Nasz człowiek w „New York Timesie”- rozmowa z Januszem Kapustą

Nasz człowiek w „New York Timesie”- rozmowa z Januszem Kapustą

Kiedy w Polsce idę do ludzi z tym swoim nowojorskim, pełnym otwartości i jakiejś naiwnej dobroci uśmiechem, często słyszę: „A co ty się, k… tak patrzysz? Nie pasuje ci coś?”

Janusz Kapusta, artysta plastyk
– (ur. w 1951 r.) od 1981 r. mieszka w Nowym Jorku, wśród polskich grafików to on miał najwięcej rysunków w „New York Timesie”, opublikował też książkę podsumowującą te doświadczenia. Wynalazca 11-ściennej bryły geometrycznej, którą nazwał K-dronem.

Rozmawia Waldemar Piasecki

Jak się czujesz, wystawiając tam, gdzie wystawiał Andy Warhol, ikona popartu?
– Świetnie. Galeria Gershwin Hotel przy Piątej Alei i Dwudziestej Siódmej Ulicy w sąsiedztwie legendarnej Fabryki Andy’ego Warhola to miejsce, gdzie wystawiał on swoje prace. Ten hotel traktował zresztą jak dom. Tu przesiadywał, urządzał przyjęcia, spotykał się w zaciszu pokoju z wielbicielami i wielbicielkami itd. Tu są po nim pamiątki osobiste i artystyczne. Mądry artysta chciałby tu się prezentować.
Macie coś wspólnego?
– Warhol postanowił zrobić z przedmiotów codziennego użytku sztukę. Wziął puszkę zupy Campbell i drukując jej wizerunek na sitodruku, uczynił ikoną swojego czasu. Ja pokazuję proces odwrotny. Ze swojej sztuki tworzę przedmioty codzienne. Z odkrytej przeze mnie 11-ściennej bryły, nazwanej K-dronem, zrobiłem butelkę, opakowanie, które ma artystycznie uwydatniać swoją użytkową zawartość. To moja metaforyczna rozmowa z przeszłością i Andym Warholem.
Recenzentowi „Wall Street Journal” mówiłeś, że podsumowujesz tu swoją 27-letnią drogę.
– Chodziło mi o podsumowanie trwających właśnie tyle lat doświadczeń z K-dronem. Przytrafił mi się 27 lat temu i tyle się z nim zadaję. Zmienił moje życie. Odtąd jest we mnie dwóch Kapustów: artysta i odkrywca. Odkrywając K-dron, otrzymałem narzędzie opowiedzenia czegoś nowego o świecie.

Sięgnąłem po ołówek

Wrócimy do K-dronu nieco później. Teraz powiedzmy, skąd się wziął Kapusta. Kiedy postanowiłeś, że będziesz opowiadać świat graficznie?
– Pochodzę ze wsi. U nas, w Zalesiu, starym wiejskim zwyczajem, kiedy dziecko kończyło rok, kładło się przed nim parę rzeczy i obserwowało, do której wyciągnie rękę. Ziemię, wódkę, święty medalik, pieniądze, skrzypce, ołówek i co tam jeszcze. Tak było i ze mną. Sięgnąłem po ołówek. Zacząłem nim grzebać w ziemi, kreśląc jakieś kształty. Ojciec zinterpretował to, że będę… geodetą. Postacią otaczaną na wsi szacunkiem. Skończyło się dość podobnie, bo zainteresowałem się geometrią. Całe życie rysuję jakieś kształty.
Brzmi to jak scenariusz. Tak mógłby się zaczynać jakiś film. Co by było, gdybyś sięgnął po medalik albo flaszkę?
– Pewnie byłbym albo polskim księdzem, albo polskim politykiem.
I co było dalej z tym ołówkiem?
– Już się z nim nie rozstałem. Chodziłem i rysowałem, gdzie się dało. W podstawówce uchodziłem za talent, a gdy miałem 13 lat, trafiłem do liceum sztuk plastycznych w Poznaniu. Nigdy nie myślałem, że mogę robić coś innego poza rysowaniem. W ogóle w szkole niczego innego nie chciało mi się robić i nic mnie specjalnie nie interesowało. Na 65-lecie tego liceum poproszono mnie, abym plastycznie upamiętnił tę rocznicę. Bardzo mnie to wzruszyło. Nie ma w życiu wielu ważniejszych miejsc, z których pochodzisz i wyszedłeś. Tam się budujemy, nabieramy marzeń i sensu.
Niemcy mówią na to Heimat i wyraźnie odróżniają od Vaterland. W Polsce to drugie to ojczyzna, ale pierwsze, cholera wie co… „Mała ojczyzna” – próbuje się tłumaczyć nie bez kompleksu, że brakuje na to po polsku osobnego terminu.
– To, jak język wpływa na postrzeganie rzeczywistości, oddaje strukturę świadomości zbiorowej i stosunek do świata, jest fascynującym tematem. Nazwanie i zdefiniowanie miejsca, gdzie ci się otworzyła – patetycznie mówiąc – kopuła nieba, kiedy zacząłeś widzieć więcej, zaglądać poza horyzont fizyczny, jest kluczowe dla budowania tożsamości i świadomości indywidualnej. Heimat powinien rosnąć w tobie do Vaterlandu i dalej. Ale najpierw musisz wiedzieć, że on w ogóle istnieje. Jesteś stamtąd, gdzie uczyłeś się mówić, przeżywałeś pierwsze wzruszenia, gdzie zapamiętałeś pierwszy pocałunek matki i skarcenie przez ojca, gdzie obsikiwałeś pierwszy raz drzewo, pierwszy raz pogłaskałeś psa, gdzie uganiałeś się za pierwszą dziewczyną.
Jak trafiłeś do Ameryki?
– Do Nowego Jorku przyjechałem na zaproszenie pisarza Andrzeja Pastuszka, który uważał, że każdy literat powinien mieć swojego artystę grafika. Przyjechałem w październiku 1981 r. zilustrować jego książkę i zobaczyć, z czego Amerykanie żyją, z czego tak się cieszą i dlaczego mają tak dobre mniemanie o sobie. Po paru tygodniach w Polsce wybuchł stan wojenny. Wymusił w pewnym sensie moje tu pozostanie.
Jakie były twoje początki w Nowym Jorku?
– Zamieszkałem u Pastuszka na Siedemdziesiątej Drugiej Ulicy w sąsiedztwie Dakota House, gdzie mieszkał i zginął John Lennon. Pastuszek wyjechał jednak do Kalifornii, a ja zostałem rzucony w to miasto. Miałem list polecający od przyjaciela, Jonasza Kofty, do znakomitego grafika Andrzeja Dudzińskiego. Zobaczył moje prace i powiedział: „Kofta pisze, żebym ci pomógł. Na szczęście twoje prace są na tyle dobre, żeby je pokazać w »New York Timesie«”. No i zabrał mnie do Jerelle Kraus, dyrektor artystycznej „New York Timesa”, graficznie odpowiedzialnej także za flagową sekcję op-ed, czyli komentarzy redakcyjnych. Od niej poszliśmy do szefa sekcji Book Review Steve’a Hallera. Obojgu moja robota tak się spodobała, że zaproponowali mi zrobienie rysunków. Dzięki Dudzińskiemu miałem dobre wejście i w jednym niedzielnym wydaniu „New York Timesa”, w nakładzie 1,75 mln egzemplarzy, ukazały się moje dwa rysunki. Problem był taki, że nie można było jednocześnie rysować dla obojga, więc musiałem wybrać. Wybrałem Jerelle Kraus. Wykombinowałem, że jej strona wychodzi codziennie, a recenzji książkowych raz na tydzień, więc u niej mam szansę na częstsze publikacje. Poza tym nie mówiłem po angielsku, a ona znała francuski, w którym mogłem rozmawiać. Niedługo potem dostałem stypendium Fundacji Forda, potem miałem wystawy. Ludzie zaczęli kupować moje prace. Podjąłem decyzję, że spróbuję jakoś tu przetrwać i osiąść. Walczyłem, jak mogłem. Malowałem, nawet do kościoła… Potem dostałem pozwolenie na pracę, potem zieloną kartę. Drobnymi krokami wchodziłem w tę Amerykę.

Oko to ja

Faktem pozostanie, że jako pierwszy grafik z Polski zacząłeś stale publikować prace w „New York Timesie” i miałeś ich tam najwięcej.
– Nie byłem pierwszy. Przecież tam mnie zaprowadził Dudziński, którego znali z dostarczania im rysunków, a nie pizzy. Rysowali też Franciszek Starowieyski, Jan Sawka, Rafał Olbiński, potem Andrzej Czeczot, wspaniały artysta i kolega – wiadomość o jego śmierci mnie dobiła. Doliczyłem się 28 polskich grafików, którzy mieli w „New York Timesie” choćby jeden rysunek. Jest natomiast prawdą, że miałem najwięcej opublikowanych tam prac oraz jako jedyny książkę sumującą te doświadczenia. Rysowałem dla nich dużo, a czasami nawet bardzo dużo. Kiedyś musiałem jednego dnia rysować cztery wersje ilustracji do artykułu, bo powstawały kolejne wersje tekstu, dotyczące tego samego wydarzenia, ale akcentujące inne jego elementy. Pamiętam dzień, kiedy ostatnia, czwarta z kolei wersja artykułu na temat Bliskiego Wschodu trafiła do mnie półtorej godziny przed zesłaniem gazety do druku i musiałem to zilustrować. Redaktor wydawca był przerażony, bo blokowali miejsce na rysunek, a ja dopiero zaczynałem czytać. I jeszcze jedno – każda moja propozycja to było sześć szkiców, z których wybierali jeden, a ja ten, który im pasował, rozwijałem do pełnej formy. Zdążyłem wtedy na pięć minut przed deadline’em. Takie tempo przekonało ich ostatecznie do moich umiejętności. Tego rodzaju sytuacje były nawet dla mnie lepsze, bo zmuszały do maksymalnej koncentracji i intensywnej syntezy, bez rozdrabniania się i marnowania czasu. W „New York Timesie” strasznie im się to podobało. To była bardzo ciężka, ale szalenie nakręcająca i bardzo przeze mnie lubiana robota. Chodziło przecież o najbardziej wpływową gazetę na świecie, w jakimś sensie zmieniającą także jego oblicze.
Co im się tak spodobało w twoim widzeniu świata i rzeczy?
– Przede wszystkim robiła na nich wrażenie esencja w wyciąganiu sensu tekstu i przekładaniu tego na rysunek. Tekst pisany jest linearny, układa się w czasie. Zadaniem komentatora rysownika jest maksymalne skondensowanie tej linii i takie jej ściśnięcie, żeby „rozlała” się na papier w postaci metafory.
Dlaczego Amerykanie tak wielką wagę przywiązują do graficznego wyrażania świata? W tym samym „New York Timesie” byłem świadkiem, jak Michael Kaufman, szef działu zagranicznego, czekał z publikacją jakiegoś artykułu problemowego, dopóki nie dostanie odpowiedniej ilustracji graficznej.
– Amerykanie postrzegają świat głównie poprzez obraz, a nie poprzez słowo. U Amerykanów I see znaczy widzę, ale także rozumiem. U nich zrozumieć, to zobaczyć, a nie poczuć. Zaimek I, czyli ja, u nich brzmi fonetycznie tak samo jak eye, czyli oko. Oko jest reprezentacją własnego ja. To w Ameryce film rozwinął się do wymiaru kultury.
Rodzi to liczne konsekwencje. Chcąc np. pokazać syntetycznie bogactwo w życiu codziennym i jego dynamice, Amerykanie posłużyli się… samochodem. Ponieważ ma go tu niemal każdy i jest on przedmiotem dość banalnym, aby pokazać zasobność właściciela, zaczęli budować coraz większe i coraz dłuższe auta. Nie można przecież zobaczyć, co facet na ulicy nosi w głowie, ile ma w banku, a co na ścianach w domu. Ale ośmiometrowego cadillaca widać już dobrze.
Obrazkowe widzenie świata ma także odbicie w języku. U nas powiesz: „Nie mam nic”. Użyjesz podwójnego zaprzeczenia. Nie dość, że nie masz, to jeszcze nic. Tak jakbyś nie chciał pokazywać tego faktu, próbował go jakoś kamuflować. Amerykanin mówi prosto: „Mam nic”. Akcentuje „mam” i wywraca kieszenie na zewnątrz. Pokazuje. Poza tym sugeruje, że skoro teraz ma nic, to niebawem może mieć coś. Jest otwarty. Otwarty na oczy innych.
Podsumowaniem twoich doświadczeń jest książka „Janusz Kapusta w »New York Times«”. Na ile jest to autorska opowieść o Ameryce?
– To rodzaj świadectwa mojego bardzo ważnego etapu w Ameryce. Rysując w „New York Timesie”, nauczyłem się reagować na pretekst. Oczywiście te preteksty, wydarzenia lokalnie amerykańskie czy światowe ze wszelkich możliwych obszarów życia, bardzo dużo mówiły mi o samych Amerykanach. W końcu to, co jest pretekstem do zainteresowania „New York Timesa”, uchodzącego za głos Ameryki, mówi bardzo wiele o tym kraju i społeczeństwie. Uczestnicząc w ilustrowaniu tych pretekstów, stawałem się częścią nie tylko zespołu tej gazety, lecz także w pewnym sensie Ameryki. Fakt bycia Kapustą z „New York Timesa” sprzyjał mojej rozpoznawalności. Ilustrowałem teksty prezydentów, pisarzy, znanych artystów. Mój rysunek trafił, mimo wielkiej konkurencji, na okładkę biografii Boba Dylana, bo uznano, że najlepiej oddaje sens tego, co on robi w życiu. Dla wiceprezydenta Ala Gore’a zilustrowałem wiersz Jewgienija Jewtuszenki (którego poznał i z którym biesiadował), mówiący o tym, że ludzie półwolni są ciągle tylko półniewolnikami. Gore podarował go potem Jewtuszence. Kiedy Jerelle Kraus wydała antologię rysunków z „New York Timesa”, okazało się, że jestem jednym z tych, których najwięcej prac zamieściła. Towarzystwo autorów z całego świata było imponujące.

K-dron mi się przytrafił

W Nowym Jorku dokonałeś także odkrycia nowej bryły, 11-ścianu, który nazwałeś K-dronem. Figura ta w znacznej mierze zdeterminowała twoje losy.
– Tak jak wiele rzeczy w życiu, K-dron mi się… przytrafił. Zaraz dodaję, żeby słowa przytrafił nie brać nazbyt dosłownie. Teoria względności nie przytrafiłaby się Einsteinowi, gdyby był piekarzem, a odkrycie radioaktywności nie byłoby udziałem Marii Skłodowskiej-Curie, gdyby była krawcową. Figura K-dronu nie przytrafiłaby mi się, gdybym był mechanikiem. Po liceum plastycznym przyszedł dyplom z architektury na Politechnice Warszawskiej, potem studia filozoficzne. Jednym z nurtujących mnie problemów było graficzne przedstawienie nieskończoności. Zrobiłem dwa rysunki, będące moją wizją. Wyjechałem do Ameryki. Wróciłem jednak do tego 27 lat temu, tutaj, na tym stole w kamienicy na nowojorskim Brooklynie. Idea zaczęła mi się układać w nowy geometryczny kształt przestrzenny wywiedziony z sześciokąta, mający 11 ścian. Nazwałem go K-dronem, bo k jest 11. literą w alfabecie, a hedron to ściana.
K to także – co zauważają spostrzegawczy – pierwsza litera mojego nazwiska.
Osiem lat zajęło mi odkrycie, gdzie moja figura istnieje w przestrzeni kosmicznej. Nie jest więc produktem mojej wymyślności, ale odkryciem bytu już istniejącego. Tak jak nie da się powiedzieć, że ktoś wymyślił sześcian, bo on był. Został tylko kiedyś przez kogoś dostrzeżony. To zresztą odwieczny dylemat matematyków, którzy dyskutują nad tym, czy oni wymyślają matematykę, czy też ona istnieje bez jakiegokolwiek ich udziału, a oni co najwyżej mogą odkrywać takie czy inne jej elementy.
14 lat zajęło mi dowiedzenie się, że powierzchnia K-dronu jest czasoprzestrzennym modelem równania drgającej struny. Dowiódł tego w 1999 r. wybitny polski matematyk Stanisław Kwapień, wykładający wtedy w USA. Zrozumiałem wówczas, że nie powinno mnie więcej zajmować tłumaczenie i udowadnianie, że K-dron jest i po co on jest. Jakkolwiek by to brzmiało, uznałem, że jestem poniekąd posłannikiem pewnego kształtu, o którym opowiadam. Uważam, że świat może być dzięki niemu odrobinę bogatszy i piękniejszy. Ale już to, co z nim zrobimy, zależy tylko od nas.
Jakie są czy mogą być tego drogi?
– Jest ich cztery. Pierwsza – naukowa. Chodzi o opis oraz pokazanie właściwości przestrzennych i matematycznych, a także powiązań z innymi prawami i właściwościami obiektywnymi. Druga – artystyczna. Wzbogacenie sztuki o nowy kształt, którym poprzez kolejne transformacje można tworzyć wartości estetyczne. Trzecia – aplikacyjna. Chodzi o zastosowania i pokazanie, co z tego mamy. Czwarta – symboliczna lub znaczeniowa. Co nowego możemy opowiedzieć o świecie za pomocą odkrycia.
Pomówmy o zastosowaniach.
– Na początku wymyśliłem 168 zastosowań K-dronu, ale potem powiedziałem sobie: powoli… Pierwszym, najbardziej oczywistym zastosowaniem praktycznym był pustak budowlany o znakomitych właściwościach tłumiących, likwidujących echo i pogłos. Z takich pustaków zbudowano wnętrze studia w Las Vegas, gdzie Christina Aguilera nagrała pierwszy album, sprzedany potem w 12-milionowym nakładzie, chwalony za znakomite brzmienie. Innym przykładem jest K-dronowy globus. Mapa naniesiona na tę formę przedstawia świat plastyczniej niż tradycyjna kula, a taki globus pokazuje inne aspekty. Kiedy Wrocław walczył o Expo 2012, prezydent miasta Rafał Dutkiewicz zamówił K-dronowy globus, za pomocą którego promował zabiegi o tę imprezę, dowodząc specyficznie polskiej unikalności w widzeniu świata. Są też K-dronowe zabawki i gry. Kolejny pomysł to K-dronowa butelka. Okazuje się, że K-dron jest świetną formą do eksponowania kolorowych płynów, tak aby uwydatniać całą gamę barw i odcieni. Fachowcy od produkcji alkoholi uważają, że oferowanie kolorowych wódek w takim opakowaniu może znacznie zwiększyć ich sprzedaż. Robert Gliński i Jarosław Kilian chcą wystawić w Teatrze Powszechnym w Warszawie sztukę dla dzieci „Planeta K-dron. Tajemnica przerwanej podróży”, opowiadającą o bogactwie tej bryły. W Polsce ma się ukazać kolejne, rozszerzone wydanie mojej książki „K-dron, opatentowana nieskończoność”. Z kolei projektantka Barbara Plewińska pracuje nad wykorzystaniem kształtu w kreowaniu mody K-dronowej. Ciekaw jestem, dokąd to dojdzie…
Dodajmy również, że K-dron został opatentowany. Dlaczego?
– Poczułem, że ma wielkie możliwości i nikt czegoś takiego nie wymyślił. Patent był dowodem na pierwszeństwo dostrzeżenia tego „przeoczonego” kształtu.

Wszystko na opak

Wiele twoich prac jest filozoficznym komentarzem do tego, co się dzieje w świecie. Co uważasz za jego najważniejsze problemy? Dokąd on zmierza? Czy jest jakaś siła porządkująca, gwarantująca, że ostatecznym celem jest coś innego niż destrukcja i zagłada?
– Świat jest nieskończony, a nasze problemy biorą się stąd, że nie możemy go poznać. Jeżeli zgodzimy się, że za teraźniejszość odpowiadają nasze zmysły, zdolność bieżącego spostrzegania i analizowania, a za przeszłość – pamięć, zamknięta głównie w dokumentach i historii, łatwo przystaniemy na to, że za przyszłość odpowiada wyobraźnia. Ja odkryłem to, mając 19 lat, i od tamtego czasu postanowiłem ćwiczyć wyobraźnię, zakładając, że pomoże mi to lepiej rozumieć świat. Generalnie wierzę, że ma on swój cel i mądrość. Ludzie muszą do tych wartości dorastać. Oczywiście nie muszą tego robić wszyscy, tylko ci, których taki wysiłek interesuje i pociąga. Jestem pełen podziwu dla tych, którzy chcą być w tym świecie na serio pomiędzy życiem a śmiercią i coś do niego dołożyć, dodać. Dla tych, którzy dobrze rozumieją, że żyją na chwilę, a umierają na wieczność. Świat jak zwykle okaże się najmądrzejszy. Przetrwa wszystkich. Naprawdę nie potrzebuje naszego narzekania i tej bezczelnej pewności, że bez naszej „troski” się rozleci.
Czy Polska interesuje cię na tyle, że chciałbyś porozmawiać o kierunku, w jakim zmierza?
– Oczywiście, że Polska mnie nie tylko interesuje, ale także przejmuje. Jestem jej częścią, niezależnie od tego, gdzie jestem. Polska to ja. Kiedyś zażartowałem z Andrzejem Bliklem na przyjęciu przed wylotem z Warszawy do Nowego Jorku, że wracam do lepszej Polski, bo tam nad nią „panuję”. Tam jest Polska rozpisana na mnie, moją żonę oraz mądrych i atrakcyjnych przyjaciół. Nawet gdy jednego dnia Polska się upije, to następnego zrobi piękny rysunek albo napisze znakomity tekst, odkryje wspaniały kształt. Kiedy jestem w tej prawdziwej Polsce – gubię się. Jest rozpisana na 38 mln indywiduów i ról. Kiedy idę do ludzi z tym swoim nowojorskim, pełnym otwartości i jakiejś naiwnej dobroci uśmiechem i radością w oczach, często słyszę: „A ty co się, k… tak patrzysz? Nie pasuje ci coś?”. Czuję się zagubiony.
Podobno twoje postrzeganie Polski rozwijało się pod wpływem mesjanizmu.
– Na historii filozofii moją wyobraźnię poruszał Józef Maria Hoene-Wroński, polski oficer, filozof, matematyk. 15 sierpnia 1803 r. na przyjęciu w Lille doznał olśnienia, że świat rozwija się po spirali. Rozpoczął się na Dalekim Wschodzie, potem dotarł na Bliski Wschód, kolejno do Grecji, Rzymu, dalej – Francji i Niemiec. Następnym ogniwem w spirali będzie Polska i szerzej Słowiańszczyzna. Uznał, że Polska została wyznaczona do roli mesjasza narodów, że przychodzi jej czas historyczny. Jak wiadomo, potem z Hoene-Wrońskiego czerpali Towiański i Mickiewicz, rozwijając jego mesjanizm.
Dla mnie jako młodego studenta była to nie tyle fascynacja, ile plan intelektualny. Ponadto zgodność z własnymi marzeniami i zamiarami. Uznałem, że Polska ma obowiązek aplikowania do zmieniającej świat klasy cywilizacyjnej wymienionych państw i narodów oraz wzbogacenia jej o siebie. Że powinna im wszystkim podziękować i zrobić, co tylko można, aby ich sobą zachwycić. Powinniśmy jako Polacy mieć na to wilczy apetyt. Jedni drugich w tym wspierać i podnosić. Niestety, robimy wszystko na opak. Kiedy nam mówią: „Skacz!”, nie pytamy: „Jak wysoko?”, tylko „Po co?”. Gdy inny się wybije, uruchamiamy całą energię, aby go zniszczyć. Nie umiemy dodawać samych siebie, a tylko odejmować. To mnie boli i przeszkadza mi. To mnie także, jako Polaka, bardzo przejmuje, bo równocześnie widzę, jak mało jest innych nacji z tak dobrze kombinującymi i inteligentnymi ludźmi. Zsumowanie ich potencjałów mogłoby spowodować jakościowy awans Polski, jakiego w historii nie miała.
Niedawno obroniłeś w Polsce pracę doktorską. Gdzie? Z czego? Po co?
– Dotyczyła oczywiście K-dronu. Napisałem ją pod kierunkiem prof. Janusza Foglera, dziekana Wydziału Sztuki Mediów i Scenografii Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Było to podsumowanie moich długoletnich prac nad bryłą i ujawnienie ich w sztuce. Chciałem także wyrazić, czym K-dron jest dla mnie samego. W konsekwencji – dał mi doktorat na tej prestiżowej uczelni.

Stąd już nie ma dokąd jechać

Powiedz szczerze, co myślisz o polskiej sztuce plastycznej? Czy dostrzegasz w niej nazwiska na miarę twórców lat 70. czy 80.? Jeden ze znanych krytyków europejskich napisał, że poza Opałką, Strzemińskim i Kapustą z jego K-dronem nie widzi postaci, które zaproponowały coś nowego i odkrywczego.
– Tak skonstruowałeś pytanie, że trudno, odpowiadając, nie wyjść na bufona. Jest prawdą, że czeski krytyk, rozpoznawalny w Europie, Jirí Valoch, tak mnie ocenił. Oczywiście to miłe, ale sam obok Opałki i Strzemińskiego bym się nie postawił. Jest jednak prawdą, że polska sztuka plastyczna przeżywa kryzys, prezentuje dość średni poziom i grzeszy jakąś wtórnością. Główny grzech polega na tym, że goni ona i imituje trendy zachodnie, nie jest natomiast w stanie zaproponować niczego własnego, czego by jeszcze nie było. Nie podejmuje się nawet takich prób. Równocześnie polscy odbiorcy i krytycy sztuki plastycznej zachwycają się tym, na ile ktoś udanie naśladuje renomowanych twórców zachodnich. Niedawno byłem na wernisażu, gdzie jeden „artysta” chwalił się, że jako pierwszy w Europie Środkowej zastosował e-mail w sztuce. Gdy go zapytałem: „Dlaczego nie byłeś pierwszy na świecie?”, obraził się. Nie interesują mnie tacy „artyści”.
Rozumiem, że od polskiej szkoły plakatu nie zaproponowaliśmy światu niczego oryginalnego?
– W dużej mierze bym się zgodził. Na Zachodzie, jeśli chcesz funkcjonować w sztuce, musisz podpisywać kilkuletnie kontrakty zmuszające cię do wysiłku twórczego, organizowania nowych wystaw, pokazywania czegoś nowego. Tam musisz mieć zobowiązania. A jaki Polak chce mieć zobowiązania, zwłaszcza artysta? Plakat bardzo dobrze utrafiał w ten typ polskiej mentalności. Szybka mobilizacja, szybka robota, szybki efekt i szybkie pieniądze. I tak do następnego filmu czy przedstawienia, na którego zilustrowanie przyjdzie zamówienie plakatowe. Plakat był naszym narodowym szaleństwem artystycznym. Generował wymyślność, bo był powszechnie obecny na ulicach na skalę niespotykaną nigdzie w świecie. Spełniał także bliskie każdemu artyście aspiracje bycia jak najbliżej odbiorcy. To był taki polski znak firmowy. Równocześnie szybko wyłonił się polski plakatowy Wunderteam, grupa twórców operujących tylko w tej dziedzinie, która stale podkręcała samą siebie i podnosiła poziom. Paradoks polegał na tym, że wraz ze zmianami w Polsce i schyłkiem realsocjalizmu padał państwowy mecenat pozwalający zamawiać rocznie plakaty do 500 filmów i 200 przedstawień teatralnych. Polska szkoła plakatu nie przeżyła systemu, który ją wypielęgnował.
Czy myślisz o powrocie do Polski? Jesteś „chłopakiem spod Koła”. Czy taki powrót byłby zatoczeniem koła życiowego?
– Powiem tak: urodziłem się w Zalesiu, gdzie mieszkało sto osób. Po sześciu latach przenieśliśmy się do Dąbia nad Nerem, gdzie mieszkało półtora tysiąca. W Poznaniu, gdzie chodziłem do liceum plastycznego, było 350 tys. W Warszawie, gdzie studiowałem, było już 1,4 mln. No i wylądowałem w Nowym Jorku, który ma 8,5 mln w granicach miejskich i ponad 17 mln jako metropolia. Stąd już nie ma gdzie jechać. Albo do nieba, albo właśnie wrócić na wieś.
Prawdziwy problem polega także na tym, że w moim poczuciu z Polski nigdy nie wyjechałem. Jest we mnie, a z siebie samego nie wyjedziesz. Nie mam więc o czym myśleć. Równocześ-
nie Nowy Jork jest ogromnie ważny. Kocham to miasto za jego potencję, dynamizm, inteligencję, kulturę, szaleństwo… Długa lista. Bez wątpienia nie umiałbym stąd wyjechać do jakiegokolwiek innego miasta amerykańskiego. Pozostanę zatem w rozkroku między Nowym Jorkiem a Warszawą. To dobra pozycja.

Waldemar Piasecki, Nowy Jork

Wydanie: 21/2012

Kategorie: Kultura

Komentarze

  1. Buniol
    Buniol 21 maja, 2012, 23:18

    Kapusta to rzeczywisty polski sukces. Nic dodać, nic ująć.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy