Lewicowość nie jest chorobą – rozmowa z prof. Jean-Michel De Waele

Lewicowość nie jest chorobą – rozmowa z prof. Jean-Michel De Waele

Dla środowisk lewicowych to nie SLD powinien być workiem treningowym, tylko PiS – Jak pan ocenia przemiany w Europie Wschodniej 20 lat po zmianie systemowej? – Kiedy 20 lat temu ktoś mówił, że Polska będzie aktywnym członkiem Unii Europejskiej, nikt w to nie wierzył. Myślę, że sporządzając bilans ostatnich dwóch dekad, nie można mówić jedynie o trapiących was problemach. Trzeba pamiętać o wspaniałej drodze, jaką Polska przeszła od 1989 r. Są jednak także kwestie niepokojące. 20 lat temu Polska była na zachodzie Europy najpopularniejszym państwem regionu Europy Środkowo-Wschodniej. To był kraj Geremka, Michnika, Kuronia, kraj, w którym zrodziła się „Solidarność”, który rozbudzał wyobraźnię. Dziś Polska jest krajem, który wzbudza największy strach i prowokuje Europę Zachodnią do agresywnych i ostrych sądów. Wizerunek Polski bezsprzecznie podupadł. – Skąd ta zmiana? Co takiego się stało, że nasz wizerunek tak ucierpiał? – W Europie Zachodniej myśleliśmy, że „Solidarność” jest ruchem postępowym, że niesie ze sobą idee otwartej demokracji. Teraz, kiedy w polskim życiu publicznym funkcjonują osoby związane z tamtą „Solidarnością”, okazuje się, że ich poglądy są eurosceptyczne, nacjonalistyczne, antyeuropejskie, czego najlepszym przykładem jest dyskurs braci Kaczyńskich. Sądziliśmy, że Polska jako kraj członkowski UE będzie bardziej aktywna, zaangażowana w budowę wspólnotowej konstrukcji. Polscy intelektualiści przedstawiali nam proeuropejski wizerunek Polski, więc kiedy nastąpiło zderzenie tego obrazu z rzeczywistością, rozczarowanie musiało być duże. To rozczarowanie wynika więc w ogromnej mierze z nieporozumienia i niezrozumienia. Myśleliśmy, że jesteście raczej proeuropejscy niż proamerykańscy. Że jesteście przywiązani do tych samych wartości, co my. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że Polska jest aż tak konserwatywna. I nie chodzi mi tylko o okres rządów Prawa i Sprawiedliwości, ale także czas rządów Sojuszu Lewicy Demokratycznej i premiera Leszka Millera. – Czy widzi pan w Polsce ugrupowania polityczne, które bronią przegranych w procesie transformacji? – Kiedy patrzymy na polityczny pejzaż Europy Środkowo-Wschodniej, widzimy, że większość partii politycznych broni interesów zwycięzców transformacji i procesu globalizacji. Przegrani zostali porzuceni. Oprócz partii populistycznych i partii skrajnie prawicowych nie widzę w regionie ugrupowań, które chciałyby ich bronić. To duży problem dla demokracji. Scena polityczna nie jest zrównoważona, interesy wielu grup społecznych nie są na niej reprezentowane. Wynika to przede wszystkim z genetycznej słabości lewicy w Europie Środkowo-Wschodniej. Kiedy zdecydowana większość partii określanych jako lewicowe to partie postkomunistyczne, obciążone historycznym balastem, trudno oczekiwać, że zajmą się problemami przegranych. W okresie transformacji skupiły się raczej na udowadnianiu, że są pełnoprawnymi uczestnikami sceny politycznej. Polityka nie znosi próżni, więc w Polsce lewicowa luka została zagospodarowana przez PiS, lansujące koncepcję konserwatywnej polityki socjalnej. Problem jest jednak szerszy. W latach 90. i na początku kolejnej dekady w Polsce, podobnie jak u waszych sąsiadów, główne cele polityczne zostały wyznaczone: wstąpienie do NATO i UE. Kolejne ekipy rządzące podporządkowały swoje działania tym priorytetom, rozpoczęły się zawody, kto lepiej przygotuje kraj do szybkiej akcesji. Inne problemy zniknęły z politycznej agendy. Teraz, kiedy od pięciu lat Polska jest członkiem UE, problemy społeczne powoli pojawiają się w dyskursie publicznym, a rządy stają przed wyzwaniem zmierzenia się z problemami wewnętrznymi, które abstrahują od logiki przygotowań do integracji z Unią. – Od ponad 20 lat śledzi pan polską scenę polityczną. Na kogo zagłosowałby pan, mieszkając w Polsce? – To pytanie, na które wolałbym nie odpowiadać. Od lat obserwuję scenę polityczną nie tylko w Polsce, lecz także w pozostałych krajach regionu, więc jest to pytanie, które zadaję sobie przy okazji wszystkich wyborów w Europie Środkowo-Wschodniej. Jestem człowiekiem lewicy, więc mój dylemat jest naprawdę trudny. Głosowałbym na Unię Pracy, gdyby nadal realnie istniała. Wydaje mi się, że to była właśnie typowo lewicowa partia z solidarnościowymi korzeniami. Teraz, kiedy nie ma jej na polskiej scenie politycznej, nie oddawałbym głosu na konkretną listę wyborczą z powodu ugrupowania, które ją wystawia. Szukałbym rozsądnych ludzi lewicy i głosował na nich, nie patrząc, jaką partię aktualnie reprezentują. – A co z SLD? To ta partia jest postrzegana jako główna lewicowa partia w Polsce. – Są dni, kiedy odczuwam napływ energii i odwagi i wyobrażam

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 18/2009, 2009

Kategorie: Wywiady