Cabu – wołam do Ciebie

Cabu – wołam do Ciebie

Tymi słowami żegna swojego przyjaciela rysownik Jacek Woźniak z paryskiego tygodnika „Le Canard Enchainé”. Cabu jest jedną z ofiar masakry, do której doszło w środowy poranek 7 stycznia. Dwóch zamaskowanych terrorystów wtargnęło do redakcji tygodnika satyrycznego „Charlie Hebdo”. Zabijali zgromadzonych tam dziennikarzy i rysowników metodycznie, bez pośpiechu. Według informacji podawanych przez francuskie służby bezpieczeństwa, jeden z bandytów przez prawie pięć minut strzelał z kałasznikowa do Cabu.
Cabu, jeden z najbardziej znanych i lubianych francuskich rysowników, odwiedził nasz kraj kilkakrotnie. Jego prace mogliśmy oglądać w łańcuckim Zameczku Romantycznym eksponowane obok rysunków Jacka Woźniaka i Jeana-Marie Kerleroux. Wtedy odbyła się ta rozmowa.

Masz reputację artysty zdecydowanie unikającego uczestnictwa w wystawach.
– Jestem przede wszystkim rysownikiem prasowym. Uczestniczyłem w kilku wystawach grupowych. Moje prace pokazywane były obok 20-30 innych rysunków. Ich poziom był bardzo zróżnicowany, a dobór przypadkowy. Na tym więc się skończyło.
Na wystawę w Łańcucie wyraziłeś jednak zgodę.
– Tu już decydowały całkowicie inne względy. Razem z Woźniakiem i Kerleroux założyliśmy internetową gazetkę satyryczną „Scorbut”. Razem pracowaliśmy w „Le Canard Enchainé”. Pomysł wspólnej wystawy w Łańcucie również przypadł mi do gustu.
Była jeszcze jedna indywidualna wystawa… w salonie fryzjerskim.
– Tak, faktycznie. To był bardzo szczególny pokaz. Miałem wtedy 14 lat. Fryzjer obcinał mi włosy za darmo, a ja przynosiłem mu po kilkanaście prac w każdym miesiącu. Wkrótce cały salon był nimi wytapetowany. Tam właśnie zobaczył je dziennikarz lokalnej gazety. Zaproponował ich publikację.
Jak oceniasz dzisiejszy rysunek prasowy?
– Nie jest dobry. Rysownicy w znakomitej większości nie mają własnych przekonań. Walczą nie o swoje idee, ale o miejsce w prasie. Szkoda.
Czytelnicy uwielbiają cię za odwagę. Politycy nienawidzą za atakowanie, a raczej ośmieszanie. Teraz wziąłeś pod lupę wszechobecną korupcję.
– Jako rysownik nie mogę wiele zwojować. Ziarnko do ziarnka. Oprócz komunizmu i faszyzmu widzę kolejne zagrożenie dla świata. Znaleźliśmy się pod dyktaturą pieniądza, która nie zna granic geograficznych. A to według mnie nowy, równie groźny rodzaj faszyzmu. Usiłuję uświadomić to poprzez skromną twórczość.
W świecie wszechobecnej korporacji, gdzie usiłuje się przeobrazić ludzi w bezwolne maszyny, niełatwo o sprzeciw. To pachnie kłopotami.
– Nigdy nie twierdziłem, że łatwo. Ale czy bezwolność i bezkrytyczne podporządkowanie się są opłacalne? Wcześniej niż później zapłacimy za wygodny konformizm. A cena jest wysoka. Płacisz samym sobą. Nie masz już swojego systemu wartości. Nie masz pasji, marzeń. Jesteś nie człowiekiem, ale cząstką w „ludzkim zasobie”. A jeśli się sprzeciwisz szefowi o niebo głupszemu od ciebie, będziesz roszczeniowym zasobem ludzkim. I w najlepszym razie zafundują ci dodatkowe pranie mózgu. W gorszym wydaniu wylecisz na bruk. Czy nie warto więc powalczyć za siebie choćby dla samego siebie?
Nie bez powodu rysunki, które publikujesz w naszej agencji jako stały współpracownik, cieszą się taką popularnością.
– Zachłanność, próżność granicząca z głupotą i obracanie się jedynie wokół własnej osi cechują wszystkich polityków i korporacyjnych bossów. Wszędzie jest tak samo, niezależnie od tego, o które państwo chodzi. Cieszę się, że moje prace podobają się polskim odbiorcom.
Z natury jesteś osobą bardzo tolerancyjną, otwartą na inność. A jednak konsekwentnie i dosadnie obnażasz i ośmieszasz słabości wpisane w ludzką naturę.
– Oglądając moje rysunki, ludzie albo się śmieją, albo wściekają, i dobrze, bo reagują, czyli myślą. A co z tego wyniknie? Chciałbym, żeby nauczyli się także śmiać z samych siebie. Nie jesteśmy ideałami, każdy ma swoje za i przeciw. Jedno, co mnie przeraża, to brak tolerancji. A jest on coraz bardziej zauważalny. Jego skutki bywają tragiczne, czego ciągle bywamy świadkami.
Jesteś też zapalonym podróżnikiem – efekt to ponad 30 książek. Czego cię nauczyły wędrówki po najodleglejszych zakątkach naszego globu?
– Pokory, szacunku i uśmiechu, takiego wbrew wszystkiemu i mimo wszystko. Pokory, bo zdałem sobie sprawę, że jestem jednym z miliardów mieszkańców Ziemi. Szacunku dla ludzi wyznających inną wiarę i z innej kultury, ludzi często bardzo ubogich, którzy przyjmowali mnie w swoich domach i oddawali to, co mają najcenniejszego, choćby najwygodniejsze miejsce do spania. Spotykałem ludzi skrajnie biednych i ciężko, bardzo ciężko pracujących; tych, którzy z różnych powodów tracili bliskich, domy, a mimo to nie zatracili pogody ducha. To mnie na dobre wyleczyło z malkontenctwa. Myślę, że na dobre.

Wydanie: 3/2015

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy