Sport

Powrót na stronę główną
Sport

Wesele i pogrzeb

Choćbyśmy mieli w składzie największego piłkarza, nie zmieni to naszej parszywej doli, możemy za to się pocieszać jego trofeami zagranicznymi

Wejście do „klubu 100” w Lidze Mistrzów po Cristianie Ronaldzie i Leo Messim to wyczyn, o którym należałoby napisać bez względu na pochodzenie napastnika. A że dokonał tego Polak, sprawa wymaga rozkładówki, wersalików, fanfar i czego tam jeszcze – Robert Lewandowski już dawno zbudował swoją legendę jednego z najlepszych piłkarzy w historii futbolu, teraz trwają prace wykończeniowe.

Gdyby ktoś na chwilę zapomniał, że ma szczęście żyć w erze polskiego mistrza, kolejne liczby wyrwą go z otępienia. Przyzwyczailiśmy się do tego, że Robert nieustannie „coś tam” strzela w najważniejszych rozgrywkach, ale od czasu do czasu te gole sumują się w liczby przełomowe, legendarne, piszą na naszych oczach historię, do której będziemy rzewnie tęsknić za parę lat. O jego rekordach bundesligowych nigdy nie przestanie być głośno: pięć goli w dziewięć minut przeciw Wolfsburgowi zdobytych w roli rezerwowego złamało system, 41 goli w jednym sezonie (na pobicie tego wyczynu stale zasadza się Harry Kane, nie życzę powodzenia), 312 goli na niemieckich boiskach (najskuteczniejszy obcokrajowiec w historii Bundesligi). W każdym kraju, w którym przyszło mu grać, zdobywał wszystko: koronę króla strzelców i tytuł mistrzowski, w reprezentacji Polski, choć często obwiniany o niepowodzenia drużyny, a nawet pomawiany o „niepatriotyczny” brak zaangażowania, też pozostanie rekordzistą wszech czasów (na razie 84 gole w 156 meczach).

To wszystko są liczby z kosmosu, jakby sobie chłopak z kampinoskiej wioski wybrał tryb kariery w piłkarskiej grze komputerowej i do znudzenia ładował gole, ustawiając przeciwników na poziom amatorski – dzieciaki tak mają, że nigdy się nie nudzą zwycięstwami. I teraz ten chłopak wskoczył na podium, i to tak, że się Ziemia zatrzęsła i wszystkie media globu wymieniają obok siebie trzy nazwiska geniuszy sportu: Ronaldo, Messi, Lewandowski.

W ostatniej kolejce Champions League, najbardziej prestiżowych rozgrywek na świecie, Lewy trafił po raz 100. i 101. I będzie trafiał nadal, w przeciwieństwie do Argentyńczyka (129 bramek, obecnie aktywna emerytura na Florydzie) i Portugalczyka (150 goli, teraz trafia dla saudyjskich szejków).

Upłyną lata, zanim kolejni realni kandydaci do przekroczenia liczby 100 goli w Lidze Mistrzów zdołają choćby się zbliżyć do Roberta. Kylian Mbappé przeżywa w Madrycie zdumiewający kryzys, ostatnio nie udało mu się wykorzystać jedenastki. Manchester City cierpi katusze po kontuzji Rodriego, zespół nie wygrał sześciu kolejnych spotkań, więc i Haaland ma mniej okazji do cieszynek. Na razie Lewandowski ma więcej goli w Champions League niż obaj ci młodzieńcy razem wzięci. Urodził się nam przed 36 laty na Mazowszu napastnik doskonały, drugiego takiego już nie dożyjemy. I to jest wiadomość tyleż radosna, co druzgocąca dla polskich kibiców, bo nasza kadra nawet z jednym z gigantów futbolu w składzie nie osiągnęła nic. Jej sufitem okazały się ćwierćfinał mistrzostw Europy oraz wyjście z mundialowej grupy.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Teren budowy, wstęp wzbroniony

Gramy na miarę naszych możliwości. Jesteśmy mierni, w porywach przeciętni i nie da się tego zmienić

„Teren budowy, wstęp wzbroniony” – taką tabliczką proponuję odstraszać wszystkich chętnych do oglądania piłkarskiej reprezentacji Polski. To wedle myśli trenera Michała Probierza, który zagadnięty bezpośrednio po historycznym spuszczeniu nas do Dywizji B Ligi Narodów, bez śladu smutku czy choćby delikatnej konfuzji, orzekł, że „drużyna jest w budowie”, czym z góry zamknął pole do krytyki.

Na przedmeczowych konferencjach spięty, drażliwy, kontrujący każde pytanie jak atak na swoje ego, nieco nawet gburowaty, po sportowej klęsce, którą podpisał własnym nazwiskiem, nagle odpowiadał płynnie, wyluzowany i cierpliwy.

Napięcie zeszło.

Stało się, a zarazem nic się nie stało. Przegraliśmy ze Szkocją w doliczonym czasie, a dwa miesiące temu w takich samych okolicznościach z nią wygraliśmy.

Raz na wozie, raz pod wozem. Selekcjoner się nie tłumaczył. Kanoniczny truizm o drużynie w budowie (po roku pracy nie wypada już mówić o przebudowie) załatwił sprawę, potem jeszcze coach bez najmniejszych wątpliwości orzekł, że cień myśli o dymisji nie przemknął mu nawet przez głowę, bo „idziemy w dobrym kierunku”. Wyglądał na faceta, którego odwagę wspiera przekonanie o własnej nietykalności. Gadał swoje, ale ja słyszałem jego głos wewnętrzny, pozwolę więc sobie to moje urojenie słuchowe na prawach licentia poetica przedstawić: „Czego ode mnie chcecie?! Liga Narodów się nie liczy, przynajmniej uchroniliśmy się przed jakimiś pojebanymi barażami na wiosnę.

Będę ciągnął ten wózek przez eliminacje mundialu i nadal zarabiał miesięcznie więcej niż wy przez cały rok. Kulesza to mój ziom, wprowadziłem mu Białystok do Europy, kiedy tam się jeszcze żubry na boisku pasły. Poza tym mam ważny kontrakt, więc jestem nie do ruszenia. A teraz cześć i czołem, muszę jeszcze powiedzieć chłopakom w szatni, żeby się nie przejmowali, i idę pierdolnąć whisky”.

A tak już całkiem serio: Michał Probierz nie jest winny temu, że w Polsce rodzi się radykalnie mniej zdolnych piłkarzy niż w Portugalii, nieco mniej niż w Chorwacji i mniej więcej tyle samo co w Szkocji.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Na Szkotów bez Lewego

Lewandowski może jeszcze sprawić psikusa i odebrać za rok to, co mu się należało w 2020. Anulowanie wtedy Złotej Piłki było historycznym przekrętem, psiakrew, antypolskim!

Biję się w piersi nabrzmiałe od piwnych estrogenów. Przed miesiącem, przy okazji bojów naszej reprezentacji na Stadionie Narodowym, napisałem, że to dla nas mecze zupełnie bezstresowe, bo i tak do utrzymania się w elicie piłkarskiej Ligi Narodów wystarczy nam poradzić sobie ze Szkocją.

Otóż nie wystarczy – ta wstrętna UEFA postanowiła utrudnić nam sprawę zmianami regulaminowymi. Przedostatnie miejsce w tabeli daje prawo gry w wiosennych barażach z wylosowanym wiceliderem jednej z niższych grup.

Piszę te słowa, nie wiedząc, jak zakończyła się nasza podróż do Portugalii, porażki z góry nie zakładam, ale podejrzewam, że limit naszego fuksa na sto lat do przodu wyczerpał Jacek Krzynówek 8 września 2007 r., kiedy w ostatnich chwilach meczu oddał strzał rozpaczy, a piłka odbiła się od słupka i pleców bramkarza Ricardo.

Łatwo zatem nie będzie, zwłaszcza że Michał Probierz to jeden z tych trenerów, którzy lubią odpuszczać. Odpuszczamy puchary, aby skupić się na lidze. Odpuszczamy Ligę Narodów, aby skupić się na eliminacjach mundialu (może lepiej od razu odpuścić mecze, aby skupić się na treningach?). Jeśli jedne rozgrywki mają być poligonem doświadczalnym dla drugich, to chciałoby się w końcu zobaczyć, żeśmy coś wyćwiczyli, oprócz negatywnej selekcji kolejnych niespełnionych kandydatów.

Gramy dziś zatem ze Szkocją, wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że nie o pietruszkę to granie. Ale cóż ja w czwartek mogę wiedzieć o piątku? Piszę po omacku, przeto łacniej mi będzie oddać się wspomnieniom, niż przewidywać przyszłość.

Mam córkę w Szkocji, jej brat pożytkuje ADHD

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Tak możemy konferować

Tej jesieni na czwartkowych imprezach wiedziemy prym. Jaga i Legia rywalizują wręcz o tytuł królowej balu

Trwaj, chwilo, jakże jesteś piękna! Dwutygodniowe interwały w europejskich pucharach mają moc utrwalania chwil – właśnie czas zastygł na tych kilkanaście dni, kiedy wszyscy powinniśmy wydrukować sobie statystyki Ligi Konferencji, oprawić je i powiesić w widocznym miejscu. Napawajmy się, bo tak pięknie jeszcze nie było.

Nasze dwa kluby na półmetku rozgrywek zajmują miejsca na podium w 36-zespołowej tabeli, a gdyby ktoś marudził, że to specjalnie dla nas stworzony Puchar Łamag i Patałachów, niechże spojrzy, kto tej lidze przewodzi. Legia i Jagiellonia ustępują bowiem stosunkiem bramek tylko londyńskiej Chelsea, a nasz najlepszy snajper, Afimico „Piętaszek” Pululu (w czwartek po raz pierwszy w fazie grupowej zakończył mecz bez gola zdobytego piętą), jest na szczycie listy snajperów, razem z Portugalczykiem João Félixem i Francuzem Christopherem Nkunku, gwiazdami światowego formatu.

Wygraliśmy dotąd wszystkie mecze, tracąc zaledwie jednego gola. Legia pozostaje w Lidze Konferencji jedyną drużyną z czystym kontem. Ba, wliczając rundy eliminacyjne, wygrała w bieżącym sezonie 11 z 12 rozegranych spotkań, raz tylko remisując z duńskim Brøndby. Ten mecz faktycznie kosztował sporo nerwów, zarówno kibiców, jak i trenera Gonçalo Feio, który od tego momentu znalazł się na celowniku wszystkich strażników dobrych obyczajów i arbitrów manier. Owszem, środkowy palec pokazany przyjezdnym kibicom nie przystoi coachowi, ale stanowczo zbyt wiele uwagi poświęca się pozaboiskowym wyczynom portugalskiego trenera.

Kazimierz Górski miał talent do błyskotliwych bon motów, które na stałe zagościły w słowniku futbolowym. Niegdyś rzekł był o Januszu Wójciku, że to „dobry trener, ale nie ma wyników”. W ten sposób kurtuazyjnie usprawiedliwiano zwolnienia coachów w polskich ligach, a wiemy, że nad Wisłą nie ma posady bardziej nietrwałej niż stołek trenerski. Zwalnianie trenerów stało się w Polsce sztuką dla sztuki, robi się to nie tylko spontanicznie, ale i, by tak rzec, profilaktycznie, prewencyjnie, bez związku z boiskową rzeczywistością. Teraz zdaje się obowiązywać zasada: „Zły trener, chociaż ma wyniki”.

Kampania medialna na rzecz zwolnienia Bestii,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Madrycki spleen

Barcelona na każdego rywala stosuje inny manewr taktyczny

Październik zakończył się dla madridistas koszmarnie, choć wszystko wskazywało na to, że nadchodzi dla Realu czas dionizyjski. W rewanżu za finał Ligi Mistrzów Królewscy wygrali z Borussią Dortmund w swoim stylu, jako specjaliści od spektakularnych remontad, od stanu 0:2 do przerwy wyciągnęli końcowy wynik 5:2. Rozszalały Vinicius ustrzelił hattricka i nabrał pewności, że Złotej Piłki nikt mu już nie odbierze.

Tak efektowny występ miał być języczkiem u wagi, setka dziennikarzy uprawnionych do głosowania miała się nie oprzeć takiemu popisowi. Połowę TOP 10 Złotej Piłki stanowili gracze Realu Madryt, trenerem roku został coach Galácticos Carlo Ancelotti, Vini już szykował olbrzymią imprezę, miał pomysł na okolicznościową koafiurę i umówionego fryzjera. Aż nagle poszedł przeciek: gremium w końcu sobie przypomniało o tym, że Złota Piłka to nie Złoty But (trofeum dla najlepszego snajpera lig europejskich) – i choć w ostatnich 15 latach tylko raz nagrodzono gracza, który nie był napastnikiem (Luka Modrić wzniósł trofeum w 2018 r.), tym razem przygotowano niespodziankę. Za najlepszego piłkarza świata uznano Rodriego, pomocnika Manchesteru City i reprezentacji Hiszpanii.

Odwołano lot, Real zbojkotował galę, dając wyraz przedszkolnej frustracji i błaźniąc się przed światem po raz drugi w ciągu kilku dni. Najpierw bowiem został zlany w swojej świątyni przez odwiecznego wroga, przegrywając El Clásico, najważniejszy mecz ligowy świata, aż 0:4. Powiedzieć, że Galácticos spadło morale, to nic nie powiedzieć.

Tutaj dygresja: może jednak im „s p a d ł y morale”, tak bowiem rzekł był ekspert telewizyjny, były piłkarz, a ja się zachwyciłem, jak niegdyś bym się wyniośle zmarszczył. Kiedy ktoś mówi „wziąść”, to jeszcze się wzdrygam jak na jadowite pająki jaskiniowe, bezlitośnie odróżniam też niechlujność wymowy od jej wady i tej pierwszej (np. „szeset złoty za ten swetr?!”) nie znoszę, ale już naturszczykowskie błędy frazeologiczne po prostu mnie rozczulają. Być może człowiek z wiekiem łagodnieje, a może to po prostu element podskórnego lęku przed AI i wyśnionym w koszmarach, nieludzko bezbłędnym i pozbawionym emocji botem komentatorskim.

Jeszcze zatęsknimy za żywymi sprawozdawcami i ich kiksami, jeszcze będziemy stawiać pomniki Dariuszowi Szpakowskiemu, ostatniemu, co tak lapsusy wodził. Errare humanum est, choć mało kto pamięta o drugim członie sentencji Seneki, w której mówi się, że co prawda popełnianie błędów jest ludzkie, lecz obstawanie przy błędzie jest już diablą strategią. Tym bardziej szanuję pana Dariusza, bo wprawdzie myli się seryjnie, także w wymowie nazwisk zawodników, ale nigdy tak samo: jak jest niepewny wymowy, to niczym Adaś Miauczyński za każdym razem stosuje inną z nadzieją, że za którymś trafi się prawidłowa.

Szpakowski jest stary, przetrwał w mediach publicznych już tyle systemów, rządów i zarządów, że należy mu się poważanie choćby na mocy ochrony zabytków; jego nieprzerwane istnienie w mediach mnie koi – niegdyś w podobny sposób Mieczysław Fogg uspokajał pokolenie naszych dziadków, 60 lat kariery scenicznej to nie w kij dmuchał, stąd dowcip z mumią, która wybudzona przez archeologów pytała, czy Fogg wciąż śpiewa.

Takie też ukojenie znajduję w karierze piłkarzy już pomnikowych, a jeszcze żwawo pomykających po boiskach, śrubujących rekordy strzeleckie i nieustępliwie wiodących prym w swoich drużynach. O trzeciej młodości Cristiana Ronalda, Leo Messiego czy Luki Modricia było już tej jesieni głośno, także na tych łamach zdumiewałem się i zachwycałem ich żywotnością. Teraz przyszedł czas na Roberta Lewandowskiego, bo nasz mistrz właśnie znowu zadziwił wszystkich i dopisał do listy spełnionych marzeń dublet i tytuł MVP (most valuable player, czyli najbardziej wartościowy gracz) w najsłynniejszym klasyku świata. Wygrać mecz na stadionie rywala to sukces, ale w Gran Derbi to nie wystarczy. W meczach odwiecznych rywali chodzi o to, żeby przeciwnika przed jego własną publicznością upokorzyć, odrzeć ze złudzeń, wyleczyć z marzeń, zdemolować i pozamiatać.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Profesorowie bez dyplomów

Poldi włada biegle językami krajów, w których robił karierę

Ekscentryczna promocja radia-którego-nikt-nie słuchał udała się w stu procentach. Deepfake’owy wywiad bota dziennikarskiego z botem noblowskim, czyli niejakiej Emi z Wisławą Szymborską, nieżyjącą od 12 lat, pokazał, co już może sztuczna inteligencja w służbie mediów i jakie wynikają z tego niebezpieczeństwa. Otóż AI może manipulować perfekcyjnie i bezkonkurencyjnie – wskrzeszona poetka komentowała własnym głosem twórczość tegorocznej laureatki z Korei tak zmyślnie, że przyklasnął temu sam najjaśniejszy sekretarz Fundacji Wisławy Szymborskiej, Michał Rusinek.

Ta kuriozalna „rozmowa” dowiodła, że w świecie symulakrów nikt nie może się czuć bezpiecznie – nie tylko szeregowi pracownicy (jak dziennikarze rzeczonego radia, którym rozwiązano umowy, bo AI może wybierać listę utworów do grania za darmo), lecz także pracownicy zasłużeni i legendarni (jak lektor Jarosław Juszkiewicz, którego po wielu latach Google Maps właśnie zastąpiło głosem bota), a nawet zmarli wieszcze. Groza i lament, do których nie mogę się nie przyłączyć, chociaż z czystej przekory dodam, że lepsza sztuczna inteligencja niż jej naturalny brak, którym grzeszy cała armia dostarczycieli kontentu, uważających się za aktywnych dziennikarzy.

Dla przykładu przeanalizujmy przypadek pana Pipsztyckiego z pewnego tabloidu, który w ubiegłym tygodniu postanowił zarobić na życie tekstem o wybitnym sportowcu. Owóż ten nieborak zechciał przyciągnąć uwagę „sensacyjną” wiadomością o wykształceniu Lukasa Podolskiego; najwyraźniej algorytm podsunął Poldiego jako gorącą postać po hucznym benefisie w Kolonii. Kilkanaście dni temu dziesiątki tysięcy fanów przyszło zobaczyć mecz, w którym Górnik Zabrze zasilony jednorazowo gwiazdami Bundesligi (m.in. Manuelem Neuerem w bramce i Matthiasem Ginterem w obronie) wygrał z FC Köln – macierzystym klubem Poldiego, który zagrał po połowie w obu drużynach. To był hołd dla mistrza świata, najlepszej lewej nogi w historii niemieckiej piłki, człowieka, który doskonale pojął gramatykę futbolu, ale włada też biegle językami krajów, w których robił karierę – mówi po niemiecku, angielsku, polsku, śląsku, a i po turecku zagadać potrafi.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Futbol maniakalno-depresyjny

Selekcjoner Probierz wciąż realizuje plan minimum, nasza kadra nie zaskakuje ani in minus, ani in plus

Cokolwiek by napisać o dwóch kolejnych meczach kadry w Lidze Narodów UEFA, to nie wyniki, zgodne zresztą z przewidywaniami, stanowią o historycznej randze tych wydarzeń. Podczas meczu z Chorwacją na boisku znalazło się w tym samym czasie dwóch czarnoskórych reprezentantów Polski, kilka dni wcześniej też obaj zagrali, ale nie jednocześnie. Michael Ameyaw, syn Polki i Ghańczyka, błyszczący na ligowych boiskach w częstochowskim Rakowie, oskrzydlał ofensywne akcje; Maxi Oyedele, syn Polki i Nigeryjczyka, w ciągu kilku tygodni przebojem wdarł się do pierwszego składu warszawskiej Legii i reprezentacji. Obaj wypadli przeciętnie, jak cała drużyna, choć jak na debiutantów całkiem poprawnie, zwłaszcza Ameyaw kilka razy szarpnął efektownie i „namieszał” w polach karnych rywali. Oyedele to jeszcze nastolatek, ale w Legii gra na pozycji defensywnego pomocnika jak stary wyga – przeciw Portugalczykom nie miał wiele do powiedzenia, bo to bodaj najlepsza druga linia w Europie, ale mam przeczucie, że to będzie reprezentacyjna szóstka na długie lata.

Brawa zatem dla Michała Probierza za te powołania: czas uświadomić 60 tys. pikników na stadionie i milionom przed telewizorami, że Wielka Blada Polska to koncepcja archaiczna. Żyjemy w świecie etnicznie niejednorodnym, Polacy mają różne pochodzenie i kolor skóry – niby truizm, ale wreszcie unaoczniony także na boisku. No i tak się składa, że ci chłopcy o genach afrykańsko-słowiańskich ruszają się z piłką, by tak rzec, nie mniej zgrabnie od sportowców z dziada pradziada nadwiślańskich.

Pamiętam jak przedwczoraj, czyli ćwierć wieku temu, syn mojego kumpla był niewymownie zdziwiony, że Emmanuelowi Olisadebe „ta opalenizna nigdy nie zejdzie”, a naród dziwował się czarnoskóremu reprezentantowi Polski niczym szlachta zagrodowa na widok Diabła Sławacińskiego. Od tamtej pory zdążyły jednak dojrzeć owoce mariaży międzyrasowych, słabości Polaków do dziewcząt egzotycznej urody i Polek do zamorskich przystojniaków. I być może to dzięki nim będziemy mieli szansę oszukać przeznaczenie. Albowiem mieliśmy całe stulecie, aby przekonać świat do tego, że w potomkach Wiślan i Polan wrze krew boiskowych wojowników, tymczasem dzisiaj smucimy się raczej opinią narodu piłkarsko wyklętego, który tylko przez jedną dekadę potrafił trzymać się w globalnej czołówce. Rzekłbym nawet, że dowodów na nasze wrodzone piłkarskie upośledzenie mamy aż nadto, czas zatem zacząć czerpać korzyści z prokreacyjnego rozpostarcia naszych rodaków i rodaczek.

Etnos Polaków się urozmaica, można więc przyjąć, że dzięki temu również piłkarsko nabierzemy kolorów.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Najkrótsza emerytura nowoczesnej Europy

Chciałoby się, aby droga sportowa Wojciecha Szczęsnego trwała i trwała

No dobra, nie mogę dłużej czekać, jest środa, 2 października 2024 r., godziny wczesnopopołudniowe, trzeba oddać tekst, więc zakładam, że kolejny twist w tej historii nie nastąpi. Już za chwileczkę, już za momencik Wojciech Szczęsny, składając podpis na umowie z FC Barcelona, zakończy najkrótszą emeryturę nowoczesnego futbolu.

Przed miesiącem na łamach PRZEGLĄDU, podsumowując karierę Szczęsnego, wielkiego fana Oasis, pisałem: „Nie zapominajmy jednak, że pierwszy album zespołu nosił tytuł »Definitely Maybe«. Wstrzymajmy się zatem z ceremoniami pożegnalnymi. Mimo wszystko trudno uwierzyć, że to już koniec”. Decyzja o zakończeniu uprawiania wyczynowego sportu nie była spowodowana względami zdrowotnymi ani wypaleniem zawodowym, po prostu Szczęsny przywykł do gry w klubach światowego topu, a żaden taki po niego się nie zgłosił. Miałem więc podejrzenia, a nawet nadzieję, że nasz golkiper będzie się borykał z niejaką nostalgią i być może odwoła swoje odejście na emeryturę. Los jednakowoż sprawił, że moje przeczucia ziściły się zdumiewająco prędko. Jak do tego doszło?

22 września pod koniec pierwszej połowy wyjazdowego meczu FC Barcelona z Villarrealem Marc-André ter Stegen, bramkarz Blaugrany i reprezentacji Niemiec, upadł tak niefortunnie, że zerwał więzadło rzepki, co automatycznie wykluczyło go z gry do końca sezonu. Kontuzje kolan są największą zmorą piłkarzy, a już urwanie więzadeł oznacza operacyjną rekonstrukcję i wielomiesięczną rehabilitację. Nagle okazało się, że jeden z najlepszych i najbogatszych klubów świata, z apetytami na odzyskanie mistrzostwa Hiszpanii i wygranie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Sport

Iga Świątek skarbem narodowym: jest powszechną troską

Celem tej analizy jest zapewnienie prawidłowego treningu Idze Świątek tak by dominowała w światowym rankingu przez następne 10+ lat. Taką pozycję obecnie zajmuje, ale jej poziom wyszkolenia techniczno-taktycznego budzi duże wątpliwości wobec faktu, że Iga nieraz za łatwo

Sport

Hity i egzekucje

O nowej formule Ligi Mistrzów

Snu z powiek włodarzom UEFA nie przestaje spędzać widmo secesji najbogatszych klubów, ów demon pod nazwą Superliga, którym zawsze straszą Goliaci, kiedy powinie im się noga w sportowej rywalizacji z Dawidami. Dlatego nowa formuła Ligi Mistrzów ma tego demona imitować, tak by na jakiś czas uspokoić apetyty rekinów. Nie bardzo wiadomo, o co chodzi w nowym regulaminie, wiadomo zatem, o co chodzi, jak zawsze. Bogaci mają wycisnąć jeszcze więcej hajsu, wysilając się mniej, ale kibicom trzeba wmówić, że jest wręcz przeciwnie – jeszcze więcej hitów przez trzy, a nie dwa dni tygodniowo. Czyli 30-zespołowa liga, w której tabelę zamyka się po ośmiu kolejkach? „Parszywa dwunastka” odpada z rozgrywek, średniacy będą się bili w repasażach, a pierwszych osiem drużyn wchodzi do fazy pucharowej automatycznie. Champions League do niedawna była ligą tylko metaforycznie, w nowej formule to słowo Champions ma wymiar poniekąd bałamutny – zwycięzców krajowych rozgrywek jest bowiem mniej niż połowa, a taka Atalanta Bergamo, RB Lipsk, Brest czy Girona tytułu mistrzowskiego nie zaznały nigdy. Bo też od kilku dekad nie chodzi o mistrzów wszystkich państw zrzeszonych w UEFA, lecz o mistrzostwo zdefiniowane bardziej ogólnie – to de facto klubowe mistrzostwa Europy, zmagania największych, najlepszych i z nielicznymi wyjątkami najbogatszych.

Nowa formuła ma wyeliminować martwe mecze pod koniec fazy grupowej, kiedy najlepsi, już pewni awansu, wystawiali rezerwy przeciw słabeuszom, a starcia gigantów, którzy sprawę promocji załatwili wcześniej, miały charakter towarzyski. Tyle że najmocniejsi i tak załapią się do ósemki już w pierwszych miesiącach, zimowe hity wciąż zatem będą grami o uśmiech prezesa. Faworyci zapewne i tak wygryzą wszystkich najpóźniej na etapie ćwierćfinałów. Ale również to ścisłe grono tytanów jest tak szerokie, że kilku potentatów po odpadnięciu będzie zgrzytało zębami, że nawet tak rozbudowaną i doładowaną finansowo LM oni czniają; znów zaczną się marudzenia, że trzeba stworzyć Superligę, w której bogaci nigdy nie odpadają, tylko grają z innymi krezusami ku pomnożeniu dochodów.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.