Świat
Wstyd musi zmienić obóz
Przez prawie 10 lat Dominique Pelicot odurzał swoją żonę Gisèle, aby obcy mężczyźni mogli ją gwałcić
Korespondencja z Francji
Rok 2024 we Francji został naznaczony sprawą gwałtów w Mazan, gdzie przez prawie 10 lat Dominique Pelicot odurzał swoją żonę Gisèle, aby oferować ją obcym mężczyznom i nagrywać filmy z dokonywanych na niej gwałtów. Gisèle Pelicot dzięki wyrażeniu zgody na publiczny proces stała się światowym symbolem walki z przemocą seksualną.
17 lutego ukazała się jej książka – świadectwo tych wydarzeń. Została już wydana w 22 językach, a we Francji sprzedała się w ponad 100 tys. egzemplarzy. Według dziennika „Libération” Gisèle Pelicot przeszła od statusu ofiary do ikony. Proces jej oprawców był szeroko komentowany na całym świecie. W samej Francji poszerzył debatę o przemocy seksualnej i prawach ofiar, a także o tym, że dotychczas ofiary były zawstydzane przez system sprawiedliwości. Sprawa przyczyniła się też do zmiany definicji gwałtu i napaści seksualnej w prawie karnym. Do wcześniejszych kryteriów tego przestępstwa, czyli użycia przemocy, przymusu lub groźby, dodano brak udzielenia swobodnej i jasno wyrażonej zgody.
Oskarżeni, którzy mieli od 22 do 70 lat, nie przyznawali się do gwałtów, przekonywali, że chodziło o „grę seksualną”. Najbardziej szokowała ich bezczelność. Kiedy sędzia zadał pytanie, czy pani Pelicot zgodziła się na współżycie, odpowiedź brzmiała: „nie”. Gdy pytał: „Czy zgwałcił pan panią Pelicot?”, odpowiedź również brzmiała: „nie”.
Od sprawy kryminalnej do debaty społecznej
Wszystko zaczęło się w 2020 r. od pozornie drobnego incydentu. Dominique Pelicot został zatrzymany przez ochronę po przyłapaniu go w supermarkecie na nagrywaniu kobiet od dołu, pod spódnicą. W trakcie przeszukania jego telefonu i komputera policja natrafiła na materiały, które ujawniły jeden z najbardziej wstrząsających przypadków przemocy seksualnej we współczesnej Francji. Śledztwo wykazało, że przez lata odurzał żonę, a kiedy była nieprzytomna, zapraszał dziesiątki mężczyzn, aby ją gwałcili. Pelicot opracował nawet szczegółowy „regulamin” dla sprawców: mieli myć ręce ciepłą wodą,
Wojna jako biznes
Donald Trump wciągnął USA w wojnę z Iranem mimo deklarowanej niechęci do angażowania się w sprawy Bliskiego Wschodu
Korespondencja z USA
„Jak na razie słyszeliśmy, że choć wybiliśmy irański reżim, to nie jest wojna mająca na celu obalenie reżimu. Choć wcześniej zmietliśmy z powierzchni ziemi ich program nuklearny, musieliśmy iść na tę wojnę… właśnie z powodu tego programu. Choć Iran nie planował żadnych ataków na USA, mógł je planować – zależy, kogo pytamy. I choć nie jest to wojna, by wyzwolić irański naród,
to ten naród właśnie stał się wolny albo będzie wolny – w zależności od tego, kto przejmie władzę, z tym że my tego nie wiemy. Przekaz w sprawie tej wojny jest, mówiąc delikatnie, chaotyczny!”. Gdyby szukać najlepszego opisu odczuć, jakie tydzień od rozpoczęcia wojny w Iranie targają Amerykanami, wypowiedź Matta Walsha (wpis z jego konta na X) wydaje się trafiać w sedno. Rzecz jest znamienna, bo Walsh to gwiazda prawicy, publicysta występujący na platformie The Daily Wire, z którą współpracują także Ben Shapiro, Michael Knowles oraz Andrew Klavan.
Niedoinformowani czy oszukiwani?
Choć większość konserwatywnej Ameryki poparła ataki (55% CBS/YouGov, 2 marca 2026), Amerykanie jako społeczeństwo czują się przede wszystkim niedoinformowani, a nawet oszukiwani, zwłaszcza jeśli chodzi o przyczyny wojny. Głównie dlatego, że argumenty wysuwane przez Biały Dom w pierwszych dniach przypominały ruchome piaski. Przechodziły od tezy o konieczności „ucięcia głowy reżimowi” – co w dzień ataku usłyszała Ameryka z ust Donalda Trumpa – przez konieczność zniszczenia arsenału irańskiej broni rakietowej i programu nuklearnego – to słowa sekretarza wojny Pete’a Hegsetha z jego pierwszego briefingu o wojnie – po „przyjacielską” przysługę, jaką USA po prostu oddały Izraelowi, który „potrzebował” zaatakować Iran, zanim Iran go zaatakuje – tak z kolei przedstawił sprawę sekretarz stanu Marco Rubio przed briefingiem dla kongresmenów w poniedziałek 2 marca.
A że wypowiedź Rubia wywołała gigantyczną falę oburzenia, i to po obu stronach, we wtorek 3 marca do akcji znów wkroczył Trump ze sprostowaniem, że to Izrael podpiął się pod Amerykę, a nie na odwrót. Mimo braku potwierdzenia ze strony wywiadów z innych części świata Trump każe Amerykanom wierzyć, że Iran szykował się do zmasowanych ataków rakietowych na amerykańskie cele na Bliskim Wschodzie.
Bombardowanie Iranu było dla zdecydowanej większości Amerykanów dużym zaskoczeniem. Nie każdy śledzi codzienne wiadomości, a doniesienia o tym, że USA wysłały w ostatnim czasie na Bliski Wschód niemal jedną trzecią swojej floty wojennej, ustępowały miejsca rewelacjom o upublicznionej ostatnio najnowszej transzy akt Epsteina.
Tuż przed atakiem, w czwartek i w piątek, media serwowały odbiorcom głównie smaczki na temat kongresowych przesłuchań Clintonów w tej właśnie sprawie, wciąż żywe były też echa wtorkowego orędzia Trumpa o stanie państwa. Choć prezydent przemawiał niemal dwie godziny, Iranowi poświęcił ledwie trzy minuty, czym zwiódł nawet ekspertów. Dotąd prezydenci wykorzystywali tę okazję, aby informować naród o najważniejszych planach i celach swojej polityki, zwłaszcza jeśli chcieli rozpocząć działania wojenne.
Mnie wiadomość o zbombardowanym Iranie zastała w ośrodku narciarskim. O skali szoku, w jakim znaleźli się Amerykanie, najlepiej chyba świadczy to, jak często wpadały mi w uszy słowa „Trump”, „wojna” oraz „Iran”, gdy stałam w długich kolejkach do wyciągów (w Góry Skaliste zima przyszła dopiero dwa tygodnie temu!). Nie miałam także wątpliwości
Honorowy obywatel – wstydliwy problem
Spór o upamiętnienie kard. Gulbinowicza w rejonie wileńskim
Korespondencja z Litwy
Lata temu region zasłynął z intronizowania Chrystusa Króla w obliczu politycznych niebezpieczeństw. Długo rządzony przez polską partię narodowo-katolicką, dziś współadministrowany także przez litewską socjaldemokrację, której przedstawicielem jest młody mer Robert Duchniewicz, wciąż ma problemy polityczne. W ostatnich miesiącach dyskutuje się tu o tym, czy odebrać honorowe obywatelstwo skazanemu przez Watykan m.in. za pedofilię kard. Henrykowi Gulbinowiczowi. W grę wchodzą także trzy ulice jego imienia. Rada rejonowa podzieliła się, większość członków umyła ręce. Gulbinowicz więc pozostaje na Wileńszczyźnie kontrowersyjnym patronem i honorowym obywatelem.
Odebrać te honory
– Moim zdaniem sprawa upamiętnienia kard. Gulbinowicza już dawno przestała być wyłącznie kwestią historyczną. Dziś to w dużej mierze spór o postawy i odpowiedzialność w życiu publicznym, który ma również wymiar polityczny – zaczyna rozmowę ze mną Daniel Ilkiewicz. Radny wileńskich liberałów urodził się w 1998 r., Gulbinowicza (od 11 lat honorowego obywatela rejonu) nie może dobrze pamiętać. Zresztą, jak informuje mnie lokalna dziennikarka katolicka Rūta Tumėnaitė, urodzony na przedwojennej Wileńszczyźnie kardynał nie jest osobą znaną wśród ogółu litewskich katolików. – To raczej bohater dla lokalnych Polaków – podkreśla dziennikarka katolickiej sekcji państwowej rozgłośni LRT.
Ilkiewicz, absolwent nauk politycznych na Uniwersytecie Wileńskim, były asystent litewskiej minister sprawiedliwości Eweliny Dobrowolskiej, od 2023 r. radny podstołecznego samorządu, mówi wprost: – Na całą sprawę patrzę przede wszystkim przez pryzmat ofiar. Wierzę, że prawda i odpowiedzialne podejście do polityki pamięci są po właściwej stronie i dlatego będę konsekwentnie poszukiwał kolejnych kroków prowadzących do godnego rozwiązania tej sprawy.
Słowa Ilkiewicza należy czytać wprost: Gulbinowiczowi trzeba odebrać honorowe obywatelstwo oraz patronat nad ulicami. Młody polityk Partii Wolności ma już nawet pomysł na nowe nazwy, dosyć na czasie: Obrońców Ukrainy oraz Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Rejonowa awantura trwa od kilku miesięcy, ale zaczęło się jeszcze w 2015 r. Wtedy rządząca niepodzielnie rejonem od 20 lat polska partia o profilu narodowo-katolickim, czyli Akcja Wyborcza Polaków na Litwie (AWPL), postanowiła uczcić urodzonego w 1923 r. w Wilnie kard. Gulbinowicza tytułem honorowego obywatela rejonu wileńskiego. „Za” głosowali prawie wszyscy radni, tylko jeden się wstrzymał. Tytuł honorowego obywatela ówczesna mer rejonu Maria Rekść wręczyła osobiście kardynałowi w 2017 r., podczas partyjno-samorządowej pielgrzymki do stolicy Dolnego Śląska. Specjalnie dla Gulbinowicza wystąpił wtedy Zespół Pieśni i Tańca Ludowego „Zgoda” z podwileńskiego Rudomina. Sam kardynał przypomniał, że przez rok pracował w tej miejscowości jako kleryk.
Biogram Gulbinowicza na stronie rejonu składa się zaledwie z kilku zdań. Przeczytać możemy, że wrocławski kapłan „urodził się w 1923 r. w rejonie wileńskim, gdzie spędził dzieciństwo i młodość, po wojnie był zmuszony do opuszczenia swej ojczyzny”. Strona internetowa samorządu informuje też, że Gulbinowicz „swoje życie ofiarował Bogu i ludziom. W czasach sowieckich walczył o przetrwanie Kościoła Katolickiego (pisownia oryginalna). Wspierał parafie Wileńszczyzny, przyczynił się do remontów kościołów, organizował wycieczki uczniów z Wileńszczyzny do Polski”.
O jednej z takich wycieczek opowie publicznie na Facebooku, a później w litewskich mediach, przewodniczka wileńska Alina Obolewicz, ofiara Gulbinowicza.
Wchodzę jeszcze raz na stronę internetową rejonu wileńskiego, przeglądam listę honorowych obywateli samorządu. Oprócz księży znajdują się na niej politycy związani z lokalną partią AWPL-ZChR, w tym europoseł Waldemar Tomaszewski. „Tym tytułem oceniono jego zasługi, wkład w dobrobyt i rozkwit rejonu wileńskiego”, widnieje w notce o nim. Tomaszewski był w przeszłości wicemerem rejonu, obecnie jest m.in. prezesem ogólnorepublikańskiej, ale także rejonowej organizacji Związku Polaków na Litwie. Przede wszystkim jednak kręci jako prezes z wieloletnim stażem AWPL-ZChR (człon ZChR, Związek Chrześcijańskich Rodzin, ugrupowanie dodało do nazwy w 2016 r.) partią narodowo-katolicką, choć przeciwnicy Tomaszewskiego powiedzieliby, że „narodowo-sowiecką”, ale zostawmy te uszczypliwości.
Watykan jedno, Wileńszczyzna drugie
Gulbinowicz stał się również patronem trzech ulic w rejonie wileńskim. Żaden inny samorząd, w tym stołeczny, choć kardynał formalnie urodził się w Wilnie, a nie w samym rejonie, nie poszedł tą drogą. No ale w stolicy Litwy większości nigdy nie miała AWPL-ZChR, jedynie od czasu do czasu współrządziła tym samorządem.
W 2020 r. Watykan nałożył na
Więcej Europy
Jedynym ratunkiem dla Starego Kontynentu jest federalizacja
Korespondencja z Rzymu
Emiliano Fittipaldi – redaktor naczelny włoskiego liberalno-lewicowego dziennika „Domani”
Poznaliśmy pana jako autora książki „Avarizia” (2015, w Polsce „Chciwość”, 2023) o skandalach finansowych w Watykanie. Watykan postawił pana przed sądem wraz z Gianluigim Nuzzim, autorem książki „Via Crucis”. Obaj zostaliście uniewinnieni. Dziś jest pan redaktorem naczelnym dziennika „Domani”, założonego przez Carla De Benedettiego, fundatora „La Repubbliki”. Jak pan się czuje w tej roli?
– Wywodzę się z dziennikarstwa śledczego, wcześniej pracowałem w tygodniku „L’Espresso”, zajmując się reportażami śledczymi oraz pisząc artykuły i książki. Niestety, we Włoszech dziennikarstwo śledcze nie cieszy się dużym powodzeniem. Zadanie powierzone mi przez Carla De Benedettiego nie było łatwe. To praca innego rodzaju, jednak staram się dawać z siebie wszystko. W „Domani” zachowujemy profil gazety śledczej, przykładając dużą wagę do pogłębionej analizy i publikując nowe, zweryfikowane informacje, a nie jedynie komunikaty przekazywane przez rząd czy środowiska polityczne. Tworzymy gazetę bardzo krytyczną wobec rządu. To trudny moment, ponieważ główny nurt mediów przesunął się w stronę bardziej ugodowych i mniej krytycznych stanowisk. Niektóre gazety we Włoszech, w tym nasza, narażone są na ciągłe ataki i pozwy, a nawet dochodzenia wymiaru sprawiedliwości. Dziś wszystko stało się trudniejsze, od poszukiwania źródeł po ich ochronę.
Jak opisałby pan stan włoskiej demokracji pod rządami Giorgii Meloni?
– To faza przejścia od demokracji liberalnej – albo przynajmniej aspirującej do takiej formy – ku jej regresowi. Włoska demokracja jest jeszcze młoda, powstała w 1945 r. i nie ma stabilności historycznych demokracji liberalnych, takich jak Stany Zjednoczone, Francja czy Wielka Brytania. Rząd Giorgii Meloni silnie zaakcentował „demokrację wodza”. Inni nazywają to demokraturą, na wzór Orbána: systemem, w którym rząd decyduje o wszystkim, a każdy, kto mu się sprzeciwia, staje się wrogiem ojczyzny. Parlament – mimo że włoska demokracja jest parlamentarna – ma niewielkie znaczenie. Nawet posłowie i senatorowie większości mogą jedynie nacisnąć przycisk, aby zatwierdzić dekrety rządu; ich rola w praktyce jest ograniczona.
Tak zwany deep state, który przez lata stanowił istotny element demokracji – mam na myśli technokrację – został zepchnięty na margines. Wobec wymiaru sprawiedliwości prowadzi się bardzo ostrą politykę: jest on postrzegany już nie jako przeciwwaga dla władzy państwowej, jak w demokracjach liberalnych w duchu Monteskiusza, lecz jako struktura, którą należy ograniczyć i podporządkować władzy wykonawczej. Dokonuje się to zarówno poprzez codzienne działania wobec sędziów i prokuratorów, jak i przez próbę reformy konstytucyjnej, moim zdaniem wyjątkowo niebezpiecznej. Ostatecznym celem, niewypowiedzianym wprost, byłoby podporządkowanie prokuratury, czyli działań karnych i śledczych, kontroli rządu.
Referendum dotyczące wymiaru sprawiedliwości przerodziło się w ostre starcie polityczne. Co tak naprawdę jest stawką?
– W grze jest trójpodział władzy. Postfaszystowska prawica zawsze uważała za fundamentalne, by rząd rozkazywał, nie tylko rządził. W języku włoskim to dwa różne czasowniki. Mam nadzieję, że włoska demokracja okaże się na tyle silna, by przezwyciężyć ten kryzys, i
Kto zastąpi obecną mer Paryża?
Mieszkańcy stolicy Francji nie tylko wybiorą nowego mera, lecz także zagłosują według nowego, bardziej bezpośredniego systemu wyborczego
Korespondencja z Francji
15 marca odbędzie się pierwsza tura wyborów na mera Paryża. Przekrój profili tegorocznych kandydatów jest bardzo zróżnicowany – od Rachidy Dati, „self-made woman”, paryskiej milionerki, po Sarah Knafo – przyjaciółkę prawicowego Érica Zemmoura.
Wyborcy francuscy oraz obywatele innych państw członkowskich Unii Europejskiej, jeśli są wpisani na listy wyborcze we Francji, głosują na radnych gminnych (w Paryżu są to radni Paryża). Zasady wyborów różnią się w zależności od wielkości gminy – poniżej lub powyżej 1 tys. mieszkańców. Najbliższe wybory na radnych gminnych i radnych Paryża odbędą się właśnie 15 oraz 22 marca br. Mieszkańcy głosować będą również na radnych wspólnoty między-gminnej, a w przypadku metropolii Lyonu – na radnych metropolitalnych. Radni gminni i radni Paryża wybierani są na sześć lat, mer Paryża pełni zaś funkcję zarówno administracyjną, jak i reprezentacyjną: kieruje miejskimi służbami, przygotowuje budżet i ma istotny wpływ na kształt polityki miejskiej.
Do tej pory to radni dzielnicowi decydowali, kto obejmie stanowisko burmistrza, jednak w 2026 r. mieszkańcy Paryża zagłosują bardziej bezpośrednio – a to oznacza, że najbliższe wybory mają wyjątkowe znaczenie. Dodatkowo, po raz pierwszy od lat, skrajna prawica w sondażach notuje tak wysokie poparcie, co jest bezprecedensowym zjawiskiem w stolicy Francji.
Między skrajną prawicą a status quo
Po ćwierćwieczu dominacji socjalistów w ratuszu – w latach 2001-2014 rządził Bertrand Delanoë, a od roku 2014 do 2026 Anne Hidalgo – stolica Francji może stanąć przed politycznym zwrotem. Coraz częściej mówi się, że prawica ma realną szansę na odzyskanie władzy w mieście, które przez lata kojarzone było z lewicowym modelem zarządzania. Paryż funkcjonuje dziś jako lewicowa wyspa, trochę jak Warszawa w Polsce. W zbliżających się wyborach Paryżanie oddadzą dwa głosy: jeden na radnych swojej dzielnicy,
Amerykańskie zbrodnie wyzwoleńcze
Nie da się dokładnie wyliczyć zbrodni seksualnych dokonanych przez Amerykanów. Oskarżanie „wyzwolicieli” wciąż jest politycznie niepoprawne
Korespondencja z Francji
W Polsce panuje przekonanie, że żołnierze amerykańscy są wyzwolicielami świata, świętą armią niosącą pokój i niezawisłość, gwarantującą szczęśliwe jutro naszej ojczyzny. Tymczasem państwa, które historycznie doświadczyły obecności amerykańskiego hegemona, często postrzegają to „wyzwolenie” w zupełnie inny sposób.
Wyjątkowo brutalnym przykładem są zbrodnie na tle seksualnym popełniane przez żołnierzy amerykańskich na mieszkankach Normandii w 1944 r. – były to bestialskie akty przemocy. Aimée Helaudais Honoré, jedna z ofiar tych wydarzeń, w liście do córki opisała, jak amerykańscy żołnierze zastrzelili jej męża, a następnie, jeden po drugim, wciąż i wciąż ją gwałcili („Les viols de Françaises par des G.I. américains en 1944, un tabou brisé”, la-croix.com, 24.05.2024). Z rąk amerykańskich żołnierzy zginęło wiele kobiet – nie mając możliwości opowiedzenia światu o doznanym cierpieniu. Przez dekady temat ten był całkowicie marginalizowany, a do debaty publicznej powrócił relatywnie niedawno, często za sprawą świadectw ujawnianych pośmiertnie, np. przez dzieci ofiar („Les viols de Françaises par des G.I. américains en 1944, un tabou brisé” AFP, 5.06.2024).
Francuski wątek uzupełniają relacje z okupowanej Japonii, gdzie w miastach – o zdziesiątkowanej męskiej populacji – dochodziło do regularnych polowań na kobiety. Na samej Okinawie w ciągu pierwszych pięciu lat okupacji amerykańskiej odnotowano 76 przypadków gwałtu lub gwałtu połączonego z zabójstwem, przy czym podkreśla się, że liczba ta niemal na pewno jest zaniżona, ponieważ większość przestępstw nigdy nie została zgłoszona. Uświadamianie opinii publicznej skali amerykańskich zbrodni wojennych i seksualnych to dziś pilna potrzeba. W obliczu współczesnych napięć geopolitycznych pamięć o ofiarach przemocy seksualnej podczas II wojny światowej powinna stanowić ostrzeżenie, a nie zostać ponownie wymazana z historii.
Normandia, ziemia Bachusa
Normandia w 1944 r. stała się nie tyle ziemią wyzwoloną, ile miejscem, gdzie alkohol połączony z żołnierską bezkarnością doprowadził do zawieszenia podstawowych norm w relacjach międzyludzkich. Sprawcami okrutnych czynów byli zachodni „wyzwoliciele”. Ich występki dotyczyły wielu obszarów życia: od wypadków drogowych, przez grabieże, oszustwa, przemyt towarów objętych reglamentacją, po bandytyzm, zabójstwa i – przede wszystkim – gwałty. Dochodziło do poważnych naruszeń dyscypliny wojskowej, które wraz ze zniszczeniami spowodowanymi walkami sprawiły, że „wyzwolenie” w Normandii kojarzy się z okresem bolesnym i traumatycznym.
W październiku 1944 r. Amerykanie zabili rolnika i zgwałcili jego córki tylko dlatego, że nie chciał odstąpić im koniaku. Nieco wcześniej, w lipcu, proboszcz Denneville został zamordowany, ponieważ bronił kobiety przed gwałtem („1944: viols et crimes, le dossier noir des soldats américains”, franceinfo.fr, 20.06. 2020). Takie historie powtarzały się nieustannie na zachodnim i północnym wybrzeżu, chociażby w takich miastach jak Cherbourg-en-Cotentin czy Bousbecque. Według historyków między czerwcem 1944 r. a czerwcem 1945 r. zostało popełnionych 3620 gwałtów (J. Lilly, F. Le Roy, „L’armée américaine et les viols en France: juin 1944–mai 1945”, Vingtième Siècle. Revue d’histoire”, 2006).
Jednak podanie dokładnej liczby zbrodni na tle seksualnym dokonanych przez Amerykanów jest niemożliwe. Leon Radzinowicz, kryminolog, który badał to zjawisko w Anglii, ocenia, że w czasie wojny jedynie ok. 5% ofiar gwałtu składało zawiadomienie o przestępstwie. Ówczesne
Czy kobiety zmienią Włochy?
Giorgia Meloni szykuje się na drugą kadencję, a jej rząd pobił już wiele historycznych rekordów
Korespondencja z Rzymu
Giorgia Meloni rządzi Włochami od 22 października 2022 r. i przekroczyła już półmetek legislatury. Jej gabinet należy do najdłużej urzędujących – wyprzedził rządy Andreottiego, Craxiego i Draghiego, ustępując jedynie kadencjom Berlusconiego. Pierwsze tysiąc dni upłynęło pod znakiem względnej stabilności politycznej, ale też ostrej debaty na temat priorytetów gospodarczych i społecznych.
Przed wyborami w 2022 r. obawiano się „powrotu faszyzmu”, jeśli do władzy dojdą Bracia Włosi. Nic takiego się nie stało. Partia Meloni okazała się bardziej liberalna niż koalicyjna Liga Salviniego. Sama premier przeszła drogę od politycznej outsiderki do ostrożnej liderki europejskiego formatu, choć nie odcięła się symbolicznie od postfaszystowskich korzeni swojej formacji. Dziś uchodzi za jedną z najbardziej stabilnych i wpływowych liderek prawicy w Europie. Jej siła tkwi w podwójnej tożsamości: ideowo zakorzeniona w konserwatyzmie i nacjonalizmie, Meloni jest jednocześnie pragmatyczna na arenie międzynarodowej. Włochy nie stały się „drugimi Węgrami”, choć premier konsekwentnie wzmacnia symboliczną narrację o „Bogu, ojczyźnie i rodzinie”.
Osiągnięcia rządu
Gabinet Meloni może też się pochwalić rekordowym poziomem zatrudnienia, ostrożnym zarządzaniem finansami publicznymi, zmniejszeniem klina podatkowego, działaniami na rzecz zwiększenia dzietności i ochrony siły nabywczej rodzin. Budżet na 2026 r., o wartości ok. 18 mld euro, zaplanowany jest powściągliwie. W polityce gospodarczej rząd postawił na stabilność finansów publicznych, unikając frontalnej konfrontacji z Brukselą.
Podkreślana jest również terminowa realizacja Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności (PNRR), opiewającego w latach 2021-2026 na ok. 194,4 mld euro ze środków unijnych, powiększonych o fundusz krajowy do ok. 225 mld euro. Ósma rata (12,8 mld euro) została zatwierdzona pod koniec 2025 r. Mimo to znaczna część funduszy musi zostać wydatkowana przed 31 grudnia 2026 r., co stanowi poważne wyzwanie administracyjne.
Rząd rozpoczął reformy strukturalne, w tym zmiany w wymiarze sprawiedliwości. W dniach 22-23 marca 2026 r. odbędzie się referendum konstytucyjne w kwestii tzw. reformy Nordio (od nazwiska ministra sprawiedliwości Carla Nordia – przyp. aut.). Ponieważ dotyczy ono zmian w konstytucji,
Jak myśli Rosja?
Cztery lata wojny. Wszyscy się przeliczyli.
I Rosja, i Ukraina, i Zachód
Prof. Andrzej Wierzbicki – profesor nauk społecznych, kierownik Katedry Studiów Wschodnich na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego
Panie profesorze, kiedy ta wojna, rosyjsko-ukraińska, się skończy?
– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. To pytanie z zakresu prognozowania, a prognozowanie w naukach społecznych, prognozowanie rzeczywistości społeczno-politycznej, w tym międzynarodowej, to karkołomne przedsięwzięcie.
Minister Ławrow powtarza, że muszą zniknąć pierwotne przyczyny konfliktu. Pan rozumie, co on ma na myśli?
– Rozumiem. Oni to powtarzają od kilku lat – denazyfikacja, debanderyzacja, uczynienie z Ukrainy kraju może nie tyle przyjaznego Rosji, ile przynajmniej neutralnego. Przekształcenie Ukrainy z anty-Rosji, tak jak ją budowano, w kraj, który nie stanowi platformy dla rywalizacji geopolitycznej, przyczółka dla sił, które Rosja uznaje przez siebie za wrogie, tj. z perspektywy rosyjskiej – usunięcie źródeł konfliktu.
Czyli?
– Czyli sił Zachodu, NATO, Stanów Zjednoczonych, niezależnie od tego, kto w tych Stanach Zjednoczonych rządzi, ponieważ niezależnie od władzy, republikańskiej czy demokratycznej, pomoc amerykańska dla Ukrainy jest dostarczana.
Doktryna Monroego po rosyjsku
Przyczyną była więc nie tyle sprawa terytoriów, ile to, kto w Kijowie rządzi.
– Nie uważam, że Rosja w tej wojnie chciała zająć całe terytorium Ukrainy. Choć pewnie ma ograniczone cele terytorialne. Ale one się zmieniają. Być może było to opanowanie Kijowa. Opanowanie Charkowa. Celem rosyjskim może też być odcięcie Ukrainy od Morza Czarnego. Chersoń, Nikołajew, Odessa… Czyli lądowe połączenie z Naddniestrzem. Dojście do linii Dniepru, całkowite zajęcie terytoriów, które proklamowano jako należące do Rosji po referendum w 2022 r. Być może to jest ten ostateczny cel.
A może mniej chodzi o ziemię, a bardziej o to, żeby zwasalizować Ukrainę?
– Możliwe, że w jakiś sposób tak. Przy czym my jako wasalizację będziemy zapewne traktowali neutralny status Ukrainy, czyli równy dystans do Rosji i do Zachodu. Ta wojna jest, o czym zapominamy, praktycznym przełożeniem rosyjskiej wersji doktryny Monroego. W 1993 r., jeszcze za Jelcyna, rosyjskie siły polityczne, od prawa do lewa, od liberałów do brunatno-czerwonych, uzgodniły, że obszar poradziecki to jest strefa wyłącznych wpływów i wyłącznych, przy tym żywotnych, interesów Federacji Rosyjskiej. I każdy, kto się pojawi na tym terenie jako rywal, jako ktoś, kto będzie chciał tam swoje interesy realizować, będzie traktowany jako intruz, jako najeźdźca, jako wróg. Z tym właśnie mamy do czynienia.
Te pomarańczowe rewolucje zostały w Moskwie uznane za wrogie działanie?
– Tak. One zostały w Moskwie przyjęte nie jako dążenie do demokracji, ale jako wejście na terytorium jej wyłącznych wpływów. Doskonale wiemy, że przecież nie o demokrację jako taką w nich chodziło.
To jest kluczowe – my mówimy o prawach narodu do wolności, do demokracji, a Moskwa o tym, kto co kontroluje.
– Tu chodzi o geopolitykę, o kontrolę nad przestrzenią, a nie o opowieść, że Ukraina broni wartości europejskich czy demokratycznych. Zresztą gdzie są te wartości? Zorganizowana przestępczość, oligarchia, wszechogarniająca korupcja, zabójstwa na tle politycznym – to jest Ukraina. Czy to są wartości europejskie? W latach 90. przyjeżdżał do nas na wydział, w ramach różnych konferencji, Andrij Doroszenko, jako przedstawiciel prezydenta Kuczmy w Radzie Najwyższej Ukrainy. Był rosyjskojęzycznym Ukraińcem i wielkim patriotą swego
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Od Watergate do masowych zwolnień
„Washington Post” kiedyś obnażył aferę i wzmocnił demokrację. Dziś sam jest ofiarą władzy
Korespondencja z USA
Gdy w 1974 r. dziennik „Washington Post” opisał kulisy afery Watergate, nie tylko uratował Amerykę przed dalszymi rządami człowieka, który skompromitował urząd prezydenta, ale także realnie wpłynął na amerykańską demokrację. Zjednoczył bowiem Kongres w wysiłkach na rzecz jej wzmocnienia, co zaowocowało reformami wymuszającymi na rządzie większą przejrzystość działań i ograniczającymi władzy wykonawczej pole do nadużyć i korupcji. To wówczas m.in. utworzono urzędy niezależnego prokuratora i specjalnych inspektorów w agencjach federalnych – organy kontrolne niezależne od Białego Domu, a Kongresowi przekazano większą kontrolę nad budżetem.
Wtedy też istotnie zreformowano system finansowania kampanii politycznych, wprowadzając limity wpłat od darczyńców prywatnych, a na polityków nałożono obowiązek upubliczniania zeznań podatkowych. Również wtedy ustanowiono wreszcie nowe standardy ochrony danych osobowych ludności. Samym obywatelom zaś przyznano prawo wglądu w dokumenty prezydenckie. Każda, nawet najmniejsza notatka prezydenta od momentu jego przeprowadzki do Białego Domu stawała się odtąd własnością publiczną.
Ujmując rzecz krótko, reportaż „Washington Post” zainicjował historyczny projekt udoskonalenia systemu checks and balances – kontroli i równowagi władz, który jest nieodzowny do sprawnego funkcjonowania demokracji.
Najczarniejszy dzień w historii prasy
Wydaje się, że amerykańska demokracja w roku 2026 wymaga nie mniejszej naprawy niż przed półwieczem. Jeśli jednak ktokolwiek miałby dziś obnażyć korupcję Donalda Trumpa, nie będzie to już „Washington Post”. Bynajmniej nie dlatego, że redakcji brakuje odwagi czy determinacji, by patrzeć władzy na ręce. Po prostu obecny właściciel gazety Jeff Bezos postanowił niedawno przerzedzić zastępy odważnych i zdeterminowanych.
4 lutego Bezos zwolnił prawie 400 osób, czyli niemal połowę redakcji, likwidując całe działy. Szokujący był też sposób, w jaki to zrobił – mejlowo. W efekcie korespondenci zagraniczni dowiadywali się, że właśnie stracili pracę, przebywając w strefach wojen tysiące kilometrów od domu. „Nigdy czegoś takiego nie widziałem. To był jeden z najczarniejszych dni w historii prasy. Studium destrukcji własnej marki z efektem natychmiastowym”, skomentował decyzję Bezosa Marty Baron, jedna z najbardziej wpływowych postaci w amerykańskich mediach i legendarny naczelny wielu prestiżowych tytułów, w tym „Washington Post” w latach 2013-2021 („Why Jeff Bezos gutted the Washington Post”, „The Guardian”, 11 lutego 2026).
Żyjemy w przełomowym okresie zachodzących gwałtownie zmian norm i zasad, nie zabrakło więc głosów, że redakcję „Washington Post” spotkał los, który od dawna jest udziałem rosnącej rzeszy pracowników, zwłaszcza korporacyjnych. Zwolnień dokonuje się już niemal rutynowo przy pomocy firm zewnętrznych. Te zaś nie patrzą na doświadczenie, osiągnięcia czy lojalność pracowników. Liczy się wyłącznie osiągnięcie celu: oszczędności dla firmy i redukcja kadry o wymaganą liczbę osób. Z takiej perspektywy prywatny przedsiębiorca Jeff Bezos miał więc prawo zrobić ze swoim biznesem, co mu się żywnie podoba, prawda? Prawda.
A ponieważ jest to prawda i mówimy o miliarderze oraz „jego” gazecie, tym bardziej powinniśmy starać się zrozumieć, jakie mechanizmy tu zadziałały i dlaczego. Osobliwe przypadki dziennika, który kiedyś miał duże zasługi dla demokracji, a teraz stał się obiektem w kolekcji zabawek oligarchy, składają się na dramatyczną opowieść nie tylko o świecie, w jakim żyjemy. To przede wszystkim przestroga przed światem, który być może nadchodzi.
Kaprys miliardera
Zacznijmy od motywów Jeffa Bezosa, założyciela Amazona, człowieka legendy, dziś działającego również w branży kosmicznej, medialnej, sztucznej inteligencji oraz venture capital. Według magazynu „Forbes” Bezos to trzeci najbogatszy człowiek świata z majątkiem szacowanym w 2026 r. na 266 mld dol.
Bezos nabył „Washington Post” w 2013 r. od rodziny Grahamów, wieloletnich właścicieli dziennika (jeszcze sprzed czasów Watergate). Ci chcieli sprzedać tytuł, bo nie czuli się na siłach stawić czoła zmianom koniecznym do utrzymania się na rynku. Bezos zainwestował w gazetę








