Świat
Zmierzch budapeszteńskich term?
Czy spór Orbána z władzami Budapesztu doprowadzi do zapaści najpiękniejszych łaźni i kąpielisk w Europie
Nie ma drugiej europejskiej stolicy, która mogłaby się poszczycić tak niezwykłymi, zabytkowymi termami. Prawie dwumilionowy Budapeszt to praktycznie jeden wielki kurort. Jest tu ok. 400 źródeł z wodami magnezowymi (gorzkimi) oraz ok. 80 źródeł termalnych i mineralnych (głównie siarczanowych). Ich temperatura wynosi 50-70 st. C. Źródła termalne w Budzie tryskają na powierzchnię naturalnie, samoczynnie, a na Wyspie Małgorzaty i w Peszcie – są wiercone.
Słynne Gellért Spa w Budzie i Termy Széchenyiego w Peszcie od dziesięcioleci stanowią godną pozazdroszczenia wizytówkę węgierskiej stolicy. Łaźnie Gellérta mieszczące się w zabytkowym hotelu o tej samej nazwie (pierwszym luksusowym hotelu w Budapeszcie wyposażonym w najnowocześniejsze udogodnienia na początku XX w.) odwiedziło w zeszłym roku 420 tys. zagranicznych kuracjuszy. Wielu turystów z najodleglejszych zakątków świata przyjeżdża do Budapesztu tylko po to, by skorzystać z dobrodziejstwa tamtejszych term.
Zamknięte bez wizji otwarcia
Zamknięcie Łaźni Gellérta w październiku 2025 r. natychmiast wpłynęło na zmniejszenie liczby zagranicznych turystów odwiedzających Budapeszt. Władze węgierskie w oficjalnym komunikacie podały, że przyczyną zamknięcia był kiepski stan techniczny, który ponoć zagrażał bezpieczeństwu użytkowników. Z pewnością sporo w tym prawdy, ale jeszcze więcej prawdy o Gellért Spa przynoszą coraz liczniejsze artykuły ukazujące się w zagranicznych mediach. Te donoszą, że głównym powodem zamknięcia Gellért Spa w Budzie są narastające spory finansowe między rządem Viktora Orbána a budapeszteńskim ratuszem, który daleki jest od popierania autorytarnych rządów premiera Węgier i kłaniających się mu towarzyszy. W Budapeszcie słychać, i to coraz częściej, że dziś bardziej liczy się zysk z bylejakości niż symboliczna i historyczna tradycja, która narodziła się w czasach osmańskich.
Warto przypomnieć, że ostatni poważny remont Gellért Spa miał miejsce w latach 70. XX w., za towarzysza Jánosa Kádára. Oficjalne węgierskie media podają, że obecny remont term ma być zakończony w roku 2028. Jednak z powodu krachu finansowego, jaki przeżywa zarówno Budapeszt, jak i cały kraj, termin ten prawdopodobnie nie zostanie dotrzymany.
„Poza słynnymi Łaźniami Gellérta byliśmy zmuszeni zamknąć jeszcze dwa inne, mniejsze budapeszteńskie parki termalne”, żali się w wywiadzie dla „New York Timesa”, Ildikó Szűts, dyrektor wykonawcza miejskiej spółki BGYH,
Być albo nie być 51. stanem USA
Grenlandczycy nie chcą zamienić jednej obcej władzy na drugą
Grenlandczycy niespecjalnie chcą zostać obywatelami Stanów Zjednoczonych. Można natomiast zastanowić się, jakie hipotetyczne korzyści wyspa uzyskałaby z dołączenia do USA, a co by utraciła. Grenlandia byłaby największym stanem Ameryki, większym od Alaski, której powierzchnia to 1,7 mln km kw., i jednocześnie najmniej zaludnionym. Wygrywające obecnie w tej kategorii Wyoming zamieszkuje niecałe 600 tys. osób, czyli mniej więcej dziesięć razy tyle, co Grenlandię.
Jako część USA wyspa miałaby swoich przedstawicieli w Kongresie – dwóch senatorów (jak każdy inny stan) i jednego reprezentanta w Izbie (tyle mają najsłabiej zaludnione stany). Grenlandczycy mogliby także głosować w wyborach prezydenckich – wyspa miałaby trzy głosy elektorskie. Inuici mieliby więc wpływ na politykę wielkiego światowego mocarstwa, aczkolwiek raczej niewielki. Chyba że amerykańscy politycy próbowaliby przekonać Grenlandczyków do głosowania na ich partię w wyborach i by im się przypodobać, zaproponowaliby pakiet ustaw i inwestycji mających na uwadze dobro mieszkańców wyspy.
Od zawsze nowe stany były przyjmowane do Unii parami, by nie zaburzyć politycznej równowagi. Początkowo wolne stany przyłączano wraz z niewolniczymi, potem czerwone (czyli o skłonnościach republikańskich) wraz z niebieskimi (głosującymi na demokratów). Ostatnie dwa stany włączone do USA to Alaska i Hawaje. Akces obu nastąpił w 1959 r. Alaska głosuje na republikanów, Hawaje na demokratów. Przyjęcie Grenlandii do Stanów Zjednoczonych zaburzyłoby więc trwające od wieków status quo.
Sądząc po tym, jak mieszkańcy wyspy głosują w swoich wyborach, można śmiało założyć, że stan Grenlandia byłby niebieski. Rozwiązaniem byłoby więc równoległe dołączenie jakiegoś czerwonego stanu. Tylko jakiego? Tak się składa, że Puerto Rico – od dekad czekające w dziwnym stanie politycznego zawieszenia na włączenie do USA – w wyborach też głosowałoby na demokratów (i to jest powód owego zawieszenia). Wygląda więc na to, że chwilowo nie ma odpowiednich kandydatów. Gdyby więc prezydent Trump uparł się i jakimś sposobem Grenlandia stałaby się 51. stanem USA, republikanom nie byłoby to na rękę. Mając większość w Kongresie, z pewnością spróbowaliby „przekupić” Grenlandczyków, by przeciągnąć ich sympatie na swoją stronę. Taki rozwój wydarzeń mógłby się okazać dla wyspiarzy korzystny.
Włączenie wyspy do USA niewątpliwie pociągnęłoby za sobą szereg
Fragmenty książki Pauliny Tondos Grenlandia. Ulotny duch Północy, Bezdroża/Helion, Gliwice 2026
Gdy ropa staje się czymś więcej niż tylko ropą
Amerykańska operacja specjalna w Wenezueli zmieniła reguły gry na światowym rynku
Operacja „Absolute Resolve” wstrząsnęła polityką międzynarodową na początku 2026 r. W jej wyniku siły specjalne USA schwytały w Caracas prezydenta Wenezueli Nicolása Madura z żoną i przewiozły do Nowego Jorku, gdzie obydwoje staną przed sądem federalnym pod zarzutem narkoterroryzmu.
Waszyngton jednak nie ukrywał swoich prawdziwych motywów. Nie chodziło o walkę z kartelami narkotykowymi ani o przywrócenie demokracji. Prezydent Trump oświadczył, że celem USA było przejęcie kontroli nad wenezuelskimi zasobami ropy. „To największe rezerwy na świecie, a one zostały nam skradzione – argumentował. – Wielkie amerykańskie koncerny naftowe wydadzą miliardy na naprawienie tego, a potem dostaną swoje pieniądze z powrotem – od nas albo z przychodów”. Była to brutalna demonstracja amerykańskiej potęgi militarnej – przyznanie, że w XXI w. w polityce międzynarodowej obowiązuje zasada, że „silniejszy ma zawsze rację”.
Wenezuela posiada największe na świecie udokumentowane złoża ropy naftowej, sięgające ponad 303 mld baryłek. To więcej niż w Arabii Saudyjskiej, której zasoby są szacowane na 267 mld baryłek. Rozciągający się na południu kraju pas naftowy Orinoko to geologiczny skarb. Poza ropą naftową Wenezuela ma duże złoża gazu ziemnego, złota, węgla kamiennego, boksytów oraz metali ziem rzadkich. Mimo tych zasobów wydobycie ropy od dłuższego czasu pozostawało na poziomie od 800 tys. do 1 mln baryłek dziennie. To mniej niż 1% światowej produkcji. A jeszcze w latach 90. XX w. i na początku XXI w. Wenezuela wydobywała ponad 3 mln baryłek dziennie.
Jak do tego doszło?
Przyczyną upadku była kombinacja nacjonalizacji, korupcji, sankcji i niekompetencji polityków rządzących krajem. W 2007 r. prezydent Hugo Chávez nakazał przekształcenie zagranicznych spółek naftowych w joint ventures, w których państwowe przedsiębiorstwo naftowo-gazowe Petróleos de Venezuela S.A. (PDVSA) musiało mieć minimum 60% udziałów. Amerykańskie koncerny ExxonMobil i ConocoPhillips nie zgodziły się na ten warunek i opuściły kraj. Natomiast Chevron go zaakceptował i po uzyskaniu specjalnej zgody Waszyngtonu został. Masowe zwolnienia wykwalifikowanych inżynierów i pracowników, wieloletnie niedoinwestowanie, korupcja drenująca finanse PDVSA oraz amerykańskie sankcje, które odcięły kraj od kapitału i technologii, dopełniły reszty. W efekcie rurociągi i rafinerie ulegały coraz częstszym awariom, a terminale naftowe w wenezuelskich portach tylko w części wykorzystywały swoje moce. Państwo, które mogłoby stać się Arabią Saudyjską Ameryki Łacińskiej, stoczyło się na dno.
W wywiadzie dla NBC News Donald Trump zapewnił, że amerykańskie koncerny odbudują wenezuelski sektor naftowy w „mniej niż 18 miesięcy”. We wpisie w mediach społecznościowych ogłosił zaś, że „władze tymczasowe” w Wenezueli „będą przekazywać między 30 mln a 50 mln baryłek wysokiej jakości ropy objętej sankcjami do USA”. Zaznaczył, że ma ona zostać sprzedana „po cenie rynkowej”, a wpływy z jej sprzedaży mają być kontrolowane przez rząd USA – czyli w praktyce przez jego administrację. Szacunki wskazują, że przy cenie 56 dol. za baryłkę przychód wyniósłby od 1,7 mld do 2,8 mld dol. Nie jest jasne, w jakich proporcjach kwota ta zostałaby podzielona między Wenezuelę a USA. I czy sprawująca dziś władzę w Caracas wiceprezydent Delcy Rodríguez oraz wspierający ją członkowie administracji, na czele której do niedawna stał Nicolás Maduro, zgodzą się na ten i inne warunki stawiane im przez Jankesów.
Najwięksi gracze
Wielu spodziewało się, że po akcji w Caracas ceny ropy na światowych giełdach wystrzelą w górę. Wszak interwencja militarna, geopolityczny chaos i ryzyko zakłócenia dostaw tego surowca to gotowy przepis na skok cen. Stało się odwrotnie – ropa potaniała. Cena baryłki ropy Brent spadła o 0,4%, do 60,54 dol., a WTI (West Texas Intermediate – amerykańskiej lżejszej, bardziej słodkiej ropy naftowej) – o 0,5%, do 57,04 dol.
Stało się tak dlatego, że w skali globalnej dostawy ropy z Wenezueli nie mają znaczenia. Nawet gdyby całkowicie ustały – do czego nie dojdzie, gdyż koncern Chevron nadal będzie ją wydobywał – na świecie produkuje się dziś więcej ropy, niż wynosi zapotrzebowanie na nią.
Międzynarodowa Agencja Energetyczna (International Energy Agency, IEA) szacuje, że w tym roku podaż przewyższy popyt o prawie 4 mln baryłek dziennie. Innymi słowy, świat tonie w ropie.
Największym koncernem wydobywczym jest państwowa spółka Arabii Saudyjskiej – Saudi Aramco, która w 2025 r. pompowała średnio ponad 11,5 mln baryłek ropy dziennie. Zysk netto firmy wyniósł zawrotne 157,5 mld dol., co
Najbardziej antytrumpowski głos w Europie
Aż 81% Hiszpanów postrzega Donalda Trumpa negatywnie
Gdy większość europejskich przywódców waży każde słowo pod adresem Donalda Trumpa, premier Hiszpanii mówi wprost. Kryzys w Wenezueli, wojna w Gazie i spory o NATO stały się dla Pedra Sáncheza okazją do zbudowania wyrazistej, antytrumpowskiej polityki zagranicznej – ryzykownej, ale popularnej w kraju i dobrze słyszalnej na globalnym Południu.
Wenezuela – europejski test
Hiszpania zajmuje wyjątkowe miejsce w kryzysie wenezuelskim. Wynika to nie tylko z liczebności i aktywności diaspory, lecz także z ambicji lewicowego rządu, by współtworzyć europejski front sprzeciwu wobec polityki Donalda Trumpa. Jak ujął to sam Pedro Sánchez, decyzje Waszyngtonu „nie są neutralne” i „mają realne konsekwencje dla stabilności całych regionów”.
Krótko po amerykańskich bombardowaniach Caracas premier Hiszpanii znacząco zwiększył aktywność dyplomatyczną. „To naruszenie prawa międzynarodowego i bardzo niebezpieczny precedens”, mówił, ostrzegając, że działania USA „popychają Amerykę Łacińską w stronę niepewności i eskalacji”. Podczas paryskiego spotkania z przywódcami państw wspierających Ukrainę dodał, że świat „zbyt dobrze pamięta konsekwencje interwencji usprawiedliwianych interesami strategicznymi”.
Sánchez wielokrotnie podkreślał, że wobec Wenezueli, Ukrainy i Strefy Gazy stosuje tę samą argumentację, wprost porównując te konflikty: „Bronimy porządku międzynarodowego opartego na zasadach, a nie na prawie dżungli”. Hiszpania razem z Brazylią, Meksykiem, Urugwajem, Chile i Kolumbią wyraziła „głębokie zaniepokojenie i sprzeciw” wobec naruszeń prawa międzynarodowego.
Konserwatywny dziennik „La Razón” wytyka, że amerykański zamach w Wenezueli został wykorzystany przez rząd Sáncheza do „politycznej operacji w Pałacu Moncloa” i że hiszpańska polityka zagraniczna staje się narzędziem odwracania uwagi od problemów wewnętrznych. Jednak Sánchez nie jest jedyną osobą, która wykorzystuje politykę zagraniczną do budowania swojego wizerunku. Prawica posłużyła się kwestią Wenezueli, aby wskazać rzekome powiązania „sanchizmu” z „chavizmem”.
Opozycja w Hiszpanii, przede wszystkim Partia Ludowa (PP) i Vox, podkreślała swoje bliskie kontakty z opozycją wenezuelską. Lider PP Alberto Núñez Feijóo zarzucał rządowi Sáncheza „wyrzeczenie się dyplomatycznych atutów i moralnego przywództwa wobec reżimu Madura” oraz brak skuteczności w doprowadzeniu do realnej zmiany władz w Caracas.
Inni, na czele z byłym premierem José Maríą Aznarem,
Początki końców
Dla Donalda Trumpa obalenie reżimu na Kubie byłoby proste i bardzo korzystne
Jedno z najczęściej przytaczanych w historii brytyjskiej polityki powiedzeń głosi, że każde działanie w dyplomacji jest tak naprawdę prowadzone na użytek wewnętrzny. Jeśli pod tym kątem spojrzeć na ostatnie posunięcia Donalda Trumpa, w tym aresztowanie Nicolása Madura w Caracas czy groźby aneksji Grenlandii kierowane pod adresem duńskich władz – trudno je uznać za coś innego niż odwracanie uwagi od problemów w kraju. Jeśli na chwilę wyłączyć szum generowany przez interwencję w Wenezueli, szantaż wobec innych latynoskich przywódców czy pełne wykrzykników wpisy w mediach społecznościowych dotyczące potencjalnego obalenia reżimu w Iranie, można dostrzec, że sytuacja Trumpa, a przede wszystkim Partii Republikańskiej, daleka jest od idealnej.
Co tuszuje Trump?
Za 10 miesięcy odbędą się wybory połówkowe, w których do wygrania będą wszystkie mandaty w Izbie Reprezentantów i w 35 okręgach senackich, a poparcie dla działań prezydenta jest rekordowo niskie i według niektórych badań oscyluje wokół 36%. Kolejni deputowani do Kongresu rezygnują z walki o reelekcję, w tym politycy o statusie prawicowych celebrytów, jak Elise Stefanik czy Marjorie Taylor Greene. Bezrobocie sięga 4,7%, a liczba nowych miejsc pracy poza rolnictwem jest najniższa – biorąc pod uwagę lata bez recesji – od 2003 r. Gospodarka odnotowuje wzrost, ale pompują go inwestycje w infrastrukturę związaną ze sztuczną inteligencją i – w mniejszym stopniu – prywatne wydatki obywateli na opiekę zdrowotną. Rosną nierówności społeczne, koszty życia, ceny podstawowych produktów żywnościowych. Nawet ze spadku cen benzyny nie można cieszyć się w USA w sposób oczywisty, bo sektor naftowy zatrudnia bezpośrednio 2 mln osób, a jeśli liczyć wszystkie miejsca pracy w firmach zależnych od koncernów wydobywczych, liczba ta skacze do 10 mln. Przy baryłce ropy wycenianej teraz na światowych rynkach na nieco ponad 61 dol. oznacza to kryzys i prawdopodobną redukcję zatrudnienia w całym sektorze.
Do tego dochodzą wciąż niewyjaśniona afera Epsteina, tumult społeczny wywołany zamordowaniem przez agenta ICE w Minneapolis 37-letniej Renee Good oraz konflikty pomiędzy influencerami spod znaku MAGA. Pod każdym względem większości Amerykanów żyje się dzisiaj gorzej niż rok temu – i to bez perspektyw na szybką poprawę.
Recepta Trumpa na te bolączki? Więcej awanturnictwa w polityce zagranicznej. Grenlandia, wobec której „nie wyklucza użycia siły”, nawet jeśli doprowadziłoby to w praktyce do całkowitego rozkładu Sojuszu Północnoatlantyckiego, Meksyk, który nazywa „narkopaństwem”, a tamtejszej pani prezydent, Claudii Sheinbaum, radzi „patrzeć się za siebie”. Do tego dochodzi Kolumbia, Kanada i sporo innych miejsc. Nie mówiąc już o Wenezueli – ośmielony sukcesem operacji Delta Force Donald Trump tytułuje się teraz jej „pełniącym obowiązki prezydentem”.
Smutna prawda jest jednak taka, że z wyborczego punktu widzenia triumf w starciu z osobistą ochroną Nicolása Madura niewiele waży. Wenezuela ma może znaczenie strategiczne, może też za kilka lat przynieść olbrzymie przychody z wydobycia tamtejszej ropy, a przy inteligentnym wsparciu transformacji demokratycznej – na co jednak się nie zanosi – być może zmniejszy się liczba nielegalnych imigrantów próbujących przedostać się do USA. Tyle że wyborcy w kraju nie są specjalnie zachwyceni takim obrotem spraw.
Według sondażu Ipsos dla radia NPR z 8 stycznia zaledwie 33% wszystkich respondentów popiera akcję w Caracas, a 34% pozostaje krytycznych Aż 72% uważa, że operacja ta skończy się zbyt dużym zaangażowaniem USA w wewnętrzne sprawy Wenezueli. O akcji komandosów dobrze się opowiadało w czasie konferencji prasowej w Mar-a-Lago, ale losu wyborów to raczej nie odwróci.
Kolejne klocki domina
Co innego Kuba, ochoczo wymieniana przez Trumpa i sekretarza stanu Marca Rubia jako potencjalny kolejny składnik amerykańskiej hegemonii na półkuli zachodniej. Ona ma ogromne symboliczne znaczenie dla amerykańskiego elektoratu. Bez względu na to, czy do interwencji w jakiejś formie by doszło, już teraz łatwo sobie wyobrazić glorię i chwałę Trumpa, stojącego w Mar-a-Lago przed dziennikarzami i mówiącego do kamer telewizyjnych, że udało mu się to, czego nie osiągnęli Kennedy, Nixon, Carter, Reagan, Bush, Clinton czy Obama – że obalił komunistyczny reżim na Kubie.
Jak słusznie zauważył James Bosworth, analityk ds. Ameryki Łacińskiej w firmie doradczej Hxagon, los Kuby pod każdym względem zależy teraz od Białego Domu. Co nie oznacza, że do interwencji zbrojnej czy innej próby obalenia reżimu na pewno dojdzie. Wręcz przeciwnie – w tej chwili jest to mało prawdopodobne, choć nie znaczy, że się nie wydarzy. Bosworth cytuje popularne ostatnio, zwłaszcza w USA, rynki predykcyjne, które prawdopodobieństwo, że prezydent Miguel Díaz-Canel pozostanie u władzy przynajmniej do końca 2026 r., oceniają na 50-65%. Na początku stycznia Agencja Reutera, powołując się na źródła z CIA,
Szykuje się historyczny proces Maduro w USA
Postępowanie w czterech odsłonach
Korespondencja z USA
Startujecie! – ogłasza Trump 2 stycznia o godz. 22.46. Z 20 baz w rejonie Morza Karaibskiego podrywa się 250 maszyn, w tym F-35, samoloty wczesnego ostrzegania E-2 Hawkeye, śmigłowce Chinook i bombowce. Obierają kurs na Wenezuelę. Pierwsze pociski uderzają w ochronę przeciwlotniczą i radarową Caracas o godz. 1.01 w sobotę. Między godz. 2 a 2.30 komandosi elitarnej jednostki Delta Force wdzierają się do fortecy prezydenta Nicolása Madura. O 4.30 Trump obwieszcza na swoim koncie w Truth Social, że wenezuelski dyktator jest w drodze do amerykańskiego więzienia.
Choć od operacji „Absolute Resolve” (Absolutna Determinacja czy też Decydujące Rozwiązanie), jak wymownie nazwano akcję w Caracas, minęło już nieco czasu, pytań związanych z amerykańskimi planami dla Wenezueli na razie przybywa, ale kilku rzeczy możemy być pewni już teraz. Maduro wraz z żoną Cilią Flores dotarli do USA, osadzono ich w znanym z rygoru i niewygód więzieniu Metropolitan Detention Center na Brooklynie i już nawet doprowadzono przed oblicze amerykańskiego sądu. Ameryka oskarża ich, ich dorosłego syna i trzech innych członków wenezuelskiego rządu o narkoterroryzm (wspieranie narkokarteli przez udostępnianie infrastruktury do przemytu i ochronę przed służbami innych państw), przemyt kokainy do USA (250 ton w ostatnich 20 latach) oraz posiadanie karabinów maszynowych i innej broni nielegalnej na terenie USA. Wenezuelczycy na razie nie przyznają się do winy, a Maduro przed sądem oskarżył amerykański rząd o bezprawie, nazywając siebie jeńcem wojennym.
Przyjrzyjmy się czterem kluczowym aspektom tej sprawy, bo nie ma wątpliwości, że szykuje się historyczny proces.
Odsłona pierwsza
Sąd Federalny Dystryktu Południowego (Manhattan) w Nowym Jorku
Dlaczego wenezuelski dyktator oskarżany przez administrację Trumpa o działalność przeciwko Ameryce będzie sądzony na Manhattanie, a nie w Waszyngtonie?
Po pierwsze, dlatego że to siedziba prokuratury, która już w 2020 r. wysunęła przeciwko Madurowi i pięciu jego współpracownikom podobne zarzuty. Uaktualniony akt oskarżenia wyszedł nawet od tego samego prokuratora, Jaya Claytona. Dwóch spośród oskarżonych wcześniej – gen. Clíver Antonio Alcalá Cordones oraz Hugo Armando Carvajal Barrios – już zostało osądzonych. Barrios czeka na wyrok, a Cordones został skazany na 21 lat więzienia.
Po drugie, jak wyjaśniła mi Milena Sterio, szefowa Centrum Prawa Międzynarodowego na Uniwersytecie Stanowym Cleveland w Ohio, „sąd na Manhattanie specjalizuje się w sprawach związanych z bezpieczeństwem narodowym, terroryzmem i przestępczością międzynarodową na dużą skalę”. Sterio przypomina, że to tutaj w 2019 r. sądzono i skazano bossa narkotykowego „El Chapo”, czyli Joaquína Guzmána Loera, w 2014 r. – zięcia Osamy bin Ladena, Sulajmana Abu Ghaisa, a w 2024 r. – byłego prezydenta Hondurasu Juana Orlanda Hernándeza, którego ukarano za przestępstwa podobne do tych, jakie przypisuje się Madurowi.
Odsłona druga
Operacja „Absolute Resolve”
Operacja, która przywiodła Madura przed oblicze amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, była niewątpliwie majstersztykiem. Czy jednak była legalna? Nie potrzebujemy dokładnego sprawozdania z jej przebiegu – choć władze USA zdradziły wiele szczegółów już kilka godzin po zakończeniu akcji w Caracas – by wiedzieć, że nosiła znamiona porwania urzędującej głowy państwa. Prawo międzynarodowe zabrania używania siły wobec przywódców państw, chociaż zainteresowana strona może się zwrócić do Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze o wszczęcie śledztwa, w wyniku którego MTK wyda nakaz aresztowania oskarżonego. Ewentualnie strona może użyć siły wobec głowy innego państwa w akcie samoobrony, gdy zagrożenie jest nieuchronne. USA nie kontaktowały się przed operacją z MTK.
Eksperci prawa amerykańskiego podnoszą też,
Republika ubóstwa
Dlaczego Francja pogrąża się w regresie społecznym?
Korespondencja z Francji
O ile 20 lat temu Polacy wyjeżdżali na Zachód „za chlebem”, o tyle dziś ten Zachód, szczególnie Francja, coraz bardziej przypomina kraje „rozwijające się”. Choć w jej przypadku można raczej mówić o zwijaniu się państwa, a przede wszystkim jego obecności w życiu obywateli.
Gwałtowny wzrost nierówności majątkowych i dochodowych (np. kurczenie się stanu posiadania najbiedniejszych przy powiększaniu się majątku najbogatszych) w ostatnich dekadach doprowadził do oligarchizacji społeczeństwa, choć takie słowa jak oligarcha, korupcja i kolesiostwo na Zachodzie zastępuje się eufemizmami typu przedsiębiorca, lobbing, budowanie relacji itd. Towarzyszą temu pogłębiające się podziały światopoglądowe i kryzys polityczny, w obliczu których liberalne rządy coraz drastyczniej tną wydatki publiczne, co skutkuje rosnącym ubóstwem i bezrobociem. Zadziwiające jest to, że dzisiejsi liberałowie nie dostrzegają podobieństwa między ich polityką oszczędnościową a polityką kanclerza Heinricha Brüninga tuż przed dojściem Hitlera do władzy.
Bardzo podobne sygnały recesji
Warto zatem przypomnieć co nieco z historii. W latach 30. XX w. finansowo-gospodarcza zależność Europy od Stanów Zjednoczonych spowodowała – w wyniku spadku popytu w USA – falę recesji w Europie. Spadek cen wpływający na zyski przedsiębiorstw oraz gwałtowny wzrost bezrobocia (w Niemczech w 1933 r. było ponad 6 mln bezrobotnych) zachęciły ekonomistów głównego nurtu do promowania deflacyjnych polityk gospodarczych mających na celu obniżenie kosztów pracy, tak aby je dostosować do nowej sytuacji. Doszło do tego ograniczenie wydatków publicznych, co miało przywrócić nadwyżkę budżetową i wzmocnić wiarygodność państw. Taką politykę prowadził prezydent USA Herbert Hoover do 1932 r., Pierre Laval we Francji w latach 1934-1935, a przede wszystkim Heinrich Brüning w Niemczech w latach 1930-1932. Sfrustrowani sytuacją robotnicy oraz intelektualiści zaczęli się uciekać do skrajności, co doprowadziło do wydarzeń, które wszyscy dobrze znamy.
Dziś nie tylko we Francji, ale i w całej Europie zauważalne są zarówno kulturowe, jak i konsumenckie sygnały recesji. Jednym z nich jest tzw. efekt szminki: spadek popytu na dobra trwałe, a wzrost na produkty traktowane jako namiastka luksusu. Najlepszym przykładem tego mechanizmu jest popularność laleczek Labubu, które pozwalają konsumentowi sprawić sobie luksusową przyjemność przy poniesieniu względnie niskich kosztów.
Równolegle daje się zauważyć zmianę zachowań dotyczących jedzenia, czyli tzw. kryzysową gastronomię – maleje liczba wizyt w restauracjach, a zwiększają się zakupy drobnych przekąsek i kaw. Indeksy nastrojów konsumenckich ostro spadają m.in. we Francji, w Niemczech czy we Włoszech. Nastroje gospodarstw domowych są jednym z najlepszych wskaźników nadchodzącej recesji. Społeczeństwo sygnalizuje niepokój zmianą wzorców konsumpcji – ubóstwo i rozwarstwienie rosną wcześniej w kulturze, dopiero potem w raportach makro. Ubożenie klasy średniej świadczące o zbliżającej się recesji wywołuje działania zapobiegawcze,
Imperialna twarz Ameryki
Bezpośredni atak na Wenezuelę oznacza powrót Waszyngtonu do dyplomacji grubej pałki
Atak Stanów Zjednoczonych na Wenezuelę z początku 2026 r. zaszokował świat. Dla jednych był to akt sprawiedliwości, w imię której brutalny dyktator został pojmany i postawiony przed sądem. Dla drugich to nieusprawiedliwiona ingerencja hegemona w sprawy wewnętrzne niepodległego państwa. Jeśli jednak zna się historię zaangażowania USA na półkuli zachodniej, o żadnym zaskoczeniu nie może być mowy.
„Był to jeden z najbardziej zdumiewających, skutecznych i potężnych pokazów amerykańskiej potęgi militarnej oraz kompetencji wojskowych w historii Stanów Zjednoczonych”, zaczął konferencję prasową 3 stycznia Donald Trump. W jej trakcie on sam oraz jego współpracownicy wielokrotnie powtarzali, że operacja „Absolutna Determinacja” miała na celu nie tylko pojmanie prezydenta Wenezueli Nicolása Madura, ale również zademonstrowanie „powrotu USA do Ameryki Łacińskiej”.
Świat zrozumiał to przesłanie. Mimo początkowych zastrzeżeń większość europejskich liderów z satysfakcją przyjęła upadek reżimu, wyrażając zarazem nadzieje na demokratyzację kraju. Ale sama administracja Trumpa szybko te nadzieje zweryfikowała. Już dwa dni po ataku na Wenezuelę, 5 stycznia, Departament Stanu opublikował na platformie X ostrzeżenie: „To jest nasza półkula, a prezydent Trump nie pozwoli, aby nasze bezpieczeństwo było zagrożone”.
Także podczas wspomnianej konferencji mówiono o demokracji jak najmniej. Amerykański prezydent nawet nie starał się ukryć, że nadrzędnym celem było odzyskanie przez USA kontroli nad wenezuelskimi złożami ropy, uznawanymi za jedne z najbogatszych na świecie. „Pieniądze wydobywane z ziemi są bardzo znaczące. Odzyskamy wszystko, co wydamy”, z dumą zapowiedział Trump. Co prawda, wciąż nie wiadomo, jak w praktyce ma wyglądać amerykańskie administrowanie Wenezuelą, lecz jedno jest pewne – będzie ono z korzyścią dla biznesowych przyjaciół obecnego gospodarza Białego Domu.
Doktryna Monroego wiecznie żywa
„Pozostaniemy w Wenezueli, będziemy rządzić tym krajem do czasu, aż będziemy mogli przeprowadzić właściwe przekazanie władzy”, wyjaśnił swój plan Trump. Mówiąc to, amerykański prezydent powołał się na doktrynę Monroego, o której podczas konferencji wspominali też jego współpracownicy. Ogłoszona w 1823 r. przez ówczesnego prezydenta USA Jamesa Monroego przyznawała Stanom Zjednoczonym prawo do ingerowania w sprawy państw półkuli zachodniej w celu zapobieżenia rozpanoszeniu się tam europejskich mocarstw. Był to czas upadku imperium hiszpańskiego, zasadne wydały się więc obawy, czy o jego dawne kolonie nie pokuszą się Wielka Brytania lub Francja. Jednak zapisy doktryny otwarcie wyrażały również imperialne zakusy młodej demokracji, z których ta nigdy nie zrezygnowała. Stąd powoływanie się na nią także ponad dwa stulecia później, w zupełnie już innej rzeczywistości geopolitycznej.
Jak zaznacza historyk Jay Sexton, słowa Monroego służyły każdej kolejnej administracji prezydenckiej do usprawiedliwienia własnych działań w regionie: „Był to niekończący się projekt. Od momentu jego ogłoszenia w 1823 r. Amerykanie tworzyli większe, coraz bardziej złożone struktury, wciąż modyfikując jego znaczenie”. Szybko też doktryna Monroego przekształciła się z deklaracji rzucającej wyzwanie europejskim imperiom w manifest polityczno-biznesowy. Najpierw powoływali się na nią właściciele niewolników, później przedsiębiorstwa rolnicze i naftowe.
Doktryna Monroego dała pretekst do interwencji wojsk amerykańskich już pod koniec 1835 r. Decyzją ówczesnego prezydenta Andrew Jacksona (którego przykład często przywołuje Donald Trump) Korpus Piechoty Morskiej przybył do Peru, aby chronić interesy USA w czasie toczącej się tam wojny domowej. Ówcześni marines stacjonowali w młodym państwie aż do zakończenia konfliktu rok później.
Interwencję w Peru można uznać za przymiarkę do dalszej ekspansji, której kulminacja nastąpiła w 1846 r. Wówczas to Stany Zjednoczone przyłączyły Teksas – pozostający do tej pory w granicach Meksyku. W konsekwencji krwawej, trwającej trzy lata wojny USA wzbogaciły się o ponad 804 tys. km kw. kosztem południowego sąsiada.
Sukces w wojnie z Meksykiem rozniecił w amerykańskich sercach ambicje rozszerzania swoich interesów na dalsze państwa. W 1855 r. obywatel USA, lekarz William Walker, zebrał oddział najemników i na dwa lata przejął władzę w Nikaragui. Niewątpliwie była to samowolka, co jednak nie zmienia faktu, że jego rządy zostały wkrótce uznane przez Waszyngton za legalne, a zachęcony w ten sposób Walker planował podbój pozostałych państw regionu. Jak zwykle w takich sytuacjach mógł on liczyć na wsparcie amerykańskiego biznesu.
Rok po eskapadzie Walkera Stany Zjednoczone już oficjalnie wysłały swoje wojska do Panamy, by chronić amerykańskie przedsiębiorstwa przed nacjonalizacją. Była to pierwsza z pięciu (jak dotąd) interwencji USA w tym kraju. W 1885 r. Waszyngton powtórzył ten sam scenariusz w Gwatemali.
Wiek XIX został zakończony zwycięską wojną z Hiszpanią, w wyniku której USA zdobyły kontrolę nad Kubą i poszerzyły swoje zamorskie terytoria o Guam, Portoryko, Filipiny i Hawaje. Wszędzie tam amerykańscy żołnierze chronili nie tyle demokrację, ile prywatny biznes. Na potwierdzenie tego w 1912 r. oddział piechoty wylądował na Kubie, aby stłumić protesty czarnoskórej społeczności, sprzeciwiającej się dyskryminacji rasowej. W tym samym czasie amerykańscy marines trafili do Nikaragui, gdzie pozostali przez kolejne dwie dekady.
Dyplomacja kanonierek
Wcześniej, bo w 1905 r., prezydent Theodore Roosevelt (kolejny, na którym wzoruje się Donald Trump) ogłosił modyfikację doktryny Monroego. Odtąd USA zamierzały pełnić funkcje porządkowe już nie tylko w Ameryce Południowej,
Trump jest wynaturzeniem i nie przetrwa
Amerykański eksperyment ma się dobrze
Prof. Henry William Brands – historyk, autor książek historycznych, profesor Uniwersytetu Teksańskiego w Austin
Korespondencja z USA
Czy nadchodzi zmierzch „amerykańskiego eksperymentu”?
– Na pewno nie. Nie wiem, czy przetrwa kolejne 250 lat, ale w tym momencie jeszcze nie widać jego końca.
Ojcowie założyciele nie byliby zaniepokojeni wyczynami Donalda Trumpa?
– Nie sądzę. Nowatorską ideą, z jaką wyszli, było zastąpienie monarchii republiką. Pomysł, że ludzie mogą sami się rządzić, jest nieprzerwanie wcielany w życie. Więcej, ten pomysł przyjął się na całym świecie. Mieliśmy w historii prezydentów, którzy eksperymentowali, mieliśmy nawet wojnę secesyjną, a jednak założycielska wizja Ameryki jest wciąż żywa. To raczej sukces.
A podziały w społeczeństwie i w Kongresie? Strony w ogóle przestały ze sobą rozmawiać.
– Zawsze byliśmy podzieleni, od początku naszej państwowości, a nawet wcześniej. To nieodłączna cecha systemu opartego na samorządności. Jeśli tworzy się przestrzeń do wolnego wyrażania opinii, jest oczywiste, że będą one się różnić, a to doprowadzi do sporów i podziałów. Zgodność panuje tylko tam, gdzie mamy dyktaturę. Chiny nie mają tego problemu, bo tam nie prowadzi się rzeczywistej polityki rozumianej jako platforma wymiany pomysłów i poglądów. Sygnałem, że pora zacząć się martwić, będzie moment, gdy z przestrzeni publicznej zniknie pluralizm myśli, bo zostanie stłumiony.
Podzieleni nawet wcześniej? Co ma pan na myśli?
– Pierwsze strzały w wojnie niepodległościowej poprzedziły nie miesiące ani lata, ale dekady intensywnej debaty publicznej – i kłótni! – na temat dwóch przeciwstawnych wizji dalszych losów kolonii brytyjskich. Po przegranej wojnie mnóstwo „lojalistów”, frakcja wierna królowi, wyjechało z kraju, ale część została i nadal angażowała się w polemikę z „patriotami”, orędownikami samodzielnej Ameryki, na temat państwa, choć już teraz od innej strony.
Ale od dekady mamy najniższe w historii zaufanie do Kongresu – spadło do 9%, bo politycy już w niczym ze sobą się nie zgadzają. Mówi się, że mamy kolejny okres przedwojenny.
– Nieprawda. W okresie poprzedzającym wojnę secesyjną, czyli w latach 50. i 60. XIX w., podziały były większe i przede wszystkim inne, bo ich granice wyznaczała geografia. Dziś nie ma możliwości, by jedna część kraju stanęła do walki z drugą,








