odpuszczała. Protestowała głośno. – Jako katolik z czystym sumieniem twierdzę, że zapłodnienie in vitro jest nie do przyjęcia, ponieważ jest zagładą dla tysięcy zarodków – przekonywał radny PiS Rafał Piasecki w „Expressie Bydgoskim”. Ten sam Piasecki, który – jak się okazało niedawno – psychicznie i fizycznie maltretował żonę.

Mirosław Jamroży (PiS): – Po ludzku żal mi jest tych, którzy nie mogą zostać rodzicami, ale dla mnie jest ważna społeczna nauka Kościoła. Dlatego nie mogę być za metodą in vitro. I mam prawo do obrony swojego światopoglądu. Ale nigdy nie będę oceniał tych, którzy się zdecydowali na in vitro. To sprawa ich sumienia.

Mimo pogłosek, że wojewoda i tak zniszczy projekt, uchylając uchwałę radnych, Nowoczesna wraz z bydgoskim ratuszem cyzelowały „bydgoskie in vitro”, wprowadzając dwie autopoprawki. – Długo czekaliśmy na pozytywną opinię Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. W rezultacie musieliśmy przesunąć czas trwania programu oraz kwoty pieniędzy przypadające na konkretne terminy – tłumaczy poseł Stasiński.

Radny idzie na całość

Nic nie zapowiadało, że posiedzenie rady miejskiej, na którym radni rozpatrzą program in vitro, przejdzie do czarnej historii bydgoskiego ratusza.

Podczas dyskusji nad uchwałą iskrzyło. – To nie była dyskusja, tylko zwyczajna pyskówka. Nie przyjmowano żadnych naszych argumentów. Wołali do nas: „Mohery!” i „Idźcie do kościoła!” – żali się Mirosław Jamroży.

– Radni PiS bardzo starali się nie używać argumentów ideologicznych. I zamiast tego nieprzekonująco dowodzili, że bardziej potrzebne są pieniądze na bieżące potrzeby, np. remonty i budowę dróg. Padło nawet określenie, że in vitro to luksus, na który nas nie stać. Ktoś szybko uświadomił, że jedno 80-procentowe dofinansowanie in vitro kwotą 5 tys. zł to drobiazg w porównaniu z procedurą implantu stawu biodrowego za ok. 20-30 tys. zł – wspomina gorącą sesję Stasiński, który brał udział w obradach jako wnioskodawca.

Nagle w trakcie obrad radny Bogdan Dzakanowski wyszedł do kuluarów i tam zadzwonił na policję. Mówił stonowanym, ale stanowczym głosem: – Proszę o przybycie i skontrolowanie alkomatem prezydenta i radnych, którzy obradują (…). Moim zdaniem, niestety, co niektóre osoby są pod wpływem alkoholu lub innych środków odurzających.

I jeszcze doprecyzował, o kim mówi: – Pan prezydent miasta Bydgoszczy i prezydium rady miasta Bydgoszczy.

Policja przyjechała po ok. 45 minutach. Najpierw w balonik dmuchał prezydent Rafał Bruski, potem przewodniczący rady Zbigniew Sobociński. Alkomat nie wykrył alkoholu.

– Po wyjeździe policji wręcz roztrzęsiony przewodniczący Sobociński uciął dalszą dyskusję – opowiada poseł Stasiński. Uchwała przeszła głosami radnych PO i SLD. Radni PiS oraz Dzakanowski byli przeciw.

Do sądu!

– Oczywiście sprawa znajdzie finał w sądzie. Pozwałem Dzakanowskiego za naruszenie moich dóbr osobistych. Otrzymał stosowny pozew również od prezydenta oraz od miasta jako instytucji – wylicza Zbigniew Sobociński (PO). – Jestem radnym trzecią kadencję i nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek zdarzyło się coś podobnego – nie kryje irytacji.

O ukaranie za bezzasadne wezwanie wnioskuje też policja, powołując się na art. 66 Kodeksu wykroczeń: „Kto ze złośliwości lub swawoli, chcąc wywołać niepotrzebną czynność fałszywym alarmem, informacją lub innym sposobem, wprowadza w błąd instytucję użyteczności publicznej albo inny organ ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny do 1500 zł. Jeżeli wykroczenie spowodowało niepotrzebną czynność, można orzec nawiązkę do wysokości 1000 zł”.

– Nie mamy nic wspólnego z radnym Dzakanowskim – stanowczo odcina się Mirosław Jamroży, przewodniczący bydgoskiego klubu radnych PiS. – Ale nie chcę go oceniać.

– Zawsze był specyficznym radnym. Tak od wielu lat buduje swoją rozpoznawalność i popularność. Robi to całkowicie świadomie. Jakiejś grupie ludzi to się podoba, bo został radnym. Jednak moim zdaniem bezzasadne wezwanie policji do ratusza wyklucza go z poważnej debaty publicznej – ocenia Stasiński.

Wojewoda kontratakuje

Decyzja wojewody kujawsko-pomorskiego Mikołaja Bogdanowicza uchylająca uchwałę radnych nie zaskoczyła nikogo. – Widać wyraźny sojusz tronu z ołtarzem – nie ma wątpliwości Stasiński. – Wojewoda Bogdanowicz, podobnie jak bydgoskie PiS, są w kręgu silnego oddziaływania o. Rydzyka.

„Uchwała bydgoskich radnych została przyjęta z naruszeniem obowiązującej procedury”, napisał w uzasadnieniu Bogdanowicz. Uznał, że: „(…) w zakresie rozpoznania potrzeb zdrowotnych organy gminy nie podejmowały własnych działań, lecz przejęły za własne ustalenia poczynione przez organizatorów programu”. Zastanawiał się, „czy tak zmodyfikowany program – przed przyjęciem uchwały przez radnych – nie powinien uzyskać akceptacji mieszkańców”. Uznał wreszcie, że „kwestią, która budzi zastrzeżenia nadzoru, jest legalność wprowadzenia autopoprawek do programu już po zaopiniowaniu jego treści przez AOTMiT. (…) Rada Miasta Bydgoszczy nie odniosła się do zaleceń i uwag wyrażonych przez prezesa AOTMiT. W uchwale nie wskazano, w jakim zakresie uwagi te zostały uwzględnione, ewentualnie z jakich przyczyn ich nie uwzględniono”. Bo opinia agencji, choć pozytywna i bezwarunkowa, zawierała także rady i wskazówki.

Radni na rozstrzygnięciu wojewody nie zostawili suchej nitki. Pierwsze dwie kwestie uznali za zwykłe czepianie się. Trudno uwierzyć, żeby wojewoda naprawdę uważał za konieczne opracowanie bydgoskiej mapy niepłodności, skoro potrzeby są z grubsza oszacowane i nic nie wskazuje, żeby Bydgoszcz, jeśli chodzi o skalę potrzeb, odbiegała od podobnych ośrodków. Nieprawdopodobne jest także, żeby bydgoszczanie wycofali poparcie dla programu, bo zmieniły się terminy i kwoty.

– Natomiast istotne jest rozstrzygnięcie – podkreśla Jan Szopiński (SLD), wiceprzewodniczący rady miasta – czy opinia AOTMiT, choć wymagana, jest również wiążąca. Otóż z treści ustawy o udzielaniu świadczeń zdrowotnych wynika, że nie. Warto przypomnieć, że samorząd województwa mazowieckiego wprowadził w tym roku program wsparcia leczenia niepłodności metodą naturalną tzw. naprotechnologii, mimo że program ten (w 2016 r.) uzyskał negatywną opinię agencji. Poza tym drobne zmiany co do czasu obowiązywania i wielkości środków są nieistotne z punktu widzenia agencji czuwającej nad procedurami medycznymi, a nie kwestiami finansowymi czy administracyjnymi. I nie kwalifikują się do uznania uchwały za sprzeczną z prawem.

Liczy się czas

– Zgodnie z prawem rozstrzygnięcie nadzorcze wojewody nie jest prawomocne. Przysługuje na nie skarga do wojewódzkiego sądu administracyjnego – tłumaczy Jan Szopiński.

– Droga sądowa przez WSA, a potem NSA może trwać nawet 18 miesięcy. To za długo. Dlatego dobrze by było, aby radni zgłosili ten projekt ponownie jako swój. Wtedy nie będzie to projekt obywatelski. A poprawiony znów trafi do agencji, co będzie nas kosztowało jedynie dwa miesiące zwłoki. I propozycja będzie gotowa do uchwalenia. Natomiast wytrącimy wojewodzie z ręki najważniejsze zarzuty, m.in. te o autopoprawkach, i skończą się dywagacje, czy mieszkańcy oraz agencja wiedzieli, na co głosowali. Jeśli zadziałamy szybko, trzy-cztery miesiące nam wystarczą – nie traci optymizmu Michał Stasiński.

– Obawiam się, że ciągłe przesuwanie terminu rozpoczęcia programu in vitro spowoduje, że nie wejdzie on w życie – nie kryje pesymizmu Zbigniew Sobociński.

Wszyscy, których pytaliśmy o losy „bydgoskiego in vitro”, zgodni są co do jednego: decyzja wojewody na pewno bardzo opóźni wejście w życie programu in vitro dla bydgoszczan. A to oznacza, że przekreśli szanse na macierzyństwo kobiet, które dziś kwalifikują się do programu, ale za rok czy dwa lata z uwagi na kryterium wiekowe już z niego wypadną.

Wydanie: 21/2017

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy