Joanna, nowotwór i Oscar

Joanna, nowotwór i Oscar

Jedna minuta

Aneta Kopacz filmy robi od zawsze, choć jako dziecko tak tego nie nazywała. Zabrakło jej odwagi, żeby spełnić swoje megamarzenie i pójść do łódzkiej Filmówki. Siedziała na schodach szkoły, patrzyła na studentów i… utwierdzała się w przekonaniu, że tu się nie nadaje. Wybrała więc psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Potem były studia podyplomowe w Laboratorium Reportażu na Wydziale Dziennikarstwa UW, a na końcu Szkoła Andrzeja Wajdy. – Psychologia tak czy inaczej bardzo się przydała – ocenia dzisiaj.

– Czy był moment przełomowy w moim życiu? – zastanawia się. – Już w Warszawie spotkałam mężczyznę, z którym zresztą przyjaźnię się do dzisiaj. I nagle on rozmawia tak samo jak ja – zniżonym głosem, bez krzyku. Nie mówi mi, że gadam głupoty, kiedy snuję opowieść bogatą w tzw. nieistotne detale. Wysłuchuje mnie od początku do końca, jest zainteresowany, a na ogół ludzie szybko mi przerywali, bo o czym ja gadam? I naprawdę rozumie to, co mówię. Wtedy pomyślałam: „OK, nie jest źle, jest nas więcej”. Wreszcie przestałam być tak bardzo samotna, poczułam się silniejsza. Od tej pory zaczęłam powoli myśleć o sobie, że może… jestem wyjątkowa?

Aneta Kopacz bardzo chciała zrobić film o Joannie. Z jej bloga dowiedziała się, że Joanna Sałyga będzie gościem Klubu Księgarza, gdzie zostanie zaprezentowany reportaż radiowy o niej. – Kiedy Tomek wrócił z pracy, zostawiłam mu dziecko i pobiegłam na spotkanie – wspomina. – W trakcie emisji reportażu, kiedy pojawił się głos Jasia, Joanna nie opanowała wzruszenia i wyszła. Po chwili poszłam za nią. Ledwo widoczna stała tyłem w ciemnym, pustym pomieszczeniu. Pomyślałam, że jest drobna. Z głośników dobiegał dźwięk reportażu – lektorka czytała właśnie fragment bloga. Podeszłam do Joanny, przedstawiłam się. Wiedziała, kim jestem, ponieważ wcześniej kontaktowałyśmy się mejlowo. Dłuższą chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu, popłynęły nam łzy… Miałam wrażenie wzajemnej niezwykłej bliskości, dziwne uczucie przy pierwszym spotkaniu, ale tak było. Powiedziałam, że chciałabym zrobić o niej film, a ona na to, że miała już takie propozycje od znanych reżyserów i wszystkim odmówiła. Poprosiłam wtedy o jedną minutę, w której opowiedziałam, jak chciałabym utrwalić jej historię w obrazie. Dodałam, że jeśli po tej jednej minucie powie „nie”, nigdy więcej nie zawrócę jej głowy. Dwa dni potem realizowaliśmy pierwsze zdjęcia…

– Nagraliśmy długą, niezwykle interesującą rozmowę z Joanną. W szczerym polu, niemal o świcie na Mazurach – opowiada Aneta. – Najprościej byłoby użyć jej w filmie, choćby fragmentów. Zdecydowałam jednak, że będzie to historia matki i syna, ich relacji. W tym są wszystkie możliwe emocje, także moje. Nie było łatwo. Próbowałam zaplanować zdjęcia, zorganizować sprzęt, ekipę… Pytałam Joannę, czy możemy wpisać się w jej plany. I np. słyszałam: „Tak, przyjeżdżajcie jutro”. Natychmiast byliśmy gotowi, a ona w ostatniej chwili odwoływała zdjęcia. I żadne usprawiedliwienia nie były potrzebne. Ja robiłam film, ale ona decydowała o naszej obecności. Szanowałam to. W żadnym razie nie mogła mieć wyrzutów sumienia czy czuć się winna. Na planie staraliśmy się być maksymalnie dyskretni, nieinwazyjni. Najważniejsza była ona, jej spokój i rodzina. Cały czas drżałam, czy ten film w ogóle powstanie…

Dla Jasia, syna Joanny, całe to zamieszanie z filmem było zabawą. Droczył się z ekipą, chwalił kolegom, że telewizja jest u niego w domu i będzie sławny, czasami próbował mówić ekipie, co mają robić. Raz przejął kamerę i nakręcił film o swojej przyjaciółce (doskonały!). I oczywiście nieustannie patrzył w kamerę. Za każdym razem, kiedy Aneta prosiła: „Jasiu, zajmij się, proszę, tym, co robisz i nie patrz w kamerę”, patrzył jeszcze bardziej. Więc któregoś dnia wpadła na prosty i genialny zarazem pomysł. Poprosiła, żeby od teraz cały czas patrzył w kamerę. I przestał.
To film o prostej codzienności. Sceny z kuchni. Mądre, momentami zabawne rozmowy Joanny z Jasiem. Za oknem sceneria mazurska, bo Joanna często wyjeżdżała z miasta. Dźwięk jest perfekcyjny – słychać brzęczenie pszczoły, muszki, szum wiatru. – O filmie rozmawialiśmy z Tomkiem non stop – mówi Aneta. – Długo się zastanawialiśmy, w jaki sposób kręcić, co robić, czego unikać. A potem godzinami siedzieliśmy w montażowni. Bez końca katowałam też wątpliwościami uczestników kursu dokumentalnego Wajda Studio i opiekunów, Jacka Bławuta i Marcela Łozińskiego. Trzeba było mnie bronić przede mną samą, żebym nie wrzuciła do filmu wszystkiego, co piękne, a co niechybnie oznaczałoby, że film potrwa ze trzy godziny.

Gdy ruszyła machina

Od początku lutego Aneta i Tomasz są w Los Angeles. Przyjechali tam na miesiąc z córką, bo nie byli w stanie wyobrazić sobie tak długiej rozłąki z nią. Czas niezwykle intensywny. Pracowali od rana do nocy, dzień po dniu. Wywiady, panele dyskusyjne, pokazy filmowe, spotkania z publicznością… Promowali film. Przed galą lecieli jeszcze na pięć dni do Nowego Jorku. Tam było równie intensywnie.

– Uczestniczyliśmy w tzw. luncheon, czyli w spotkaniu wszystkich nominowanych oraz ważnych ludzi z branży filmowej – mówiła Aneta Kopacz przed ceremonią wręczenia statuetki. – Niezwykłym zaskoczeniem był dla nas fakt, że ludzie widzieli „Joannę”. Podchodzili i mówili: „To znakomity film, arcydzieło! Z całą pewnością zdobędzie statuetkę”… Miło wiedzieć, że ludzie znają film i go cenią. Co do Oscara jednak nie ma żadnej pewności. Zachowuję więc dystans do wszelkich prognoz. Oprócz prognozy pogody. Miało padać i pada! A przecież „It never rains in Southern California…” („Nigdy nie pada w południowej Kalifornii”, cytat z piosenki – przyp. red.).

Czy Anecie nie przewróci się w głowie? – Absolutnie nie! – zaręcza Tomasz Średniawa. – Tego jestem pewien. Prawdę mówiąc, oboje bardzo chcielibyśmy, żeby ten intensywny czas promocji już się skończył. – Żebym mogła połazić po domu z kubkiem herbaty – śmieje się Aneta. – I zająć się naszą córką, naszym życiem. Zanim zaczniemy następne filmy.


Bez dobrej promocji nie ma Oscara

Aż trzy polskie filmy walczyły w tym roku o Oscary: fabularna „Ida” i dwa krótkometrażowe dokumenty ze Szkoły Wajdy – „Joanna” i „Nasza klątwa”. „Ida” w reżyserii Pawła Pawlikowskiego nie tylko otrzymała nominację w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny, lecz także była wyróżniona za zdjęcia Łukasza Żala, który jako operator wcześniej pracował przy „Joannie”. Kostiumolog Annę Biedrzycką-Sheppard nominowano za pracę przy „Czarownicy”.

Co zrobić, żeby zwiększyć szanse na sukces? Jak promuje się polski film w Stanach? Działania na rzecz kampanii oscarowej – tylko w przypadku „Joanny” – prowadzone były już od ponad pół roku. Na ogół musiało się to odbywać w Stanach. Szkoła Wajdy podjęła w tym celu współpracę z dwiema poważnymi agencjami PR w Los Angeles. Większość działań skoncentrowano na dwóch miastach, oczywiście Los Angeles i Nowym Jorku.

– Promocja polskiego filmu na amerykańskim rynku to wysiłek, który nie zaczął się wczoraj – mówi Joanna Solecka odpowiedzialna za promocję z ramienia Wajda School. – Żeby promować „Joannę”, podjęliśmy współpracę z prestiżowymi amerykańskimi agencjami PR, non stop organizowaliśmy pokazy specjalne, w których brali udział twórcy filmu. Aneta Kopacz spotykała się z publicznością, z dziennikarzami – tych wywiadów było bardzo dużo. Oczywiście w kampanii promocyjnej wykorzystywaliśmy także Jana A.P. Kaczmarka, laureata Oscara i kompozytora muzyki do „Joanny”. Fantastycznie się złożyło, że w naszym teamie był Łukasz Żal, nominowany do Oscara także za zdjęcia do „Idy”. Liczyliśmy ponadto na wsparcie naszych filmów przez autorytet Andrzeja Wajdy.

Żeby godnie zaprezentować „Joannę” tamtejszej branży, na szeroką skalę prowadzona była kampania reklamowa. – Po prostu chodziło o pokazanie, że to film, na który warto zagłosować – wyjaśnia Joanna Solecka. – Sytuacja była dla nas trudna już choćby dlatego, że wprawdzie jeden z konkurentów „Joanny” i „Naszej klątwy” to film meksykański, hiszpańskojęzyczny, ale pozostałe dwa są anglojęzyczne i wiadomo, że ich twórcy są w LA dobrze osadzeni, znani branży. W tej sytuacji musieliśmy wykonać podwójną pracę, żeby się przebić z informacją o naszych małych filmach.
– Fundusze na promocję, częściowo pochodzące z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, a częściowo od sponsorów, z pewnością przekroczyły budżet filmu – dodaje Joanna Solecka. – Ale mam pewność, że to nie były pieniądze wyrzucone w błoto. Gdyby były mniejsze, pewnie nie dałoby się uzyskać nawet nominacji! Mam też świadomość, że nominacje dla polskich filmów przełożą się na promocję polskiej kinematografii na świecie, tym samym na promocję Polski.

Foto: Materiały prasowe

Strony: 1 2 3

Wydanie: 9/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy