Historia

Powrót na stronę główną
Historia

Wybory, które zmieniły wszystko

Gdyby gen. Wojciech Jaruzelski okazał się przedstawicielem partyjnego betonu, a Lech Wałęsa podzielał poglądy betonu solidarnościowego, do żadnego porozumienia by nie doszło.

Mało kto już pamięta głośną kiedyś opinię Joanny Szczepkowskiej o tym, że „4 czerwca 1989 r. skończył się w Polsce komunizm”. Znana aktorka wypowiedziała te słowa cztery miesiące później w studiu „Dziennika Telewizyjnego” TVP. Dokonała wielkiego uproszczenia, gdyż komunizmu w Polsce na szczęście nigdy nie udało się wprowadzić. Co więcej, tego określenia – tak oczywistego dla IPN-owskiej wersji historii – nie używała nawet ówczesna opozycja, która co prawda potocznie nazywała ludzi rządzącej PZPR komuchami, ale nikomu nie przychodziło do głowy określanie Polski Ludowej mianem państwa komunistycznego. Nie robiła też tego, rzecz jasna, władza, która przez całe lata 80. kojarzyła się Polakom raczej z wojskowymi mundurami (wzorowanymi zresztą na przedwojennych) niż z czerwonymi sztandarami.

A jednak 4 czerwca 1989 r. coś w Polsce się skończyło. Skończył się system, w którym społeczeństwo nie miało wpływu na wybór władzy. System, którego „grzechem pierworodnym” były sfałszowane wyniki dwóch głosowań: referendum z czerwca 1946 r. i wyborów sejmowych ze stycznia 1947 r. To kamienie milowe budowy nowego ustroju, w którym nie było miejsca na legalną opozycję, a więc alternatywę dla władzy. Przez następnych 40 lat nie trzeba już było wyborów fałszować ani stosować przy nich terroru, bo istniała tylko jedna lista kandydatów, a mandaty z góry zostały podzielone. Nie miało więc znaczenia, czy Polacy chodzą głosować, czy nie – wynik był zawsze ten sam (choć trzeba przyznać, że oficjalnie podawana wyśrubowana frekwencja była zawsze ambicją ówczesnej władzy).

W ten sposób wybrano dziewięć kolejnych składów Sejmu PRL w latach 1952-1985. I zapewne tak samo wybrano by dziesiąty w roku 1989, bo wtedy przypadał koniec kadencji poprzedniego. A jednak owi „komuniści”, którzy rządzili Polską niepodzielnie, postanowili wówczas odpokutować „grzech pierworodny” tego systemu, przeprowadzając uczciwe wybory z udziałem opozycji. Po raz pierwszy po wojnie, a właściwie po  raz pierwszy od 1928 r., bo kolejne elekcje w czasach rządów sanacji (w latach 1930, 1935 i 1938) również nie spełniały tych kryteriów.

Nieskrywana pogarda prawicy.

Warto to podkreślić: w czerwcu 1989 r. Polacy mogli bez żadnego skrępowania wybrać 100 senatorów i 161 posłów, czyli cały Senat i 35% składu Sejmu. Pozostałych 299 posłów też zresztą wybrali, tyle że spośród kandydatów ówczesnego obozu rządowego, który – o czym się zapomina – był wielobarwny, gdyż obok PZPR wchodziły w jego skład Zjednoczone Stronnictwo Ludowe i Stronnictwo Demokratyczne oraz trzy organizacje o charakterze wyznaniowym: Stowarzyszenie PAX, Unia Chrześcijańsko-Społeczna i Polski Związek Katolicko-Społeczny. W prawicowej narracji wybory te zwykło się nazywać kontraktowymi i częściowo demokratycznymi, podkreślając, że wolny wybór dotyczył tylko jednej trzeciej Sejmu. Czy jednak nie powinno się wskazywać, że była to aż jedna trzecia Sejmu, który od 40 lat zapewniał monopol władzy? Tych 161 posłów i 100 senatorów stanowiło wyłom w systemie – oto bowiem po raz pierwszy w kraju znajdującym się pod hegemonią radziecką odbyły się wolne wybory, do których dopuszczono nawet zdecydowanych przeciwników tej hegemonii!

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia Wywiady

Spór o 12 mil

Gdyby się nie udało rozwiązać konfliktu w Zatoce Pomorskiej, Niemcy podnosiłyby sprawę rewizji granic.


Prof. Marian Orzechowski


W poprzednim numerze wydrukowaliśmy dokumenty odnoszące się do konfliktu między PRL a NRD w Zatoce Pomorskiej. W związku z zainteresowaniem czytelników tą tematyką warto opublikować rozmowę przeprowadzoną w 2007 r. z prof. Marianem Orzechowskim (1931–2020), historykiem i politologiem, rektorem Uniwersytetu Wrocławskiego, ministrem spraw zagranicznych w latach 1985-1988. Wywiad został zamieszczony w niskonakładowej pracy „Konflikt w Zatoce Pomorskiej 1987-1989”. 

Panie profesorze, co spowodowało, że doszło do konfliktu o Zatokę Pomorską? Czy tylko nasze błędy w latach 60., szczególnie jeżeli idzie o rozgraniczenie wód terytorialnych, czy raczej decyzje władz NRD?
– Nie da się na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Jest wiele przyczyn powstania owego konfliktu, ale ja jego genezę upatrywałbym w układzie zgorzeleckim i podpisanym rok później we Frankfurcie nad Odrą protokole wykonawczym do umowy poczdamskiej, rozgraniczającym wody terytorialne. Protokół frankfurcki, mogę to powiedzieć otwarcie, był dość niechlujny, niedokładnie wymierzono linie brzegowe trzymilowej strefy morza terytorialnego. Gdyby już wtedy ktoś był bardziej dociekliwy, zauważyłby, że rozgraniczenie wód jest niedokładne. Ale wtedy, kiedy go sporządzano i podpisywano, nikt nie przewidywał, że pomiędzy Polską a NRD może coś zaiskrzyć. Kolejny punkt to rok 1975, kiedy na mocy ustawodawstwa międzynarodowego Polska podejmuje decyzję o wytyczeniu 12-milowej strefy wód terytorialnych.

Czyli zwiększyliśmy zasięg wód terytorialnych czterokrotnie.
– Tak i wystarczyło spojrzeć na mapę, wytyczyć ową 12-milową strefę i zapytać: a co się stanie, jeżeli strona enerdowska też podejmie taką decyzję? I okaże się, że strefy będą się pokrywać, a co najważniejsze, jedyne głębokie kotwicowisko, nr 3, którym mogły wpływać do Szczecina jednostki morskie o dużej wyporności, znajdzie się po stronie NRD?

Dlaczego NRD tego nie zrobiła w latach 70.?
– W tamtym okresie Edward Gierek był pupilkiem Leonida Breżniewa, NRD zaś dopiero wychodziła z międzynarodowej izolacji, więc milczała. I to przez 10 lat. Dopiero w 1984 r., kiedy Polska była w kryzysie, w gruncie rzeczy izolowana, kiedy ciążyło na niej odium stanu wojennego, Izba Ludowa NRD podejmuje decyzję o 12-milowej strefie morza terytorialnego. I tu trzeba jasno powiedzieć, że miała ku temu pełne prawo. W rezultacie kotwicowisko nr 3 znalazło się na wodach terytorialnych NRD. I od tej pory zaczynają się problemy: początkowo pojedyncze przypadki zatargów, z każdym rokiem nasilające się. Straż Graniczna NRD zaczęła traktować polskie jednostki jako naruszające terytorium ich państwa. Zaczęło się robić gorąco i najgłośniejszym echem, co oczywiste, odbiło się to w Szczecinie, gdzie zaczęto mówić, że NRD narusza nasze suwerenne prawa, ignoruje wzajemne uzgodnienia.

Warto w tym miejscu zapytać, dlaczego NRD podjęła takie decyzje, wiedząc, że musi to wywołać konflikt z Polską.
– Po pierwsze, Polska była słaba, więc NRD sprzyjała ta okoliczność, a po drugie, NRD poczuła swoją siłę i chciała odsunąć jakiekolwiek podejrzenia ze strony RFN, więcej, możliwości oskarżenia, że lekceważy narodowe interesy Niemców, że ignoruje je i ustępuje silniejszemu partnerowi. Wydaje mi się, że przywódcy NRD myśleli także o tym, mając w perspektywie zjednoczenie Niemiec. Proszę pamiętać, że nawet u nas o tym myślano, choć byliśmy zadowoleni, że istnieją dwa państwa niemieckie, „dobre” i „złe”, i że to „dobre” jest naszym sojusznikiem. Co więcej, Polska nigdy nie mówiła, że niemożliwe jest zjednoczenie Niemiec, mówiła natomiast, że każdy naród ma prawo żyć w jednym państwie. Oczywiście to była odległa perspektywa, tak przynajmniej wtedy się wydawało, ale przeświadczenie, że kiedyś to nastąpi, wisiało nad nami. (…)

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Zablokować Szczecin

Kulisy polsko-enerdowskiego konfliktu granicznego w Zatoce Pomorskiej.

1 stycznia 1985 r. władze NRD zadecydowały o rozszerzeniu swoich wód terytorialnych z 3 do 12 mil morskich. Spowodowało to, że obszary polskich wód terytorialnych, m.in. podejścia do portu w Świnoujściu, znalazły się na terytorium NRD. 

Taka decyzja musiała wywołać ostry konflikt dyplomatyczny. W tamtych czasach uważano jednak, że spory pomiędzy państwami socjalistycznymi są nie do przyjęcia, i sprawę usiłowano trzymać w tajemnicy, ale zachowanie Niemców i użycie przez nich okrętów wojennych nie pozwoliło uniknąć skandalu. Polaków najbardziej dotknęło diametralnie inne potraktowanie Duńczyków i Niemców z RFN. Tory wodne prowadzące do Lubeki i duńskiego Gedser zostały umieszczone poza granicami enerdowskich wód terytorialnych, mimo że leżały także w odległości mniejszej niż 12 mil. Konflikt szybko przerodził się w międzynarodowy. Był przedmiotem negocjacji nie tylko dyplomatów obu krajów, ale także innych państw socjalistycznych, w tym oczywiście ZSRR. Dopiero interwencja Michaiła Gorbaczowa ostudziła zapały Niemców.

Jak należy tłumaczyć postępowanie Niemców? Wydaje się, że chodziło o osłabienie ekonomiczne polskich portów. Niemcy liczyli na przejęcie obsługi tranzytowej ruchu towarowego na linii Wschód-Zachód.

Poniżej publikujemy kilka dokumentów ukazujących atmosferę konfliktu. Wszystkie materiały pochodzą ze zbiorów Fundacji Archiwum Dokumentacji Historycznej PRL.

Grzegorz Sołtysiak

Za tydzień opublikujemy rozmowę z ówczesnym ministrem spraw zagranicznych prof. Marianem Orzechowskim na temat politycznych konsekwencji konfliktu z NRD, przeprowadzoną przed laty przez Pawła Dybicza.


Pilna Notatka Urzędu Morskiego w Szczecinie w sprawie podejściowych torów wodnych i kotwicowisk do Zespołu Portowego Szczecin-Świnoujście, 5 stycznia 1987 r.

W nawiązaniu do Pilnej Notatki z 30 grudnia 1986 r. Nr AM-01/86/8 informuję, że w dniu 4 stycznia br. o godz. 5.00 na kotwicowisku Nr 3 rzucił kotwicę statek PZM „Generał Ignacy Prądzyński” w oczekiwaniu na wolne nabrzeże w Porcie Świnoujście.

O godz. 8.30 NRD-owski okręt patrolowy nawiązał łączność ze statkiem, nakazując kapitanowi natychmiastowe opuszczenie kotwicowiska. Kapitan zgodnie z instrukcją odpowiedział, że polecenia wykonać nie może, znajduje się bowiem na pełnym morzu, na kotwicowisku wyznaczonym i ogłoszonym przez władze polskie – w związku z czym polecenia wydawać mu mogą wyłącznie właściwe władze PRL. O godz. 10 okręt patrolowy NRD podszedł bezpośrednio do polskiego statku, ponawiając polecenie opuszczenia kotwicowiska. Po godzinnym postoju i wymianie zdań z kapitanem, w której kapitan powoływał się na nasze stosunki polityczne i przynależność do wspólnego paktu obronnego, sugerując umiar w działaniach – okręt NRD opuścił miejsce postoju przy burcie statku, udając się do portu NRD.

Statek polski pozostaje nadal na kotwicowisku Nr 3. Do chwili obecnej brak jakichkolwiek raportów o dalszych próbach naruszania postoju statku. 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Dentystka daleko od szosy

W 1953 r. objazdowi stomatolodzy mają do dyspozycji 187 ambulansów. Bezpłatnie leczą dzieci i ludność wiejską, zwłaszcza pracowników PGR.

Początek grudnia 1961 r. Dentobus Teresy Radeckiej stacjonuje przy Szkole Podstawowej w Możdżanach. Tuż obok wsi potężnymi świerkami, dębami i jesionami szumi Puszcza Borecka. Zima, więc pewnie wszystko już przykryte grubą kołdrą śniegu. Skrzy się w słońcu, skrzypi pod butami. Stomatolożka z wdzięcznością myśli o białym baranku po kolana, jak dobrze, że wzięła go w tę podróż!

Na fotelu kolejno lądują dzieciaki. Niedomyte, rozczochrane… Do tego uzębienie dziurawe jak robaczywe maślaki. Próchnica szaleje, bo o myciu zębów mało kto słyszał. A jak słyszał, to nie traktuje zbyt poważnie. Doktor Radecka codziennie prowadzi więc pogadanki. Być może ma jakieś tablice poglądowe z przekrojem zęba i ogniskami próchnicy, być może musi jej wystarczyć własna moc przekonywania. Tłumaczy zbitym w gromadkę maluchom, co to za choroba, skąd się bierze, jak z nią walczyć. Najlepszy oręż to szczoteczka (osobista!, niedzielona z resztą rodziny) i pasta lub proszek, a strategia to regularne szorowanie zębów: rano i wieczorem. Nie wzdłuż dziąseł, ale kółeczkami. Dokładnie, każdy ząbek z osobna.

Dzieci słuchają z otwartą buzią, nową wiedzę zanoszą do domów. Stopniowo przyswoją ją i rodzice. Stomatolożka zakłada też plomby. Cementowe i amalgamatowe. Amalgamat to materiał będący połączeniem odpowiednich proporcji rtęci, miedzi, cynku, cyny i srebra. Niestety, tego typu wypełnienie nie łączy się ze szkliwem zębów ani z zębiną. Z czasem pomiędzy plombą a tkanką zęba powstają szczeliny – otwarta droga dla próchniczotwórczych bakterii. Inne wady amalgamatu to jego rozszerzalność pod wpływem ciepła, ciemny, nieatrakcyjny kolor (plomba przebarwia tkanki zęba) i rzekoma toksyczność spowodowana uwalnianiem rtęci, co zależy jednak od typu wypełnienia. Natomiast wielką zaletą jest twardość, dobrze wypolerowana plomba amalgamatowa może przetrwać nawet 30 lat (podczas gdy dzisiejsze białe kompozyty trzymają się najwyżej dekadę).

Dentystka i jej asystentka pracują od 8 rano do 16, z przerwą na drugie śniadanie. Zwykle przygotowuje je Helena. Kwaterują różnie: w pokoju z używalnością kuchni, w naprędce dostosowanym pomieszczeniu w szkole albo w siedzibie Gromadzkiej Rady Narodowej. Asystentka matkuje swojej „doktórce”, martwi się, że „jakoś blada, za mało je”. Dlatego wpycha w nią jaja na twardo, wiejski twaróg, częstuje własnoręcznie przygotowanym kompotem. Gotuje pożywne zupy, piecze dostarczone przez pacjentów kaczki i ryby. (…)

Po południu Teresa przyjmuje dorosłych. Z kobietami zwykle nie ma problemu. Trzeba borować – dobrze, niech borują, trzeba rwać – też dobrze, spokój będzie. Mężczyźni robią uniki. Bywa, że po pierwszym przeglądzie już nie wracają na fotel, a jak wracają, to po dwóch głębszych dla kurażu. Albo ściągnięci przez żony. (…)

Fragmenty książki Aleksandry Kozłowskiej Ambulans jedzie na wieś, Znak, Kraków 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Legenda Monte Cassino

Bitwa miała wyłącznie znaczenie polityczno-propagandowe, a jej celem było pokazanie światu, że polski żołnierz walczy i ginie u boku zachodnich aliantów.

Bitwa o Monte Cassino od pierwszego dnia po jej zakończeniu stała się narodową legendą Polaków. Już w momencie zdobycia klasztornego wzgórza jeden z żołnierzy 2. Korpusu Polskiego, przedwojenny poeta i aktor Feliks Konarski, napisał pieśń o „czerwonych makach na Monte Cassino”, do której muzykę stworzył Alfred Schütz – kompozytor i pianista pochodzenia żydowskiego, który wraz z Henrykiem Warsem kierował orkiestrą towarzyszącą polskim żołnierzom na szlaku od Iranu do Italii. A rok później, tuż po zakończeniu wojny, ukazała się trzytomowa książka „Bitwa o Monte Cassino” autorstwa znakomitego reportera i korespondenta wojennego Melchiora Wańkowicza. Jej pierwsze, bogato ilustrowane wydanie pojawiło się jeszcze we Włoszech, natomiast po powrocie Wańkowicza do kraju w 1956 r. książka mogła liczyć na kolejne edycje w masowych nakładach, a z czasem także na skróconą wersję, zatytułowaną „Szkice spod Monte Cassino”. Dzięki Wańkowiczowi i duetowi Konarski/Schütz bitwa stała się elementem „polityki historycznej” zarówno powojennej emigracji, jak i w Polsce Ludowej.

Z legendarnymi bitwami jest w Polsce kłopot. Ich daty i miejsca stanowią swoisty szkielet ojczystej historii, konsekwentnie utrwalany przez liczne wydawnictwa i muzea (z Muzeum Wojska Polskiego na czele), a przede wszystkim przez literaturę piękną, malarstwo, pieśń i film. Szkolna i pozaszkolna edukacja historyczna opiera się na takich „słupach milowych” jak Cedynia, Psie Pole, Płowce, Grunwald, Chocim, Jasna Góra, Wiedeń, Racławice, Raszyn, Olszynka Grochowska – no i na kolejnych bitwach z okresu II wojny światowej. Kłopot polega na tym, że właściwie żadne z tych starć (może poza bitwą warszawską w sierpniu 1920 r.) nie zmieniło losów Polski ani nawet nie wpłynęło znacząco na poprawę lub pogorszenie sytuacji naszego państwa. Polska nie stała się potęgą dzięki jakiemukolwiek zwycięstwu ani też nie upadła z powodu jakiejkolwiek klęski (kampanię wrześniową 1939 r. należy traktować jako całość, której przebieg zdeterminowały czynniki zewnętrzne – brak pomocy aliantów zachodnich i sojusz niemiecko-sowiecki – a nie takie czy inne działania polskiej armii).

Wiedzą o tym wszyscy profesjonalni historycy, a jednak pozostają bezradni wobec mitotwórczej roli bitew w naszej historii. Polacy bowiem kochają historię militarną, miejsca bitew i nazwiska wodzów znają lepiej niż postacie swoich królów i przywódców państwa, nie mówiąc już o rozumieniu długotrwałych procesów politycznych, społecznych czy gospodarczych, które przecież zawsze mają o wiele większy wpływ na losy państw i narodów niż nawet najbardziej krwawe starcia zbrojne.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Pomijane walki żołnierzy, którzy szli ze Wschodu

Ci, którzy nie zdążyli do Andersa, i poborowi z Polski Lubelskiej walczyli w potworniejszych warunkach niż ich koledzy z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie

Stalin dopuścił jednak polskich żołnierzy do szturmu Berlina. Dzięki nim na Tiergarten, berlińskiej politechnice, na Siegessaule i Bramie Brandenburskiej załopotały biało-czerwone flagi. Nim to nastąpiło, w walkach od Lenino do Berlina Wojsko Polskie straciło 66 886 żołnierzy. Często podkreśla się, że po powrocie z Berlina i Drezna jesienią 1945 r. wiele oddziałów Wojska Polskiego rzucono do walki z podziemiem niepodległościowym. Ten aspekt miał jednak i drugą stronę. 

Z pewnością żołnierze podziemia niepodległościowego nie utrzymaliby się tak długo, gdyby nie broń niejednokrotnie szmuglowana „leśnym” z koszar wojskowych przez żołnierzy tragicznych, jak ich celnie nazwano w jednej z publikacji. Na przykład w marcu 1945 r. kompania podchorążych w szkole oficerskiej wojsk pancernych w Chełmie podjęła próbę wyprowadzenia do lasu czołgów! Akcję udaremniono przez zaaresztowanie konspiratorów, zanim dotarli do parku maszynowego. Niejeden z żołnierzy podziemia niepodległościowego miał też za sobą epizod służby w armiach Berlinga, Świerczewskiego i Żymierskiego. Do lasu szły całe pododdziały, nawet z utworzonego specjalnie do walki z podziemiem Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. 

Sowiecki dyktator nienawidził kompromisów, a w wypadku Polaków do kompromisu został jednak zmuszony – była nim właśnie 1. Dywizja Piechoty, a następnie 1. Korpus i dwie armie. Stalin nie mógł pozwolić sobie na to, by Armia Czerwona samodzielnie „wyzwoliła” Polskę. Wszelkimi sposobami starał się zabezpieczyć, by stworzone za jego pozwoleniem polskie formacje nie wymknęły się spod kontroli, ale i tak nie mógł spać spokojnie. I jeszcze jedno. Można zadać sobie pytanie, o ile bardziej czerwonoarmiści i enkawudziści hulaliby na zajętych ziemiach polskich – rabując, gwałcąc i mordując – gdyby żołnierze polscy nie stawali w obronie swoich rodaków i ich dobytku…

Ktoś zauważy – przecież to, co zostało powyżej napisane, to oczywistości. Podnosili je w swoich publikacjach tak świetni badacze jak Czesław Grzelak, Henryk Stańczyk, Stefan Zwoliński, Edward Kospath-Pawłowski, Kaja Kaźmierska, Jarosław Pałka, Mikołaj Łuczniewski, Kamil Anduła i inni. Jeśli to „oczywistości”, to czemu bitew żołnierzy idących do kraju ze Wschodu wciąż nie stawia się na równi – tak jak uczynił to gen. Stanisław Sosabowski – z tymi stoczonymi przez ich braci na Zachodzie? Pod Monte Cassino, Falaise, na Wale Pomorskim czy w Kołobrzegu, nawet pod nieszczęsnym Lenino – żołnierz nie prowadził kalkulacji politycznych, tylko szedł i walczył. Tyle i aż tyle.

Fragmenty książki Piotra Korczyńskiego Piętnaście sekund. Żołnierze polscy na froncie wschodnim, Cyranka, Warszawa 2023

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Masakra pod Reichstagiem

Bitwa o Berlin to ponad 120 tys. zabitych i kilkaset tysięcy rannych „Naziści szli na nas niczym fanatycy – z absolutną pogardą dla śmierci. Jednemu z tych z Hitlerjugend oderwało nogę. Krwawiła obficie, ale on nie przestawał do nas strzelać”, wspominał uczestnik walki o Berlin. Przedpiekle  Jednak niemiecki opór zaczął się daleko przed Berlinem. O tym, że marsz na stolicę III Rzeszy będzie dłuższy i krwawszy, niż przypuszczano, żołnierze 1. Frontu Białoruskiego mogli się przekonać już podczas

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia Klasyka Przeglądu

PREMIUM Historyczna rola PZPR

Przez jej szeregi przewinęło się 4,5 mln Polaków Dzieje Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nie cieszą się dziś zainteresowaniem historyków, a co za tym idzie – odbiorców literatury historycznej. To smutny paradoks, że na większą uwagę mogą liczyć wynoszeni do rangi superbohaterów „żołnierze wyklęci”, a także demonizowani bez umiaru ich przeciwnicy z Urzędu Bezpieczeństwa, natomiast losy najważniejszej organizacji politycznej w XX-wiecznej Polsce są wstydliwie przemilczane lub co najwyżej kwitowane sztampowymi opiniami o „rządach komunistów podległych Moskwie”. Wielki

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Kłopotów przysparzać nie będziemy

Wyszyński: Kościół nie podejmie żadnej akcji, w której dążyłby do podważenia ustroju Zapis rozmowy prymasa z ministrem Kazimierzem Kąkolem W maju nie tylko w mediach pojawią się teksty w rocznicę śmierci prymasa Polski Stefana Wyszyńskiego (28 maja 1981 r.). W większości publikacji autorzy będą się koncentrować, tak jak w poprzednich latach, albo na martyrologicznych epizodach z biografii prymasa, związanych z jego internowaniem, albo na konfliktach z władzami komunistycznymi w związku z obchodami milenijnymi, słynnym listem biskupów polskich do niemieckich czy peregrynacją obrazu Matki Boskiej. Stosunkowo

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Pospolici esesmani

Kim byli uczestnicy bestialskiego procederu zagłady w Auschwitz „Strefa interesów” nie jest kolejnym filmem o obozie Auschwitz, mówi o prywatnym życiu komendanta tego obozu i jego rodziny. Przeznaczona jest dla widzów, którzy mają choćby ogólną świadomość tego, czym był obóz zagłady Auschwitz. W przeciwnym razie fabuła filmu staje się banałem, wyrywkową opowieścią o życiu prywatnym jakiejś niemieckiej rodziny w okupowanej Polsce w czasie II wojny światowej.  Przy okazji warto sobie uświadomić,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.