Dopóki piłka w grze

Dopóki piłka w grze

Kazimierz Górski 1921-2006 Kazimierz Górski mówił: mecz można wygrać, przegrać i zremisować. Pod jego wodzą najczęściej wygrywaliśmy Gdy myślimy: Kazimierz Górski… W mojej pamięci pojawia się wtedy ciepły październikowy wieczór 1973 r., gdy zaraz potem jak Domarskiemu piłka „zeszła” z nogi, wybiegłem na balkon i ze wszystkich stron wielkiego blokowiska usłyszałem niesamowity ryk radości. I wcześniejszy o cztery miesiące mecz w Chorzowie z Anglią, wciąż trenowaną przez sławnego Alfa Ramseya, ze składem budzącym wręcz strach: Peters, Ball, Clarke, brutalny Mc Farland, a przede wszystkim Bobby Moore, ta „ostatnia instancja”, którego Lubański ograł jak dziecko, strzelając drugą bramkę. I zdumiewający początek mistrzostw świata, gdy Argentyna, nie wiedząc, co się dzieje, już po dziewięciu minutach przegrywała 2:0. I wspaniały mecz z Włochami, kiedy to Jan Ciszewski po fenomenalnej bramce strzelonej na 2:0 przez Deynę powiedział: „Tak gra zespół Polski”. I moment triumfu, bodaj większy nawet od zwycięstwa z Brazylią, gdy 10 września 1975 r. reprezentacja geniuszy, którzy pechowo w Monachium zajęli tylko drugie miejsce, w najsilniejszym składzie (Cruyff, Neeskens, van Hanegem, van de Kerkhof i inni), cztery razy wyjmowała piłkę z siatki po strzałach Laty (2), Gadochy i Szarmacha. Polacy, zapewne z grzeczności, w ostatnich minutach pozwolili im zdobyć honorowego gola. To chyba wtedy pojawiła się myśl, by nazwę Kazimierz Dolny zmienić na Kazimierz Górski. Ba, może był to nawet za wielki sukces dla naszych piłkarzy, pojawiła się woda sodowa, a miesiąc później w rewanżu ta Holandia, kompletnie zlekceważona przez polskie gwiazdy, odprawiła nas z trzema bramkami. Wiem, to powinien być tekst o Kazimierzu Górskim, a nie o tym, co się komu z nim kojarzy. Ale co można poradzić na to, że gdy o nim myślimy, przypominają się wszystkie sukcesy, których nie mieliśmy ani przedtem, ani potem? Tak, potem też, bo nic nie ujmując świetnej reprezentacji Antoniego Piechniczka, trzecie miejsce w RFN, tytuł króla strzelców dla Laty i wicekróla dla Szarmacha były jednak większym osiągnięciem niż takie samo trzecie miejsce w Hiszpanii. A jeszcze do tego mistrzostwo olimpijskie w 1972 r. i dziewięć bramek Kazimierza Deyny, cztery lata później zaś w Montrealu wicemistrzostwo i tytuł króla strzelców dla Szarmacha. Wicemistrzostwo, uznane zresztą wtedy za klęskę. – Zostało to potraktowane niemal jak tragedia – wspominał po latach trener. Cóż, Polska grała wtedy tak, że drugie miejsce na igrzyskach było niezrozumiałą porażką i bolesną wpadką. Przegrany mecz w finale z NRD okazał się ostatnim, w którym Kazimierz Górski prowadził reprezentację. Ale 16 lat później nasze wicemistrzostwo olimpijskie w piłce nożnej było już wielkim osiągnięciem, które wyniosło „cudotwórcę” Janusza Wójcika do wielu zaszczytów. Bo bardzo szybko okazało się, że bez Górskiego polska reprezentacja nie może osiągnąć takich sukcesów, jakie miała pod jego wodzą. Przecież zaledwie dwa lata po Montrealu mieliśmy ponoć najlepszy skład na świecie, z wyleczonym i głodnym gry Lubańskim, z zadziornym Bońkiem, ze wszystkimi wielkimi z 1974 r., skład prowadzony przez Jacka Gmocha, człowieka, któremu w futbolowej wiedzy mało kto mógł dorównać. I nie wyszło, było „tylko” miejsce piąte-szóste. Wtedy „tylko”, ale po 10 latach nasz awans do mundialu był już sennym marzeniem. Szczęście się nie powtarza Kazimierz Górski nie był alchemikiem ani filozofem futbolu. Uważał, słusznie, że to prosta gra. I dlatego, niesłusznie, uważano niekiedy, że miał szczęście, że mu to wyszło, ot tak sobie. No bo gdy pan Kaziu – jak go nazywali niemal wszyscy z wyjątkiem członków jego drużyny – mówił: „Dziś wieje mocno, więc gramy dołem”, „Ten mecz można wygrać, tylko trzeba cośkolwiek zagrać” czy „Kiedy my jesteśmy przy piłce dłużej, no to oni są krócej”, rzeczywiście wydawało się, że to żadna filozofia. Nie zawsze zauważano, że jego trenerski nos i wyczucie były poparte ogromną wiedzą na temat futbolu, wielką pracą, no i myśleniem. Już gdy przed wojną grał w lwowskim RKS czy po zdobyciu miasta przez Rosjan w Spartaku lub do 1953 r. w stołecznej Legii, to na boisku przede wszystkim myślał. Może dlatego dobrze zapowiadał się również jako szachista. Jego przyjaciel, Jerzy Lechowski, który jako jeden z niewielu już ludzi widział ligowe mecze Kazimierza Górskiego w Legii, wspomina: – Miał dobry strzał

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2006, 22/2006

Kategorie: Sylwetki