Chciałbym posklejać pęknięty stół

Chciałbym posklejać pęknięty stół

Czy potrafiłbym zrobić spektakl prowokację? Na razie nie czuję wewnętrznej potrzeby, ale podziwiam tych, którzy to robią

Wawrzyniec Kostrzewski – (ur. 1977) absolwent Akademii Teatralnej i polonistyki UW. Debiutował jako współreżyser „Wyzwolenia” w warszawskim Teatrze Polskim. Związany z Teatrem Dramatycznym m.st. Warszawy, gdzie reżyserował „Cudotwórcę”, „Rzecz o banalności miłości”, „Wszystkich moich synów” i „Wizytę starszej pani”, a także serię widowisk kabaretowych na scenie Przodownik – „Kabaret na Koniec Świata”. Dla Teatru Telewizji zrealizował wielokrotnie nagradzaną „Walizkę” (otrzymała m.in. grand prix festiwalu Dwa Teatry i Nagrodę AICT im. Stefana Treugutta), a ostatnio „Listy z Rosji” według Astolphe’a de Custine’a.

* * *

Na „Walizkę” spadł deszcz nagród, a to bodaj pierwsza pana robota dla telewizji?
– To był mój pierwszy spektakl w Teatrze Telewizji, ale nie pierwszy w ogóle… Pod opieką Macieja Wojtyszki zrobiłem w Akademii Teatralnej spektakl telewizyjny według sztuki Dennisa Kelly’ego ze studentami wydziału aktorskiego. Był to pierwszy w historii AT reżyserski dyplom filmowy, który ma status „półkownika” – problem z prawami autorskimi uniemożliwił emisję w TVP Kultura. Wcześniej, przed reżyserią w AT, skończyłem Akademię Filmu i Telewizji na Chełmskiej, więc już wiedziałem, co to jest kamera.

Pańska nietypowa droga do teatru wiodła przez warszawską polonistykę?
– Na polonistyce skończyłem specjalizację animacja kultury, z której wyłonił się wkrótce Wydział Kulturoznawstwa. Do tego trzy lata studiów filozoficznych. Szukałem swojej drogi, ale bez pośpiechu. Potem pracowałem prawie pięć lat jako nauczyciel.

Nie podobała się panu rola belfra?
– Bardzo mi się podobała. Pracowałem w międzynarodowej szkole amerykańskiej w Konstancinie – jednej z największych w Europie. Dobra i ciekawa praca, zderzenie kultur, języków. Uczyłem tam języka polskiego w gimnazjum i liceum, a także języka polskiego jako obcego. Zawód nauczyciela jest bardzo szlachetny, ale po kilku latach stwierdziłem, że powtarzalność mnie męczy. I poszedłem zdawać na reżyserię. Zaryzykowałem, nie bez wpływu takich ludzi jak Maciej Prus. Rozmowy z nim utwierdziły mnie w przekonaniu, że reżyseria to zawód, który łączy interesujące mnie obszary: literaturę, muzykę, psychologię, pogłębione relacje z ludźmi… Słowo, obraz, myśl, relacja.

Reżyserowi żadna wiedza nie przeszkadza.
– Tak mi się wydaje, ale są różne podejścia. Miałem już podstawy literackie, filozoficzne i zainteresowania w pracy z kamerą. Nie chciałem wyjeżdżać z Warszawy, wybrałem reżyserię teatralną. W końcu mam aktorskie tradycje rodzinne, ale nie myślałem poważnie o zostaniu aktorem.

Mama, Halina Łabonarska, przestrzegała?
– Nie, sam zdawałem sobie sprawę, na czym polega ból, męka zawodu aktorskiego. Nie przypuszczałem w najczarniejszych snach, że zawód reżysera może być pod tym względem dużo gorszy.

Denerwuje się pan za wszystkich aktorów?
– Tak, lubię, żeby wszystko było dopracowane i przygotowane. I ta dbałość o szczegóły przyprawia mnie często o bezsenne noce. Wychodzę też czasem ze swoich premier, ale szybko wracam.

Powiadają, że polonistyka to obciążenie dla reżysera, że inscenizatorzy poloniści mają zawsze skręt literacki. Gorzej im się reżyseruje, bo za dużo myślą o słowach. Jak to jest z panem?
– Może gdyby nie polonistyka, tworzyłbym w tej chwili teatr postdramatyczny, kwestionujący nadrzędność tekstu? Nie myślałem o tym, ale coś w tym jest. Dla mnie tekst jest elementem pierwotnym, od tego zazwyczaj się wychodzi, co nie znaczy, że nie traktuję go później tylko jako pretekstu.

Nabożnie pan do tekstu nie podchodzi. W pańskich przedstawieniach nawet finały są inne. „Wizyta starszej pani” inaczej się kończy u Dürrenmatta niż u pana – demontaż dekoracji bardziej przypomina „Wyzwolenie”.
– Pan tę pracę zauważył, bo zna pan źródło, literaturę.

Też, niestety, jestem polonistą. Mam taki nawyk, że czytam. Chciałem tylko zauważyć, że pan się nie modli do tekstu.
– Słowa traktuję jako inspirację i pretekst. Staram się oczywiście pracować tak, żeby uwzględnić myśl autora. Można robić wszystko z tekstem pierwotnym, ale na pewnym etapie okazuje się, że autora już tam nie ma, a pozostał tylko reżyser lub dramaturg. To nic złego, ale lubię dialog z autorem.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 13/2017, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Kategorie Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy