Idą związki na Warszawę

Idą związki na Warszawę

Przez kraj przetacza się fala protestów pracowniczych

Jack London w świetnym opowiadaniu „Marzenie Debsa” (Eugene Debs, amerykański socjalista i działacz związkowy) przedstawił fikcyjny obraz USA ogarniętych strajkiem generalnym. Do tego nam daleko, ale początek lata, niezależnie od pogody, zapowiada się gorąco. Kolejne działy gospodarki nasilają protesty.
Z wyjątkiem piątkowej manifestacji ZNP, żądającej odwołania wicepremiera Giertycha, protestującym zależy zawsze na konkretnych sprawach bytowych. Tak jak w Kędzierzynie i Tarnowie, gdzie zawiązany niedawno ogólnopolski komitet protestacyjny żąda prywatyzacji zakładów, które ma kupić niemiecka firma. Chodzi o inwestycje rzędu 1,7 mld zł oraz o pakiet socjalny (pięć lat gwarancji zatrudnienia, regulacje płac i premia prywatyzacyjna, średnio po 6 tys. zł). Dla tej branży, podobnie jak dla niemal wszystkich innych, gdzie trwają protesty, charakterystyczne jest to, że nikt nie mówi o strajku. – Strajk? W ten sposób godzilibyśmy we własne interesy. Nie strajkujemy, lecz protestujemy i dialog społeczny może się przenieść na ulice – mówi Józef Woźny, szef federacji związków chemików. – Boimy się, żeby Nafta Polska, „odzyskana” przez PiS, nie zablokowała prywatyzacji ciężkiej chemii.

Dialog pod gołym niebem
To, że dialog wyszedł na ulice, widać już od tygodni. 12 maja gmach Ministerstwa Skarbu pikietowała połączona reprezentacja związkowców z OPZZ, „Solidarności” i Kadry, żądająca akcji obiecanych 30 tys. pracowników PGNiG w związku z wejściem tej firmy na giełdę. – Minister Wojciech Jasiński był zupełnie nieprzygotowany do rozmowy, ale stwierdził, że nie chce przyznać akcji pracownikom. Zaczęliśmy więc wyłączać gaz naszym dłużnikom i przygotowujemy strajk rotacyjny, a później generalny – zapowiada Dariusz Matuszewski, szef federacji związków górnictwa i gazownictwa.
18 maja pod Kancelarię Premiera ruszyli pracownicy zbrojeniówki. Powód? Rząd zgodził się na liberalizację handlu bronią na unijnym rynku, obowiązującą od 1 lipca, którą zaproponowała Europejska Agencja Obrony. Związkowcy uważają, że może to wyeliminować z walki o zamówienia nasz przemysł zbrojeniowy, zagrożone będą miejsca pracy ponad 40 tys. ludzi. – Podobno mają zostać wprowadzone osłony chroniące narodowy przemysł obronny, ale na razie nic o nich nie wiadomo – mówi Adam Jarosiński, sekretarz związku branży elektromaszynowej. Związkowcy planują więc nasilenie akcji, powołano wspólny komitet protestacyjny OPZZ i „Solidarności”, a na 26 czerwca szykowany jest kolejny marsz pod kancelarię.
Iskrzy również na Wybrzeżu, gdzie trwa konflikt na tle rozdzielenia dwóch połączonych dziś stoczni, w Gdyni i Gdańsku. Niby wszyscy na to się zgadzają, ale pracownicy Gdyni boją się o przyszłość zakładu. Stocznia Gdynia domaga się więc – wciąż bezskutecznie – 60 mln pożyczki stabilizacyjnej oraz podniesienia kapitału zakładowego z 210 do ok. 500 mln zł. 23 maja odbył się wiec przed gmachem zarządu. – Rozmawialiśmy z wiceministrem gospodarki, ale rząd nie ma koncepcji funkcjonowania stoczni po ich rozdzieleniu, choć od miesięcy obiecywano, że zostanie to załatwione. 29 czerwca jest walne zgromadzenie akcjonariuszy. Poczekamy. Jak nic się nie zmieni, jedziemy na Warszawę – twierdzi Jan Gumiński, przewodniczący związku pracowników gospodarki morskiej w Stoczni Gdynia.

Wrzenie w budżetówce
Protestują też policjanci. Ich związek odwiesił protest, na budynki komend wracają flagi związkowe i transparenty. Chodzi o podwyżkę płac do poziomu zarobków żołnierzy zawodowych, czyli średnio o 150-200 zł miesięcznie, a także o zrównanie innych świadczeń. Np. żołnierz zawodowy może otrzymać bezzwrotną z reguły pomoc budowlaną w wysokości ok. 33 tys. zł na członka rodziny, policjant zaś 3,2 tys. zł. – Rozmowy z resortem spraw wewnętrznych nie dały rezultatów. Ta dziesięciokrotna różnica jest niczym nieuzasadniona. Nasze żądania popiera też „Solidarność” w straży granicznej i strażacki związek Florian. Pod koniec czerwca planujemy marsz na Warszawę – mówi Antoni Duda, szef związku zawodowego policjantów.
Ciągle trwa spór o podwyżki w służbie zdrowia. Przedstawiciele OPZZ, „Solidarności” i Forum Związkowego uzgodnili z premierem koncepcję podwyżek w służbie zdrowia (przeciętnie o 30%). Prace się przedłużały, centrale, zaniepokojone sygnałami, że rząd pracuje nad innym projektem, niż uzgodniono, ponownie poprosiły o spotkanie. Premier najpierw stwierdził, że projekt związkowy – choć w jego stworzeniu uczestniczyli rządowi prawnicy z Centrum Legislacyjnego – jest niedobry. Po burzliwej dyskusji dał się jednak przekonać i zapowiedział jego rekomendację na Radzie Ministrów. Tymczasem 6 czerwca okazało się, że rząd nie dyskutował nad projektem uzgodnionym ze związkami. Rząd mówi o 800 mln zł, ale zamierza objąć też podwyżkami pracowników kontraktowych. – Jeżeli suma ta obejmie i kontrakty, to w ogóle nie starczy na podwyżki. Czy mamy to rozumieć jako zerwanie dialogu społecznego przez rząd? Czy dlatego, że nie tłuczemy butelek na ulicy, jesteśmy tak traktowani? – pyta Urszula Michalska, przewodnicząca federacji związków zawodowych pracowników służby zdrowia.
– Nie ma rozmów, nie ma konsultacji, władza nie realizuje zapowiedzi socjalnych. Rozbudzono oczekiwania, że będzie lepiej, ale obietnice nie są spełniane. Niepokoje są wynikiem tego, że ludzie nie korzystają ze wzrostu gospodarczego. Zwiększony wysiłek nie jest lepiej opłacany, wciąż panuje lęk o utratę miejsc pracy. Jak rząd nie będzie rozmawiał z ludźmi i dotrzymywał słowa, to nic się nie zmieni. Sytuacja jest taka, że można by rzec: wrzenie rewolucyjne tuż-tuż – mówi Jan Guz, przewodniczący OPZZ.

Żądamy więcej
Niepokoje wstrząsają też branżami zamożnymi. Związek zawodowy przemysłu miedziowego domaga się nagrody w wysokości miesięcznego wynagrodzenia oraz 100 mln zł z zysku na fundusz socjalny, zarząd KGHM oczywiście odrzuca te żądania.
13 czerwca na stolicę ruszają związkowcy z Lubelszczyzny i Podkarpacia, reprezentujący ponad 60 tys. ludzi pracujących w zakładach energetycznych. Zorganizowali oni tzw. Komitet Obrony Dystrybucji, domagając się obiecanego wcześniej utworzenia Wschodniej Grupy Energetycznej i realizacji związanych z tym żądań.
– Chodzi przede wszystkim o gwarancje zatrudnienia, chcemy mówić o 10-15 latach, a także o akcje pracownicze i regulacje płac, które wyeliminowałyby duże różnice panujące w naszych zakładach. Średnia płaca wynosi w nich 3-4 tys., ale zależy nam nie na wyższej pensji, lecz na tym, by otrzymywać ją przez wiele lat – wyjaśnia Janusz Śniadecki, szef związku energetyków.
Janusz Śniadek, przewodniczący „Solidarności”, uważa, że główna przyczyna niezadowolenia to dysproporcja między wzrostem PKB i wydajności a minimalnym przyrostem płac. To rodzi presję na wzrost płac. – Jesteśmy obywatelami UE, łączyliśmy z tym oczekiwania, by poziom rozwoju gospodarczego przekładał się na wzrost poziomu życia, by po integracji następowało szybkie zasypywanie przepaści w standardach socjalnych. Ludzie starają się o podwyżki, bo walczą tym samym o swą godność. Każdy, kto ciężko i uczciwie pracuje, jest godzien szacunku i zrozumiałe są jego aspiracje do wyższych zarobków. Za wzrostem PKB musi podążać spełnianie tych oczekiwań – twierdzi szef „S”.
Zapowiada się więc gorące lato?

 

Wydanie: 24/2006

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy