Notes dyplomatyczny
Im te ambasady się należą
Są rzeczy śmieszne, które śmiesznymi być nie powinny. Możemy właśnie obserwować męki ambasadorów, których minister Sikorski ściągnął z placówek do Warszawy. Oni nadal uważają się za ambasadorów, choć żadnych funkcji nie pełnią. Chodzą teraz po prawicowych mediach i opowiadają o swoim nieszczęściu. Na przykład o tym, że nikt w ambasadach, z których zostali odwołani, już ich nie słucha. Albo o tym, że wprawdzie biorą z MSZ pensję, ale nie dostają dodatku zagranicznego, więc nie mają za co żyć.
Ktoś zapyta, dlaczego biorą pensję, choć wielu z nich nie zalicza się do etatowych pracowników ministerstwa. Ano dlatego, że tylko prezydent może odwołać ambasadora, trzeba zatem im płacić.
Ale brak podpisu prezydenta na akcie odwołania nie oznacza, że ta osoba może na placówce urzędować. Minister ma bowiem prawo ściągnąć ambasadora do kraju i zamrozić jego działania. Sikorski tak zrobił.
Co oczywiście nie podoba się Dudzie. Prezydent woła, z fałszywą troską, że brak ambasadorów to nie jego wina, tylko rządu. I nawet zaprosił tych odwołanych przez Sikorskiego na spotkanie do swojego pałacu. Ale impreza się nie udała, minister zabronił im udziału. Tak ich prześladuje.
O tych prześladowaniach opowiada w prawicowych mediach Jarosław Guzy, lat 69, który rok temu wyjechał na Ukrainę pełnić tam funkcję ambasadora RP. To była jego pierwsza praca w MSZ, wcześniej z tym ministerstwem nie miał nic wspólnego.
Guzy, gdy otrzymał od Sikorskiego polecenie powrotu do kraju, zbuntował się i po pobycie w Warszawie wrócił do Kijowa. A tam spotkało go zaskoczenie. „Okazało się, że moja karta dostępowa do ambasady jest unieważniona, więc stałem przed furtką i czekałem, aż ktoś mnie wpuścił – opowiadał w Kanale Zero.
– Jeśli chodzi o mój gabinet, to również był problem, bo ja go zaplombowałem przed wyjazdem, wiedząc, że mogą się dziać różne rzeczy. I było polecenie z Warszawy, że ma mi towarzyszyć funkcjonariusz SOP (Służby Ochrony Państwa)”.
„No i jeszcze tam cała lista szykan – skarżył się dalej – bo w konsekwencji skonfiskowano moją korespondencję, tzn. nie mam dostępu do korespondencji, która przychodzi do ambasady, również do mnie imiennie, personalnie. Wyjątkowo czasami coś do mnie trafia na skrzynkę mejlową. Pracownicy ambasady dostali zakaz kontaktowania się ze mną w sprawach służbowych. Nie pozwolono mi na spotkanie z pracownikami ambasady przed wyjazdem z Kijowa, co nastąpiło 19 lipca”. Innymi słowy, Guzy od 19 lipca nie jest pracownikiem ambasady ani MSZ (nigdy nim nie był), ale chciałby wydawać polecenia jej pracownikom i nią kierować. Po co?
W Kijowie urzęduje już jego następca – Piotr Łukasiewicz. Wcześniej był ambasadorem w Afganistanie. To dyplomata i wojskowy w stopniu pułkownika – na czas wojny wybór raczej logiczny. I teraz porównajmy: mamy czas wojny, mamy kompetentnego szefa placówki, któremu ufają premier i szef MSZ, a tu przyjeżdża szef wcześniejszy, z pisowskiego nadania, który nigdy nie miał nic wspólnego ani z dyplomacją, ani z wojskiem, i się awanturuje. Ministrowi Sikorskiemu wyrazy współczucia.
Przypadki konsula
Zacietrzewienie odbiera rozum. Jest piękna historia to potwierdzająca. Otóż minister Sikorski wysłał na stanowisko konsula generalnego do Toronto Marka Ciesielczuka. To świetny wybór, Ciesielczuk jest konsularnikiem od 30 lat, energicznym i doświadczonym, wszędzie chwalonym. Był już konsulem generalnym w Szanghaju, w Barcelonie, również w Toronto, był dyrektorem Departamentu Konsularnego. Kierował centrum pomocy konsularnej, organizował ewakuacje Polaków z terenów zagrożonych itd.
I oto stanął przed komisją sejmową. I cóż mieli mu do zarzucenia przedstawiciele PiS? Że na przełomie lat 80. i 90. studiował w MGIMO. Czyli jest niepewny.
A teraz spójrzmy na daty. Ciesielczuk wyjechał na studia w roku 1986. W roku 1991 MSZ skierowało go, jeszcze jako studenta, do pracy w ambasadzie w Tunezji, gdzie spędził siedem miesięcy, szlifując język arabski na miejscowym uniwersytecie. Potem wrócił do Moskwy, gdzie w 1992 r. ukończył studia. Czyli już III RP inwestowała w niego, fundowała mu stypendium i chciała, żeby studiował w MGIMO i tę szkołę ukończył. A potem zatrudniła na stałe w MSZ.
Wówczas, w dobie wielkiej zmiany kadrowej przetaczającej się przez MSZ, te studia mu nie przeszkadzały, wręcz przeciwnie. Potem pracował w konsulatach RP w Tel Awiwie i w Nowym Jorku. Po Nowym Jorku był naczelnikiem Wydziału Opieki Konsularnej w Departamencie Konsularnym MSZ, tym, który odpowiada za koordynację udzielania pomocy obywatelom polskim w sytuacjach kryzysowych. A w roku 2008 został konsulem generalnym w Toronto. Prezydentem był wtedy Lech Kaczyński, a ministrem spraw zagranicznych Radosław Sikorski.
W 2012 r. Ciesielczuk powrócił do Warszawy i znów zajmował się pomocą Polakom w sytuacjach kryzysowych. W roku 2015 został konsulem generalnym w Barcelonie i był nim do roku 2019. W tym czasie rządziło PiS, a wiceministrem spraw zagranicznych odpowiedzialnym m.in. za kwestie konsularne i Polonii był obecny poseł tej partii Jan Dziedziczak. I co, człowieka po MGIMO pod swoimi skrzydłami nie zauważył?
Ba! Najwyraźniej praca Ciesielczuka zyskała w oczach ekipy PiS uznanie, gdyż w 2018 r. skierowany został do pracy w Konsulacie Generalnym w Szanghaju. Innymi słowy, w trakcie całej swojej kariery był ceniony i chwalony i nikomu jego dyplom nie przeszkadzał.
Ale w 2022 r. PiS uchwaliło nowelizację ustawy o służbie zagranicznej, która pozwalała zwalniać absolwentów MGIMO. Minister Rau wyrzucił więc Ciesielczuka z MSZ. Dokąd poszedł wyrzucony? Zatrudnił się w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji, a konkretnie w Urzędzie ds. Cudzoziemców. A kto w tym czasie był szefem MSWiA? Otóż był nim Mariusz Kamiński.
I teraz, drodzy pisowcy, czy uważacie, że Kamiński nie wiedział, kogo zatrudnia? Na pewno wiedział, a jeżeli nawet nie on, to dyrektorzy w jego ministerstwie wiedzieli. A czy można sobie wyobrazić, że świadomie, celowo, zatrudniliby człowieka podejrzanego o to, że został na studiach w Moskwie zwerbowany przez rosyjskie służby? Bo jeżeli Ciesielczuk jest dla was niepewny, to oskarżcie Kamińskiego, że go do swojego resortu wziął.
Tak oto PiS wpadło we własną pułapkę. Z zacietrzewienia, z lenistwa i ogólnej niemądrości.
Trochę stukania, trochę barykad
Minister Sikorski już nie organizuje corocznych narad ambasadorów, on organizuje narady szefów polskich przedstawicielstw. Prawda, że znacząca to zmiana?
W ten sposób realizuje się scenariusz, którego się spodziewaliśmy – prezydent Duda niczego nie podpisuje, ani odwołań dotychczasowych ambasadorów, ani nominacji nowych. Wygląda to wszystko tak, że ambasadorowie są odwoływani do kraju, a na ich miejsce jadą szefowie placówek, czyli chargé d’affaires.
Może więc Andrzej Duda czuć się ważny i napawać przekonaniem, że rozporządza ambasadorami, ale tak naprawdę nie rozporządza niczym.
Wszyscy to widzą, ambasadorowie zatem stosują różne strategie przetrwania. Na przykład dużo się opowiada o ambasadorze w ChRL Jakubie Kumochu. To człowiek z kancelarii prezydenta Dudy, jeden z jego najważniejszych ludzi w polskiej dyplomacji, więc Sikorski zdecydował, że go wycofuje do kraju. I wtedy Kumoch, antytalent dyplomatyczny przecież, całkowicie się przeistoczył. Zaczął walczyć o swoją posadę – i stukać w różne miejsca. Do prezydenta Dudy raczej nie musiał, bo ten i tak w swoim zacięciu nic by mu nie pomógł. Wobec tego pielgrzymował do innych. I udało się! Kto mu to przedłużenie załatwił, jakie to gołębie serce, aż strach pisać…
Z kolei Bogna Janke, którą Andrzej Duda wysłał ze swojej kancelarii na ambasadora do Brazylii, wybrała inną metodę. Odmówiła powrotu. Ona zostaje, ma nominację prezydenta, prezydent musi ją odwołać! Sprawa zrobiła się głośna, mówił o tym minister Bartoszewski.
Na jej miejsce został już zaakceptowany Andrzej Cieszkowski. To człowiek spokojny, unikający wielkich oracji i trochę pechowy. Jego pech polega na tym, że studiował w MGIMO, nawet nie za PRL, lecz w latach 1990-1995. Był stypendystą polskiego rządu. Ale prawica i tak wyła, że oto człowiek, którego Moskwa obserwowała, robi karierę w MSZ. Cieszkowski tłumaczy się, że to rząd III RP i jego agendy decydowały, czy ma tam studiować, czy nie. Bo za te studia płaciły. Wyjaśnia, że dzięki temu mógł przyglądać się Rosji w najważniejszych momentach przełomu, poznać rosyjskie zwyczaje i mentalność… Dla naszych prawicowców jednak to są żadne argumenty. Oni uważają, że wiedza o Rosji jest niepotrzebna, wystarczy taka, jaką mają oni, ten zbiór banalnych stereotypów, nic więcej. I że każdy, kto w Moskwie przebywa, natychmiast pada ofiarą KGB. Na taką chorobę zapadli. Zdaje się, że nieuleczalnie.
A wracając do Cieszkowskiego, MGIMO skończył jako specjalista od strefy portugalskojęzycznej, pracował już w ambasadzie w Lizbonie, tu się rozwijał, ale potem rzucono go na Wschód. Był pełnomocnikiem ministra Sikorskiego ds. Partnerstwa Wschodniego, miał dobre oceny pracy, więc w roku 2013 został ambasadorem w Gruzji. Ale nie na długo, bo PiS, gdy w 2015 r. zdobyło władzę, szybko go odwołało. Uznano, że jako MGIMO-wiec nie może pełnić takich funkcji, poza tym Gruzja była dla pisowców krainą pełną śladów
Lecha Kaczyńskiego, ambasadorem musiał tam być ktoś PiS przesiąknięty…
Pożytku z tych roszad Rzeczpospolita nie miała. A teraz Cieszkowski jedzie do Brazylii i może wreszcie jakiś zawodowiec sprawy naszych kontaktów z dziewiątą gospodarką świata ogarnie.
Jak mawiał książę Salina…
Chętnie pisze się o MSZ jako miejscu przypominającym dworzec, gdzie jedni przychodzą, wyrzucają drugich, a i tak chodzi o to, żeby gdzieś dobrze wyjechać… Poza tym o żadnej ciągłości nie może być mowy, co chwila jest tu jakaś rewolucja. Cóż, tak to może wyglądać, chociaż, jeśli przyjrzymy się dziejom ministerstwa, zobaczymy, że ludzie tam się zmieniali, ale zwyczaje jakby mniej…
Wykop za słowa niemiłe? Ech… Jednym z najinteligentniejszych ludzi pracujących w MSZ był Roman Knoll. Jeszcze Polska nie odrodziła się, a on już był jej urzędnikiem jako przedstawiciel Rady Regencyjnej w Petersburgu. W II RP był sekretarzem delegacji polskiej na rozmowy pokojowe w Rydze, później posłem w Ankarze, po zamachu majowym został wiceministrem spraw zagranicznych, a potem był posłem w Rzymie i Berlinie.
Piękny życiorys i piękna kariera, która została nagle przerwana w roku 1930, kiedy odwołano go z Berlina w trybie natychmiastowym i przeniesiono w stan spoczynku. A za co? A za to, że wejście do kierownictwa MSZ Józefa Becka i Wiktora Drymmera publicznie skomentował słowami: „Najazd bandytów na dom wariatów”.
Do MSZ już nie wrócił, ale pełnił funkcję szefa Sekcji Zagranicznej Delegatury Rządu na Kraj. I był autorem głośnych raportów, kierowanych do Londynu, poświęconych stosunkom polsko-żydowskim oraz polsko-ukraińskim.
Zostańmy przy Drymmerze. Modne jest narzekanie, że ministerstwo stale „wzmacniają” ludzie ze służb, mijają lata, ba, ustroje się zmieniają, a „dwuzawodowstwo” kwitnie, jak kwitło. Wspomniany Wiktor Drymmer pracował w Oddziale II Sztabu Generalnego. Między innymi organizował siatkę wywiadu na Ukrainie. Do MSZ przyszedł najpierw do wydziału prasowego, później został szefem departamentu personalnego (był nim do września 1939 r.), a od 1933 r. równocześnie departamentu konsularnego.
Innymi słowy, Dwójka trzymała w ręku MSZ, nic ważnego bez jej zgody nie mogło się tu odbywać. Drymmer, prawa ręka Becka, nie bez powodu uważany był za szarą eminencję gmachu przy Wierzbowej.
A jeżeli już jesteśmy przy szarych eminencjach – różnie z tym bywało, ale chyba najbardziej na ten tytuł zasłużyła sobie Maria Wierna. Ideowa komunistka, członkini KPP, wojnę spędziła w ZSRR, była m.in. ważną postacią w Związku Patriotów Polskich. Potem pracowała w polskich ambasadach w Moskwie i w Pradze. Gdy wróciła do kraju, objęła stanowisko szefa departamentu zajmującego się sprawami Europy Środkowej, w tym Niemiec. Już w roku 1952 mówiono o niej, że razem ze Stefanem Wierbłowskim rządzi MSZ, wszystko ustalając z Jakubem Bermanem.
Jeżeli tak było, to co powiedzieć o jej dalszej karierze? 1 stycznia 1956 r. została dyrektorem generalnym MSZ, w randze ambasadora. Na tym stanowisku dotrwała do 30 września 1968 r. Trzymała w rękach sprawy MSZ, zwłaszcza kadrowe, a więc i losy setek urzędników, przez 12 lat. Każdy przed nią drżał.
Jej mąż, Juliusz Burgin, funkcjonariusz KPP, Kominternu, NKGB, MBP, był pierwszym ambasadorem PRL w Chińskiej Republice Ludowej. Potem, już w Polsce, zajmował wysokie stanowiska poza MSZ.
Jak mawiał książę Fabrizio Salina w „Lamparcie”, „trzeba wiele zmienić, żeby wszystko zostało po staremu”. I tak to trwa.
Nominacje bez podpisu
Każda porządna struktura powinna się kierować czytelnymi zasadami postępowania, powinna też być wierna ciągłości działania, mieć świadomość, że nie powstała wczoraj. To banał. A teraz rzeczywistość.
Nie kto inny jak pisowski szef MSZ Jacek Czaputowicz skrytykował ostatnio pisowskiego prezydenta Andrzeja Dudę. Skrytykował go za to, że ten nie podpisuje nominacji ambasadorskich. I że świadomie osłabia pozycję polskich szefów placówek za granicą oraz możliwości polskiej polityki zagranicznej. Ma rację.
Duda, jak wiele razy zwracaliśmy uwagę, nikomu nie chce podpisać nominacji, niezależnie od tego, czy jest to dyplomata zawodowy, czy osoba z zewnątrz. Posuwa się do takiej aberracji jak odmowa podpisania nominacji Michałowi Łabendzie, którego Sikorski wysłał do Kazachstanu. A przypomnijmy, temuż Łabendzie ten sam Andrzej Duda podpisał nominację w roku 2018, gdy wysyłał go na ambasadora do Kairu. Czyli wtedy mógł, a teraz nie może?
To Dudę kompromituje. Pokazuje, jak marnego jest formatu. Gdyby jednym podpisywał, a drugim nie – byłaby to okazja, aby zademonstrować opinii publicznej, że kieruje się wyższymi kryteriami, że troska o jakość ambasadorskich kadr, czyli troska o Polskę, jest dla niego najważniejsza. Nie podpisując nikomu, pokazuje, że najważniejsza jest dla niego troska o własne ego. I podstawianie nogi.
To był Duda, a teraz Zbigniew Rau, były wojewoda łódzki, pisowiec od zawsze, który za PiS został szefem MSZ. Mówi o nim Łukasz Jasina, były rzecznik MSZ: „Zbigniew Rau był człowiekiem o gigantycznych skokach nastrojów, który potrafił w ciągu jednego dnia przejść od okazywania gigantycznego zaufania, pełnego doceniania pracy, powierzania mi bardzo odpowiedzialnych zadań, aż do całkowitego podważania moich kompetencji. Było to połączone z nieokiełznanymi wybuchami psychicznej agresji. Krzyczał na mnie głośno. Ot, takie »Szaleństwa króla Jerzego«, jak w filmie.
Zarzucał mi, że chcę go zniszczyć. Krzyczał, że nic nie umiem. Kilka godzin później znów bardzo mnie doceniał, a po kolejnych krytykował za kolor skarpetek czy jakość koszul, które nosiłem”.
W ten sposób dowiadujemy się z pierwszej ręki, że mieliśmy na czele MSZ osobę sprawiającą wrażenie niezrównoważonej. Czy to mogło działać?
Raua zastąpił Radosław Sikorski, pozujący chętnie na osobę, która coś z edukacji w Wielkiej Brytanii wyniosła, dla której korpus służby zagranicznej, jego jakość, jego esprit to nie są puste słowa.
W lipcu zmarł Zdzisław Góralczyk, były ambasador Polski w Pekinie, który przepracował w MSZ kilkadziesiąt lat, wybitny dyplomata i sinolog. Na jego pogrzebie była spora grupa dyplomatów. Był ambasador Chin, który wygłosił piękną mowę pożegnalną w języku polskim. Ale nie było żadnego oficjalnego przedstawiciela MSZ, nawet naczelnika wydziału z bukietem trzech tulipanów.
Góralczykowi to po nic, swoje w życiu osiągnął, ci, którzy się znają, pamiętają o nim. A MSZ? Chciałby być minister Sikorski szefem centrum polskiej polityki zagranicznej, kierować mózgowcami, ludźmi najwyższej jakości, oddanymi służbie. A wychodzi, że kontentuje się rolą szefa dworcowej poczekalni. Gdzie wchodzą i wychodzą.
Puk, puk, kontrola
Podsłuchane na korytarzu. Rozmawiało dwóch urzędników, jeden drugiego zapytał szyderczo: „Do czego służy Biuro Kontroli i Audytu?”. A ten drugi odpowiedział: „Do ewaluacji”. Miał rację. Co prawda, ową ewaluację dodano do nazwy już za nowych czasów, ale jak najbardziej słusznie, bo historia biura pokazuje, że bardziej niż sprawdzaniem zajmuje się ono tym, czy warto daną placówkę sprawdzać zasadniczo, czy tak sobie.
To nie jest opinia z sufitu. O MSZ w ostatnich miesiącach było głośno w mediach m.in. z powodu dwóch spraw. Afery wizowej, którą wyjaśnia m.in. sejmowa komisja śledcza, i afery związanej z byłym wiceministrem Pawłem Jabłońskim. Ten w ramach programu „Pomoc humanitarna” przekazał 7,2 mln zł – organizacjom, którym chciał, a nie tym, które zarekomendowała komisja konkursowa.
Przyjrzyjmy się obu tym historiom – dowiedzieliśmy się o nich w wyniku działań instytucji zewnętrznych wobec MSZ. W aferze wizowej to Centralne Biuro Antykorupcyjne namierzyło tropy związane z wiceministrem Piotrem Wawrzykiem (nadzorował Departament Konsularny) i przede wszystkim z jego asystentem Edgarem Kobosem, a także mechanizm – że wydanie wiz dla obywateli państw Azji i Afryki można było „załatwić” poprzez znajomość z Kobosem. Afera dotycząca ponad 7 mln, które rozdysponował Jabłoński – o niej z kolei dowiedzieliśmy się dzięki pracy inspektorów NIK.
A MSZ-owskie Biuro Kontroli i Audytu? Zgodnie z zakresem zadań to biuro „planuje, przeprowadza i dokumentuje kontrole w ministerstwie, jednostkach podległych lub nadzorowanych przez Ministra Spraw Zagranicznych” oraz „koordynuje sprawy związane z kontrolami przeprowadzanymi przez inne uprawnione organy i instytucje; prowadzi audyt wewnętrzny w ministerstwie”.
Nasuwa się więc pytanie zasadnicze: czy w sprawie wiz lub programu „Pomoc humanitarna” biuro coś wiedziało? Czy informowało o tym ministra?
Dodajmy dla porządku, że ani afera wizowa, ani afera Jabłońskiego nie była czymś ukrytym. Listy z nazwiskami osób, którym konsulowie mieli przyznać wizy, cała ta procedura, były znane konsulom i kierownictwu Departamentu Konsularnego. Wielu osobom. Rozmawiano o tym, zresztą samo szefostwo departamentu wysyłało mejle w sprawie wiz do placówek. Konkurs grantowy i sposób jego rozstrzygnięcia też były w MSZ komentowane. Przynajmniej w paru gabinetach. I co?
Panowie, których na korytarzu MSZ podsłuchaliśmy, nie mieli wątpliwości: o sprawie wiz i grantów „zamieszani” urzędnicy informowali, kogo trzeba. Choćby po to, by w przyszłości nikt ich nie ciągał po sądach za współudział.
Taka jest uroda MSZ. Pracują tu ludzie spostrzegawczy i chętnie informujący. Pytanie tylko, czy informowali również Biuro Kontroli i Audytu. Chyba nie, więc może skróćmy mu nazwę do Biura Audytu albo rozwiążmy po prostu. Bo po co komu jednostka, która generuje potężne koszty (delegacje kosztują), a zasadniczo groźna jest dla podpadniętych i potrafi ścigać za źle rozliczony bilet, pozostałych spraw nie widząc?
Powrót do Los Angeles
Na stanowisko konsula generalnego w Los Angeles wraca Paulina Kapuścińska. Jej powrót jest symboliczny, i to z kilku powodów.
Po pierwsze, jako powrót dawnych urzędników. Kapuścińska po studiach próbowała sił jako dziennikarka, aż trafiła, w roku 1999, do kancelarii premiera Jerzego Buzka. Tam pracowała w zespole rzecznika prasowego. Po wyborach z 2001 r. została przeniesiona do Departamentu Spraw Zagranicznych, a rok później przeszła do służby zagranicznej, do Departamentu Unii Europejskiej i Obsługi Negocjacji Akcesyjnych. W 2004 r. wyjechała na swoją pierwszą placówkę, do Los Angeles, na stanowisko konsula ds. kultury, prasy, edukacji i Polonii.
Najwyraźniej jej praca była wysoko oceniana, gdyż w roku 2007 nowa minister spraw zagranicznych Anna Fotyga mianowała ją konsulem generalnym RP w Los Angeles. Czyli Kapuścińska przyszła do pracy państwowej za Buzka, awansowała za SLD, za PiS jeszcze poszła w górę. A gdy wróciła do Polski, za PO, pracowała w MSZ na różnych stanowiskach, będąc m.in. dyrektorem Biura Rzecznika Prasowego u Radosława Sikorskiego.
Ten w roku 2012 mianował ją konsulem generalnym w Chicago. I wtedy się zaczęło. Podniosła się przeciwko Kapuścińskiej fala hejtu, sterowanego przez prawicę i PiS. Jej grzechem był… mąż, Eriusz Rybacki, za którego wyszła w roku 2009. Rybacki – jak się okazało – złożył „pozytywne” oświadczenie lustracyjne. Co nie dziwi, gdyż pracując w czasach PRL w MSZ, był polskim attaché wojskowym, pełnił także funkcję konsula ds. Polonii.
Atakowano więc Kapuścińską, wymyślając jej mężowi od esbeków. I atakuje się po dziś dzień. A ona broni się łzawo. „Moja rodzina była w opozycji, w Solidarności, w stanie wojennym zwolniona z pracy, ojciec, matka. Dziadkowie zamordowani w czasie wojny”, opowiada.
W Chicago nie na wiele to jej się zdało. Tam pracowała razem z mężem, ona kierowała placówką, on był konsulem ds. obywatelstwa. A w styczniu 2016 r. Witold Waszczykowski jedną z pierwszych swoich decyzji odwołał ją do kraju. Teraz wraca do służby konsularnej. Już bez męża, który jest w wieku emerytalnym.
A co na to jej hejterzy? Ci ze środowisk polonijnych związanych z PiS i ci z PiS? W zasadzie to nie ma znaczenia, gdyż ostatnie osiem lat pokazało, że poza awanturami niewiele mogą.
Jan Dziedziczak, były pisowski wiceminister, odpowiedzialny za sprawy Polonii, przyznaje: „Niestety, organizacje polskie w USA nie są w szczycie swoich sił i wpływów”. I pyta rozpaczliwie obecnych szefów MSZ: „Jaki państwo macie pomysł na to, żeby ten lobbing propolski zwiększyć, żeby namawiać naszych rodaków do tego, żeby sami zostawali politykami amerykańskimi, czy to stanowymi, czy federalnymi? Mamy wyraźny brak zarówno w całym Kongresie, w Izbie Reprezentantów i w Senacie polskich parlamentarzystów czy amerykańskich polskiego pochodzenia”.
Bardziej bezpośrednio mówi o tym Paweł Kukiz: „Należy przebudować tę naszą Polonię. Wielokrotnie byłem w Stanach Zjednoczonych i rzeczywiście te środowiska starszej Polonii – mam na myśli ludzi w moim wieku i jeszcze starszych – one dezorganizują Polaków. One są wewnętrznie skłócone, one są wewnętrznie skonfliktowane”.
Osiem lat rozwalania, patriotycznego nadymania się – i nic.
Opowieść o innej cywilizacji
Przetoczyła się przez media sprawa byłego pisowskiego wiceministra spraw zagranicznych Pawła Jabłońskiego. Otóż dowiedzieliśmy się, że Jabłoński łamał wewnętrzne rozporządzenia MSZ i samowolnie dysponował państwowymi pieniędzmi. Milionami. Konkretnie chodzi o program „Pomoc humanitarna 2023”, który ogłoszono w kwietniu zeszłego roku, a w zarządzeniu ministra ustalono zasady przyznawania grantów. Do rozpatrywania wniosków została powołana komisja konkursowa i w lipcu 2023 r. wiceminister otrzymał od niej notatkę z rekomendacją na udzielenie dotacji dziesięciu projektom. Dlaczego Jabłoński? Z prostego powodu – jako wiceminister te sprawy nadzorował.
W zasadzie w tym momencie sprawa powinna zostać zamknięta. Na zachodzie Europy system przyznawania grantów, czyli dysponowania publicznymi pieniędzmi, jest bardzo restrykcyjny, podobnie jak rola nadzorującego. Ale to była Polska PiS. Więc Jabłoński, wiemy to z raportu NIK, wydał swojemu asystentowi polecenie, by zmienił wyniki pracy komisji. Żeby dotacje dostały inne podmioty. Asystent napisał zatem do komisji mejla – zaproponował w nim rozstrzygnięcie konkursu. Jakie? Umieścił w nim swoich zwycięzców (może nie swoich, tylko wiceministra Jabłońskiego). W tej nowej dziesiątce tylko trzy podmioty były wcześniej rekomendowane przez komisję.
I jak to się skończyło? Ano tak, że 7,2 mln zł otrzymały organizacje z mejla asystenta Jabłońskiego. Na przykład takie jak Stowarzyszenie Bezpieczna Lubelszczyzna, które w konkursie dostało od komisji 0 punktów na 100 możliwych. Dodajmy, owo stowarzyszenie zasłynęło z akcji billboardowej przedstawiającej polityczki PiS. Inni „zwycięzcy” konkursu to Fundacja Klaster Innowacji Społecznych, kierowana przez działacza nieistniejącej już partii Adama Bielana (dostała 412 tys. zł na projekt dotyczący Ukrainy) czy też Stowarzyszenie Katolickie Przyjaźń Jaworznicka.
W tej sprawie pojawia się więc kilka pytań, w tym zasadnicze: po co minister Rau pisał regulamin konkursu, powoływał komisję konkursową itd., skoro wiceminister wydał pieniądze po uważaniu? On sam twierdzi, że po dokładnej analizie, co brzmi jak kolejna pisowska kpina.
Żeby była jasność – informacja o 7 mln (z kawałkiem), które Jabłoński rozdał, jak chciał, nikogo w MSZ nie zaskoczyła. To człowiek związany z Ordo Iuris, który z MSZ i dyplomacją ma tyle wspólnego, że był wiceministrem. Nie ma więc zielonego pojęcia o tym, jak pieniądze publiczne przyznawane są chociażby w Unii Europejskiej – że są komisje konkursowe, niezależni eksperci, a rolą nadzorcy (wiceministra, dyrektora generalnego itd.) jest pilnowanie, by wszystko było jak najbardziej correct. A takie rzeczy jak jakieś sugestie są w ogóle niedopuszczalne. Nie mówiąc o mejlach i samodzielnym układaniu listy „zwycięzców”.
Cóż, panie były wiceministrze Jabłoński… Do pewnych spraw trzeba mieć wiedzę i ogólną ogładę (urzędniczą również). Przekonanie, że „mnie wszystko wolno i jestem bezkarny”, to inna cywilizacja.
Czapki z głów
Zastanawiało się paru dżentelmenów, jak będą wyglądały nasze placówki, kierowane nie przez ambasadorów, tylko przez chargé d’affaires.
I po pierwsze, doszli do wniosku, że ten rok jakoś Polska przetrzyma. Po prostu za czasów PiS nadzwyczaj często tak było, że ambasadami kierowali chargé d’affaires, a w Warszawie tym się nie przejmowano… Na świecie też przyzwyczajono się już do tego, że brak ambasadora nie wynika z jakiejś polskiej niegrzeczności, tylko ze specyfiki naszego systemu politycznego – że prezydent i premier (o ministrze nie wspominając) nie potrafią się dogadać.
Po drugie, tym bardziej będzie to zrozumiałe w tych krajach, z którymi mamy bliskie i częste kontakty. Tam bowiem wiedzą, jaką mamy sytuację. A po trzecie, wolą mieć do czynienia z chargé d’affaires, który cieszy się zaufaniem centrali, niż z ambasadorem, który nic nie znaczy.
Wiadomo, będą ważne imprezy, podczas których reprezentant Rzeczypospolitej upchnięty zostanie gdzieś z tyłu. Ale to da się przeżyć… Nie precedencja o sile ambasadora decyduje. Możemy więc zakładać, że dla zawodowych dyplomatów wyjazd na rok w charakterze szarżyka, jak niektórzy mówią o chargé d’affaires, nie będzie czymś trudnym. Przejmą kierowanie ambasadami, nawiążą kontakty, spróbują wyjaśnić sytuację…
Wyobraźmy sobie na przykład Indie – to państwo, w którym sprawy protokołu dyplomatycznego są niezwykle istotne i szczególnie trudno jest pracować w charakterze chargé d’affaires. Ale jeżeli pojedzie tam na przykład Piotr Świtalski z zapewnieniem, że przy najbliższej okazji (najpóźniej za rok) zostanie pełnoprawnym ambasadorem, to wszystko nie będzie drogą z przeszkodami, lecz lipową aleją.
Świtalski był wiceministrem spraw zagranicznych w czasach Marka Belki, wcześniej ambasadorem przy Radzie Europy, pracował też w Afryce. Był również ambasadorem Unii Europejskiej w Armenii. Jego domeną jest dyplomacja wielostronna i polityka bezpieczeństwa. I w ogóle dyplomacja, bo jest jednym z najlepszych fachowców w swoim zawodzie. Doskonale więc będzie wiedział, jak sprzedać swój potencjał, jak budować pozycję w gronie gospodarzy, jak rozmawiać, do kogo się zwracać. Jeżeli ktoś nie wierzy, że to potrafi, niech zajrzy na jego blog, na którym zamieszcza opowieści z morałem ze świata dyplomacji, wtedy się przekona. Albo przeczyta którąś z jego książek poświęconych polityce międzynarodowej i geopolityce, „Klepsydrę i tron”. Dodajmy, że oprócz wiedzy Świtalski będzie mógł w New Delhi wykorzystać swoje niemałe znajomości. Świat dyplomacji tak bowiem wygląda, że ludzie bezustannie spotykają się na różnych placówkach, więc – po pewnym czasie – wszędzie są znajomi, a przynajmniej znajomi znajomych.
Z punktu widzenia PiS (które i tak nie decyduje), ta kandydatura może mieć dwie wady – Świtalski był doktorantem na MGIMO i wszedł w wiek emerytalny. Ale w Indiach to akurat nie są wady, lecz wielkie zalety – znajomość Rosji, znajomość świata, doświadczenie.
Chapeau bas! Potrafi Radosław Sikorski zaimponować kadrowym wyborem.







