Irak – Wietnam Busha?

Irak – Wietnam Busha?

Z wojskami okupacyjnymi walczą zwolennicy Saddama, bojownicy islamscy, plemienni szejkowie i zwykli obywatele

Kilku rybaków z Bagdadu podjęło walkę z okupantami. W dzień zarzucają sieci, nocą urządzają zasadzki na amerykańskich żołnierzy. „Trudno złapać ryby. Jankesa zabić łatwiej”, chełpi się jeden z tych ludowych partyzantów.
Rybacy twierdzą, że nie walczą w obronie Saddama, który był despotą. Chwycili za broń, oburzeni arogancją okupantów. Ich zdaniem, Amerykanie przybyli, aby kolonizować kraj Irakijczyków i ukraść ich ropę.
Podobnie uważa pewien właściciel sklepu w Tikricie, rodzinnym mieście Saddama Husajna. Sam nie uczestniczy wprawdzie w ruchu oporu, ale popiera ataki na Amerykanów, którzy, jak powiedział w rozmowie z reporterem BBC, „przybyli jak złodzieje i jak złodzieje są traktowani”.
Wielu podziela ten pogląd. Według sondaży przeprowadzonych przez Międzynarodowy Instytut Republikański, tylko 19% Irakijczyków uważa Amerykanów za wyzwolicieli, zaś połowa jest zdania, że Stany Zjednoczone działają lub będą działać na szkodę Iraku. W kraju nad Tygrysem opór przeciwko siłom koalicji konsoliduje się. Od czasu, gdy 1 maja prezydent George W. Bush ogłosił koniec poważniejszych działań zbrojnych, w Iraku zabitych zostało ponad 140 żołnierzy Stanów Zjednoczonych, więcej niż w czasie samej wojny, przy czym na jednego poległego przypada siedmiu rannych. Ofiar wśród partyzantów i ludności cywilnej nikt nie liczy.
W październiku przeprowadzano 33 ataki na siły amerykańskie dziennie – w lipcu było ich tylko 12. Powstańcy zniszczyli 68-tonowy czołg Abrams i zestrzelili trzy helikoptery. Czarnym dniem dla armii Stanów Zjednoczonych okazał się 2 listopada, kiedy ukryci wśród daktylowych palm strzelcy trafili rakietami wystrzelonymi z ręcznych wyrzutni przeciwlotniczych śmigłowiec CH-47 Chinook, wiozący żołnierzy udających się na urlop. Maszyna runęła w płomieniach na ziemię. Zginęło 16 Amerykanów, zaś 20 zostało rannych. Ogółem tego dnia armia Stanów Zjednoczonych straciła w Iraku 19 ludzi.
Powstańcy są najwyraźniej coraz lepiej uzbrojeni, zorganizowani i coraz bardziej zuchwali. Nocą ostrzeliwują z moździerzy siedzibę proamerykańskiej tymczasowej Rady Zarządzającej w Bagdadzie. Wcześniej śmiertelnie ranili jedną z trzech zasiadającym w tym 25-osobowym gremium kobiet, Akuilę al-Haszimi. 26 października o mało nie zgładzili zastępcy sekretarza obrony USA, Paula Wolfowitza, kiedy w stołeczny hotel Al Raszid uderzyły rakiety, zdalnie odpalone z ciężarówki. Wolfowitz, jeden z najbardziej gorliwych rzeczników inwazji na Irak, ocalał, gdyż pociski trafiły w piętro poniżej jego kwatery, zginął natomiast amerykański pułkownik. Atak był dobrze przygotowany. Rakiety ukryto w ciężarówce wyglądającej jak ruchomy generator prądu. Napastnicy mieli wspólników wśród hotelowego personelu oraz ulicznych sprzątaczy, którzy pomogli odpowiednio ustawić samochód z wyrzutnią.
Tego samego dnia wiceburmistrz Bagdadu, Faris Abdul al-Assam, został zastrzelony w pobliżu swego domu przez nieznanych sprawców. 2 listopada pod gradem kul wystrzelonych z białej toyoty zginął Mustafa Zaidan al-Chalifa, przewodniczący rady stołecznej dzielnicy Karkh. 3 listopada w Nadżafie uprowadzony został sędzia Muhan Jabr al-Szuwaili, który tworzył komisję prawną mającą osądzić funkcjonariuszy dawnego reżimu. Porywacze rozstrzelali go na pustyni ze słowami:

„Na rozkaz Saddama”.

Bombiarze samobójcy sieją terror w Bagdadzie. Zaatakowali siedzibę Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i trzy posterunki policji, powodując śmierć 35 ludzi. ONZ i inne międzynarodowe organizacje pospiesznie ewakuują personel z irackiej stolicy. Media coraz częściej piszą o „pustynnym Wietnamie” George’a Busha. Amerykańscy żołnierze żyją w nieustannym zagrożeniu. Nie próbują już pozyskiwać „serc i umysłów” Irakijczyków, rozdając uśmiechy i cukierki, za to coraz częściej naciskają spusty karabinów, zabijając winnych i niewinnych. Oczywiście, wzbudza to jeszcze większy gniew „wyzwolonych” i prowokuje ich do odwetu.
Najbardziej frustrujące jest dla Amerykanów to, że muszą walczyć z „niewidzialnym wrogiem”. Nie wiadomo, kto naprawdę organizuje ruch oporu, jakie są jego struktury i cele. Eksperci ostrzegają, że wywiad Stanów Zjednoczonych zawiódł w Iraku na całej linii. Nie udało się umieścić agentów w podziemnych organizacjach. Tłumacze CIA są zbyt nieliczni, a ponadto władają zazwyczaj tylko klasycznym arabskim, tymczasem dialekty irackie są bardzo trudne do zrozumienia nawet dla Egipcjanina czy Palestyńczyka. Partyzanci nie używają telefonów czy innych środków nowoczesnej łączności, porozumiewają się poprzez kurierów, przeważnie nieletnich chłopców. Nie można podsłuchać ich rozmów ani przechwycić wydanych rozkazów. Amerykanie nie zdołali więc wykryć inspiratorów żadnego z wielkich zamachów.
Prezydent Bush i jego dygnitarze twierdzą, że walkę zbrojną podjęli fanatyczni zwolennicy dawnego reżimu, wspomagani przez terrorystów, bojowników świętej wojny z innych krajów oraz przestępców, których przed wybuchem wojny iracki dyktator obdarzył wolnością. Dziennik „New York Times” napisał z pogardą o „morderczej bandzie lojalistów Saddama i nihilistów Al Kaidy”, których celem jest przywrócenie reżimu partii Baas lub ustanowienie w Iraku binladenizmu. Takie twierdzenia mają skompromitować irackich partyzantów w oczach świata. Waszyngton przypuszcza również, że ruch oporu ma strukturę hierarchiczną i scentralizowaną. Na czele stoi Saddam Husajn ukrywający się gdzieś koło Tikritu, zaś w jego imieniu ataki koordynuje generał Izzat Ibrahim al-Douri, były wiceprzewodniczący Rady Rewolucyjnej, drugi na liście najważniejszych dygnitarzy irackiego reżimu.
Londyński dziennik „The Guardian” pisze jednak, że wywiad brytyjski ma na ten temat inne zdanie. To, co się dzieje w Iraku, „jest bardziej chaotyczne i daleko bardziej niebezpieczne”. Saddam, jeśli rzeczywiście żyje i usiłuje dowodzić, jest tylko jednym z liderów, zajętym przede wszystkim walką o przetrwanie. Ruch oporu nie ma hierarchicznej struktury, którą łatwiej byłoby rozbić, lecz składa się z bardzo licznych grup operujących niezależnie od siebie na szczeblu regionalnym, lojalnych wobec własnych dowódców i stawiających sobie różne cele.
Najbardziej niebezpiecznie dla Amerykanów jest w „trójkącie sunnickim” na północ i zachód od stolicy. Jak twierdzi Hassan Fattah, dziennikarz z Bagdadu, operują tam trzy kategorie antyamerykańskich bojowników, z których żadna nie ma ścisłych związków z Saddamem – byli niskiej rangi funkcjonariusze partii Baas, plemienni szejkowie oburzeni aroganckim zachowaniem Amerykanów, którzy ośmielają się rewidować kobiety i nie szanują miejscowych obyczajów, oraz islamiści z ich zbrojnym ramieniem, Armią Mahometa. Inną organizacją fundamentalistów jest Ansar al-Islam, której bojówkarze przed wojną grasowali w irackim Kurdystanie, mordując kobiety odmawiające zasłaniania twarzy. Amerykanie zbombardowali obozy Ansaru. Ci spośród 700 partyzantów, którzy ocaleli, zbiegli do Iranu. Teraz podobno wracają.
Należy pamiętać, że partia Baas i irackie siły bezpieczeństwa liczyły kilkaset tysięcy osób, które po upadku reżimu przeważnie pozostały wraz z rodzinami bez środków do życia. Dawni członkowie partii uczestniczą więc w antyamerykańskich akcjach, aby zdobyć wynagrodzenie wypłacane przez tajemniczych mocodawców. Jak powiedział pewien sierżant stacjonującej w Faludży 82. amerykańskiej dywizji spadochronowej, tabela płac jest następująca: 700 dol. za atak na czołg, 200-300 dol. – transporter opancerzony Humvee, tysiąc – helikopter. Wielu ubogich Irakijczyków jest gotowych narazić życie za taką fortunę. Reporter tygodnika „Der Spiegel” dotarł do dwóch bojówkarzy z Bagdadu, dawnych członków partii Baas. Pierwszy, Mohammed, opowiada, że ruch oporu jest zorganizowany w komórki liczące od trzech do dziesięciu ludzi. Każda komórka ma swój magazyn broni i przeprowadza własne zamachy. Co najmniej trzy komórki tworzą grupę, trzy grupy – gałąź (szuba), zaś trzy gałęzie – konar (far). Telefonów konspiratorzy używają tylko w ostateczności, podczas rozmów posługują się specjalnym kodem (np. zamach to tort urodzinowy). Drugi, Bassam, opowiada, że uśmiercił czterech Amerykanów w Dora, południowej dzielnicy Bagdadu. „Myślę, że były trzy humvee, jechały szybko, jakieś 80 km na godzinę. Przepuściłem dwa pierwsze, powinno się zawsze mierzyć w ostatni pojazd. Potem wystrzeliłem. Odległość? Najwyżej 30 m”. Humvee zmienił się w kulę ognia i dymu, a zamachowiec umknął wśród palm i zarośli, triumfując, bo piloci śmigłowców nie mogli go dostrzec.
Bassam i Mohammed

planują obciąć język

amerykańskiemu informatorowi, imieniem Chaim („To łatwe, potrzeba trzech ludzi, dwóch przytrzymuje faceta, trzeci wyciąga język obcęgami i ciach”). Ale przed akcją muszą zapytać o radę swego przełożonego, tajemniczego majora – prawdopodobnie nie znają nawet jego nazwiska. Major chełpi się, że ruch oporu ma tysiące ludzi i ogromne zapasy broni. „W naszych rękach znajduje się około 7 mln kałasznikowów, prawie 2 mln granatów ręcznych i od 80 do 100 tys. granatników przeciwpancernych”. Przynajmniej jeśli chodzi o broń, major nie przesadza. Karabiny, materiały wybuchowe i amunicja ukryte są w Iraku dosłownie wszędzie – w domach, szkołach, klinikach, meczetach, nawet

pod grządkami z pietruszką.

Według gen. Ricarda Sancheza, jednego z najwyższych dowódców US Army w Iraku, w tych tajnych magazynach znajduje się 650 tys. ton amunicji i sprzętu wojennego (odpowiednik jednej trzeciej wszystkich zapasów amunicji armii Stanów Zjednoczonych). Wystarczy to do prowadzenia wojny partyzanckiej w nieskończoność.
W Iraku z pewnością walczą islamscy bojownicy z innych krajów. Condoleezza Rice, doradca prezydenta Busha ds. bezpieczeństwa narodowego, ocenia, że czyha ich nad Eufratem i Tygrysem ok. 2 tys. Szef niemieckiego wywiadu BND, August Hanning, uważa, że Irak stanowi obecnie światowy ośrodek dżihadu i może stać się dla Amerykanów takim koszmarem, jakim dla Sowietów był Afganistan. Francuski sędzia Jean-Louis Bruguiere prowadzący dochodzenia w sprawie terroryzmu twierdzi, że od końca lata br. setki młodych muzułmanów z Europy pospieszyły do Iraku, aby szukać męczeńskiej śmierci w „świętej wojnie z niewiernymi”. Ci „gniewni młodzi ludzie” posłuchali wezwań agitatorów Al Kaidy, aczkolwiek nie mają przeszkolenia wojskowego. Wśród jeńców, których wzięli w Iraku Amerykanie, jest ponad 220 obywateli Syrii, Arabii Saudyjskiej, Jemenu, państw Afryki Północnej oraz Palestyńczyków. Przy osobniku rannym podczas próby samobójczego zamachu w Bagdadzie znaleziono syryjski paszport.
Wydaje się jednak, że zagraniczni dżihadowcy odgrywają tylko pomocniczą rolę. Łatwo ich wykryć, bo nie znają irackiego dialektu, są zdani na pomoc miejscowego społeczeństwa. Ruch oporu w Iraku ma przede wszystkim narodowy charakter. Różne ugrupowania przeprowadzające zamachy łączy jedno – sprzeciw wobec okupacji kraju i nieufność wobec zainstalowanych przez Amerykanów w Bagdadzie władz. Straty zadawane przez partyzantów wojskom okupacyjnym z wojskowego punktu widzenia nie są znaczące. Jednak, jak podkreśla emerytowany pułkownik Andrew Bacevich, obecnie pracujący na uniwersytecie w Bostonie, Waszyngton stanął w obliczu prawdziwego powstania Irakijczyków, którego tłumienie może okazać się zbyt kosztowne

politycznie i finansowo.

Zapewne jeśli Amerykanom nie uda się opanować sytuacji do wyborów prezydenckich w USA (2 listopada 2004 r.), będą musieli wycofać się z Mezopotamii. Być może, stanie się to jeszcze wcześniej, jeżeli do rebelii dołączą zachowujący się obecnie względnie spokojnie iraccy szyici. Eksperci od spraw Bliskiego Wschodu zgodnie ostrzegali wcześniej, że podjęta przez Amerykanów próba przekształcenia Iraku w demokrację w zachodnim stylu musi zakończyć się fiaskiem.
Perspektywy dla kraju nad Tygrysem są mroczne. Bez wojsk koalicji może tam się rozpocząć wojna domowa – zwolenników partii Baas z islamistami, szyitów z sunnitami, zorganizowanej przez Amerykanów administracji z powstańcami, Kurdów z Arabami. Niewykluczony jest nawet rozpad tego państwa, którego granice brytyjscy kolonizatorzy wykreślili linijką na mapie w wojskowym namiocie. USA mogą jeszcze pożałować, że usunęły Saddama, który był odrażającym i krwawym tyranem, ale tępił islamskich terrorystów, potrafił też zachować jedność Iraku i zapewnić mu wewnętrzną stabilizację.


Plany Pentagonu
Stratedzy Pentagonu poszukują różnych sposobów opanowania sytuacji w Iraku. Być może, Waszyngton będzie starał się pozyskać liczniejsze oddziały sojuszników. Jednak przypuszczalnie żadne państwo nie wyśle liczącego się kontyngentu do irackiego kotła. Waszyngton zamierza do września przyszłego roku wyszkolić armię 200 tys. irackich żołnierzy, policjantów i strażników granicznych. To przedsięwzięcie ma większe szanse powodzenia, tylko czy młodzi ludzie, pospiesznie uzbrojeni i wysłani na patrole, zdołają spełnić swe zadania? Czy dochowają wierności tymczasowej Radzie Zarządzającej, której członków wielu Irakijczyków uważa za amerykańskie marionetki? Wreszcie żołnierzom US Army mają pomóc nowe wynalazki, jak rewelacyjny podobno system DARPA do wykrywania snajperów. W tym urządzeniu laser pełni rolę wirtualnego mikrofonu. Na podstawie fali uderzeniowej wywołanej przez mknący w powietrzu pocisk laser oblicza pozycję strzelca. DARPA ma trafić do Bagdadu za trzy do pięciu miesięcy. Niektórzy obawiają się, że nastąpi to za późno.

 

Wydanie: 46/2003

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy