Zwierzęta

Powrót na stronę główną
Zwierzęta

Wilki – zwierzęta terytorialne

Teren, którym zarządzają, jest przez nie znakowany oraz zawzięcie broniony

W 1995 r. niemal w całej Polsce skończyły się polowania na wilki. Jednak w trzech województwach, w tym ówczesnym suwalskim, a więc także w Puszczy Augustowskiej i nad Wigrami, nadal na nie polowano. Od 1998 r. drapieżniki te są chronione w całym kraju. Zabronione jest ich zabijanie, okaleczanie, chwytanie, przetrzymywanie, niszczenie nor i wybieranie z nich szczeniąt, a także przechowywanie i sprzedaż skór oraz innych fragmentów martwych osobników bez odpowiedniego zezwolenia. Ponadto od 1 kwietnia do 31 sierpnia tworzy się dla nich strefy ochronne wokół miejsc rozrodu. Wilk jest też chroniony zapisami dyrektywy siedliskowej Unii Europejskiej – polska populacja tego gatunku została wspomniana w załącznikach II oraz V. Umieszczenie wilka w załączniku II oznacza, że jest on gatunkiem wyznacznikowym dla typowania obszarów Natura 2000, ma zatem status gatunku priorytetowego. (…)

Wilki są zwierzętami wybitnie terytorialnymi. Teren, którym zarządzają, jest przez nie znakowany oraz zawzięcie broniony. Obce wilki mają zakaz wstępu na zajęty obszar. Żyjące obok, ale niespokrewnione ze sobą rodziny nie wkraczają zazwyczaj na teren zajęty przez sąsiadów. W ten sposób unikają konfliktów. Czasem jednak wybuchają ostre awantury pomiędzy rodzinami. Powody takich wilczych wojen bywają różne: może być to walka o atrakcyjny fragment terenu, a nawet chęć przejęcia całego terytorium.

Przyczyną napaści na sąsiadów może też być chęć wywalczenia przestrzeni dla jednego z dorastających młodych, które znalazło partnera i potrzebuje swojego miejsca. Niewykluczone, że właśnie takie podłoże miało przejęcie terytorium rodziny Kulasa i Luny przez wilki z sąsiedniej watahy. Tę sytuację zaobserwowano w 2016 r. na terenie Wigierskiego Parku Narodowego. Takie oceny i wnioski są możliwe dzięki wieloletniej pracy miłośnika życia wilków Macieja Romańskiego – pracownika parku narodowego, który każdą wolną chwilę poświęca na obserwowanie życia wilków nad Wigrami.

Choć w całej Polsce wilki miewają się doskonale, to drapieżniki te w naturze nie żyją długo, rzadko zdarzają się osobniki starsze niż osiem-dziewięć lat. Wysoka śmiertelność wynika z zagrożeń związanych z kontaktami z ludźmi, z chorób, pasożytów, a także urazów nabytych podczas łowów czy walk w obronie terytorium. Wilkom z wiekiem zużywają się też zębiska, co uniemożliwia im skuteczne polowanie. Powoduje to częste wymiany par rodzicielskich. Jako przykład mogą posłużyć kolejne watahy zajmujące „terytorium północne” w Wigierskim Parku Narodowym. Jak zaobserwował Maciej Romański, w ciągu 10 lat prowadzenia monitoringu przewinęło się tam aż pięć par rodzicielskich.

Do niedawna niewiele wiedzieliśmy o wilkach nad Wigrami. Ledwie dwie dekady temu spotkania z tymi drapieżnikami były uważane za sensację. Ot, czasem ktoś znalazł resztki rozszarpanego jelenia czy sarny, nie można jednak było mieć pewności co do sprawcy. Wałęsały się bowiem po lasach sfory na wpół zdziczałych psów polujących w watahach w wilczy sposób. (…) Wilki polują też na lisy, a bywa, że na jenoty. Tych w Puszczy Augustowskiej jest dużo mniej niż przed okresem, gdy wilki nie były tak liczne. Bure drapieżniki bezlitośnie tępią zwłaszcza młode liski. Kilka lat temu na obszarze Wigierskiego Parku Narodowego jedna z fotopułapek nagrała wilka niosącego w pysku łeb lisa. Spomiędzy wilczych zębów zwisała też kita rudzielca.

Dr Joanna Harmuszkiewicz, prowadząc obserwacje zachowań wilków i lisów w Puszczy Augustowskiej, zauważyła, że tropy lisów pojawiają się częściej w strefach buforowych terytoriów wilków. Im bliżej centralnego miejsca obszaru zarządzanego przez wilki, tym lisów jest mniej. Ustępowanie lisów z wnętrza puszczy potwierdzają też wyniki polowań organizowanych na terenie nadleśnictw w związku z projektem ochrony głuszca, koordynowanego przez Nadleśnictwo Głęboki Bród. W ramach ochrony tego kuraka myśliwi redukują liczebność wszelkich czworonożnych drapieżników, zwłaszcza w pobliżu tokowisk ptaków. Wyniki polowań okazały się zaskakujące. Otóż podczas trzech lat łowów z psami norującymi myśliwym udało się upolować tylko jednego lisa. Powód? Cóż, lisów po prostu nie było w norach. Za to w czasie tych samych polowań odstrzeliwano borsuki i jenoty. Zwierzęta te są zdecydowanie bardziej odporne na agresję wilków. (…)

Jedna z fotopułapek ulokowana na południe od jeziora Wigry zarejestrowała sytuację, gdy przy padłym jeleniu pojawiła się para jenotów. Ucztowały one przy padlinie przez kilka dni. Gdy jednak przy tej stołówce pojawił się głodny wilk, jenoty usunęły się, ale nie odeszły daleko i starały się odstraszyć intruza krzykami. Markowały też coś w rodzaju szarży na wilka. Z wilczego zachowania dało się wywnioskować, że towarzystwo jenotów było mu nie w smak. Rozglądał się nerwowo, odganiał jenoty, w końcu chwytał połeć mięsa i odskakiwał. Taka zabawa trwała przez kilka dni. Należy jednak przypuszczać, że jenoty czuły się tak pewne siebie, gdyż przy padlinie był pojedynczy przeciwnik. Gdyby zaś doszło do konfrontacji z całą watahą, musiałyby z pewnością spuścić z tonu.

Fragmenty książki Wojciecha Misiukiewicza Wigry, Paśny Buriat, Kielce 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zwierzęta

Dziewczyna z krukiem

Przytłaczająca większość dzikich pacjentów jest tu z winy człowieka.

Drobna kobieta z warkoczem wsiada do auta z naklejką „Raven on board”. Na specjalnym drążku, pośród zabezpieczeń na fotelach, „kruk na pokładzie” – Echo. Jeśli jest w dobrym humorze, woła: „Co masz? Pokaż! Echo, super Echo!”. Innym razem rozrabia, dziobie, spada z kijka, brudzi. – Marzyłam o kruku, ale nie wyobrażałam sobie zniewolenia któregoś ze swoich pacjentów. To, co dzikie, ma wrócić na wolność. Echo jest krukiem hodowlanym, kupiłam go ponad dwa lata temu – mówi Marta Węgrzyn, techniczka weterynarii. Kruk jest monogamiczny, wybiera sobie jednego partnera. Echo ma Martę. Wracają z codziennego porannego spaceru, to ich wspólne dwie godziny w lasach, na łąkach.

Aktualnie Marta ma pod opieką około setki zwierząt.

Jeże w garażu.

Nie chciała studiować weterynarii, wolała od razu zaangażować się w pomoc zwierzętom, dlatego stworzyła kilka lat temu Opolskie Centrum Leczenia i Rehabilitacji Dzikich Zwierząt Avi. Drobne, wytatuowane ręce pokrywa siateczka blizn różnych rozmiarów – po pazurach, zębach, dziobach. – Jak pracowałam w lecznicy, to zwierzęta mnie nie lubiły – uśmiecha się.

Avi, własną fundację i ośrodek, zbudowała od zera. Nie od razu udało się przekonać innych do pomysłu ratowania dzikich zwierząt. Pierwszym wsparciem był tata, który niestrudzenie pomaga jej od początku. – „Dzikie” pochłonęły mnie całkowicie. Robię to od 12 lat – przyznaje Marta. – Dzięki pomocy nadleśniczego Marka Cholewy i Nadleśnictwa Opole udało się stworzyć bezpieczne miejsce na tych terenach, a dzięki Generalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Katowicach napłynęły darowizny. Wsparł nas też urząd marszałkowski z Opola, stale pomagają ludzie prywatni. Mamy pieniądze na leczenie, wyżywienie, po raz pierwszy czujemy się bezpiecznie. Nadleśnictwa, Zespół Opolskich Parków Krajobrazowych i wolontariusze widzą w tym sens – podkreśla.

Polemizuje z tymi, którzy nie uznają ratowania rannych dzikich zwierząt. – Zaczęłam kiedyś liczyć. Selekcja naturalna, choroby, grzyby, bójki… I czynniki sztuczne, związane z ludźmi, czyli samochody, powierzchnie szklane, których nie widzą ptaki, linie energetyczne, trucie, koty, psy, nieumyślne zabieranie dzikich zwierząt – 90% moich pacjentów jest tu z winy człowieka. Tłumaczę to w szkołach uczniom i uczennicom, w nich nadzieja. Liczę na to, że jak dziecko opowie o tym rodzicom, to będą wiedzieli, czego nie robić z małą sarenką, zajączkiem. Dzisiaj miałam zgłoszenie od pani, która znalazła takiego u siebie. On ma być sam, właśnie na tym polega genialna opieka, że mama zostawia to młode, zajmuje się nim, ale nie przywołuje do niego zapachem drapieżników, bo ono jest bezbronne, sama też nie jest superbohaterką – wyjaśnia Marta.

Zwykle nie wiemy, jak prawidłowo reagować na dzikie zwierzęta, np. kobieta przeniosła z garażu na zewnątrz gniazdo z jeżycą i różowymi jeszcze oseskami, po kilku dniach zgłosiła, że samicy nie ma, a maluchy są niedogrzewane. – Tacy pacjenci przyjadą, żeby umrzeć. Wśród nich są też ofiary zwierząt domowych. Ich śmiertelność w wyniku zaatakowania przez kota domowego jest ogromna. Wystarczy, że taki kot przekaże ślinę i swoje bakterie przez zadrapanie, dochodzi do sepsy i koniec – mówi ze smutkiem Węgrzyn.

Nie jest w stanie zająć się wszystkimi zwierzętami. Weryfikuje zgłoszenia, bo miałaby dziennie ze 40 przyjęć podlotów, sarenek, zajączków. Dwie doby by nie starczyły, żeby jeździć do każdego zwierzaka, dlatego opowiada o sieci współpracowników, w tym o lekarce weterynarii Karolinie Pason i załodze przychodni w Opolu: – Odbiera pacjenta i wypisuje mu kartę leczenia, a ja przejmuję go już po badaniach, to ogromne wsparcie. Pomaga też techniczka weterynarii Sara Tarnawska, w Głubczycach małżeństwo Ewelina z Krzysztofem, w Nysie Damian i Siwy, a w Krapkowicach Patrycja Krawiec. Regularnie odławiają i dowożą zwierzęta ze swoich terenów prosto do Avi.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zwierzęta

Eksplozja energii, wybuch agresji

Rykowisko to ciągły ruch zwierząt, a także moment, który pozwala określić stan liczebny jeleni.

Co roku na rykowisku jestem świadkiem byczych sporów. To najbardziej emocjonujący moment widowiska. Samce, podniecone obecnością konkurentów, krążą po lasach i polach. Poszukują samotnych chmar czy choćby pojedynczych łań – a o te ostatnie nie jest w tym czasie łatwo. Gdy jednak uda się im nawiązać znajomość z samicą, strzegą wybranki za cenę zdrowia, a nawet życia. Obecność innego byka w pobliżu rozpala nerwy i wznieca gniew włodarza stada.

Niemal każdego roku podczas rykowiska są znajdywane byki zrogowane w walce. Zrogowane, czyli zabite podczas pojedynków. W szczycie rykowiska chuć i rozdrażnienie dorosłych samców są tak wielkie, że równi sobie rywale nierzadko ścierają się w bitwach, okaleczając się wzajemnie. Bywa, że rany są śmiertelne. W Puszczy Augustowskiej znajdowano dorodne byki z kompletnie zmiażdżonymi bokami, połamanymi żebrami czy czaszkami przebitymi przez poroża przeciwników. Giną głównie dojrzałe zwierzęta. Starcia młodych byków to ledwie drobne potyczki. Młodzieńcy trykają się łepetynami dla treningu i zabawy. Pojedynki dorosłych samców to zaś prawdziwe wojny, których rozstrzygnięcia bywają zabójcze – czasem dla obu walczących. Znaleziono np. dwa martwe byki splecione ze sobą wieńcami.

Zdarza się też, że jelenie podczas walki nawijają na wieńce rozmaite śmieci, najczęściej porzucone przez ludzi druty lub polne pastuchy. Byki, walcząc, zaczepiają takie druciane sidła o swój oręż, oplątują się nimi wzajemnie i łączą ze sobą – aż do śmierci. Unieruchomione w ten sposób jelenie konają w powolnych męczarniach. Gasną z wysiłku, wyczerpania i głodu. Czasem leśnicy i myśliwi odnajdywali w Puszczy Augustowskiej nieszczęsne zwierzęta i oswobadzali je z tej pułapki. Bywało, że na wpół żywy byk wlókł truchło padłego przeciwnika aż do momentu, gdy odnaleźli go ludzie. Wówczas rozłączano wieńce i ratowano choć jednego nieszczęśnika od niechybnej śmierci.

Człowiek także może być przyczyną śmiertelnych wypadków jeleni, choć trzeba przyznać, że nad Wigrami kolizje samochodów z tymi zwierzętami należą do wyjątków. Dużo częściej przytrafiają się sarnom, dzikom i łosiom. Śmiertelnym zagrożeniem mogą być natomiast leśne ogrodzenia. W lasach wokół Wigier i w okolicznych nadleśnictwach były znajdowane byki zaplątane porożami w siatki wokół upraw i młodników. Zwykle trafiano na wiszące resztki truchła objedzone z wnętrzności i mięśni przez czworonożne drapieżniki. Trudno dociec, dlaczego zwierzęta wpadają w te zabójcze pułapki. Raczej nie chodzi tu o przypadkowe zawadzenie orężem o płot. (…) Bliższe prawdy może być przypuszczenie wskazujące na celowe wpędzenie ofiary w ten potrzask przez wilki. Te drapieżniki potrafią wykorzystywać naturalne i sztuczne przeszkody do złowienia ofiary. (…)

Czasem przyczyny śmierci jeleni bywają zagadkowe. W lipcu 2009 r. na leśnej drodze pomiędzy Czerwonym Krzyżem a Tobołowem został znaleziony dorodny czternastak, czyli byk, który na każdym porożu miał po siedem odnóg. Martwy zwierz leżał na głównej drodze, zagradzając przejazd. Wstępne oględziny nie wykazały przyczyn jego śmierci. Również pobieżna sekcja zwłok nie wyjaśniła, co mogło być powodem upadku jelenia. Podejrzewano atak serca, lecz to tylko domysły. Zagadkowy zgon zdarzył się też w 2012 r. w Czerwonym Krzyżu na padokach stadniny koni. Na ciele martwego jelenia nie znaleziono ani śladów walki, ani postrzału. Domyślano się, że przyczyną śmierci mógł być pastuch elektryczny – choć napięcie było niewielkie, impuls mógł wywołać szok, który okazał się dla zwierzęcia zabójczy. Ciekawa sytuacja miała też miejsce w 2021 r. na Suchym Bagnie. Fotopułapka zarejestrowała śmierć jelenia, który poraniony podczas rykowiskowej walki podszedł do bagienka, zwalił się w błotnistą maź i tam wyzionął ducha. Bardzo szybko namierzyły to znalezisko wilki, które ochoczo pożywiły się padliną.

Pomimo różnych nieszczęśliwych zdarzeń, jakie spotykają jelenie, najczęstszymi powodami śmierci samców pozostają wilki, myśliwi oraz… inne byki. Te ostatnie podczas rykowiska często reagują impulsywnie na obecność rywali.

Okazuje się, że jelenie bywają też gwałtowne wobec samic. Byłem kiedyś świadkiem przypadkowego poturbowania łani przez rozeźlonego byka. O świcie, wlazłszy na drzewo na ścianie lasu Krusznika, obserwowałem dwie oddalone od siebie chmary. Siedziałem na grubej gałęzi, więc spektakl ten oglądałem wygodnie z góry, a przede mną rozciągała się panorama krusznikowskich pól. Nad każdą chmarą czuwał stadny byk. Samce ubliżały sobie z daleka, nie podejmowały jednak prób konfrontacji. Tak naprawdę do walk pomiędzy jeleniami dochodzi tylko z konieczności. Nie chcą tracić sił ani ryzykować utraty zdrowia, a nawet życia, wybierają więc pyskówkę na odległość. Byki obrażały się więc i wzajemnie prowokowały. Chmary były liczne: w tej bardziej oddalonej było ponad 30 zwierząt, w tej znajdującej się bliżej – kilkanaście. I to właśnie w tej drugiej w pewnym momencie się zakotłowało. Jedna z łań wraz ze swoim tegorocznym przychówkiem odeszła od stada i ruszyła na spotkanie ryczącego sąsiada. Najwyraźniej doceniła wdzięki konkurencyjnego samca. Stadny byk ruszył za nią jednak, zagrodził jej drogę i bezceremonialnym kuksańcem poroża przywołał do porządku. Mimo kolejnych nieporadnych prób ucieczki niewierna łania została ostatecznie zagnana do chmary. Byk tryumfował i oznajmiał to potężnym ryczeniem. (…)

Fragmenty książki Wojciecha Misiukiewicza Wigry, Paśny Buriat, Kielce 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zwierzęta

Ptasie przytulisko

W świecie zwierząt nie ma miejsca na ratowanie za wszelką cenę. To człowiek w tę naturę ingeruje.

Puszcza Knyszyńska jest ważną ptasią ostoją. Szczególnie jeśli spojrzymy na nią szerzej – nie tylko na sam las, lecz także na przylegające do niego łąki, pola, rzeczne doliny, a nawet ludzkie osady. Ptaki w Puszczy Knyszyńskiej są stosunkowo dobrze przebadane. (…)

W Poczopku umawiam się z Arkadiuszem Juszczykiem, pracownikiem Nadleśnictwa Krynki, który już od długiego czasu ma pod opieką Ośrodek Rehabilitacji Dzikich Ptaków i Ssaków „Przytulisko”. Zanim pójdziemy zobaczyć jego pacjentów i stałych rezydentów, pytam Arkadiusza, co sprowadziło go na wschodni kraniec Polski. Pochodzi bowiem z Płocka. Odpowiada bez wahania:

– Bo było zainteresowanie przyrodą. Od dziecka interesowałem się zwierzętami. Moi rodzice byli dentystami, więc z tej strony raczej nie kontynuuję tradycji. Wolałem pomagać zwierzętom. Z pierwszego wykształcenia jestem zootechnikiem po poznańskiej uczelni. Już po tym, jak zatrudniłem się w lasach, skończyłem jeszcze studia leśne. Ówczesny nadleśniczy, Waldemar Sieradzki, dowiedział się od mojego ojca, że mam wykształcenie zootechniczne, i zaproponował mi pracę, bo szukał kogoś, z kim ptaki się „dogadają”. W ten sposób od 2013 r. pracuję w Nadleśnictwie Krynki.

Ośrodek w Poczopku powstał parę lat wcześniej. Na początku zajmował się nim jeden z leśniczych, ale, jak mówi mi Arkadiusz, na kierunkach leśnych nie zawsze przygotowują studentów do dbania o zwierzęta:

– Priorytetem są kwestie związane ze światem flory i hodowlą lasu. Stąd jako zootechnik okazałem się użyteczny do kierowania ptasim szpitalem. Do funkcjonowania ośrodka potrzebny jest również weterynarz. Dlatego mamy umowę z lekarzem weterynarii, który obsługuje nasz ośrodek. To on stawia diagnozę, ocenia, czy pacjent jest rokujący, i przekazuje nam po oględzinach ptaki do rehabilitacji. Te kilka bocianów, które widzisz po prawej, właśnie do nas trafiło w ten sposób. Nasz ośrodek przyjmuje ptaki, które już po pobycie u nas dostają szansę powrotu na wolność. Natomiast mamy też stałych rezydentów niezdolnych do życia w naturze. Nie każda rehabilitacja kończy się wypuszczeniem zwierzęcia na wolność. Mamy pozwolenie na przetrzymywanie ich w celach edukacyjnych i turysta, który odwiedzi Poczopek, może je tutaj zobaczyć w specjalnie przygotowanych w tym celu wolierach. Najbliższe ośrodki rehabilitacji zwierząt znajdują się w Wiejkach w Biebrzańskim Parku Narodowym i w Puszczy Białowieskiej, gdzie jest rezerwat pokazowy żubrów. Ptaki są kierowane najczęściej do nas. Często ludzie wolą nam przywieźć osobiście ptaka, niż dzwonić do urzędu gminy i próbować ustalić, czy ktokolwiek takim potrzebującym ptakiem się zajmie. Jesteśmy wciąż jedną z nielicznych tego typu placówek w regionie. Do tego w rezerwacie pokazowym żubrów Białowieskiego Parku Narodowego przyjmowane są jak dotąd tylko ssaki.

Jak wyjaśnia mi Arkadiusz:

Fragmenty książki Pawła Średzińskiego Puszcza knyszyńska. Tom II, Paśny Buriat. Kielce 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zwierzęta

Ptakodeweloperka

Czyli gniazda w środowisku naturalnym.

Wbrew tezom forsowanym przez zwolenników późnego kapitalizmu każdy powinien gdzieś mieszkać. W odróżnieniu od większości ludzi ptaki nie muszą jednak w tej kwestii polegać na kondycji branży budowlanej i łasce pańskiej, to znaczy programach rządowych. Ptaki same są całkiem sprawnymi konstruktorami.

Niektóre gniazda wyglądają jak świątynie boga śmierci, a inne to po prostu dziura w drzewie. Ptasie konstrukcje można podzielić na kilka sposobów, ale tutaj skupimy się na dwóch. Pierwszy to podział na gniazda ukryte, półukryte i odkryte, czyli to, w jakim stopniu gniazdo szpeci krajobraz.

Gniazda ukryte – zaliczamy do nich konstrukcje schowane w głębokich dziuplach, norach i budkach lęgowych, które są niewidoczne z zewnątrz. Gdyby istniała jakaś ptasia ustawa krajobrazowa, to te gniazda by się w nią wpisywały. Żeby nie było za prosto, gniazda ukryte dzielą się dodatkowo na wysłane i niewysłane. W przypadku wysłanych na dnie gniazda znajdują się różne ptasie farfocle, jak patyki, kawałki roślin, mech lub resztki martwych ptaków, czyli pióra. W niewysłanych jajka leżą wprost na podłożu, czyli na przykład na próchnie pokrywającym dno dziupli, jak u dzięciołów. Zimorodki, podobnie jak mieszkańcy Trójmiasta, gniazdują nad wodą, w norach o szerokości ok. 8 cm. Nora składa się z korytarza długiego na ok. 60-70 cm, na którego końcu znajduje się komora lęgowa, a w niej samica i od sześciu do siedmiu jaj. W przypadku Gdańska w „apartamencie” zamiast samicy znajduje się warszawiak na Airbnb.

Gniazda półodkryte – mieszczą się zwykle w dziuplach z dużym wejściem i zazwyczaj mają wyściółkę. Z takich miejscówek korzystają na przykład kopciuszek i rudzik. Gniazdo rudzika nie jest łatwe do zlokalizowania. Cwaniak chowa je między korzeniami drzew, w dziuplach, w dziurze w ścianie, na gzymsach, w połamanych drzewach i innych równie uroczych lokalizacjach. Gniazdo zbudowane jest z gnijących liści i mchu, tak jak połowa nowych budynków wielorodzinnych w naszym kraju.

Gniazda odkryte – mogą być zamknięte jak u świstunek, strzyżyka, piecuszka czy pierwiosnka lub otwarte jak u sroki bądź skowronka. Zamknięte to różne wariacje na temat kulistych kształtów z bocznym wejściem. Wyobraźcie sobie kokon, tylko znacznie większy. W dodatku siedzą w nim ptaki. Fuj.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zwierzęta

Jak one śpiewają

Lato, 2.30 wieczorem. Wróciliście właśnie do domu z intensywnej sesji czytania encyklopedii. W oczach wam się dwoi od tekstu, a nogi plączą się, bo z biblioteki do mieszkania jest przecież kawałek drogi. Wiecie, na czym polega odpowiedzialność, więc pijecie szklankę wody przed pójściem spać i opadacie na łóżko. Jesteście na tyle przewidujący, że nie zdjęliście ubrań, w końcu rano i tak musielibyście je znowu zakładać. Jest już prawie 3.00, ale zadbaliście o wszystko, możecie zamknąć oczy. I wtedy się zaczyna.

3.00 (60 minut do brzasku)
Drozd śpiewak zaczyna napierdzielać grubo przed świtem. Dobrze wie, co robi, więc przezornie nadaje ze znacznej wysokości, np. z wierzchołków drzew lub dachów. Jego wrzask jest różnorodny, żebyście przypadkiem nie nauczyli się ignorować konkretnej melodii. Dla pewności kradnie motywy muzyczne swoim krewnym, innym
ptakom i ZAiKS-owi.

3.10 (50 minut do brzasku)
Do gry wkracza rudzik, który nie dość, że śpiewa, to gwiżdże, i to wszystko w zmiennym tempie. Jego jazgot to w zasadzie zew godowy, więc treść jest mocno niecenzuralna. Kto wie, gdyby nie zaszył się w podszyciu leśnym, może nagrałby
nowy hit lata.

3.15 (45 minut do brzasku)
Wjeżdża kos, i to na grubo. Mały drań sadowi się na najwyższych gałęziach, żeby wkurzyć ludzi na możliwie największym obszarze. Jeżeli mieszkasz w mieście, prawdopodobnie właśnie jego przeklinasz co rano od marca do lipca.

3.20 (40 minut do brzasku)
Świergotek drzewny bywa nazywany kanarkiem drzewnym. Są też świergotek polny i łąkowy. Zgadnijcie, jak bywają one nazywane? Oczywiście nie jest to komplement. Ten jazgotliwy drań nie potrafi zamknąć dzioba nawet w powietrzu. Mało tego, kiedy zerwie się do lotu ze szczytu drzewa, na którym jeszcze przed chwilą świergolił, zwrotki jego piosenek stają się
dłuższe i uciążliwsze.

Fragmenty książki Marka Maruszczaka Głupie ptaki Polski. Przewodnik świadomego obserwatora, Znak Koncept, Kraków 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zwierzęta

Owocowy zawrót głowy

O życiu, miłości, podstępach, przyjaźniach i nienawiści muszek owocówek.

Wywilżna karłowataDrosophila melanogaster
Rozmiar: ok. 2 mm
Zawód: grzybiarz
Występowanie: wszędzie tam, gdzie owoce leżą zbyt długo

Istnieje bardzo wiele muszek, ale muszki owocówki zna każdy! Jesienią stają się bardzo natrętne, a półki w warzywniakach nieraz dosłownie się od nich uginają, co potrafi skutecznie zniechęcić do zakupów. Jak się jednak okazuje, te niepozorne owady, które były pierwszymi zwierzętami wysłanymi w kosmos, żyją w sieci zależności i namiętności godnych brazylijskiej telenoweli. Muszki bowiem przepadają nie tyle za samymi owocami, ile za rosnącymi na nich grzybami, z którymi łączy je ścisła koleżeńska więź. Ich spokój często jednak podstępnie burzą inne grzyby oraz wrogie im owady, piętrzą się więc problemy, które muszki próbują rozwiązać… topiąc je w alkoholu!

Model na medal.

Muszkami owocówkami powszechnie nazywa się różne gatunki drobnych muchówek, w Polsce zaś przez to pojęcie najczęściej rozumiemy pospolitą wywilżnę karłowatą, czyli Drosophila melanogaster – tę, którą jako pierwsze zwierzę wyprawiliśmy w kosmos. Tak, w 1947 r., czyli 10 lat przed tym, jak Sowieci na pokładzie statku powietrznego Sputnik 2 wysłali na śmiertelną misję słynną Łajkę, muszki owocówki podczas suborbitalnego lotu opuściły na chwilę Ziemię, po czym całe i zdrowe wylądowały na niej z powrotem. Robią to zresztą do dziś, bo jako interesujące obiekty badawcze stanowią właściwie część stałej załogi Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Wywilżna, m.in. ze względu na łatwość hodowli i krzyżowania oraz dużą zmienność genetyczną, służy nam jako tzw. organizm modelowy, podobnie zresztą jak pewne jednokomórkowe grzyby – Saccharomyces cerevisiae – czyli drożdże wykorzystywane w piekarnictwie, winiarstwie czy piwowarstwie. I to właśnie z nimi (oraz niektórymi innymi „dzikimi” drożdżami) łączy muszki owocówki szczególna więź!

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zwierzęta

Czujny jak żuraw

Ostrożność żurawi przy gnieździe stała się legendarna, wierzono, że nigdy nie śpią

Słońce wzeszło już jakiś czas temu, ale poranna mgła nie odpuszczała. Słyszałem je od pewnego czasu, ale nie widziałem. W końcu mgła ustąpiła i zza wału przeciwpowodziowego nad Nerem ujrzałem je! On lekko wysunięty do przodu. Wyciągają szyje, unoszą dzioby i rozbrzmiewa klangor. Przeżycie sprzed niemal 30 lat wyryło mi się w pamięci każdym szczegółem.

Trębacz

Pierwszy raz, jeszcze przed podjęciem studiów, pojechałem wówczas w teren z zawodowymi przyrodnikami. Kolega z Ośrodka Działań Ekologicznych „Źródła” powiedział, że jeśli interesuję się ptakami, to ornitolodzy z Uniwersytetu Łódzkiego zabierają ze sobą chętnych. Tak poznałem przyszłych nauczycieli i łódzkich ptasiarzy. Tomek, mój późniejszy nauczyciel, zauważył, że ma do czynienia z żółtodziobem, więc zaczął opowiadać o tym, co widzę. 

A one? To była wczesna wiosna, żurawie przybyły na lęgi do Pradoliny Warszawsko-Berlińskiej (tą doliną ongiś płynęła Wisła do Morza Północnego, a gdy lodowiec ustąpił, znalazła krótszą drogę na północ; by zaś dolina się nie zmarnowała, wykorzystały ją Bzura i Ner). W tamtym czasie było ich nie więcej niż 5 tys. par i chociaż liczba ich wyraźnie wzrosła – na początku lat 90. było o połowę mniej – jest niczym wobec dzisiejszej, gdy mamy może nawet 30 tys. par. Żurawie z Polski rekolonizują Europę Zachodnią, w której wyginęły wieki temu. Te moje klangorem w duecie zawiadamiały konkurentów, że teren już zajęty. Głos niesie się nawet na kilka kilometrów, co czyni żurawia jednym z najbardziej donośnych ptaków. Moc głosu bierze się z tchawicy, która w klatce piersiowej tworzy pętlę i zagłębia się w mostek – tak powstaje znakomity rezonator. Zupełnie jak trąba w orkiestrze dętej. Klangor odbija się echem od ścian olsów, w których ptaki najczęściej gniazdują, niosąc się jeszcze dalej. Do niedawna był to sygnał dla gospodarzy, że czas na wiosenny siew.

Żurawie zakładają gniazda w miejscach niedostępnych, w zatopionych olsach, na bagnach, brzegach jezior i starorzeczy. Zwykle na obrzeżach trzcinowisk lub zakrzaczeń, by w razie niebezpieczeństwa szybko zejść do wody i oddalić się niepostrzeżenie. Zawsze gdy jeden z ptaków wysiaduje, drugi posila się w pobliżu, alarmując partnera o niebezpieczeństwie, to daje czas, by się oddalić. Gdy mój promotor chciał sfotografować żurawie na gnieździe, zastosowaliśmy sztuczkę. Do przygotowanego wcześniej szałasu podeszliśmy we dwóch. Żurawie oczywiście ulotniły się, po chwili odszedłem, starając się przy tym nieco pohałasować, by ptaki usłyszały, że się oddalam. Mariusz został na miejscu, później przyszedł po niego kolega i oddalili się obaj, ponownie zawiadamiając gospodarzy o odejściu. 

Kto by pomyślał, że po latach spotkam gniazdującego żurawia tuż przy wiejskiej szosie, niespełna 100 m od zabudowań! Ze wzrostem liczebności żurawi u części osłabł lęk przed ludźmi. W pierwszej chwili nie wierzyłem w to, co widzę. Ptak, w niewielkiej wiejskiej sadzawce, zachowywał się tak jak te znane mi: dyskretnie zszedł z gniazda i oddalił się chyłkiem, choć wszystko widziałem z wysokości drogi! Zdziwiony skonsultowałem się ze znajomymi po fachu i okazało się, że moja obserwacja nie jest odosobniona, choć większość podobnych doniesień pochodziła z terenów na zachód od Wisły. Teraz zapewne i po mojej stronie rzeki jest to częstsze.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zwierzęta

Macierzanka przyciąga modraszki

Nadbużańskie łąki i pastwiska kipią bioróżnorodnością

Nadbużański rezerwat Wydma Mołożewska nie chroni już tylu ptaków, co kiedyś. Moi starsi koledzy czasem wspominają, jak przed laty było tam gwarno. Wydma Mołożewska to duże, przylegające do rzeki pastwisko, na którym niegdyś mieszkały kulony. Niestety, dziś nie ma już w Polsce lęgowych kulonów, a rezerwat był jedną z ostatnich ostoi tego gatunku w naszym kraju. Pojedynczego ptaka widywano tam do 1996 r. Podczas spływu latem 1965 r. prof. Andrzej Dyrcz oszacował nadbużańską populację tego gatunku na 10-13 par. W latach 70. było to już tylko siedem par, a do 1988 r. populacja stopniała do dwóch par – kuligowskiej i mołożewskiej. 

W kolejnych latach pojawiały się już tylko te mołożewskie. Mołożewski wygon jest podszyty piachem, który rzeka odkładała latami i nadbudowywała nim kolejne fragmenty lądu. Tu podsypywała, a po drugiej stronie zabierała. Smagane wiatrem pustkowie ciągnie się przez półtora kilometra, a zamyka je ciężka, metalowa brama, którą przechodzą wiejskie zwierzęta. Tam, gdzie ziemia nieco się wznosi, wyziera piach, a roślinność jest niziutka i krucha. W obniżeniach terenu widać bujniejsze zielsko, a miejscami nawet stagnuje woda. Nad północnym brzegiem bywa wręcz błotniście, dlatego to właśnie tam gniazdują ostatnie czajki, krwawodzioby i kszyki. W kilku zakątkach wygonu, w jego piaszczystych wychodniach, widać wykopane doły. To ludzie wybierają naniesiony setki lat temu sypki materiał.

Od południa Wydmy Mołożewskiej stoi sosnowa drągowina, która wypuszcza na pastwisko swoje armie nasion, by skolonizować wietrzną pustkę. Pionierskie samosiejki – zalążki przyszłego lasu – próbują przetrwać na niegościnnej ziemi. Co jakiś czas przychodzą tam jednak ludzie z jazgotliwym sprzętem i wycinają je do gruntu. Dobrze robią. Gdy pastwisko zarośnie, przestanie być atrakcyjne dla resztki ptaków związanych z terenami otwartymi. W chronieniu pastwiska przed ekspansywną roślinnością pomagają również pasące się na wygonie zwierzęta. Są to głównie krowy, ale widywałem tam też konie i owce. Dobrze, że jeszcze ktoś we wsi gospodarzy w ten sposób. 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Zwierzęta

Przeloty

Bug ze swoimi starorzeczami, łąkami, podmokłościami i wyspami jest świetnym przystankiem dla migrujących ptaków wodno-błotnych Latem w ptasim świecie następuje pewne wyciszenie. U większości gatunków lęgi dawno się skończyły, a więc nie trzeba już tyle śpiewać ani zacięcie bronić terytoriów. Po żniwach na ogołoconych polach wieje pustką i nostalgią. Łąki, które jeszcze nie tak dawno rozbrzmiewały głosami pokląskw, czajek, rycyków, świergotków i skowronków, teraz smętnie szumią trawami. (…) Nad dużymi rzekami zaczyna się jednak

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.