Notes dyplomatyczny

Szanowni Państwo, nie przejmujcie się Euro 2008. Mamy coś lepszego. Zdobyliśmy Puchar Europy Środkowej. W piłce nożnej. Drużyn pracowników MSZ. W pobitym polu zostawiliśmy Czechy, Niemcy, Słowację i Austrię (wkopaliśmy im 4:0). I odebraliśmy puchar za zwycięstwo. To już wiemy, w czym nasza dyplomacja jest dobra. W kopaniu.
A w innych dziedzinach?
To się okaże. Kwitnie bowiem w MSZ bum na szkolenia. Zapisać się można prawie na wszystko, MSZ za to płaci, firmy zewnętrzne inkasują grube pieniądze. Np. w ostatnim czasie można było się zapisać na szkolenie pt. „Budowanie wizerunku głosem”. Albo na temat ustawy o służbie cywilnej, i to w sytuacji, kiedy za chwilę ta ustawa zostanie zmieniona. Mamy tu pełny żywioł.
Żeby żywioł ogarnąć, jakiś czas temu ukazało się w MSZ zarządzenie o trybie zlecania analiz i ekspertyz. Kiedyś, w dawnych czasach PRL, nie było to kłopotem. Po pierwsze, każdy dyrektor mógł od ręki napisać porządną analizę dotyczącą obszaru zainteresowania swego departamentu. Istniał też departament planowania i analiz, który produkował potrzebne materiały. A jakby tego było mało, zawsze można było stosowne materiały zamówić w PISM. W którym to instytucie za honor sobie poczytywano pisanie rzeczy, które mogły się przydać MSZ.
Ale mamy teraz nowe czasy. Poziom merytoryczny MSZ niestety mocno się obniżył, więc i o porządną ekspertyzę trudno. Zaczęto zamawiać je zupełnie na zewnątrz. I tych ekspertyz tak się namnożyło, że trzeba było to wreszcie opanować. Cała sprawa może zresztą mieć drugie dno – bo niektórzy w MSZ podejrzewają, że był to niezły mechanizm pozwalający zasilać finansowo różne środowiska.
Ale jak to sprawdzić? Tak naprawdę nikt już tego nie sprawdzi. Zwłaszcza że Jacek Czaputowicz, który specjalizował się w zamawianiu analiz na zewnątrz, już w MSZ nie pracuje. Premier Tusk go wywyższył, mianując dyrektorem KSAP.
Ta nominacja jest jedną z wielu, które potwierdzają tezę, że mnóstwo ludzi PiS jest przez nową władzę hołubionych. Spójrzmy, jaki toczy spór o Andrzeja Krawczyka, byłego ministra w Kancelarii Prezydenta RP. Kaczyński nie chce, by był ambasadorem na Słowacji, a Tusk chce. I walczy o to. Jakby było o co…
Krawczyk to przecież nie jest zawodowy dyplomata. Ma też problemy językowe. A jego awans do Kancelarii Prezydenta też był w wielkim stopniu dziełem przypadku. Bo gdy Kaczyński kompletował swą kancelarię, miał taki kłopot – ci, których on chciał, odmawiali mu, a tych, którzy byli skłonni do niego iść, on z kolei nie chciał. Wreszcie padło na Krawczyka.
Innym przypadkiem jest Ryszard Schnepf, który służył Marcinkiewiczowi. Teraz ma jechać do Madrytu. To nic, że nie zna się na sprawach europejskich, ważne, że chce jechać do Hiszpanii i że sobie to wychodził. A żeby mógł tam pojechać, z placówki tej zrezygnował Jarosław Starzyk (były dyrektor Departamentu Unii Europejskiej), którego na ambasadora w Hiszpanii powołała Anna Fotyga. W nagrodę Starzyk pojedzie więc na ambasadora do Berna (jako specjalista od Unii…). I nic, że nie zna ani niemieckiego, ani francuskiego, języków, które w Szwajcarii znać trzeba.
Głupia sprawa, panie Sikorski, ale z MSZ robi się panu biuro wczasów i wycieczek. Co pan na to?

Kategorie Kraj
Tagi: 25/2008, Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy