Nawrocki broni interesów Ameryki i Trumpa
Czegoś tu nie rozumiem. Swego czasu obóz postsolidarnościowy, który się dorwał do władzy po 1989 r., piętnował Edwarda Gierka za to, że podczas swoich rządów zadłużył Polskę na 40 mld dol. To nic, że te pieniądze poszły na inwestycje, rozwój przedsiębiorstw, rozbudowę linii energetycznych, zakup patentów i innowacyjnych rozwiązań, z których części do dziś korzystamy. To nic, że połowę tego długu umorzono po operacji „Samum”. Najważniejsze dla nich było to, że Gierek zostawił kraj z długiem na dwa pokolenia Polaków.
Dziś w Polsce, kraju, w którym mamy 300-miliardową dziurę budżetową i 2 bln długu, branie kolejnych pożyczek, które zmniejszają budżet o kwoty na obsługę tych długów, to cnota i powód do dumy. Ludzi nawołujących do opamiętania się w szybkości zadłużania kraju nazywa się zakutymi łbami. Niestety, nikt nie chce pamiętać, do czego nadmierne zadłużanie się doprowadziło Grecję kilka lat temu.
O ile jeszcze jakiś sens miałoby zadłużanie kraju, żeby doprowadzić do inwestycji, na których kraj będzie zarabiać, o tyle zadłużanie go, żeby wydać na zbrojenia, to wyraz szaleństwa. Nie ma co pokładać wiary, że to inwestycja w przemysł zbrojeniowy, ponieważ z powodu wieloletnich zaniedbań musielibyśmy ten przemysł stawiać od początku. Nie mamy sprawnych kopalni surowców, hut, przemysłu elektrycznego i elektronicznego, a tu nam obiecują fabryki pojazdów wojskowych, broni czy amunicji. Dzisiaj FAM Pionki ledwie pokrywa zapotrzebowanie na amunicję myśliwską, a FB Radom nie jest w stanie wyprodukować działającego karabinka szturmowego. I nawet jeśli jakimś cudem uda się postawić fabrykę np. karabinów, trzeba sobie zadać pytanie, czy potencjalny nabywca zaufa nowej konstrukcji, czy wybierze sprawdzoną broń od Českiej zbrojovki, Hecklera & Kocha czy Glocka?
Założę się, że znowu wyjdzie na to, że rządzący na łapu-capu będą kupować militarny złom, a cała jego obsługa będzie u producentów za granicą. Za to może nasze wnuki spłacą ten dług i obejrzą sobie ten militarny złom w muzeach.
Michał Czarnowski
Jaki kandydat milczącej mniejszości?
Ankieterzy pytają wyborców o ich opcje polityczne i od dawna potwierdza się tylko, że elektoraty dzielą się mniej więcej po połowie na narodową prawicę i Polaków Europejczyków, nikt zaś nie jest zdolny przewidzieć, która szala w niedalekiej przyszłości przeważy. Ciekawszy byłby przybliżony portret kandydata, na którego głosowaliby ci, którzy na wybory w obecnym układzie się nie wybierają.
Czy byłby to ktoś w rodzaju Piłsudskiego, waleczny, autorytarny, oczytany, z gorącym, może też poetycznym polskim sercem (a broń Boże nie z wyświechtanym słowem, jak obecna „pierwsza osoba”). Ktoś swojski i zarazem hieratyczny, jak polski papież? Rabujący możnych panów bohater ludowy, jak Janosik? Nowoczesny, wszechstronnie wykształcony i celnie władający słowem hazardzista nowator? Człowiek charyzmatycznie tajemniczy, jak dawny prorok-szaman, czy otwarty i pogodny? A przede wszystkim ktoś, kto potrafi, poświadcza to czynem i imponuje innym narodom, jak Kościuszko (prezes PiS i dobierani przezeń ludzie są pod tym względem antywzorem i trudno o lepszy przykład niż porywczy kandydat na premiera).
Andrzej Lam
„Pan Tadeusz” a Unia Europejska
Trwa szeroka dyskusja o naszej przynależności do Unii Europejskiej. Mamy także Rok Andrzeja Wajdy, toczy się też szeroka, idiotyczna dyskusja, czy w szkołach „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza powinien być lekturą obowiązkową. Uświadomiłam sobie, że trzeba skorzystać z tej okazji i w jakiś sposób obrócić ten czas na korzyść naszej przynależności do Unii Europejskiej.
Pamiętać będę zawsze, jak mój ukochany Ojciec czytał nam na głos fragmenty „Pana Tadeusza”, kiedy tylko miał czas. Czytał jak najlepszy aktor. Mickiewiczowski „Pan Tadeusz” powinien być lekturą obowiązkową w szkołach, a film Andrzeja Wajdy z pięknym polonezem Wojciecha Kilara powinien być właśnie w Roku Andrzeja Wajdy wyświetlany wszędzie. To jest świetna propaganda korzyści z naszej przynależności do Unii Europejskiej. A na lekcjach omawiany z tłumaczeniem tamtych czasów, abyśmy przypomnieli sobie naszą więź z Litwą i śmiertelne zagrożenia ze Wschodu.
Małgorzata Dąbek-Szreniawska
Nie lubię określenia „queer”
Mam jeden problem ze środowiskiem LGBT. Używanie przez niego określenia „queer”, które po angielsku oznacza „dziwny”. To tak, jakby osoby używające tego zwrotu wprost o sobie mówiły, że są „dziwakami”, a przecież chyba nie chcą być tak odbierane? Tak chciałem to zostawić do rozmyślań wszystkim aktywistom LGBT, że mówienie o sobie dosłownie „dziwny” jest pewną oznaką autostygmatyzowania. Sam jestem osobą LGBT i nie lubię określenia „queer”. Ciekawi mnie tylko, skąd w środowisku LGBT, z którym z wielu powodów się nie identyfikuję, takie umiłowanie do tego słowa, które siłą rzeczy stawia je w negatywnym świetle?
Tomasz Wasiołka






