Jan Widacki

Powrót na stronę główną
Felietony Jan Widacki

Jeszcze o patologii w nauce

Kilka lat temu w Krakowie toczył się dziwny proces. Kuratorium, które bezskutecznie chciało dopaść dyscyplinarnie nauczyciela jednego z najlepszych polskich liceów, ale było w tym tak nieudolne, że sprawa zdążyła się przedawnić, złożyło na niego doniesienie do prokuratury. Zarzucane przewinienie dyscyplinarne, jakkolwiek by na nie patrzeć, nie dało się zakwalifikować jako przestępstwo, więc kuratorium, wtedy jeszcze pod światłym kierownictwem słynnej kurator Barbary Nowak, znalazło sobie coś innego.

Wykryto, że nauczyciel ten, skądinąd wychowawca wielu olimpijczyków, wielokrotnie nagradzany i wysoko oceniany przez dyrekcję liceum, parę razy wpisał do dziennika temat lekcji, a lekcji nie odbył! Raz wpisał jakiś temat, ale zamiast go realizować, poszedł z uczniami do nowo otwartego ogrodu profesorskiego obok Collegium Maius. Innym razem puścił uczniów, na ich prośbę, z ostatniej lekcji do domu. Kiedy indziej znów co innego wpisał do dziennika jako temat lekcji, a co innego robił z uczniami. Jeszcze innym razem – o zgrozo! – na lekcji informatyki, wychodząc widać z założenia, że nie samą informatyką człowiek żyje, napisał im na tablicy przepis na bigos! Oczywiście wzmianki o bigosie nie umieścił w dzienniku.

Nie wiem, czy na lekcji informatyki nie można poświęcić chwili bigosowi, a jeśli już się poświęci, czy trzeba z tego uczynić w dzienniku stosowny zapisek, uzupełniający temat lekcji. Pewnie nauczyciel nie powinien uczniów, nawet na ich prośbę, zwalniać z lekcji ani wpisywać do dziennika tematu,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Problem większy, niż się wydaje

Najpierw wyszła afera z Collegium Humanum. Akt oskarżenia trafił już do sądu. Przy takiej liczbie oskarżonych, jak uczy doświadczenie, sprawa będzie się ciągnęła kilka lat. Ostatnio „Newsweek” opisał zaś kolejną niepubliczną uczelnię, Wyższą Szkołę Kształcenia Zawodowego we Wrocławiu, nazywając ją dosłownie „sklepem z dyplomami”. Semestr „studiów podyplomowych” można zaliczyć w godzinę, a wszystkie zajęcia odbywają się online.

Sam kiedyś, próbując prześledzić, skąd się biorą coraz częściej powoływani w poważnych procesach biegli od „psychologii śledczej”, której na żadnej publicznej uczelni w Polsce nikt nie wykłada ani nie prowadzi z jej zakresu badań (a swoją drogą szkoda, że tak jest), dokonałem ciekawego odkrycia. Znalazłem małą prywatną uczelnię, która psychologów (w tym śledczych) kształci, w większości online oczywiście, w kilku ośrodkach rozrzuconych po całej Polsce. Kształci i nadaje tytuły magistra!

Wedle tego, co uczelnia podaje na swojej stronie internetowej, zatrudnia na stałe tylko jednego psychologa, specjalistę od opieki nad osobami cierpiącymi na skoliozę. Coś w tym jest. Nauka polska cierpi na swoistą skoliozę. Całej sprawie smaczku dodaje to,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Historia, która powtarza się jako farsa

Po tym, gdy marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty grzecznie odmówił Amerykanom zgłoszenia Donalda Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla, a odmowę tę spokojnie uzasadnił, konkludując, że jego zdaniem amerykański prezydent po prostu na nią nie zasługuje, rozpętała się awantura. Najpierw oburzony ambasador Thomas Rose zarzucił marszałkowi, że ten rzekomo wypowiedział skierowane przeciw Trumpowi obelgi. Wypowiedź marszałka Sejmu jest powszechnie znana i jako żywo nie ma w niej żadnych obelg, obraźliwych słów, epitetów i tym podobnych. Widać, dla ambasadora Rose’a sama wątpliwość, czy Trump jest geniuszem, już stanowi obelgę wymagającą pomsty. W dawnych despotiach nazywane to było „obrazą majestatu” i nieraz karane śmiercią. Gdzieniegdzie przez wlewanie roztopionego ołowiu do gardła tego, który majestat obraził. Ale Stany Zjednoczone – nawet gdy na ich czele stoi narcyz za nic mający prawo międzynarodowe, to domagający się Grenlandii, to znów chcący pochłonąć Kanadę, zmieniający zdanie w sprawach o kluczowym często znaczeniu dla świata średnio po trzy razy dziennie – wciąż jeszcze nie są starożytną despotią. Najlepszy dowód, że ambasador Rose nie zażądał, aby marszałka Czarzastego ukarać śmiercią, tylko ogłosił, że zrywa z nim wszelkie kontakty.

Reakcja na bezczelność ambasadora była (i wciąż jest) w Polsce osobliwa. Politycy prawicowi, którzy co rusz mówią o wstawaniu z kolan, o obronie polskiej suwerenności, której zagrożenia dostrzegają wszędzie, nie tylko runęli na kolana przed ambasadorem,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Lekarz bez granic

Wielu zastanawia się, dlaczego taką popularność zdobył Grzegorz Braun. Jak to możliwe, że ktoś, kto jeszcze niedawno miał w polskiej polityce pozycję klauna, dziś jest jedną z ważniejszych postaci sceny politycznej. Na tyle już się liczącą, że najpoważniejsi politycy rozważają, czy po wyborach w 2027 r. nie tylko będzie zasiadał w Sejmie, do którego wprowadzi podobnych sobie ksenofobów, nacjonalistów, antysemitów, rasistów i negacjonistów, w dodatku antyszczepionkowców i anty-Europejczyków – bo to jest raczej pewne – ale czy zostanie również koalicjantem PiS i czy ta koalicja będzie Polską rządzić.

To prawda, Brauna państwo polskie samo sobie wyhodowało. Pozwolono najpierw na to, by

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Problem z Madagaskarem

Zażartowałem sobie w poprzednim felietonie (nr 4/2026), że wykorzystując trudną sytuację Danii, podobnie jak wykorzystaliśmy swego czasu trudną sytuację sąsiadów (Czechosłowacji w 1938 r. – zażądaliśmy od niej Zaolzia, Spisza i Orawy – a ostatnio Ukrainy, domagając się przeprosin za rzeź wołyńską i zgody na ekshumacje), teraz, w dodatku zgodnie z doktryną Trumpa i naszą polityką historyczną, powinniśmy od Danii zażądać Bornholmu.

Jak się okazuje, żart był nieudany. Jedni zaczęli mnie podejrzewać, że chcę się ubiegać o stanowisko doradcy prezydenta Nawrockiego, drudzy, że przystępuję do Konfederacji. W jeszcze innych rozbudziłem nadzieje imperialne i pytają, dlaczego domagam się tylko Bornholmu, a tak lekko odpuszczam nasze słuszne pretensje do Madagaskaru.

Muszę teraz ze swojego głupiego – jak się okazuje – żartu się wytłumaczyć. Nie ubiegam się o funkcję doradcy pana prezydenta, nie zapisuję się też do Konfederacji.

Jeśli zaś idzie o Madagaskar, problem jest bardziej skomplikowany, niż mogłoby się w pierwszej chwili wydawać. Żądać Zaolzia, Spisza, Orawy, Bornholmu, ekshumacji i przeprosin od sąsiada, który znalazł się w opresji, to co innego. Madagaskar jest teraz niestety niepodległy. Nazywa się oficjalnie Republika Malgaska. Nie przeżywa też ostatnio żadnych kryzysów, które moglibyśmy sprytnie wykorzystać. To po pierwsze. Po drugie, na Madagaskar wprawdzie z Radomia jest niewątpliwie bliżej niż z Warszawy (ach, to genialne odkrycie posła Suskiego!), ale w sumie i tak dość daleko.

Kuszące niewątpliwie jest to, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Żądamy Bornholmu

Stojąc na straży bezpieczeństwa Polski, pomni tradycji II Rzeczypospolitej, wpisując się w doktrynę Trumpa i tym samym demonstrując jedność ideową z aktualnym prezydentem Ameryki, co niewątpliwie temu ostatniemu sprawiłoby przyjemność, mamy niepowtarzalną okazję wykorzystania trudnej sytuacji Danii. Powinniśmy zażądać od niej Bornholmu!

Ten Bornholm „po prostu nam się należy”, jak powiedziałaby pani ekspremier Szydło, albo, mówiąc prościej, tak jak o Grenlandii mówi prezydent Trump, „on nam po prostu jest potrzebny”. Jest potrzebny z wielu powodów. Niedaleko Bornholmu zdradziecko po morskim dnie przebiega (lepiej byłoby powiedzieć przepełza) rurociąg Nord Stream łączący Rosję i Niemcy. Niby na razie nieczynny, ale nie wiadomo na jak długo. Już samo to powoduje, że powinniśmy nad nim sprawować kontrolę. Z Bornholmu byłoby łatwiej. Wymaga tego bezpieczeństwo Polski! Mieszkańcy Polski Północnej, mając daleko do lotniska w Radomiu, z którego, jak słusznie wywiódł swego czasu poseł Suski, bliżej jest do Egiptu niż z Warszawy, zamiast latać w tak odległe rejony, mogliby wypoczywać na Bornholmie. A już na pewno bliżej na Bornholm niż do Egiptu mieliby kibole Lechii Gdańsk. Przecież za deklarowany tak głośno patriotyzm jakaś premia tym walecznym kibolom chyba się należy?.

Do tego dochodzą jeszcze racje historyczne, a także geograficzne. Zacznijmy od tych ostatnich. Z Kopenhagi na Bornholm jest ponad 180 km, i to tranzytem, przez kawałek Szwecji. Z Kołobrzegu tylko 50 mil morskich (ok. 93 km)! O połowę bliżej, w dodatku żaden tranzyt przez Szwecję nie jest potrzebny! A historycznie? Na Bornholmie ludzie żyli już w latach 9000-8000 p.n.e. i w tym czasie Bornholm miał połączenie lądowe z terenami dzisiejszej Polski i Niemiec. A z Danią nie! Później już (nawet znacznie później!) wyspę zamieszkiwali Burgundowie. No przecież nie Duńczycy! Potem mieszkańcy wyspy się zmieniali. Zasiedlali ją wikingowie, następnie pojawili się Duńczycy.

W wiekach IX-XII władztwo Duńczyków nad wyspą nie było wcale oczywiste, trwały o nią walki między Słowianami a Duńczykami. W XII w. znaczna część Bornholmu należała do szwedzkiego katolickiego arcybiskupstwa w Lund. W Lund już prawie nie ma katolików, a w Polsce jeszcze są, bez trudu można by wywieść, że już z tego powodu prawem dziedziczenia coś nam, katolikom, na tym Bornholmie się należy. Ale to dopiero początek.

W czasie wojny 13-letniej Duńczycy wspierali Krzyżaków i w pobliżu Bornholmu ich flota, wespół z inflancką, stoczyła walkę z trzema okrętami kaprów gdańskich. Za ten przykry incydent Duńczycy do dziś nie przeprosili. Potem był czas, gdy nad wyspą władzę sprawował związek hanzeatycki i dopiero w XVI w. Dania Bornholm odzyskała, ale nie na długo, bo wkrótce Duńczyków przepędzili Szwedzi. W przepędzeniu Szwedów z Danii pomagał dowodzony przez hetmana Czarnieckiego korpus polski,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Pana prezydenta głośny dzwon

Zupełnie wyjątkowo oglądam telewizję. Wiadomości sprawdzam w internecie, komentarze wolę przeczytać w papierowej prasie. Codziennie rano, jadąc samochodem, słucham TOK FM i to mi wystarcza. Telewizja jest mi w zasadzie do niczego niepotrzebna. Wiadomości są w stosunku do internetu spóźnione, a programy publicystyczne mają kilka powtarzalnych schematów. Albo grono polityków dyskutuje – ściślej, kłóci się – na temat podsunięty przez prowadzącego dziennikarza, albo dziennikarz zaprasza dwóch polityków, po jednym reprezentancie każdej strony sporu, albo dziennikarz (dziennikarka, „osoba dziennikarska”) zaprasza jednego tylko polityka i, bardziej lub mniej dopuszczając go do głosu, przedstawia swoje, znane wszystkim od dawna poglądy.

Nadmierna obecność w studiach telewizyjnych polityków, o których wiadomo z góry, co powiedzą, dyskutujących o polityce, jest dość wątpliwa poznawczo. To tak, jakby recenzje spektakli teatralnych pisali aktorzy, którzy w tych spektaklach wystąpili. A jednak telewizje (wszystkie telewizje, niestety) wolą zapraszać polityków niż ekspertów. Myślę, że robią to przynajmniej z dwóch powodów.

Po pierwsze, eksperci mogą być nudni i przemądrzali. Politycy, im bardziej fanatyczni, z ogniem w oczach, na pewno jako zjawisko są ciekawsi. A że w przeciwieństwie do ekspertów zwykle nie mają wiele sensownego do powiedzenia, to nic nie szkodzi. Wszak nie o prawdę tu chodzi, lecz o oglądalność. Eksperci próbowaliby przemawiać do rozumu, politycy odwołują się wyłącznie do emocji.

Po drugie, zaproszenie polityka, a nawet dwóch lub więcej polityków naraz, których poglądy i linia partyjna są powszechnie znane, zwalnia dziennikarza z nadmiernego wysiłku intelektualnego. Wystarczy, że rzuci politykom temat, jak z przeproszeniem psom ścierwo. Cóż to szkodzi, że z góry wiadomo, co który powie – zawsze jest nadzieja, że każdy z nich będzie się starał nie tyle wyłożyć swoje racje, ile częściej wykazać, że adwersarz jest głupi albo jest zdrajcą,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Dyskurs humanistyczny

Józef Michał Rosenblatt (1853-1917) to postać w dziejach Krakowa przełomu XIX i XX w. niezwykła. Profesor prawa karnego na Wszechnicy Jagiellońskiej, wybitny adwokat, wieloletni radny miejski. W każdej z wymienionych dziedzin swojej aktywności miał osiągnięcia niebywałe. Jako profesor prawa karnego był prekursorem pozytywizmu, wyraźnie wyprzedzając epokę zdominowaną przez konserwatywny klasycyzm, który reprezentował drugi, współczesny mu profesor prawa karnego, Edmund Krzymuski. Od tego ostatniego różniło Rosenblatta również to, że był zwolennikiem dopuszczenia kobiet do studiów.

Jako młody adwokat bronił w krakowskim procesie Waryńskiego i towarzyszy, a jego mowa obrończa została później wydrukowana w wydanym w Wiedniu zbiorze najlepszych mów obrończych wygłoszonych przed sądami c.k. monarchii. Radnym miejskim był przez kilka kadencji, przyczyniając się do rozwoju miasta. Postać niezwykła i wielce dla nauki polskiej i dla Krakowa zasłużona.

Ku swemu zdumieniu przekonałem się niedawno, że wyjaśnienia wymaga, czy Rosenblatt był Żydem, czy tylko „żydowskiego pochodzenia”. Sklasyfikowanie Rosenblatta wedle przepisów ustaw norymberskich okazało się niezbędne dla recenzenta jednego z polskich czasopism uniwersyteckich.

Ale po kolei. Ktoś napisał artykuł o książce Rosenblatta wydanej w roku 1900. Rozważał w nim, czy książka ta jest bardziej podręcznikiem, czy monografią. Takie problemy, jak widać, omawia się w ramach naukoznawstwa. Wysłał tekst do szacownego czasopisma uniwersyteckiego. Redakcja, zgodnie z procedurą, przed publikacją wysłała artykuł do oceny recenzenta. Jak można się domyślać, do osoby z pozycją akademicką.

Ów akademik wśród

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Smutne święta narodowców

Najbardziej nastrojowe polskie święta. Wiadomo, „wigilia drzewko, stół opłatki, wierzcie mi, wielka to godzina”, pisał z rozrzewnieniem legionowy poeta Józef Mączka, wspominając święta spędzone w okopach I wojny. Dalej zaś: „W Polsce – o jakże cudną bywa ta noc w królewskiej śniegów szacie, tam każda chata dzisiaj śpiewa, tam każde serce śpiewa w chacie pieśń, co w krąg echem się rozchodzi, wieszcząc radosne Bóg się rodzi!”.

Któż, nawet gdy dziś zabiegany, odczuwający przesyt przedświąteczną nachalną reklamą supermarketów, nie wspomina ze wzruszeniem świąt z czasów dzieciństwa? Któż, nawet jeśli niepraktykujący albo zgoła niewierzący, nie obchodzi tych świąt? Nie stroi choinki, nie śpiewa lub przynajmniej nie słucha kolęd? Nie zasiada do tradycyjnej wigilijnej wieczerzy? Kto nie składa najbliższym świątecznych życzeń? To bardzo polskie święta i bardzo piękna polska tradycja.

Każdy szczegół świątecznego obrzędu miał jakiś głębszy sens, czasem teologiczny, czasem bardzo praktyczny. Dzisiaj często ten sens jest zapomniany, obrzęd staje się pusty. Czasem tragicznie pusty, jak ten z jednym wolnym nakryciem wigilijnego stołu dla nieznanego, samotnego, zbłąkanego przybysza. Przy ilu pustych nakryciach wigilijnych polskich stołów rozprawiano o imigrantach jako intruzach?

A jak powinny wyglądać „polskie święta” w idealnej, wymarzonej przez narodowców Polsce dla Polaków, bez intruzów, gdzie czyta się tylko – jak zaleca pan prezydent – „książki polskich autorów”? Gdzie wszystko obce, co już przyszło z zagranicy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Co dalej z wymiarem sprawiedliwości?

Czy „państwem prawa” jest państwo, w którym nieczynny pozostaje Trybunał Konstytucyjny, połowa sędziów Sądu Najwyższego nie uznaje za sędziów drugiej połowy, a ta druga połowa nie uznaje uchwał pierwszej? Mało tego. Ta druga połowa nie uznaje też orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Część wyroków jest uchylana, bo w ich wydawaniu brali udział tzw. neosędziowie, ale tylko część, w zależności od tego, jakie ma poglądy sędzia, który rozpoznaje sprawę w drugiej instancji. Niekonstytucyjna w opinii większości środowisk prawniczych Krajowa Rada Sądownictwa wciąż produkuje kandydatów na neosędziów, a prezydent mianuje tylko niektórych, w dodatku nawet się nie kryjąc z tym, że wyboru dokonuje na podstawie kryteriów czysto politycznych.

Tenże prezydent, skoro już o nim mowa, nie uznaje nowego kierownictwa prokuratury, bo wedle niego zostało powołane ze złamaniem prawa. Dla pana prezydenta prokuratorem krajowym wciąż jest odwołany przez ministra Adama Bodnara i nieurzędujący od dwóch lat kolega Zbigniewa Ziobry i świadek na jego ślubie, prokurator w stanie spoczynku Dariusz Barski…

W sądach apelacyjnych są wakaty, bo sędziowie nie chcą awansować do nich w obecnej wątpliwej konstytucyjnie procedurze, aby nie stać się automatycznie „neosędziami”, produkującymi wyroki uznawane za wadliwe przez część środowiska i połowę Sądu Najwyższego. W najpoważniejszych sprawach karnych do składu orzekającego trzeba kooptować sędziów z wydziałów cywilnych, bo w

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.