Historia
Nawrocki chce nowej konstytucji. Z ustrojem prezydenckim dla siebie
„W piękny wiosenny dzień, słoneczny i ciepły, za siedemnaście piąta po południu Zgromadzenie Narodowe uchwaliło Konstytucję III Rzeczypospolitej. Mazowiecki miał bardzo dobre przemówienie, najlepsze z przemówień klubowych”, zapisał w dzienniku w środę 2 kwietnia 1997 r. Waldemar Kuczyński, wówczas znaczący polityk Unii Wolności i bliski współpracownik Tadeusza Mazowieckiego.
Pierwszy premier demokratycznej Polski swoje wystąpienie na forum połączonych izb parlamentu zakończył słowami: „W społeczeństwie pluralistycznym konstytucja nie może być konstytucją jednej części narodu przeciw innej; musi być wyrazem konsensu i kompromisu. (…) Polsce potrzebna jest konstytucja, umacnia ona przemiany roku 1989, wskazuje dalszy kierunek rozwoju. Polskiemu życiu politycznemu potrzebny jest dowód zdolności wznoszenia się ponad podziały. Chciałbym bardzo, abyśmy wszyscy – i na tej sali, i poza nią, i ci, którzy krytykowali tę konstytucję, byli jej przeciwnikami – wznieśli się ponad to, by zdać ten egzamin mimo przeszkód, które w nas samych namiętności sprawować mogą”.
29 lat temu te słowa mogły brzmieć jak dzwonek alarmowy, lecz politycy, którzy dali Polsce nową ustawę zasadniczą, z pewnością nie wyobrażali sobie, jak będzie ona traktowana przez ich następców. Konstytucję uchwalono w przeddzień świąt wielkanocnych, dlatego mogłaby – jak proponował przed laty prof. Andrzej Romanowski – być nazywana „wielkanocną”, co symbolicznie kończyłoby etap politycznego zmartwychwstania niepodległej, demokratycznej Polski. Jednak dziś taka symbolika byłaby szyderstwem albo wręcz bluźnierstwem. Wszak polska prawica tak gruntownie podeptała tę konstytucję, że może ona co najwyżej zajmować miejsce w Muzeum Historii Polski, gdzie wraz z wyrzuconym z Pałacu Prezydenckiego Okrągłym Stołem będzie symbolizować epokę złudzeń i naiwności ojców założycieli III RP.
A przecież tego należało się spodziewać! Wspomniany Waldemar Kuczyński pod datą 24 lutego 1997 r. zapisał: „Pierwszy dzień obrad Zgromadzenia Narodowego pod projektem Konstytucji. Dzień dziś wiosenny, choć raczej pochmurny. Obrady konstytucyjne są na czołówkach mediów, ale w narodzie wydarzeniem nie są. Nie czuje się, żeby ludzie się tymi obradami przejmowali. W siedem lat po 1989 r., po upadku komunizmu, klimat momentu wielkiej przemiany historycznej minął i nie ma szans, by Konstytucję przyjmowano w atmosferze wielkiego przeżycia narodowego. Tym bardziej że życie bardzo się przyziemniło”.
Brak „atmosfery wielkiego przeżycia narodowego” dobitnie ujawnił się w referendum mającym zatwierdzić ustawę zasadniczą, które odbyło się 25 maja 1997 r. Frekwencja wyniosła zaledwie 42,86%, więc paradoksalnie według zapisów nowej konstytucji wynik takiego głosowania nie byłby ważny (wprowadziła ona wymóg uzyskania przeszło 50-procentowej frekwencji w referendach ogólnopolskich). Spośród 12 mln głosujących za projektem Zgromadzenia Narodowego opowiedziało się zaledwie 6,4 mln (53,45%), a przeciw 5,5 mln (46,55%). Formalnie zatem naród konstytucję zatwierdził, faktycznie zaś poparła ją mniejsza część społeczeństwa.
Pas biblijny
Ale nie tylko zobojętnienie Polaków – zupełnie naturalne po siedmiu latach trudnych ekonomicznie i często niezrozumiałych politycznie reform – ujawniło się w wyniku tego referendum. Gdy spojrzeć na mapę ówczesnych 49 województw, łatwo zauważyć wyraźny podział kraju na dwie części. W 16 województwach przewagę w głosowaniu zdobyli przeciwnicy konstytucji. Oprócz województwa gdańskiego (żyjącego jeszcze świeżą przegraną Lecha Wałęsy z 1995 r.) był to zwarty pas wschodniej i południowej Polski: białostockie, łomżyńskie, ostrołęckie, siedleckie, bialskopodlaskie, lubelskie, zamojskie, tarnobrzeskie, rzeszowskie, przemyskie, krośnieńskie, nowosądeckie, tarnowskie, krakowskie i bielskie. Zatem dawna austriacka Galicja i wschodnia część rosyjskiej Kongresówki. Ustawę zasadniczą III RP zawdzięcza więc głównie terenom dawnego zaboru pruskiego oraz poniemieckim Ziemiom Odzyskanym – i oczywiście dużym miastom, które zawsze głosują odmiennie niż tereny wiejskie.
Województwa, w których przeważył sprzeciw wobec konstytucji, do dziś stanowią nasz odpowiednik amerykańskiego pasa biblijnego, który konsekwentnie głosuje na prawicę – od 2005 r. głównie na PiS – i narzuca Polsce kolejnych prezydentów: Lecha Kaczyńskiego,
Premierzy Kaczyńskiego: od Mazowieckiego do Czarnka
Czy następnym szefem rządu zostanie Przemysław Czarnek? Ogłoszenie jego kandydatury półtora roku przed wyborami parlamentarnymi tylko pozornie wydaje się przedwczesne. W istocie Jarosław Kaczyński kolejny raz postanowił przejąć inicjatywę, narzucając polskiej scenie politycznej kierunek rozwoju w wymiarze tyleż ideologicznym, co przede wszystkim personalnym.
Nie ma w dziejach III RP drugiego tak skutecznego polityka. Po raz pierwszy swoją sprawczość pokazał już 37 lat temu, latem 1989 r., gdy wraz z bratem (obaj byli świeżo wybranymi senatorami z listy Solidarności) otrzymał od Lecha Wałęsy misję utworzenia koalicji rządowej Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego ze Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym i Stronnictwem Demokratycznym. To „odwrócenie przymierzy” przez dotychczasowych satelitów PZPR uniemożliwiło powołanie rządu z gen. Czesławem Kiszczakiem na czele (pod patronatem nowo wybranego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego), a w rezultacie na czele nowego gabinetu stanął bliski doradca Wałęsy Tadeusz Mazowiecki.
Mazowiecki i początek „przyśpieszenia”
Wybór Mazowieckiego nie był przypadkowy. Sam lider Solidarności nie miał ochoty zostawać premierem, w grę wchodzili zatem trzej opozycjoniści o największym autorytecie: Jacek Kuroń, Bronisław Geremek i właśnie Mazowiecki. Spośród nich jedynie ten ostatni był praktykującym katolikiem, a nawet znanym dziennikarzem katolickim, tylko on też nie należał w przeszłości do PZPR, choć w czasach stalinowskich był aktywnym działaczem PAX, a potem wieloletnim posłem na Sejm PRL z ramienia koła Znak.
To zresztą znamienne dla solidarnościowej opozycji, że większość jej czołowych postaci miała w życiorysach dłuższą lub krótszą aktywność w oficjalnych strukturach PRL. Wtedy to Kaczyńskiemu nie przeszkadzało – i prawdę mówiąc, nie przeszkadzało mu nigdy w przypadku ludzi, którzy stali po jego stronie. Co innego przeciwnicy polityczni – tym zawsze potrafił wypomnieć „niewłaściwą” przeszłość, choć sam do 1989 r. wiódł dosyć spokojny żywot żoliborskiego inteligenta pochodzącego z rodziny dobrze ustawionej w tamtym ustroju.
Tadeusz Mazowiecki był więc pierwszym premierem wykreowanym przez Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście trzeba pamiętać, że nagły i niespodziewany awans 40-letniego zaledwie senatora Kaczyńskiego możliwy był tylko dzięki Wałęsie, który pod koniec lat 80. poszukiwał nowych współpracowników i znalazł ich w bliźniakach wywodzących się co prawda z przedsierpniowej opozycji, ale zajmujących tam znacznie niższą pozycję niż ludzie otaczający Wałęsę w początkach Solidarności.
Nie powinno zatem dziwić, że dla żadnego z braci Kaczyńskich nie znalazło się miejsce w pierwszym rządzie solidarnościowym, co zwłaszcza Jarosław musiał odebrać jako osobiste upokorzenie (Lech Kaczyński był wtedy zastępcą Wałęsy w NSZZ Solidarność i faktycznie kierował strukturami związku). Sam zresztą po latach wspominał: „Gdyby Mazowiecki dał mi wtedy sekretarza stanu, to bym się cieszył. Ale nic nie chciał dać”.
Pewną satysfakcją dla młodego, ambitnego polityka mogło być powierzenie mu przez Wałęsę jesienią 1989 r. funkcji redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność”, którą wcześniej pełnił Mazowiecki. Spowodowało to bunt i odejście większości zespołu redakcyjnego, ale dzięki temu Kaczyński mógł uczynić z oficjalnego pisma związku własny organ polityczny i ośrodek budowania przyszłej partii.
Partią tą stało się Porozumienie Centrum, utworzone w maju 1990 r., początkowo jako szeroki sojusz prawicowych środowisk popierających kandydaturę Lecha Wałęsy na prezydenta RP. Bo to właśnie prezydenckie ambicje gdańskiego noblisty postanowili wykorzystać bracia Kaczyńscy jako trampolinę do władzy i dominacji na scenie politycznej. A właściwie głównie Jarosław, który po latach wspominał: „Mój brat był zdecydowanie przeciwko wysuwaniu Wałęsy na prezydenta, bo znał go lepiej niż ja. Tę sprawę ja forsowałem. (…) Kalkulowałem na zimno, że trzeba wykorzystać dynamikę Wałęsy do stworzenia nowej siły politycznej”.
Na nieszczęście dla dalszych losów Polski przeciwnicy PC i Wałęsy przeforsowali koncepcję powszechnych wyborów prezydenckich, licząc na osobistą popularność ich kandydata – premiera Mazowieckiego. Sam Kaczyński był początkowo zwolennikiem wyboru Wałęsy przez Zgromadzenie Narodowe, ale gdy rozpoczęła się kampania wyborcza, szybko zrozumiał, jak świetnym polem dla demagogii i populizmu są powszechne wybory prezydenckie – i lekcji tej nie zapomniał do dzisiaj. To bowiem Kaczyński był ojcem demagogicznej i populistycznej polityki w III RP, rzucając już wiosną 1990 r. hasło „przyśpieszenia”, stanowiące krytykę rzekomej zbytniej powolności i zachowawczości rządu Mazowieckiego. Sam później tak definiował owo „przyśpieszenie”: „Należało przystąpić do zdecydowanych działań: zdelegalizować PZPR i
Rzeź Woli: nieukarane ludobójstwo
Jako autorka książki „Opowieść mojej mamy” (Znak Horyzont 2023, nominacja do Nagród Historycznych „Polityki” 2023) pozwalam sobie odnieść się do tekstu autorstwa Pana Redaktora Pawła Dybicza z nr. 31/2025.
Przede wszystkim publikowany w tekście dokument „Dzielnica Wola w powstaniu warszawskim” nie jest pierwszym naukowym opracowaniem ludobójstwa na mieszkańcach Woli, powstałym „niemal na gorąco”, „zaledwie trzy lata od opisywanych wydarzeń”.
Prawdziwie pierwszym dokumentem relacjonującym te dramatyczne wydarzenia jest powstała w sensie dosłownym „na gorąco”, bo na podstawie zeznań świadków zebranych jeszcze w trakcie powstania i zaraz po jego zakończeniu, pozycja naukowa pt. „Zbrodnia niemiecka w Warszawie w 1944 r.” w opracowaniu Edwarda Serwańskiego i Ireny Trawińskiej (Wydawnictwo Instytut Zachodni, Poznań 1946, reprint z 2017 r.). Książka ta jest plonem spektakularnej, bezprecedensowej, chociaż mało znanej konspiracyjnej akcji Polskiego Państwa Podziemnego o kryptonimie „Iskra-Dog”. Istotą akcji, przeprowadzonej w całości przez środowisko organizacji niepodległościowej Ojczyzna wyrosłej z Wielkopolski, było zbieranie, opracowanie i opublikowanie 314 tzw. protokołów powstańczych. Trzy z nich – zawarte w ww. publikacji, która została włączona przez polską delegację w Norymberdze do materiałów oskarżycielskich – zostały odczytane, jako jedyne polskie źródło tego rodzaju, w trakcie procesu norymberskiego (w internecie dostępne jest nagranie z tego dnia procesu, wersja angielska i niemiecka, jest też polska transkrypcja).
Inicjatorem i koordynatorem akcji był poznański historyk, profesor Instytutu Zachodniego, Edward Serwański (mój Ojciec).
Akcja „Iskra-Dog”,
Łzy pradziadka
Obgadywałem sprawę zniesienia pańszczyzny. Gospodarzom podobały się moje słowa, lecz nie uwierzyli, żeby panowie tego chcieli
W lipcu 1845 r. zaczęła krążyć propaganda rewolucyjna między młodszą patriotyczniejszą szlachtą i tegoż rodzaju oficjalistami a młodzieżą akademicką. Na czele tej propagandy i od niej stali wychodźcy we Francji. Celem było uwolnić lud od pańszczyzny, wprowadzić równość praw i pociągnąć go za sobą ku wywalczeniu wolności i oswobodzenia Polski z wrogów. Historia oceniła to powstanie, niedołężnie kierowane, a więc bardzo smutnie zakończone. I nie mogło być inaczej, gdyż między szlachtą a ludem nie było nie tylko harmonii, lecz wręcz po największej części nienawiść. Rzadko gdzie był chłop sprawiedliwie traktowany, przeciwnie, na każdym prawie kroku wyzyskiwany.
Lud, konserwatysta z natury, podejrzliwy, bo uciskany od wieków, nie mógł ciemiężcom swym zaufać pomimo najsolenniejszych obietnic wolności. Gdy nadto rząd, na którego czele stali prawie wszędzie Niemcy starostowie, poznał, co się święci, bo szlachta sama swoją niedorzeczną gadatliwością, butą i odgrażaniem się uwagę jego na rewolucyjne dążności partii demokratycznej zwróciła, a chociaż kilkunastu roztropniejszych przed niebezpieczeństwem ostrzegało, warchoły nie dali się przekonać i z coraz większą zuchwałością prawie pod nosem starostów hałaśliwe i pijatyckie zjazdy rewolucyjne urządzali – przed innymi tak działo się i w Tarnowie. Czy to było zdradą, czy tylko głupotą, na jedno wyszło, gdyż starostowie w ten sposób znali każdego człowieka do powstania należącego.
Organizacja najgorzej była prowadzona. Magnateria stała na uboczu, a większa część wyjechała za granicę. Zdolniejsi i znaczeniem swem przedniejsi panowie, jeżeli nie usunęli się całkowicie, to zastawiali się swymi oficjalistami, a ci, jakkolwiek pełni poświęcenia, nie mieli ani zdolności, ani znaczenia na tyle u ludu, aby zjednać sobie jego zaufanie i tak wielkiej doniosłości przedsięwzięciu podołać. Dlatego pomimo tak słabych sił ze strony rządu powstanie w zarodzie upaść musiało.
Około 1700 osób inteligencji, nawet kilku księży, wskutek poduszczenia rządu poniosło śmierć w barbarzyński sposób z rąk chłopskich kosami, cepami, widłami, siekierami, a kilka milionów w majątkach przez pożary, burzenie sprzętów, rabunek w bydle, w zbożu etc. przepadło.
Zacząwszy od 17 lutego 1846 r., mordowano, rabowano, palono przez kilkanaście dni w Galicji majętniejsze dwory. Szczególnie tarnowski i bocheński cyrkuł, na czele których stali starostowie Bernd i Breinl [w rękopisie Breindl], zaciekli Niemcy i wrogi Polaków, był pastwą rozjuszonego chłopstwa, albowiem nie tylko dano mu wszelką wolność zabijania i rabowania, lecz nadto płacono po 10 f. za zabitego, a po 5 f. za aresztowanego szlachcica. Gdyby wszyscy starostowie taką rzeź urządzili, nie byłoby prawdopodobnie wiele dworów się ostało, a szlachty byłoby stokroć więcej wyginęło, lecz było kilku starostów bardzo zacnych, którzy rozkazu mordowania szlachty i rabowania nie usłuchali. Historia zapisała ich imiona ku wiecznej pamięci i wdzięczności narodu polskiego, chociaż niemieckie nosili nazwiska.
Z nieszczęścia tego korzystali,
Fragment pamiętnika pradziadka Rafała Skąpskiego z książki „Antoni i jego dzieci”, opisującej dzieje antenata i jego potomków, wydanej przez Fundację Historia i Kultura, Warszawa 2025
Historia w służbie Kremla
Kojarzony w Polsce z pierestrojką Gorbaczowa historyk Roj Miedwiediew u schyłku stuletniego życia był apologetą Władimira Putina
„(…) Bardzo trudno być historykiem w Moskwie, jeśli chce on studiować realną historię swego kraju, a nie kolejne zalecenia instancji władczych”, pisał w przedmowie do polskiego wydania „Ludzi Stalina” Roj Miedwiediew. Jego książkę w 50-tysięcznym nakładzie wydał Instytut Wydawniczy Związków Zawodowych, oddano ją do druku 7 lipca 1988 r., prawie cztery miesiące przed debatą telewizyjną Miodowicz-Wałęsa. Do księgarń w Polsce trafiła w tym samym roku co w Związku Radzieckim. Wcześniej wydano ją tylko w USA, w Wielkiej Brytanii, we Włoszech i w Jugosławii.
Ukazanie się w oficjalnym obiegu ZSRR „Ludzie Stalina” zawdzięczali, jak przyznawał po latach Roj Miedwiediew, polityce głasnosti/jawności Michaiła Gorbaczowa. To dzięki niej w 1989 r. historyk uzyskał mandat deputowanego Rady Najwyższej ZSRR, dzięki niej przywrócono go w prawach członka Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego – został z niej wygnany 20 lat wcześniej za rękopis książki „Pod osąd historii. Geneza i następstwa stalinizmu” (po raz pierwszy ukazała się drukiem w 1974 r. w nowojorskim wydawnictwie Alfred A. Knopf).
Nigdy więcej zbrodni i terroru
Potępienie stalinizmu i jego następstw było jednym z naczelnych haseł wielotysięcznych manifestacji w ZSRR. Na wzburzonej demokratycznej fali powstało stowarzyszenie Memoriał zajmujące się badaniem zbrodni stalinowskich. Radzieccy historycy w czasie kwerend archiwalnych odnaleźli m.in. dokumenty związane ze zbrodnią katyńską. Uczynili to, zanim 13 kwietnia 1990 r. agencja TASS oficjalnie poinformowała, że zbrodni katyńskiej dokonało NKWD, Michaił Gorbaczow zaś przekazał część kopii dokumentów w tej sprawie Wojciechowi Jaruzelskiemu. Dwa lata później, już po rozpadzie ZSRR, kluczowe dokumenty katyńskie, w tym rozkaz z 5 marca 1940 r., otrzymał od ówczesnego głównego archiwisty Rosji Lech Wałęsa. W 1995 r. uczestniczyłem w uroczystości położenia przez prezydenta RP kamienia węgielnego pod budowę cmentarza w Katyniu.
Gwarancją przed powrotem totalitaryzmu miało być przestrzeganie zasad państwa prawa. Mówił o tym z trybuny Zjazdu Delegatów Ludowych ZSRR kilka dni po masakrze na pekińskim Placu Niebiańskiego Spokoju Andriej Sacharow. Wśród tych zasad na pierwszym miejscu wymienił wolność słowa. Historycy i zajmujący się przeszłością publicyści korzystali z niezwykłej szansy – nigdy wcześniej ani potem rosyjskie archiwa nie otwarły się tak szeroko jak u schyłku XX i na początku obecnego stulecia.
Jeszcze w pierwszej dekadzie władzy Władimira Putina zmagano się z upiorami stalinizmu. W 2010 r. Duma Państwowa większością głosów – 342 za, 57 przeciw – przyjęła uchwałę stwierdzającą, że zbrodnia katyńska została dokonana „na mocy bezpośredniego rozkazu Stalina i innych radzieckich przywódców”. Przy okazji wyrażono nadzieję, że relacje między Rosją i Polską będą się rozwijać na podstawie wspólnych demokratycznych wartości.
Wiosną 2007 r., w okresie gdy rząd Jarosława Kaczyńskiego przekształcił historię w oręż do rozprawienia się z wrogami, rozmawiałem w Warszawie („Przegląd” z 24 czerwca 2007 r.) z ówczesnym ministrem kultury Rosji, jednym z założycieli kanału Kultura, który zainspirował także rodzimą TVP, Michaiłem Szwydkojem. Odnosząc się do sytuacji w Polsce, minister powiedział: „Na szczęście w Rosji nie ma historyka, który byłby oficjalnym historykiem współczesnego państwa rosyjskiego. Historyka mającego
Szerzej o polityce historycznej Rosji autor pisał w przygotowanej wspólnie z dr. Holgerem Polittem książce „Ein Krieg, der keiner sein sollte”, VSA, Hamburg 2023
Śmierć na posterunku
Działalność oddziału Stanisława Kopika „Zemsty” ograniczała się do napadów na strażnice WOP
Śmierć człowieka, zwłaszcza niewinnego, zawsze jest tragedią, co nie powinno budzić wątpliwości. Jak się jednak okazuje, tam, gdzie w grę wchodzi polityka i niezrozumienie historii, sytuacja przestaje być tak oczywista. Opisany przypadek to chyba jeden z najdobitniejszych przykładów wmawiania z powodów ideologicznych, że czarne jest białe, a białe jest czarne. Oto tragiczna historia kpt. Zbigniewa Plewy, który zginął dlatego, że znalazł się nie na tym posterunku, na którym wedle co poniektórych powinien służyć ojczyźnie.
Blizny do końca życia
Plewa urodził się 8 sierpnia 1924 r. w Rachowcu pod Tarnopolem. W czasie II wojny światowej jako Kresowiak został wywieziony do Rosji, gdzie pracował jako kowal. Następnie zgłosił się na ochotnika do Wojska Polskiego na Wschodzie. Przeszedł cały szlak bojowy 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. W trakcie działań wojennych w Niemczech został oskarżony o gwałt przez dwie Niemki, ale śledztwo nie wykazało żadnych wiarygodnych dowodów, sam Plewa nigdy nie został za to ukarany. Był przez swoich dowódców doceniany i w sierpniu 1945 r. otrzymał awans. Po wojnie służył w 9. Dywizji Piechoty, gdzie dowodził kompanią moździerzy 27. Pułku Piechoty w Kłodzku.
Czasy nie były łatwe dla nikogo, także dla zwykłych żołnierzy, którzy zmęczeni wojną musieli służyć w odbudowującym się kraju. Wiele obszarów nie miało jeszcze silnych struktur państwowych, co niejednokrotnie stanowiło duże niebezpieczeństwo. Kpt. Plewa stał się ofiarą napadu rabunkowego na pociąg wojskowy w Makowie Podhalańskim. Został postrzelony i trafił do szpitala na pięć miesięcy. Potem ze względu na stan zdrowia został przez MON oddelegowany do pełnienia od stycznia 1947 r. służby w strażnicy Wojsk Ochrony Pogranicza w Kolonii na Żywiecczyźnie. W tym okresie w WOP (choć nawet w dokumentach często używano przedwojennej nazwy Korpus Ochrony Pogranicza – KOP) służbę pełniło wielu byłych żołnierzy, którzy odnieśli rany.
Niebezpieczne strażnice
Taka polityka MON była do pewnego stopnia zrozumiała, ale wiązała się z zagrożeniami. Czasy były niebezpieczne i strażnice graniczne nie różniły się pod tym względem od wnętrza kraju. Obszary lesiste i górskie na granicy z Czechosłowacją stanowiły dobre schronienie dla partyzantów, rabusiów, przemytników czy ludzi chcących umknąć prawu.
Kpt. Zbigniew Plewa nie miał doświadczenia w patrolowaniu granicy, co wyszło w trakcie patrolu, który prowadził 10 lutego 1947 r. Nie znał tych okolic i musiał pytać mieszkańców o drogę, aby w ogóle dojść do strażnicy. W trakcie patrolu żołnierze szli zwartą grupą,
Mordercy w sutannach
Księża w szeregach ustaszy
Dla wielu historyków postawa papieża w sprawie ustaszy podlega swoiście jednoznacznej ocenie: „Pius XII wiedział o zbrodniach ustaszy, ale nie chciał potępiać katolickiego sojusznika w walce z komunizmem i prawosławiem”. „Milczenie papieża wobec Jasenovaca nie może być usprawiedliwione dyplomacją – to był moralny upadek”.
Ustasze mieli w swoich szeregach wielu księży. Zwłaszcza franciszkanów i jezuitów. Jednym z nich był Dionizije Juričev, franciszkanin i działacz ruchu ustaszy podczas II wojny światowej. W Sienie we Włoszech w czasie studiów poznał Ante Pavelicia, lidera ustaszy, z którym nawiązał bliską współpracę. Po powrocie do Zagrzebia został jego osobistym kapelanem. W 1941 r. objął kierownictwo Wydziału Religijnego Dyrekcji ds. Odnowy Państwowej w Niepodległym Państwie Chorwackim. Juričev twierdził m.in., że w Chorwacji mogą żyć tylko Chorwaci, a dla tych, którzy nie chcą się nawrócić, nie ma miejsca. Uważał, że zabijanie nawet dzieci nie jest grzechem, jeśli stanowią przeszkodę dla ustaszy.
Z kolei Ivo Guberina był chorwackim duchownym katolickim, zaangażowanym w działalność ruchu ustaszy podczas II wojny światowej. Był szefem ruchu Katolików Chorwackich. Pełnił funkcję osobistego ochroniarza Ante Pavelicia.
Kościoły i cerkwie były miejscem okrutnych kaźni. Jednym z przykładów brutalnej rozprawy z Serbami są wydarzenia w miejscowości Glina. Dwukrotnie dokonano tu masakry. 11 maja 1941 r. ustasze zgromadzili mężczyzn powyżej 16. roku życia w cerkwi prawosławnej, gdzie miał się dokonać obrzęd konwersji na katolicyzm. Kiedy jednak zamknięto drzwi, ustasze przystąpili do zabijania zgromadzonych przy użyciu noży i pałek. Szacuje się, że zginęło od 260 do 417 osób. Jedynym ocalałym był Ljuban Jednak. Zdołał uciec z masowego grobu, do którego wrzucono ciała ofiar.
Kolejna zagłada miała miejsce między 30 lipca a 4 sierpnia 1941 r. Tym razem, jak podają niektóre źródła, mogło zginąć nawet 2 tys. osób.
W 1969 r. na miejscu zniszczonej cerkwi wzniesiono pomnik oraz utworzono muzeum upamiętniające ofiary tych wydarzeń. Jednak Chorwaci w latach 90. XX w. pomnik usunęli.
„Bóg, który kieruje losami narodów i kontroluje serca królów, dał nam Ante Pavelicia i skłonił przywódcę przyjaznego i sprzymierzonego ludu, Adolfa Hitlera, do użycia swoich zwycięskich wojsk do rozpędzenia naszych ciemiężycieli. (…) Chwała niech będzie Bogu, nasza wdzięczność dla Adolfa Hitlera i lojalność wobec naszego Poglavnika, Ante Pavelicia”, pisał w tamtych dniach kard. Alojzije Stepinac w swoim pamiętniku.
Świadectwo Ljubana Jednaka, jedynego ocalałego z masakry dokonanej przez ustaszy w Glinie w 1941 r., stało się kluczowym dowodem w powojennych procesach przeciwko zbrodniarzom wojennym. Ljuban wspomina atmosferę strachu, kiedy 26 lipca 1941 r. do wsi Selište wtargnęli uzbrojeni ustasze. Pojmali go kolejnego dnia. Został internowany wraz z innymi mężczyznami. Ograbiono go, tak jak innych, z wszelkich cennych przedmiotów. Ljuban wspomina, że napastnicy kłócili się o łupy. Chodziło o 3 tys. dinarów znalezionych przy jednym z Serbów. O te pieniądze ustasze pobili się między sobą.
Głodnych i spragnionych mężczyzn stłoczonych w wagonach kolejowych 29 lipca 1941 r. dowieziono do stacji w Glinie. „Poprowadzono nas czwórkami pod
Fragmenty książki Artura Nowaka i Arkadiusza Stempina Imperium grzechu. Kronika zbrodni Kościoła, Prószyński i S-ka, Warszawa 2025
Przesiedleńcy czy wypędzeni?
Nieznana relacja z rozmów Mariana Orzechowskiego z Hansem-Dietrichem Genscherem
W całej powojennej historii relacje między Polską a RFN miały niezwykłą wagę. Nawet w III RP co jakiś czas wyciąga się „niemiecką kartę”. Ostatnio robi to PiS, co powoduje, że i premier Donald Tusk musi się odnosić do podnoszonych przez Jarosława Kaczyńskiego żądań reparacji. Punktów spornych między Polską a RFN byłoby więcej, gdyby ich części nie udało się uregulować przez ekipy gen. Wojciecha Jaruzelskiego i Tadeusza Mazowieckiego.
Poniżej drukujemy nigdzie do tej pory nieupubliczniane obszerne wspomnienia prof. Mariana Orzechowskiego, ministra spraw zagranicznych w latach 1985-1988. Tekst jest skrótem części „Niemieckie obrachunki”, napisanym przez byłego ministra w 1991 r. Z tych wspomnień publikujemy opis dwóch wizyt – Mariana Orzechowskiego w RFN w 1986 r. i Hansa-Dietricha Genschera, wieloletniego lidera FDP, wicekanclerza i ministra spraw zagranicznych (1974-1992, z krótką przerwą w 1982 r.) w Polsce w 1988 r.
Opis obu wizyt pokazuje, jak wiele spraw trzeba załatwić, przezwyciężając wzajemne uprzedzenia i fundamenty dotychczasowej polityki. Bez tych działań coś, co nazywamy polityką pojednania i współpracy, byłoby tylko w sferze marzeń.
12 listopada 1985 r. Sejm powołał mnie na stanowisko ministra spraw zagranicznych. Nominację poprzedziła długa rozmowa z Jaruzelskim. Istotną jej częścią były stosunki polsko-niemieckie, a zwłaszcza stosunki z RFN. Jednym z moich podstawowych zadań miała być ich poprawa, „oczyszczenie przedpola” dla ich normalizacji.
Dalekie od „normalności” były nie tylko stosunki z RFN, ale i z NRD. Za fasadą oficjalnej przyjaźni skrywało się wiele wzajemnych urazów, nieporozumień, nierozwiązanych problemów spornych. (…).
Stosunki z Republiką Federalną Niemiec były wówczas bardzo chłodne. Hans-Dietrich Genscher w ostatniej dosłownie chwili odwołał przewidzianą na jesień 1985 r. wizytę w Polsce. Powód był banalny, ale wystarczający. MSZ za wiedzą i zgodą Jaruzelskiego odmówiło wizy dziennikarzowi z „Die Welt”, który miał towarzyszyć Genscherowi. Uznano go za rewizjonistę, źle nastawionego do Polski. (…)
Bardzo szybko po mojej nominacji wróciliśmy do sprawy wizyty Genschera w Polsce. Zasugerował on jednak, abym ja pierwszy przyjechał do Bonn. Sugestie przyjęliśmy. W rozmowach z Jaruzelskim ustaliliśmy główne założenia wizyty. Miałem w Bonn przedstawić nie tylko naszą gotowość porozumienia, ale i konkretną koncepcję „oczyszczenia przedpola”, umożliwiającą porozumienie, a w przyszłości i pojednanie polsko-niemieckie. „Oczyszczenie przedpola” oznaczało usunięcie przeszkód wynikających głównie z tzw. niemieckich pozycji prawnych,
Negocjacje z Rosją
W obliczu nieskutecznych i przeciągających się negocjacji amerykańsko-rosyjsko-europejsko-ukraińskich, mających dać pokój Ukrainie, zapominamy, że w naszej historii przeszliśmy pomyślnie etap, którego rezultatem było wyprowadzenie wojsk rosyjskich (radzieckich) z terytorium Polski. O tym traktuje nowa książka Wydawnictwa Naukowego Scholar „Negocjator wielkiej historii. Jerzy Sułek o wycofaniu wojsk radzieckich z Polski i polskiej dyplomacji po 1989 roku w rozmowie z Alicją Curanović”. Jerzy Sułek, ów negocjator, nie stał się wówczas postacią pierwszoplanową, ale to jemu zawdzięczamy kto wie czy nie jeden z największych sukcesów dyplomacji III RP w polityce wschodniej.
Wiemy, że 22 maja 1992 r. na Kremlu prezydenci Polski Lech Wałęsa i Rosji Borys Jelcyn wymienili się podpisanymi umowami, co doprowadziło do wyjazdu z Polski obcych wojsk 16 miesięcy później. Jednak bez tych upartych, a – jak niektórzy mówią – brawurowych kilkunastu rund rozmów z władzami ZSRR i Rosji, sprawy nie musiałyby się tak potoczyć. W trakcie negocjacji prowadzonych w przełomowym okresie historii, gdy kończył się komunistyczny Związek Radziecki, a zaczynała postkomunistyczna Federacja Rosyjska, ktoś musiał usilnie zabiegać o polską rację stanu, o pełną niezawisłość Rzeczypospolitej, którą gwarantowałyby odpowiednie umowy. Jak wyznał podczas promocji książki niemcoznawca i dyplomata prof. Jerzy Sułek, nikt w resorcie spraw zagranicznych kierowanym przez prof. Krzysztofa Skubiszewskiego nie chciał się podjąć przewodniczenia ekipie polskich dyplomatów, bo znane były warunki i trudności rozmów z Rosjanami.
Umów kończących tamten etap naszej polsko-rosyjskiej historii było aż cztery. Dotyczyły nie tylko wycofania wojsk rosyjskich z Polski,
Jerzy Sułek, Alicja Curanović Negocjator wielkiej historii. Jerzy Sułek o wycofaniu wojsk radzieckich z Polski i polskiej dyplomacji po 1989 roku w rozmowie z Alicją Curanović Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2025.
Do kupienia na stronie: scholar.com.pl/pl/glowna/8987-negocjator-wielkiej-historii.html
Niewinni jak „Bury”
Rozbicie oddziału Romualda Rajsa nie było końcem terroru na Podlasiu
Wojna po wojnie, jaka rozegrała się na Podlasiu, pochłonęła dużą liczbę ofiar cywilnych. Jednak żaden jej epizod nie wzbudza takich emocji jak akcja pacyfikacyjna w powiecie bielskim zimą 1946 r., gdy 3. Wileńska Brygada NZW Romualda Rajsa „Burego” napadła na Zaleszany, Wólkę Wygonowską, Zanie, Szpaki i Końcowiznę oraz zamordowała 30 wozaków w Puchałach Starych.
Romuald Rajs „Bury” był synem rządcy folwarku. Urodził się w Jabłonce, pow. Brzozów, w 1913 r. Z powodu osierocenia i trudnej sytuacji w rodzinie przerwał naukę w gimnazjum i wstąpił do Szkoły Podoficerów Piechoty dla Małoletnich w Koninie. W 1934 r. zakończył naukę i trafił do 85. pułku piechoty, gdzie służył z przerwą w latach 1936-1938 (był wtedy w 13. pułku piechoty). Podczas kampanii wrześniowej jego pułk walczył pod Łowiczem i Tomaszowem Mazowieckim, a rozbity został pod Lublinem.
Rajs trafił do niewoli pod Kowlem, podobno złapany przez białoruskich chłopów (choć Kowel leży na Ukrainie). W ten sposób trafił do Berezy Kartuskiej, skąd został szybko zwolniony i pojechał do Wilna. Przebywał też przez kilka miesięcy w obozie pracy, a od 1940 r. był członkiem ZWZ, potem AK. W 1943 r. został mianowany dowódcą 1. kompanii szturmowej 3. Wileńskiej Brygady AK.
W wielu źródłach możemy przeczytać, że wrogami żołnierzy AK byli nie tylko Niemcy i Sowieci. Dochodziło do zbrodni na prawosławnych Białorusinach. Z rąk Polaków ginęli też np. jeńcy niemieccy lub partyzanci żydowscy, zabijani często pod wpływem impulsu. Możliwe, że na ukształtowanie poglądów politycznych Romualda Rajsa oraz ich radykalizację miał wpływ klimat okupowanej Wileńszczyzny oraz przedwojenni członkowie Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”, z którymi służył pod komendą por. Gracjana Fróga „Górala”. Trzeba jednocześnie pamiętać, że „Bury” nie miał w tamtym okresie pozytywnego stosunku do Konfederacji Narodu oraz „mieszania się narodowców do sprawy wojska”.
Po operacji „Ostra Brama” dowództwo brygady zostało aresztowane przez NKWD, a Rajs przejął nad nią zwierzchnictwo i wycofał ją do Puszczy Rudnickiej. Tam oddział został po miesiącu rozwiązany. W październiku 1944 r. Rajs pojawił się w Białymstoku pod fałszywym nazwiskiem jako Jerzy Góral. Wstąpił wtedy do Ludowego Wojska Polskiego, a następnie do Ochrony Lasów Państwowych. Po nawiązaniu kontaktu z Zygmuntem Szendzielarzem „Łupaszką” zdezerterował z grupą żołnierzy i zasilił jego oddział. Brygada „Łupaszki” wycofała się na Podlasie, nie biorąc udziału w walkach o Wilno.
Od AK do NZW
Pod koniec działalności 5. Wileńskiej Brygady AK Rajs opuścił struktury podległe dawnej AK i przeszedł do Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, które tworzyły połączone siły Narodowej Organizacji Wojskowej i Narodowych Sił Zbrojnych. (…)
29 stycznia 1946 r. poruszająca się na wozach 3. Wileńska Brygada NZW odwiedziła wieś Zaleszany. Członkowie oddziału zakwaterowali się u gospodarzy. Domagali się zapewnienia noclegu i wyżywienia. Za odmowę wydania owsa zastrzelono Fiodora Sacharczuka (lat 34). Zdaniem mieszkańców wsi był on lekko niedorozwinięty. Takie zachowania traktowane były jako bunt. Między godziną 14.00 a 15.00 zwołano mieszkańców wsi na specjalne zebranie w domu Dymitra Sacharczuka. Podczas zbierania mieszkańców partyzanci dokonali kilku kradzieży mienia.
Po zgromadzeniu mieszkańców Zaleszan w chacie wywołano na zewnątrz 16-letniego syna sołtysa, Piotra Demianiuka i mieszkańca pobliskich Suchowolec, Aleksandra Zielinkę (lat 55). Obydwaj zostali rozstrzelani. Pierwszy za bycie synem swojego ojca, drugi miał przy sobie dokument, z którego wynikało, że służył w Armii Czerwonej. Był też sekretarzem partii w swojej miejscowości. Z zawodu był krawcem, a Zaleszany odwiedził, aby zanieść garnitur klientowi. Następnie jeden z oficerów oddziału (najpewniej sam „Bury”), jak czytamy w komunikacie ze śledztwa IPN, po oddaniu strzału z pistoletu do góry, co uciszyło zebranych, oznajmił im, że przestaną istnieć, a wieś zostanie spalona. Po opuszczeniu pomieszczenia przez dowódcę drzwi zostały zamknięte. Wówczas miała rozegrać się jedna z najbrutalniejszych zbrodni popełnionych w Polsce po wojnie. Ludzie zostali zamknięci w środku, a drewniany dom ze słomianym dachem podpalono. Zgromadzeni w środku ludzie natychmiast rzucili się do tylnych drzwi i okien, żeby wydostać się na zewnątrz. Gdy udało im się wydostać, partyzanci, którzy pilnowali tamtej strony budynku, zaczęli strzelać. Według ustaleń śledztwa strzelali w powietrze, a nikt z uciekających nie zginął.
Nie byli to jednak wszyscy mieszkańcy Zaleszan. W zebraniu nie brał udziału m.in. Nikita Niczyporuk, jego żona i jego dzieci: „Rodzina ta nie poszła na zebranie, bo nie mieli w czym, byli biedni, nie mieli nawet butów”, zeznał śledczym IPN świadek Aleksander D. Gdy podpalona została chata Sacharczuka, partyzanci przystąpili do podpalania kolejnych budynków, w tym niektórych również z ludźmi w środku. Z rodziny Nikity Niczyporuka przeżył tylko on: „Zastałem płonące zabudowania oraz żonę Marię i trzech synów, i dziecko mające 3 lata, których po zastrzeleniu również bandyci wrzucili do ognia. Żonę wyciągnąłem z ognia i po odejściu bandy odwiozłem do szpitala w Bielsku Podlaskim, gdzie po trzech dniach zmarła”.
Maria Niczyporuk miała 35 lat i była w ciąży, ich synowie: Piotr, Michał i Aleksy mieli odpowiednio 7, 5 i 3 lata. Spalona została córka Bazyla i Tatiany Leończuków – Nadzieja, 14-dniowe niemowlę. Matka, idąc na zwołane przez „Burego” zebranie, zostawiła je w domu. Wśród ofiar znajdujemy także brata Nikity Niczyporuka – Jana (lat 27) i jego córkę Annę (lat 3). Żona Natalia (lat 35) na skutek oparzeń zmarła w szpitalu. Nikita Niczyporuk w ciągu zaledwie kilku dni stracił dzieci, żonę i brata z całą rodziną.
Do osób, które uciekały z pozostałych podpalanych zabudowań, partyzanci strzelali celniej. I tak zginęli: Stefan Weremczuk (lat 41), Grzegorz Leończuk (lat 36) i jego synowie: Konstanty (3 lata) i Sergiusz (6 miesięcy). Z całej wsi ocalały tylko dwa domy. W Zaleszanach pierwotnie „Bury” zamierzał dokonać zmiany furmanów. Zrezygnował jednak z tego zamiaru i uprowadził jednego z mieszkańców wsi, Michała Niczyporuka, jako przewodnika.
Oddział odwiedził też Wólkę Wygonowską, gdzie zastrzelono Stefana Babulewicza (lat 67) i Jana Zinkiewicza (lat 32). Domy mieszkalne i obiekty gospodarcze zostały, podobnie jak w Zaleszanach, spalone. Wykorzystując zamieszanie, jeden z furmanów uciekł. Po powrocie do rodzinnych Czyż mówił: „Jak wrócił do domu, mówił nam wtedy, że oni nie wrócą, pomordują”. Wobec zaistniałej sytuacji zabrano z Wólki Grzegorza Grygoruka, aby zastąpił zbiega.
Następnego dnia miało miejsce najście na Krasną Wieś. Rajs zażądał tam od miejscowego sołtysa podstawienia 40 furmanek. Ponieważ nad wsią przeleciał samolot, oddział zbiegł, zabierając ze sobą 13 wozów z furmanami. Kilku furmanów uprowadzonych z Łozic uciekło, wykorzystując zamieszanie. Spośród zabranych z Krasnej Wsi wróciło czterech. Świadek Aleksander B. zeznał pracownikom pionu śledczego IPN, że „w późniejszym okresie wróciło jeszcze dwóch mężczyzn, którzy już nic chcieli mówić”.
Masakra w Puchałach Starych
31 stycznia 3. Wileńska Brygada NZW zatrzymała się w Puchałach Starych. Furmani zostali zgromadzeni w jednym domu, gdzie partyzanci przepytali ich pod kątem pochodzenia i wyznania. Katolików wypuszczono. Prawosławnych ludzie „Burego” wyprowadzili do lasu i wymordowali. Jak wyglądała sama zbrodnia, wiadomo wyłącznie z zeznań partyzantów. „»Bury« kazał zebrać furmanów wiozących nas z Hajnówki, zamknąć ich w jednym mieszkaniu, a następnie »Modrzew« wyprowadzał po dwóch-trzech i tam rozstrzeliwał” – to zeznanie Józefa Puławskiego „Gołębia”. Nie wiemy, jak naprawdę nazywał się „Modrzew”. Wiemy natomiast, że pełnił rolę oddziałowego kata. „On to lubił rozwalać. Nikomu nie dał, tylko on. Tych wozaków to wyprowadzał po dwóch, po trzech i załatwiał, i znów przychodził po nowych. Widziałem, jak wyprowadzał ich. Brał ich z furmanek, bo ich też pilnowali, żeby oni nie pouciekali, czy może w jakimś domu siedzieli. Sam ich prowadził. Gdzieś ich dalej prowadził tak, że nie słyszeli pozostali strzałów”, zeznał w śledztwie UB Stanisław Myśliwiec „Orzech”. W opinii biegłego uczestniczącego w ekshumacji zwłok w 1997 r. furmani zostali zabici poprzez rozstrzelanie. Niektórzy najprawdopodobniej podczas próby ucieczki.
Zdaniem innego przesłuchiwanego partyzanta, Mariana Maliszewskiego „Wyrwy”,
Tekst jest skróconą wersją szkicu „Kaci Białostocczyzny”, zamieszczonego w wydanej przez „Przegląd” książce „Wyklęci na Podlasiu. Bury, Łupaszka, Huzar”, pod redakcją Pawła Dybicza i Jakuba Woroncowa.






