Czy dojdzie do drugiej Halemby?

Czy dojdzie do drugiej Halemby?

W kopalni Szczygłowice najpierw zlekceważono walący się szyb wentylacyjny, a teraz górnicy pracują w wysokich temperaturach i przy zwiększonym stężeniu metanu

Tragiczny wypadek w kopalni Halemba z listopada 2006 r. niczego nie nauczył. W dalszym ciągu w polskim kopalniach szafuje się zdrowiem i życiem tysięcy górników. Pokazuje tego przykład Szczygłowic – kopalni, w której najpierw zlekceważono walący się szyb wentylacyjny, a teraz dopuszcza się pracę w wysokich temperaturach, w sytuacji zwiększonego stężenia metanu.
Problemy w Kopalni Węgla Kamiennego „Szczygłowice” zaczęły się po katastrofie budowlanej, w wyniku której zawalił się jej V szyb wentylacyjny. Było to 4 września tego roku. Natychmiast wycofano 400 górników ze Szczygłowic i 90 z połączonej z nimi kopalni Knurów. Na szczęście nikomu nic się nie stało, choć w każdej chwili mógł nastąpić wybuch metanu, którego stężenie gwałtowanie i niebezpiecznie wzrosło.
– Od przynajmniej dwóch tygodni wiedzieli, że cembrowina się sypie, i tylko to monitorowali – mówi „Przeglądowi” jeden z górników pracujący w Szczygłowicach. Inny górnik, z 20-letnim stażem pracy, pyta, gdzie był Okręgowy Urząd Górniczy, i zaleca nam sprawdzić, czy protokoły nie były fałszowane. – Mogło być jak na Halembie albo jak u nas podczas wybuchu metanu – tłumaczy.
Z relacji prasowych wynika, że w ostatnim tygodniu przed wypadkiem regularnie dochodziło do ewakuacji ludzi z wyrobisk z powodu problemów z wentylacją. Powietrze było zapylone. O problemach z szybem wiedziano od trzech lat, od momentu, kiedy to dr Henryk Kleta z Wydziału Górnictwa i Geologii Politechniki Śląskiej w Gliwicach w ekspertyzie wskazał właścicielowi kopalni, Kompanii Węglowej, co trzeba zrobić, by uniknąć tragedii. Opracowanie zlekceważono. Szyb się zawalił.

Po strzałkach do celu

Już kilka godzin po wypadku do pracy na dole zjechali pierwsi górnicy. W ciągu kilku pierwszych dni do biura kopalnianych struktur Wolnego Związku Zawodowego „Sierpień 80” dzwonią zdezorientowani górnicy. – Jest gorąco, jak w saunie jakiejś. Ludzie tu mdleją, a nam każą robić dalej – alarmują. Związkowcy chcą powiadomić o nieprawidłowościach sztab ratunkowy powołany po zawaleniu się szybu. Dyspozytor kopalni nie potrafi podać numeru telefonu do sztabu, a dyrektor techniczny każe jego siedziby szukać po… strzałkach umieszczonych na terenie kopalni. Tymczasem zdrowie i życie pracujących pod ziemią jest zagrożone.
Wolny Związek Zawodowy „Sierpień 80” wystosowuje więc 9 września oficjalne pismo z zapytaniem, czy robione były pomiary temperatur, w jaki sposób je robiono i dlaczego strona społeczna nie zna jeszcze ich wyników. Ponadto jaki jest skład sztabu, gdzie się znajduje i jaki jest telefon kontaktowy. Odpowiedź nadchodzi nazajutrz. Wynika z niej, że jedyny pomiar wykonano w ścianie nr 13 oddziału GG-2 i że nie stwierdzono przekroczenia norm. Nie ma ani słowa o pomiarach na GG-1 i GG-3, choć już niecałą dobę po katastrofie pracowali tam górnicy!
Związkowcy nie kryją oburzenia, że dokonano tylko jednego pomiaru. Dyrekcja kopalni zleca więc kolejne. Wyniki przychodzą 19 września. Wynika z nich, że pomiar przeprowadzono np. 10 września roku… 2009 (sic!) na ścianie oddziału GG-1. Liczby są zatrważające! Jest tylko 40% dotychczasowego przepływu powietrza i wynosi on zaledwie 590 m sześc. na minutę, podczas gdy przepisowo powinno być choćby tak jak np. 15 lipca br., tj. 1310 m sześc./min.
Co więcej, z dokumentu wynika, że temperatura w ścianie wydobywczej obniżyła się nawet o 2°C w stosunku do temperatury sprzed katastrofy! Dmucha coraz mniej świeżego powietrza, a na papierze czarno na białym widać, że się ochładza. – Gdyby tak zupełnie zamknąć dopływ powietrza, to w ścianie górnicy mieliby jak w górach – śmieją się pracownicy kopalni.
– To tak, jakby mówić, że po wyłączeniu chłodzącego nas latem wiatraka jest nam chłodniej niż w momencie, kiedy on był włączony. To absurd! – nie kryje oburzenia szef Komisji Zakładowej WZZ „Sierpień 80” w Szczygłowicach, Kazimierz Lubowicki.

Tu nie idzie dychać

Według przepisów, temperatura w przodkach i ścianach na dole kopalni nie może przekroczyć 33°C. Jeśli przekroczy, wówczas do akcji wkraczają ratownicy ze specjalistycznym sprzętem, a pracowników się ewakuuje. Bój toczy się więc o odczyty. Górnicy dzwonią do związkowców i mówią: na odczycie jest 32,7 stopni, a w protokole tylko 32.
Jednak to, co się zdarzyło w oddziale GRP-2 w chodniku nr 80 poz. 650 w pokładzie 405/3, przeszło wszelkie wyobrażenie. Załoga doniosła o 130 m szesc./min przepływu powietrza w przodku i o temperaturze 36,7 stopni Celsjusza. Protokół zaś mówi ledwie o 32,2. Mierzone to było tym samym sprzętem dzień po pomiarze pracowniczym.
Z telefonicznej rozmowy w czwartek 11 września pomiędzy Marcinem Płaczkiem z biura „Sierpnia 80” a pracującą na dole w chodniku nr 80 na zmianie „A” osobą wynika, że na trasie od wentylatorów do przodka (ok. 400 m) jest strasznie gorąco.
Płaczek: – No, bo to nie są żarty, wiesz…
Pracownik: – No ja wiem, że to nie są żarty. Tu jest 37 stopni. Nas tu nie powinno być w ogóle!
Wcześniej w tej samej sprawie dzwoniło jeszcze dwóch innych górników. Na zmianie „B” kolejny telefon do związkowców. – Tu nie idzie dychać – donosi pracownik z dołu. Na pytanie Marcina Płaczka, dlaczego tego nikt w poniedziałek tego nie głosił, pracownik odpowiada: – No, bo ludzie się boją!
Płaczek: – W każdym bądź razie o 1.15 rozmawiałem z dyrektorem Bywalcem (Edward Bywalec, dyrektor kopalni – przyp. red.) bezpośrednio. Powiedział, że nic nie wiedział i natychmiast będzie działał w tym kierunku. Jakby się nic nie zmieniło, to rano dajcie znać.
Pracownik: – No jak będziemy żyli..
Płaczek: – Aaa gadali mi, że tam wczoraj doszło do zasłabnięć. Jest to prawda? Nie wiecie nic o tym?
Pracownik: – Że co jest?
Płaczek: – Do zasłabnięć doszło, do omdleń.
Pracownik: – Nooo, to znaczy jo nic nie wiem, bo jo miałem urlop, ale słyszałem, że ludzie tutaj serio mdleją, że słabo się czują.
Płaczek: – No to długo czekali, bardzo długo…

Rolowane kontrole

Pracujący w Szczygłowicach górnicy pod ziemię zjeżdżają z własnymi termometrami. Te pomiary nie podobają się dyrekcji. Ślusarz, który sprawdzał temperaturę, został za karę przeniesiony w inny, gorszy rejon.
W oddziale G-1 z kolei, gdzie występuje bardzo duża wilgotność i gdzie są wysokie temperatury, pracuje się w gumiakach, hełmach i… majtkach! Wiemy, że powietrze do ściany doprowadzane jest wężami gaśniczymi z rurociągu ze sprężonym powietrzem, a stężenie metanu jest „maksymalnie na granicy ryzyka”.
– Nie jest aż tak źle – uważa jednak Jerzy Kolasa, dyrektor Okręgowego Urzędu Górniczego w Gliwicach. Skąd urzędnik o tym wie? Na podstawie kontroli, jakie zlecił? Nie! Bo żadnych kontroli nie było. Wie to z „monitoringu” – jak twierdzi – sytuacji na dole.
– Przez pięć dni codziennie pytaliśmy pracowników na różnych zmianach z zagrożonych rejonów, czy widzieli kogoś z Okręgowego lub Wyższego Urzędu Górniczego. Mówili, że nie. Nie widzieli nawet nikogo z Wyższego Dozoru Wentylacji – informuje przewodniczący kopalnianego „Sierpnia 80”, Kazimierz Lubowicki.
Kontrola z polecenia dyrektora Kolasy odbyła się dopiero 15 września po medialnej burzy, że w Szczygłowicach dzieje się źle. Sposób jej przeprowadzenia pozostawia jednak wiele do życzenia. W momencie kontroli nie fedrowano, nie chodziły maszyny i nie było tam ludzi. Wydobycie węgla, ruch maszyn i ludzie przyczyniają się do wzrostu temperatur. Wycofano więc je! Kontrola trwała, i to wbrew zarządzeniu dyrektora Szczygłowic, Edwarda Bywalca z dnia 28.05.2007 r., w którym zakazuje prowadzenia pomiarów bezpośrednio po dniu wolnym od pracy i w momencie, gdy na danym odcinku się nie fedruje. Kontrola odbyła się w poniedziałek, czyli po wolnej niedzieli, i w sytuacji, gdy na kontrolowanym odcinku, tj. w ścianie GG-3 nie fedrowano. – W poniedziałek rano niby awaria. Sekcja i kombajn stoją całą szychtę. Wychładza się rejon, bo idzie okręgówka (OUG – przyp. red.) – mówi jeden z górników.
Wyników kontroli łatwo się domyślić. Nie stwierdzono złamania przepisów.
Naukowcy potwierdzają, że pozbawienie kopalni szybu wentylacyjnego zmniejsza przepustowość wpompowanego powietrza i podnosi ciepłotę. Ale że gliwicki OUG tego nie stwierdził, problemu nie ma.

Igraszki z metanem

Na drugi dzień po katastrofie V szybu wentylacyjnego stężenie metanu przy ścianie GG-1 wynosiło aż 8% i było czterokrotnie przekroczone! Co robi dyspozytor? Na 15 minut wycofuje górników. Później każe im wracać do roboty, choć stężenie wynosi 5%. Tylko dzięki przypadkowo spotkanemu metaniarzowi, który ich ostrzegł o tym fakcie, górnicy nie poszli w miejsce, które stanowiło poważne zagrożenie dla ich życia.
Poniedziałek, 8 września. Na zmianie „B” na pochylni 66 dochodzi aż do około 14 wybić prądu z powodu zbyt wysokiego stężenia metanu. Prąd jest wyłączany przez czujniki, gdy te wykryją stężenie metanu w powietrzu powyżej 2%. Załogi się nie wycofuje, ale każe jej się czekać w przodku, aż się prąd włączy.
Ok. godziny 19.30 na dół telefonuje nadsztygar z działu przygotowawczego i nakazuje zamiast zakończyć pracę, to przerwać tylko fedrunek. Górnicy nie idą do szoli (kopalniana winda) i nie wyjeżdżają na powierzchnię. Muszą za pomocą węży przeciwpożarowych podłączonych do sprzętu ze sprzężonym powietrzem mechanicznie rozganiać metan…

Dyrektorskie dyrektywy

22 września decyzją Zarządu Kompanii Węglowej odwołano dyrektora KWK „Szczygłowice”, Edwarda Bywalca, i jego zastępcę ds. pracowniczych, Adama Przywarę. Jako oficjalny powód podano rażące zaniedbania, które doprowadziły do zawalenia się szybu.
– To tylko płotki. Zresztą jest jeszcze kilku innych winnych temu, co się stało. A gdzie ukaranie kompanii? – pytają górnicy ze Szczygłowic. – Dyrektorom nic się nie stanie. Dostaną inną, mniej eksponowaną, ale nie gorzej płatną robotę. Tak było z różnymi osobami z Halemby, zanim co niektórych tylko aresztowano – dodają.

 

Wydanie: 41/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy