Nostalgia, wściekłość i śmiech

Nostalgia, wściekłość i śmiech

Na 40. festiwalu teatrów jednego aktora we Wrocławiu królowali klasycy To były piękne dni. Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora świętowały swoje 40-lecie. Świętowali ten jubileusz artyści – animatorzy gatunku: Danuta Michałowska, Wojciech Siemion, Tadeusz Malak, a także Irena Jun i Wiesław Komasa. Świętował również Wiesław Geras, dyrektor festiwalu, od początku z nim związany. To banał, ale w kulturze liczy się tradycja, toteż sam fakt, że spotkania we Wrocławiu odbywają się od tylu lat, godny byłby odnotowania i refleksji. Na nostalgii jednak na tym festiwalu nie poprzestano, choć słowa Wiesława Komasy, że dobrze jest spotkać ludzi, którzy mają w oku tę samą łzę, długo będą bohaterom tych dni dźwięczeć w uszach. Bo obok nurtu wspomnieniowego, jak zwykle we Wrocławiu (a potem w Toruniu) pokazano garść spektakli nowych lub wcześniej na festiwalu nieoglądanych, z zagranicy i z Polski. Nostalgia Królowali, rzecz jasna, klasycy. W dniu inauguracji festiwalu cała wielka trójka przypomniała się publiczności. Wojciech Siemion jako strażnik poetyckiego słowa, który niestrudzenie zachęca do wgryzania się w sens i logikę poezji, Tadeusz Malak jako wierny interpretator Tadeusza Różewicza i Danuta Michałowska, swój sposób istnienia na scenie wywodząca z Teatru Rapsodycznego i tej formule do dzisiaj wierna (mówiła fragmenty prozy Sienkiewicza!). Jednak dopiero drugi występ Wojciecha Siemiona – jego godzina – dowiódł, że to on jest patronem teatru jednoosobowego we wszystkich jego postaciach. Prawdę mówiąc, to był bardziej jubileusz monodramatyzowania Siemiona niż Wrocławia monodramatycznego. Za rok bowiem upłynie pół wieku, odkąd Wojciech Siemion zajął się scenicznym portretowaniem poetów – w roku 1957 dał swój pierwszy monodram poetycki do tekstów Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Potem było tych monodramów (nie tylko poetyckich zresztą) co najmniej kilkanaście, a jeśli liczyć ich rozmaite wersje – pewnie kilkadziesiąt. Za kamień węgielny nowoczesnego teatru jednego aktora najsłuszniej w świecie uchodzi „Wieża malowana”, zrealizowana w warszawskim STS (1959) ze scenografią Adama Kiliana i muzyką Edwarda Pałłasza. To po tym spektaklu Ludwik Flaszen napisał pamiętne i znamienne słowa: „Siemion to teatr. Osobliwy Teatr Jednego Aktora. W tym teatrze jest coś ze starego ludowego rzemiosła, gdzie cały proces produkcji spoczywa w rękach jednego człowieka. Narzędzia jego są ubogie. Za to przedmiot stworzony nie ma w sobie nic z szablonowej łatwości produktów seryjnych. Jest spontaniczny – i nosi bezpośredni stempel swego twórcy…”. Trochę przesadził Flaszen, że aktor – przynajmniej na początku drogi – był zdany tylko na siebie, ale z czasem Siemion rzeczywiście przejął wszystkie funkcje: scenarzysty, scenografa, reżysera. To był jego teatr autorski. Chociaż… pewnie aktor nie zgodziłby się z taką kwalifikacją. Wszem wobec głosił bowiem, że jest sługą poetów, który na serio przejął się fraszką ukutą na niego przez Andrzeja Szczepkowskiego: Nie wypije, nie zje, wciąż mówi poezje. Pomysł Siemiona na swoją godzinę we Wrocławiu był taki: to nie aktor, ale publiczność decyduje, co usłyszy i zobaczy. I widz, i aktor bywają zaskakiwani tym, co przyniesie przypadek. Do puli wrzuca się tytuły monodramów, recitali itp., które widzowie losują. Po wylosowaniu aktor prezentuje wskazany fragment. Obie strony – aktor i widzowie – zdane są na wyrok losu. I dlatego to jest teatr probabilistyczny. Karteczki, wypisane przez młodziutką kuzyneczkę Siemiona, Agnieszkę, wsypane do puli. Na nich nazwy, a przy nazwach komentarze artysty: Tadeusz Różewicz („bo tak naprawdę od czasu „Starej kobiety” Tadeusz Różewicz uznał, że jestem aktor prawdziwie „Różewiczowski””; no właśnie, wydał Siemion swoją „Lekcję czytania” o Różewiczu); Mickiewicz („tak, „Łzy”, dlaczego, zobaczysz”, ale nie zobaczyłem, bo Mickiewicza nikt nie wylosował); Co chce powiedzieć aktor („a to taka wolność dana aktorowi, czyli mnie – wybieram, co chcę”); „Jak to było”, Słonimski („ach, to było wtedy, kiedy nazwiska Słonimski nie wolno było drukować; ale władze nie zabroniły Słonimskiego mówić i ja to wykorzystałem”); Stachura („te jego zająknienia – kiedy mówisz czy śpiewasz Stachurę bez jego zająknień, to nie ma głębi, tego specjalnego dźwięku, dobywanego z trudem, który znaczy więcej niż napisane suchym drukiem”); „Zdrada” Izaaka Babla („dostałem maszynopis od Adama Pomorskiego, Babla jeszcze się

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 01/2007, 2007

Kategorie: Kultura