Felietony
Inwazja obcych
W Pałacu Kultury i Nauki szumne otwarcie wystawy Grzegorza Rosińskiego, naszego przyjaciela ze Szwajcarii, autora słynnych komiksów. Przemawiało trzech ambasadorów. Był Rafał Trzaskowski, poznał mnie, podszedł. Serdeczna rozmowa. Wspomina, gdy jako siedmiolatek grał mnie, małego Tomka, i nawet był podobny do mnie w tamtym wieku. Nie tylko napisałem scenariusz, ale też sam grałem w tym serialu. Znałem także ojca Trzaskowskiego, świetny jazzman.
Wspomnienie z realizacji filmu; miał tam mały epizod Maciej Rayzacher. Aktor związany z opozycją, podobnie jak ja, ale wtedy się z tym nie afiszowałem. I nagle go zdjęto z planu, dosłownie w czasie gry, i dostał zakaz występowania. Kierowniczka planu się popłakała, ale co miała robić… Wracając do rozmowy z Trzaskowskim, pisałem o nim w poprzednim felietonie. Przyrzekłem sobie już dawno, że jeśli go spotkam, na co nie liczyłem, to powiem mu, że jest dobrym mówcą, ale mówi za szybko i błędem jest, że nie robi czasami krótkich pauz. Poza tym maniacko używa słów „to jest niesamowite”. Lepsza forma mówienia pomogłaby mu wygrać wybory prezydenckie. Nie mogłem mu tego jednak powiedzieć. Zrobiłoby mu się przykro i to byłby nietakt. Tak się z tym męczyłem, że szybko skończyłem rozmowę.
Politycy powinni pobierać lekcje retoryki, ale u nas nie ma takiej tradycji. Mówi się, „jak Bóg dał”. Niektórym dał wiele, choćby Tuskowi i Sikorskiemu, Sikorski bardziej się nadaje na prezydenta niż Trzaskowski, ale to arogant i ludzie to czują.
Trybunał Konstytucyjny. Jest, ale go nie ma
Parę tygodni temu pisałem, że byli rządzący zabarykadowali się w różnych instytucjach, traktując je jak przyczółki do walki o władzę. Życie przynosi potwierdzenie tamtych spostrzeżeń. PiS ma swoje bastiony i z nich strzela.
Ostatnio strzały oddał Trybunał Konstytucyjny, ciało obsadzone posłami i prokuratorami PiS. Trybunał rozpoznał pierwszy z serii wniosków prezydenta Dudy (ten dotyczył ustawy o NCBR) o stwierdzenie, czy ustawy przyjęte przez Sejm po wygaszeniu mandatów poselskich panów Kamińskiego i Wąsika są konstytucyjne. I uznał, że ustawa o NCBR konstytucyjna nie jest, gdyż przy jej uchwalaniu naruszono zasadę legalizmu, bo dwóch posłów nie zostało dopuszczonych do procedowania. To, że byli skazanymi prawomocnym wyrokiem przestępcami, w związku z czym ich mandaty wygasły, trybunału nie zainteresowało.
Odłóżmy na bok prawnicze rozważania, bo przecież w tej grze nie o prawo chodzi, ale o coś zupełnie innego – o podstawianie nogi rządowi, o sparaliżowanie go i odebranie władzy.
Zakwestionowanie ustawy o NCBR pozwala przypuszczać, że trybunał zastosuje identyczną wykładnię w sprawie innych ustaw przyjętych bez udziału Kamińskiego i Wąsika. Wśród nich jest ustawa budżetowa. A gdy ona zostanie uznana za niekonstytucyjną, prezydent będzie mógł stwierdzić, że budżetu nie ma, więc można rozwiązać parlament i ogłosić nowe wybory.
Czy ten scenariusz się ziści? Czy czekają nas wybory jesienią? Raczej nie, gdyż koalicja znalazła sposób na trybunał – 6 marca Sejm przyjął uchwałę, że z powodu sędziów dublerów orzecznictwo TK objęte jest wadą prawną. I w związku z tym nie drukuje jego orzeczeń. Tak oto nowa koalicja twórczo rozwinęła czyn Beaty Szydło, która jako pierwsza, gdy była premierem, zastosowała tę metodę blokowania TK (wówczas kierował nim prof. Andrzej Rzepliński).
Trybunał Konstytucyjny niby więc jest, ale go nie ma. Orzeka tak, żeby rządowi zaszkodzić, a rząd tych orzeczeń nie uznaje. Brutalnie mówiąc, o tym, co jest prawem, decyduje ten, kto ma policję. Trudno z tego się cieszyć.
Państwo PiS, czy raczej jego pozostałości, wciąż wisi nad nami. W efekcie mamy nie kohabitację, taką jak Kwaśniewskiego z Buzkiem oraz Lecha Kaczyńskiego i Tuska, lecz zawzięty bój. I tak pewnie będzie do wyboru nowego prezydenta RP, który pozwoli uchwalić ustawę porządkującą sytuację w trybunale. Nie tylko zresztą tam, bo i w sądach, w prokuraturze,
w mediach publicznych…
Warto o tym mówić. Po to, by nikogo nie naszła pokusa urządzenia się w państwie zbudowanym nam przez PiS jak w swoim.
Pro domo sua
Nauka polska jest chora. Jeśli ktoś ma co do tego jakieś wątpliwości, niech spojrzy na wyniki światowych rankingów. W tych zestawieniach najlepsze polskie uniwersytety lokują się w czwartej czy piątej setce. Podkreślam, te najlepsze. A te gorsze? Nie mieszczą się nawet wśród tysiąca ocenianych.
Do wielu chorób trapiących od lat polską naukę, takich jak jej chroniczne niedofinansowanie, w ostatnich latach doszły nowe. Gowinowa reforma zbiurokratyzowała naukę do granic możliwości. Ludzie, którzy powinni poświęcać większość swojego czasu na badania naukowe, tracą go na zajęcia biurokratyczne, które, jeśli w ogóle byłyby konieczne, powinny być wykonywane przez pracowników o innych niż naukowe kwalifikacjach. Każda uczelnia tworzy stosy do niczego niepotrzebnych dokumentów, z których generalnie nie tylko się nie korzysta, ale nawet do nich nie zagląda. Ich produkcja jest jednak niezbędna, bo raz na cztery lata wnikliwie studiują je rewizorzy z Polskiej Komisji Akredytacyjnej (zwanej pieszczotliwie Paką). Na ich podstawie ocenia się wydziały, dyscypliny naukowe i kierunki studiów. A od tej oceny zależy kategoria, jaką dostaje wydział. Od tej kategorii z kolei zależą uprawnienia do nadawania stopni naukowych i wysokość finansowania.
Co w trzcinie piszczy
Kiedy mieszkałem nad doliną Żylicy, bolały mnie zięby. Teraz w Cygańskim Lesie pierwiosnek budzi, zanim pierwsze auta zacharczą, no, ten to już się nie wysila muzycznie, powtarza w nieskończoność serię ćwirnięć na dwóch nutach, takie dźwiękowe zestawy szpilek, i jest to równie miłe uchu jak szczekanie pudla zostawionego samopas w mieszkaniu przez sąsiadów – uporczywe, jednostajne, monotonne.
Pojechałem na niż, żeby sobie urządzić zieloną szkołę z ptasich śpiewów, bo na drugim końcu Polski, nad wodami słodkimi inni dźwiękowi dominatorzy – wśród nich prym wiedzie mistrz techno-awangardy: trzciniak. Główny temat trochę między rechotem, piskiem i zgrzytami, jakby robot R2-D2 zagubiony na moczarach wzywał pomocy, ale między tymi frazami krótkie improwizacje, dzięki którym arie trzciniaka nie sprawiają wrażenia upierdliwie powtarzalnych, jak to jest w przypadku wszechobecnych zięb. Spływam rzeką, teraz tego brzydala łatwiej wypatrzyć, podpływając za głosem, bo wybiera do swoich wokalnych popisów czubki trzcin, na których dynda i stroszy piórka na głowie. Słyszę nagle nieco inną improwizację, moje podejrzenia wzbudza to, że ptak śpiewał w locie – nagrywam, sprawdzam, mam: rokitniczka przefrunęła mi nad kajakiem. A za chwilę słyszę wilgę, nigdy bym jej nie dojrzał, ale wiem, że gdzieś nieopodal w barwach Borussii Dortmund siedzi ten koleżka i zwiastuje deszcz.
Aplikacje telefoniczne do rozpoznawania roślin i zwierząt to spełnione marzenie mojej młodości – jeszcze dwie dekady temu chodziłem z przewodnikiem zielarskim w łapie i z mozołem oznaczałem gatunki, w dodatku tylko te najpopularniejsze, teraz wystarczy pstryknąć zdjęcie smartfonem lub, w przypadku ptaków śpiewających, zrobić kilkusekundowe nagranie i od razu wyskakuje gatunek. Wszyscy z marszu stajemy się botanikami, ornitologami, świat nagle gęstnieje od nazw i charakterystyk. Co więcej – apka botaniczna wykrywa choroby roślin i informuje, jak im zaradzić; czy dożyję takiego skanera ludzi?
Lewica znowu rządzi. Naprawdę?
Pisanie o Nowej Lewicy i Razem to niestety zajęcie jałowe. Ale skoro Czytelnicy pytają, dlaczego ta polityczna reprezentacja lewicy w parlamencie jest tak marna, próbuję odpowiedzieć. Choć robiłem to już wiele razy, a koń, jaki jest, każdy widzi.
Politycy rzadko robią to, co zapowiadali. Niech za przykład posłuży Paulina Matysiak, posłanka Razem. Jako kandydatka pięknie mówiła o wykluczeniu komunikacyjnym, które jest zmorą milionów Polaków. Z tysięcy wsi i miasteczek można się wyrwać, tylko mając zdezelowane auto, bo na inne ludzi nie stać. Trzeba coś z tym zrobić. Trudne, kosztowne, ale nieodzowne. Niewiele w tej sprawie zrobiło PiS, a teraz jest jeszcze gorzej. A posłanka Matysiak? Stała się gorliwą rzeczniczką CPK i szybkiej kolei. Też potrzebnych. Przyjemniej jest chodzić do mediów i popierać głupoty, które przy CPK się mnożyły, niż tułać się po tych setkach miejsc, do których nie można dojechać ani koleją, ani autobusem.
I tak można by pisać o kolejnych lewicowych wybrańcach. Pewnie trzeba będzie to robić, by oszukanych było mniej. I aby otworzyć drogę do polityki takim ludziom, którzy nie wysiądą z pociągu dla wykluczonych i będą rozwiązywać problemy. Aż do skutku.
A Nowa Lewica? Bardziej fatamorgana niż rzeczywisty byt. W praktyce jest to sprytnie skomponowana przez Czarzastego wydmuszka. Po celowym wyeliminowaniu tysięcy działaczy SLD zostali ludzie o szczególnych cechach charakteru i nieprzesadnej ideowości. Mylący służbę publiczną z prywatą. A demokrację wewnątrzpartyjną z podporządkowaniem Czarzastemu. Za frukty, które rozdaje po uważaniu. Pozujący w mediach na dobrodusznego wujka Czarzasty jest satrapą eliminującym każdego, kto ma inne zdanie niż on albo mógłby mu w przyszłości zagrozić.
Czarzastemu i Biedroniowi zawsze chodziło o władzę. I tylko o władzę. Nawet się z tym nie kryli. Hasło „będziemy rządzić” zastąpiło program wyborczy. Pamiętamy triumfalne mowy Czarzastego, że po iluś latach Lewica znowu rządzi. Naprawdę? Czy Tusk o tym wie? Może by Czarzasty po pół roku rządzenia pokazał jakieś dowody. Jeden wszyscy znają – prawie cały klub Nowej Lewicy dostał posady w rządzie. Można by trochę gorzko zażartować: i niech Bóg ma w opiece nasz kraj.
A wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego? Politycy Nowej Lewicy i Razem okazali się prawdziwymi sztukmistrzami. To jedyne partie lewicowe w Europie, które młodzi ludzie omijają szerokim łukiem. Co jest z nimi nie tak, że przeskoczyła je Konfederacja?
Zaczynamy dyżury redakcyjne.
W poniedziałek będę do dyspozycji Czytelników w godz. 14-16.
A redaktor Robert Walenciak w środę w godz. 13-15.
Telefon: +48 22 635 84 10.
Wycieczka do eurokołchozu
Wielka radość ze zwycięstwa Igi Świątek w Paryżu na turnieju Rolanda Garrosa. Największy talent i sukces sportowy w historii Polski. Iga ma jedną wadę, źle mówi. Niechlujnie, niesprawnie. Czepiam się, bo wystarczy nad tym trochę popracować, w starożytności uczono sztuki wymowy. Teraz to upadło. Ale problem dotyczy też polityków. Tusk ma do tego naturalny dar, nie musi się uczyć, on może innych uczyć. Kłopot jest z Rafałem Trzaskowskim, mówiłby świetnie, gdyby nie tak szybko i gdyby robił co jakiś czas przerwy, by podkreślić myśl. U niego zmiana byłaby prosta. Nikt mu jednak tego nie powie. A w grze jest prezydentura. Mistrzem pauz jest Duda – byłby dobrym mówcą, gdyby w głowie nie miał narodowej jajecznicy. I te małpie miny z innej planety.
Po kilku latach wracamy do tenisa. Ja i mój tenisowy partner gramy od niemal pół wieku, on malarz znakomity. Zawsze ważne były rozmowy w przerwie i po grze, też pod prysznicem. Ileż myśmy się nagadali, najpierw złorzecząc na Polskę Ludową, a potem na naszą nacjonalistyczną prawicę. Odstawienie tenisa zostało wymuszone przez wymianę u mnie dwóch bioder. I są jak nowe. Ruszamy się jednak z trudem. Jakbyśmy dźwigali na grzbiecie worki kartofli. Okropne uczucie. W tenisie ważna jest praca nóg, jak źle pracują, źle uderza się piłkę. Problem to wiek i brak ruchu.
Wiek? Znowu ustąpiła mi w autobusie miejsca młoda dziewczyna, a ja nie zaprotestowałem i usiadłem. To znak, że pogodziłem się ze swoim losem. A może tylko chcę być blisko i przytulnie z książką, którą zabieram do autobusu.
Zginął żołnierz na polsko-białoruskiej granicy. I afera z aresztowanymi żołnierzami. Niebywałe wzmożenie narodowe. Jak słucham, co gadają nasi nacjonaliści, czasami sam sobie współczuję, że skazałem siebie na komentowanie polityki. Kiedy indziej myślę, że to przywilej, bo to słowoterapia. Ale gdy w przeddzień wyborów zapadła cisza wyborcza, od razu zawiało wielką nudą.
Brednie prezesa na temat klimatu zapierają dech w piersi. Tysiące najwybitniejszych klimatologów i fizyków atmosfery mówi jednym głosem: jesteśmy winni zmian klimatycznych i szybko zmierzamy do katastrofy. Prezes zaś powtarza na wiecach, że to „szaleństwo klimatyczne, klimat jak świat światem się zmieniał”. Jako dowód przytacza słowa noblisty sprzed pół wieku, bynajmniej nie fachowca od klimatu, który miał powiedzieć, że „wszystkie samochody świata naraz uruchomione mają mniejszy wpływ na klimat niż w wielkiej hali sportowej zapalenie jednej zapałki”. Prezesowi niezwykle spodobała się ta zapałka. I nieustannie zapala ją na swoich wiecach. Rozumiem, że takie poglądy może mieć słuchaczka Radia Maryja, ale prezes? Słucham i uszom nie wierzę. Jeśli wierzy w swoje słowa, to jest durniem, jeśli mówi to cynicznie – nic go nie obchodzą losy świata, ważne tylko, żeby wygrać wybory. Tło prezesa na tych wiecach to kilku osobników. Największy kłamca Rzeczypospolitej Jacek Kurski ze swoim drwiącym uśmiechem, mówiącym, że życie to tylko spektakl i kpina, w czym jest podobny do Urbana. I Ryś Czarnecki, byle tylko się pokazać. Jako trzeci w tym kabarecie Bielan, cynik o obliczu, jakby ktoś je nadmuchał.
Przyboczni prezesa to kukły z Muppet Show. I taka oto gromada jedzie do Brukseli, czyli, jak mawiają, do „eurokołchozu”, ulubione powiedzenie Grzegorza Brauna. Mamy jak w banku, że polski głos w Brukseli będzie słyszalny.
Porażka PiS w eurowyborach. KO górą, a właściwie górką, ale ten jeden punkt przewagi nad PiS jest na wagę złota, bo ma wymiar symbolu. To nie pyrrusowe zwycięstwo, tylko, powiedzmy, malutkie, a jednak stanowi zapowiedź wygrania wyborów prezydenckich. Sukces Konfederacji, która lokuje się na trzecim miejscu. Czyli przedwojenny ONR ma we współczesnej Polsce wielu wyznawców. PiS i Konfederacja to bracia bliźniacy, na razie się nie lubią, ale to groźne pokrewieństwo, bo z przyszłością. Niestety, to dramat całej Europy, populiści, faszyści wszędzie puchną. Smutne, że młodzi tak powszechnie głosują na Konfederację. Rozumiem mechanizm. Patrzę na swoje dzieci, lubią Brauna i Korwin-Mikkego, ale na takiej zasadzie, jak fascynują nas małpy w klatce. Tak ponuro w tej polityce, a tu nagle takie cudaczne wygłupy. Hitler też by ich śmieszył, na początku.
Sen o apolitycznej prokuraturze
Proszę spojrzeć do gazet, w telewizor albo w internet. Zmarł żołnierz brygady pancernej pchnięty przez kogoś nożem poprzez graniczny płot. Dziś politycy i dziennikarze nie mają wątpliwości: został ugodzony nożem przez nielegalnego migranta. Czy są znane jakieś nowe ustalenia śledztwa? Jeszcze przed kilkoma dniami podejrzewano, że śmiertelny cios mógł zadać funkcjonariusz białoruskich służb. A może zbrodnię tę popełnił przewodnik, przemycający migrantów przez zieloną granicę? Już wiemy na pewno, że to nielegalny migrant?
Jak za pewnik uchodzi, że nożem pchnął migrant, tak nikt już nie ma wątpliwości, że „haniebnie zakuci w kajdanki” przez żandarmerię żołnierze zostali potraktowani w ten sposób za to, że „oddali strzały ostrzegawcze”. Aczkolwiek jednemu z ministrów się wypsnęło, że „oddali strzały ostrzegawcze w kierunku nacierających migrantów”. W takim razie były to strzały ostrzegawcze (te ustawa zalicza do „wykorzystania broni palnej”) czy strzały w kierunku migrantów? Bo to wedle ustawy jest już „użyciem broni palnej”, a przy „użyciu” obowiązują inne rygory i procedury. Ponadto, jak się dowiadujemy z jeszcze innych relacji, strzały oddawane były w ziemię „pod nogi migrantów” i… rykoszetowały o płot. A jeśli rykoszetowały o płot, to znaczy, że wcześniej rykoszetowały od mchu porastającego ziemię w puszczy lub od krzaków borówek. Całość obrazu zamazuje jednak fakt, że tę niedobrą żandarmerię wezwała Straż Graniczna…
Oburzenie powszechne: polityków wszystkich opcji, dziennikarzy, a na koniec opinii publicznej, wywołało to, że żandarmeria skuła żołnierzy w polskich mundurach! Faktycznie coś niebywałego! Tyle że żandarmeria to policja wojskowa. Obiektem jej działań porządkowych, konwojowych, często prowadzonych z użyciem środków przymusu bezpośredniego, są żołnierze. A oni są najczęściej w mundurach. Polskich. No bo jakich?
Moralne równanie w dół
Pomimo że moralność chrześcijańska istotnie się różniła od moralności greckiej, a moralność doby oświecenia od moralności średniowiecznej, kultura zachodnia od samych swoich początków aż do dziś wspierała się na pewnym trwałym zestawie wartości etycznych. Tak było, ale już nie jest. Obserwuję świat polityki. Czytam teksty o dzisiejszych praktykach biznesowych, a niekiedy doświadczam ich na własnej skórze. Od czasu do czasu zerkam na różnego typu programy rozrywkowe w telewizji, przyglądam się także sferze medialnej internetu. Wiem, że z tych lektur i obserwacji, a także osobistych doświadczeń, nie należy wyciągać zbyt generalnych wniosków. Mam jednak nieodparte wrażenie, że można z nich wydedukować przynajmniej pewną tendencję.
Idzie o coś, co nazwałbym – używając określenia ukutego przez wielkiego filozofa niemieckiego Fryderyka Nietzschego – tendencją do „przewartościowania wszystkich wartości”. Jak wiadomo, jemu chodziło o odejście od chrześcijaństwa i budowę własnej etyki („etyki dostojnej” zbudowanej na gruzach „etyki niewolników”). Mnie chodzi o coś innego. O wskazanie, że wspomniany wcześniej zestaw wartości moralnych obecnych w kulturze zachodniej jest teraz systematycznie niszczony, że to, co przez wieki uchodziło za zło, coraz częściej jest traktowane jako moralna norma. A przecież upadek moralności idzie krok przed upadkiem jako takim, czego widomym dowodem jest zmierzch Cesarstwa Rzymskiego.
Kto to wszystko wygrywa?
Po każdych wyborach, referendach i innych formach zbiorowego wyrażenia opinii, stanowiska, które jest wprost policzalne, następują analizy, rozkminy, przemyślonka, wszak po coś te głosowania są, coś z nich winno wynikać, czegoś można się nauczyć, cokolwiek zrozumieć, przygotować się na przyszłość. To oczywiście skrajnie optymistyczna wersja. Przeważnie nic istotnego z tego wałkowania wyników przecież nie wynika.
To kto wygrał te wybory europejskie? Platforma, PiS, Tusk, Kaczyński, Konfa? Polska, Europa? Lepiej widać, kto przegrał: Trzecia Droga, Lewica, Jacek Kurski (to akurat cieszy). Ale właściwie dlaczego? Mamy tylko przybliżone modele interpretacyjne, które nakładają się na siebie, zniekształcając obraz całości, i pojedyncze, anegdotyczne historyjki; w skali społeczeństwa to nie działa. Pół roku tuskowych rządów przynosi oczekiwaną, wypatrywaną od dekady mijankę dwóch zmór politycznych polskiej sceny – PiS i Platformy? Potworna polaryzacja, której bynajmniej nie złagodziły „epokowe” wyniki jesiennych wyborów, podtrzymuje klincz dwóch najmocniejszych zawodników, a nogę w drzwi, zgodnie z europejskimi i światowymi trendami, wkłada skrajna, antyunijna prawica konfederacka. Ale już dawno nas przecież nie dziwi, że do koryta obfitości pchają się ludzie pod hasłami nienawiści do samego koryta. Oczekiwanie od polityków, a także od klasy wyborczej, że będzie spójna i konsekwentna, to dzisiaj jakaś perwersja umysłowa. Nic nie łączy się z niczym, nic z niczego nie wynika, nic za niczym nie stoi – ludzkie poglądy rozbijają się półprzytomnie po scenie jak wolne elektrony. Co ma z tego Polska, Europa? Niewiele albo jeszcze mniej, ale co za problem? Tak już jest, trzeba z tym się pogodzić.
Bezgranicznie
Powiedzieć, że wydarzenia na granicy polsko-białoruskiej rozpalają wyobraźnię, generują spory, wywołują debaty w Polsce – to powiedzieć o wiele za wiele. Garstka się gorączkuje, oburza, próbuje nagłośnić, jeszcze mniejsza grupa realnie pomaga na samej granicy. Większość, jak zawsze, pozostaje niema, niezainteresowana, obojętna albo zgodnie z polityczno-rządowymi przekazami (a te ku zdziwieniu niektórych są za rządów Koalicji Obywatelskiej identyczne jak za PiS) wroga wobec osób przekraczających granice państwa poza formalnymi regułami. Taka to geo-euro-polityka. Zdarza się, że osoby o wolnościowym, wydawałoby się, nastawieniu pytają dramatycznie (najczęściej tylko w mediach społecznościowych): „To jak? Mamy ich wszystkich wpuszczać? Przecież są albo mogą być groźni?”. Zgodnie z wieloma unormowaniami międzynarodowymi, w tym europejskimi, istnieją formalne procedury azylowe, zasady postępowania, ścieżka procedowania spraw osób, które dostały się na teren Rzeczypospolitej Polskiej inaczej niż oficjalnym przejściem granicznym, z wszystkimi niezbędnymi dokumentami. Zasadniczo istota tych reguł jest prosta niebywale: jeśli ktoś poprosi o ochronę międzynarodową, tym samym uruchamia określone przepisami postępowanie. W wyniku tego postępowania uprawnione urzędy powinny podejmować określone decyzje.
Problemem, z którym zmagamy się od początku „kryzysu” na granicy, jest to, że polskie służby (Straż Graniczna, wojsko, policja) od lat łamią i naruszają te zasady, de facto łamią prawo. Najdotkliwszym zachowaniem są pushbacki, czyli wypychanie, wyrzucanie na drugą stronę granicznego płotu zatrzymanych osób, niektórych po kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt razy. Wśród tych osób są dzieci, zdarzały się kobiety w zaawansowanej ciąży. W iluś konkretnych wypadkach polskie sądy wydawały już wyroki, które takie praktyki „obrońców granic” określiły jako ewidentne łamanie prawa. I co? I nic?
Po zmianie władzy praktyka nie zmieniła się, może tylko chwilami ostrze propagandowe działa z inną motoryką.






