Między Unią a Stanami

Między Unią a Stanami

Europa wydaje na działania sprzyjające solidarności społecznej tyle, ile Ameryka na działania służące wojennej agresji – po 500 mld dolarów rocznie

Zapytano kiedyś Mahatmę Gandhiego, co sądzi o cywilizacji zachodniej. „To byłby niezły pomysł”, brzmiała odpowiedź. Tragedie XX w. całkowicie uzasadniały osąd Zachodu zawarty w odpowiedzi Gandhiego, który słusznie dawał do zrozumienia, że ojcostwa tych tragedii nie może wyprzeć się cała „cywilizacja” zachodnia – nie tylko Niemcy, lecz również inne potężne narody Europy.
Po kilkudziesięciu latach jednak, wyciągając wnioski z własnej historii, kraje odpowiedzialne za katastrofy XX w. stały się źródłem nadziei. Rok 1989, w sporej mierze dzięki walce Polaków o wolność, prowadzonej metodami, które Gandhi pochwalał, dały tej nadziei szansę realizacji. Europa zyskała szansę zbudowania nowej cywilizacji zachodniej, która znalazłaby poparcie Gandhiego. Chodzi o cywilizację rządzącą się prawem służącym każdemu, nie zaś tylko najsilniejszemu. Jest to nadzieja nie tylko dla Europy, ale dla całego świata.
Tajemnicą dotychczasowego oraz przyszłego, choć niepewnego jeszcze sukcesu Europy jest próba wdrożenia w realia polityki międzynarodowej nowego rozumienia jedności politycznej. Jedność, jak wolność, występuje w dwóch gatunkach. Istnieje bowiem jedność narzucona lub wymuszona oraz jedność wynegocjowana lub wypracowana w procesie argumentacji mającej na celu wzajemne porozumienie: jedność narzuconego dogmatu i jedność wynegocjowanego kompromisu.
Oba te pojęcia jedności różnią się pod względem sposobów ich osiągania, celów, którym mają służyć, oraz stabilności, jaką gwarantują. Jedność narzucona wydaje się trwała, ponieważ opiera się na sile; jest jednak taka wyjątkowo rzadko. Jedność negocjowana może wydawać się niestabilna, z reguły jednak, jeżeli uda się ją osiągnąć, okazuje się o wiele trwalsza i stabilniejsza. Jest tak dlatego, że

jedność narzuconego dogmatu

jest nie do zniesienia przez tych, którzy zostali do niej przymuszeni i prędzej czy później przeciwko niej się zbuntują. Jedność wynegocjowanego kompromisu jest szanowana i ceniona przez wszystkich, którzy angażują się w jej uzyskanie, jeżeli faktycznie im na niej zależy. Jedność narzuconego dogmatu ma na celu podporządkowanie słabszych silniejszemu, jedność negocjowanego kompromisu – wielostronną współpracę opartą na warunkach zbliżonych do równości.
Kto jedność narzuca, działa w przekonaniu, że świat jest możliwy bez antagonizmów. Dlatego dąży do ich likwidacji. Dążenie do jedności drogą negocjacji wynika ze świadomości, że antagonizmów zlikwidować się nie da, a jeżeli tak, to tylko na chwilę. Częścią tej świadomości jest też to, że antagonizmy są nie tylko destruktywne, ale mogą być konstruktywne. Jedność narzucona jest tyranią, jedność negocjowana – demokracją.
Porównanie Ameryki i Europy ilustruje odmienność obu pojęć jedności. Podobieństwa między nimi polegają na tym, że Ameryka i Europa mają zbliżone pod względem wielkości terytoria, podobny potencjał ludności, produkują mniej więcej tyle samo, a także dystrybuują podobne części swych dochodów. Różnice między nimi tkwią w tym, że pod względem wewnętrznym Ameryka jest zróżnicowana narodowościowo do tego stopnia, że uległa całkowitemu ujednoliceniu. Różnice narodowościowe wewnątrz Europy są natomiast tak silne, że trzeba je trzymać w trwałych karbach państw, stojących na straży partykularyzmów narodowych i ambicji, tradycyjnie rodzących antagonizmy i konflikty. Najważniejsza różnica polega na tym, że Europa wydaje mniej więcej tyle samo na projekty sprzyjające solidarności społecznej, ile Ameryka wydaje na projekty służące wojennej agresji – po ok. 500 mld dol. rocznie. Europa jest liberalnym projektem socjaldemokratycznym, Ameryka jest republikańskim projektem libertariańskim.
Europa, na której spoczywa wina za plagi XX w., ma interes zapanowania nad narodowościowymi ambicjami, które były i nadal są dla niej zagrożeniem. Pragnie tego dokonać przez ucieczkę do przodu, w kierunku ponadnarodowego i ponadpaństwowego tworu opartego na zasadach wynikających z drugiego pojęcia jedności, który narodowe ambicje w znacznym stopniu respektuje, ale zarazem je kanalizuje i przekształca antagonizmy dotąd destrukcyjne w antagonizmy twórcze.
Ameryka, przyczyniając się walnie do zakończenia II wojny światowej i do odbudowy Europy, uratowała Europę przed nią samą. Przy okazji wielce na tej wojnie oraz jej zimnowojennych konsekwencjach skorzystała, uzyskując pozycję światowego pacyfikatora, strażnika i hegemona. Dlatego nie miała i, co ważniejsze, nadal nie ma żadnego motywu, aby docenić szansę, jaką otwiera przed światem mozolnie wdrażany w życie przez Europę projekt oparty na drugim pojęciu jedności. Wręcz przeciwnie, doskonale rozumie i docenia zagrożenie, jakie stwarza on dla amerykańskiej hegemonii. W bezpośrednim interesie Ameryki jest postępowanie na arenie międzynarodowej zgodnie z zasadami wynikającymi z pierwszego rozumienia jedności, czyli do podporządkowania sobie wszystkich graczy. Osiąga to poprzez osłabianie ich i niedopuszczanie do budowania potęg alternatywnych w stosunku do siebie. W tym sensie tkwi jeszcze w starej epoce, choć obecna administracja amerykańska, jak świadczy o tym uwaga Donalda Rumsfelda o starej Europie, kompletnie tego nie rozumie.
Pewien aspekt pojęcia jedności jako stale negocjowanego kompromisu ujmuje teoria gier. Najciekawsza z gier wymaga

minimum trzech graczy.

Przypuśćmy, że Adam, Bronek i Cezary wchodzą w skład gangu. Adam i Bronek za plecami Cezarego umawiają się, że po wspólnym napadzie podzielą się łupem po połowie, wykluczając Cezarego z podziału. Potem jednak Cezary namawia się z Bronkiem, oferując mu udział większy niż połowa i wykluczając z podziału Adama. Ale Adam przekupuje Cezarego, oferując mu całą połowę łupu. Lecz teraz znowu są w punkcie wyjścia, z tym że Cezary zajmuje miejsce Bronka. Kilka rund w tej grze uświadamia każdemu z graczy, że bardziej opłaca się lojalna współpraca niż próby knowań.
Teoria gier nazywa tę grę nieokreśloną, ponieważ nie dopuszcza ona do wyłonienia się gracza najsilniejszego i każdemu racjonalnemu graczowi daje szansę zabezpieczenia się przed zmową ze strony pozostałych. Ilustracja ta pokazuje, jak można budować chybotliwą i płynną, ale zarazem trwałą jedność polityczną. Opis ten stosuje się do wszystkich ludzkich zachowań, pod warunkiem że wszyscy gracze biorący w niej udział są porównywalni pod względem rozumności, siły i zdolności. Nie bez powodu Boh trojcu lubit’.
Główny problem współczesnej polityki międzynarodowej polega na tym, że jeden z uczestników obecnej międzynarodowej gry nie musi się z nikim namawiać, żeby wziąć cały łup. Nie musi, ponieważ jest najsilniejszy. Jak jednak wyglądałby świat zbudowany zgodnie z drugim pojęciem jedności? Najkrócej mówiąc, byłby to świat bez hegemona. Świat, w którym nie byłoby jednego centrum, lecz świat wielocentryczny.
Oczywiste, że jednym z tych centrów pozostanie Ameryka. Drugim jednak, równie potężnym, będzie zjednoczona i poszerzona Europa. Takie ambicje były wprost formułowane przez polityków nowej lewicy europejskiej. W dokumencie Tony’ego Blaira i Gerharda Schrödera z 1987 r. czytamy: „Zdolność do przystosowania i elastyczność w coraz większym stopniu będą premią w przyszłej gospodarce opartej na wiedzy. Nasze systemy gospodarcze znajdują się w okresie transformacji… Socjaldemokraci muszą wykorzystać sposobność tej radykalnej zmiany ekonomicznej. Daje ona Europie szansę zrównania ze Stanami Zjednoczonymi”. Stwierdzenie to jest dowodem uświadamiania sobie przez Europę rywalizacji między nią a Ameryką; implikuje zarazem, że rywalizacja ta może być obopólnie korzystna. Rosja i kraje geograficznie satelickie są skazane na utworzenie kolejnego centrum, podobnie Chiny, Japonia i Azja Południowo-Wschodnia.
Świat dwubiegunowy z czasów zimnej wojny okazał się bezpieczny, ale za cenę skrajnej nędzy ludzi żyjących w jednym z systemów, wielkich nierówności społecznych w drugim oraz porażającego strachu w całym świecie. Innymi słowy, świat rozdarty między dwie antagonistyczne siły był niemożliwy do utrzymania, ponieważ taką rywalizację jedna z nich musiała kiedyś wygrać. Po dezintegracji jednej z sił, systemu komunistycznego, który chciał panować nad światem, narzucając mu jedność przez likwidację antagonizmów wewnętrznych i zewnętrznych, żyjemy, chwilowo, w świecie jednobiegunowym, z centrum ulokowanym w Ameryce. Sytuacja ta jednak okazuje się niebezpieczna dla wszystkich, a zwłaszcza dla hegemonicznego centrum świata, choć jest ono najpotężniejsze. Obecnie bowiem zwycięska Ameryka boi się znacznie bardziej niż wtedy, gdy zagrażały jej tysiące radzieckich głowic nuklearnych. Jest tak dlatego, że samo istnienie hegemona generuje drobne i nieskoordynowane (na razie!), ale liczne, trudne do skontrolowania, a przez to bardziej niebezpieczne ośrodki oporu i antagonizmu. Niemal cały świat pojmuje te ośrodki oporu przez pryzmat agresywnej retoryki amerykańskiej opartej na kategoriach „osi zła” „państw bandyckich” i „terroryzmu”, demonstrując tym samym swoją bezradność wobec Ameryki również na płaszczyźnie ideologicznej.
Zgodnie z powyższą ilustracją wziętą z teorii gier, świat wielocentryczny, w którym różne regionalne centra mogłyby wchodzić ze sobą w nieustannie zmieniające się koalicje, byłby z konieczności niestabilny. Ale zarazem byłby bardziej bezpieczny, a co ważniejsze, mniej nierówny. Projekt zbudowania bardziej zwartej i silniejszej Europy jest więc nie tylko szansą na nową Europę, ale zarazem najważniejszym krokiem do nowego, wielocentrycznego porządku światowego. Zrozumiałe więc, że Ameryka, zresztą wbrew własnym dalekosiężnym interesom, stara się skwapliwie nie dopuścić do jego realizacji.
W 1989 r. Polska otworzyła drogę do rozwoju projektu europejskiego i miała szansę go współtworzyć.

Przyszły sukces Europy

w sporej mierze jest, a właściwie był w rękach Polski. W praktyce oznacza to jednak, że sukces ten zależał od zacofanego kraju. Dlatego właśnie Ameryka z taką łatwością wysługuje się polskimi władzami, aby obalić projekt, który może zmienić oblicze świata, zaś jego bezpieczeństwo oprzeć nie na sile jednego, ale na współpracy większości.
Polska miała szansę na to, aby do Unii Europejskiej wprowadzał ją najsilniejszy od 14 lat rząd, rząd socjaldemokratyczny. Ta szansa została bezpowrotnie zaprzepaszczona. Socjaldemokratyczny rząd okazał się najsłabszy i najbardziej nieudolny. Słaby i nieudolny polski rząd, podjudzany przez nieodpowiedzialną opozycję i szczuty przez hucpiarskie media, popełnił wielki błąd, demonstrując na międzynarodowej scenie politycznej odstręczającą pychę wobec Europy i nie mniej odstręczającą służalczość wobec Ameryki. Błąd ten został zwielokrotniony drugim, polegającym na tym, że zarówno pycha, jak i służalczość były źle adresowane. Służalczość wobec USA okazuje się całkowicie dobrowolna i bezinteresowna. Pycha wobec Europy jest sprzeczna z interesem Polski, która według tego rządu ma żyć z europejskiego garnuszka. Polska pycha i służalczość są bardzo potrzebne Ameryce, ale nie są potrzebne Europie, a już najmniej nam samym.
Ktoś, kto uważa, że obecny polski rząd nie rozumie obecnej sytuacji politycznej na świecie, a zwłaszcza politycznej i moralnej różnicy między Europą i Ameryką, czy też, jak napisał niedawno Krzysztof Teodor Toeplitz, że nie umie czytać geopolitycznej mapy, zakłada, że rządzą nami ślepcy i głupcy. Tak chyba nie jest. Źródeł nieudolności rządu trzeba szukać nie w słabości jego premiera, który uchodzi za człowieka silnego, lecz w intelektualnej słabości koncepcji roli Polski w świecie. Rząd polski przeciwstawia się Europie i opowiada za Ameryką z powodów, które ewidentnie zaliczył do swoich skrywanych celów. Rząd skrywa te cele, choć, po pierwsze, nie ma do tego prawa, a po drugie, robi to – jak wszystko – bardzo nieudolnie. Robi to, ponieważ się wstydzi. Gdyby się swoich celów nie wstydził, to by ich nie musiał skrywać.

Autor jest profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego

 

 

Wydanie: 6/2004

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy