Tag "Teatr"

Powrót na stronę główną
Kultura Wywiady

Hanka podnosi się z każdego upadku

Historia była wyjątkowo okrutna wobec nas, zwykłych ludzi na Górnym Śląsku

Grażyna Bułka – aktorka teatralna i filmowa związana z Teatrem Śląskim w Katowicach i Teatrem Korez. Trzykrotna laureatka Złotej Maski za najlepszą rolę kobiecą, uhonorowana Złotym Krzyżem Zasługi (2023) oraz Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2017). Hanyska Roku 2016 i Ambasadorka Śląska (2026).

Porozmawiajmy o „Mianujom mie Hanka” Alojzego Lyski. Jak do ciebie trafił ten tekst?
– Mirek Neinert był na gali ogłoszenia wyników konkursu na jednoaktówkę po śląsku w Teatrze Śląskim, chyba w 2015 r. Tam usłyszał fragmenty „Hanki” czytane przez Dariusza Chojnackiego. Od razu wiedział, że to tekst na monodram. Mało tego, czuł, że to, co napisał Alojzy Lysko, może się stać nowym „Cholonkiem”.

W jakim znaczeniu?
– Czuł – i jak widać, się nie mylił – że „Hanka” stanie się w Teatrze Korez kolejnym kamieniem milowym na drodze prezentowania na scenie teatralnej historii Górnego Śląska i życia Ślązaków w sposób szczery, szlachetny i wartościowy. Mirek od dłuższego czasu szukał tekstu napisanego po śląsku, po naszymu, który stanie się godnym następcą „Cholonka”. Niełatwe zadanie.

„Cholonek”, a przede wszystkim wasza realizacja tego tekstu, to majstersztyk. Wysoko podnieśliście poprzeczkę.
– Szalenie. Dlatego stworzenie spektaklu, który oczarowałby widownię teatralną w podobny sposób, to było nie lada wyzwanie. Ale żeby zacząć myśleć o pracy aktorskiej, trzeba najpierw znaleźć tekst, który ma tę moc. W każdym razie Mirek powiedział mi, że jeżeli czekam na coś, co może być po „Cholonku”, to to jest właśnie „Hanka” Lyski.

I jak, miłość od pierwszego wejrzenia?
– Nie znałam tego tekstu, a już zaczęłam kręcić nosem. Głównie dlatego, że nie jestem miłośniczką monodramu.

Trudno to sobie wyobrazić po sukcesie „Mianujom mie Hanka” i liczbie granych przez ciebie spektakli. I to nie był twój pierwszy monodram.
– Owszem, ale ja nigdy nie lubiłam monodramów. (…) Aktorzy generalnie mają parcie na monodram, bo im się wydaje, że kiedy sami odpowiadają za spektakl, to jest im łatwiej, bo na scenie nie zależą od gry innych członków zespołu. A mnie, powtarzam, właśnie najbardziej brakuje partnera do dialogu. Lubię grać z ludźmi, kocham tę sceniczną interakcję. Mirek dosłownie wcisnął mi tekst „Hanki”. Zaczęłam czytać i po paru stronach wiedziałam, że to jest moje, dla mnie i ja tego nie wypuszczę z rąk. Że ta historia jest warta wszelkich poświęceń, że moja niechęć do monodramu jako gatunku scenicznego nie ma tutaj żadnego znaczenia, bo to jest coś po prostu skrojone na mnie i jeżeli tego nie zrobię, będę żałowała do końca życia.

Mirek Neinert podjął się reżyserii spektaklu. Wasze wizje dotyczące tego, jak ten tekst powinien zostać zaadaptowany na potrzeby teatru, jak masz go zagrać, były spójne, czy ścieraliście się w kwestiach reżyserskich?
– Od początku wiedziałam, jak chcę, żeby to wyglądało, bo czułam, w czym tkwi siła tego dramatu. Wizje moja i Mirka pięknie się zespoliły; doskonale wiedzieliśmy, w jakim kierunku mamy podążać, na co zwracać uwagę, gdzie postawić pauzę, a gdzie wykrzyknik. To sprawiło, że praca nad sztuką szła jak po maśle. Zasada była prosta: bierzemy tekst i dokładamy do niego emocje. Ja silnie poczułam ten tekst, bo chociaż on opowiada o czyjejś wyimaginowanej historii, to jest mi niebywale bliski, a co najważniejsze, podobna historia zapewne wydarzyła się w co drugiej śląskiej rodzinie. Poza tym jestem matką dwóch synów, więc kiedy opowiadam, że synowie mojej bohaterki giną na wojnie albo w wybuchu w kopalni, mocno mnie to dotyka. I co z tego, że opowiadam jako Hanka,

Fragmenty rozmowy z książki Grażyny Bułki i Tomasza Kowalskiego Moją siłą jest właśnie to, że jestem stąd, Sonia Draga, Katowice 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Geniusz czy żebrak?

Zabezpieczenie socjalne dla artystów

Ustawy o zabezpieczeniu socjalnym dla artystów jeszcze nie ma, ale już zdobyła niemałą sławę z powodu hejtu w sieci. Nawałnicę inwektyw wywołał szef Konfederacji Sławomir Mentzen, mówiąc: „Słuchajcie, artyści. Wielu z was wypowiada się publicznie, z nieukrywanym poczuciem wyższości, w sprawach, o których nie macie zielonego pojęcia. Do tego z pogardą traktujecie ciężko pracujących i finansujących was ludzi, którzy muszą na was płacić, nawet gdy zarabiają mniej od was. Nie macie do tego żadnych podstaw. Jeśli jesteś aktorem, to znaczy, że umiesz ładnie czytać napisany przez kogoś tekst, potrafisz udawać kogoś, kim nie jesteś, i pajacować na scenie tak, żeby publiczności się podobało. Nie jesteś w niczym lepszy od magazynierów, sprzedawców, kelnerów i rolników. Wiedzę o prawdziwym świecie masz nawet zwykle mniejszą niż oni. Ładnie czytasz z kartki i tyle”.

Kiedy indziej z ust polityka wyrwało się słowo „darmozjady”.

Kij został włożony w mrowisko, w środowisku artystycznym kto tylko mógł, wyraził oburzenie. Wysłuchanie publiczne w sejmowej Komisji Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Środków Przekazu było kontynuacją dawania odporu słowom polityka, który akurat nie należy do osób często widzianych w teatrze,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Przełomy i samotna aktorka

46. Warszawskie Spotkania Teatralne miały kłuć, proponując teatr, który nie pozostawia widza obojętnym

Na afiszu znalazło się 16 spektakli, w tym kilka zagranicznych i dwa studenckie. Wszystkim towarzyszyło hasło „Przełomy” sugerujące, że mamy do czynienia z teatrem, który inspiruje zmiany w otaczającym nas świecie.

Program WST zawsze budowany był z tego, co proponują teatry, więc siłą rzeczy był lustrzanym odbiciem tego, co widać na scenach. Czerwcowa 46. edycja ukazała teatr silnie zakotwiczony we współczesności, który jednak źródeł bieżących konfliktów i niepokojów poszukuje w przeszłości, często nierozliczonej, nieprzepracowanej i niezrozumianej. Prawie wszystkie spektakle odnosiły się do wydarzeń sprzed lat, tylko jeden, „Pokój”, wybiegał horyzontem czasowym w przyszłość. Wszystkie zarazem, niezależnie od tego, czy ich kanwą były dawne wydarzenia, czy toczyły się w czasie niedookreślonym albo przyszłym, czy to w Argentynie, czy w Niemczech, czy w Polsce, silnie rezonowały ze światem zza okien. Spotkania potwierdziły, że teatr czuje puls współczesności i potrafi nadać temu odczuciu oryginalny rys formalny. Jak tego dokonuje?

Po pierwsze, stawia pytanie, kim był i kim jest artysta

Jak w „Piramidzie zwierząt” Michała Borczucha (Narodowy Stary Teatr), nawiązującej tytułem do słynnej pracy dyplomowej Katarzyny Kozyry, instalacji z wypchanych ciał zwierząt: konia, psa, kota i koguta. Artystkę zainspirowała baśń braci Grimm „Muzykanci z Bremy”, a jej przesłaniem był zakodowany w pracy protest przeciw zabijaniu i towarzyszącej zabijaniu hipokryzji. Zrozumiano ją opacznie. Gwałtowne protesty, które towarzyszyły udostępnieniu tej pracy wraz z zapisem wideo zabijania konia przeznaczonego do wypchania, stały się klinicznym dowodem zakłamania w podejściu do zabijania zwierząt.

O tym opowiada spektakl, szerzej ukazujący artystów wyrosłych głównie w kręgu pracowni rzeźby prof. Grzegorza Kowalskiego w warszawskiej ASP. Borczuch wyraźnie sięga do „Factory 2” Krystiana Lupy, opowieści o nowojorskiej bohemie, wystawianej w tym samym Narodowym Starym Teatrze (2008).

Pojawia się w „Piramidzie zwierząt” m.in. Zbigniew Libera, guru sztuki krytycznej, którego zdanie „artysta nie może być odpowiedzialny” mogłoby stanowić podtytuł tego przedstawienia o roli sztuki w świecie współczesnym (czasem ukazywanej też w krzywym zwierciadle, z przekąsem). Przy czym wbrew pozorom spory o granice wolności artystycznej wcale nie ustały, a strofowanie niegrzecznych artystów weszło w krew nie tylko krytykom, ale i politykom.

Spektakl należy do najlepszych realizacji Borczucha, najbardziej domyślanych w warstwie wizualnej (wymowna transmisja z podróży pociągiem z Krakowa do Trójmiasta wsysa widza w rytm tej opowieści), precyzyjnie skonstruowanych. Czasem irytujący powolny bieg akcji ma swoje istotne walory – pozwala na dystans i refleksję. Aktorskie dopracowanie rysunku postaci i sytuacji oraz wyraźne oddanie rolom (szczególnie zwraca uwagę otwierający spektakl przeszło półgodzinny monolog Małgorzaty Zawadzkiej w roli Katarzyny Kozyry) dodaje całości smaku. Przy czym wcale nie trzeba głęboko orientować się w hierarchiach i zjawiskach sztuki współczesnej, aby odczuć sugestywnie odtworzony klimat lat 90. i niebudzącą wątpliwości deklarację teatru i reżysera, że szuka pozbawiona wolności karleje,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Powrót do maczugi

Kamil Białaszek za pomocą „Hamleta” demaskuje pokolenie Z

Stanisław Wyspiański, projektując inscenizację „Hamleta”, napisał znamienne słowa: „W Polsce zagadką »Hamleta« jest to: co jest w Polsce – do myślenia”. To zdanie stało się kluczem interpretacyjnym dla Andrzeja Żurowskiego, który, uznawszy, że Szekspir jest najbardziej polskim dramaturgiem, głosił, iż w Polsce zagadką Szekspira jest to, co jest w Polsce do myślenia. W ten sposób, rozszerzając tezę Wyspiańskiego, dowodził, jak w kolejnych inscenizacjach, szczególnie w XX w. i dzisiaj, odzwierciedlają się polskie dylematy, rozterki, dążenia.

I rzeczywiście, kiedy śledzi się fale zainteresowania polskich reżyserów dziełami Szekspira, nietrudno zauważyć, że przypływy (i odpływy) wzięcia niektórych tytułów mówią coś więcej o świecie społecznym niż sam wzrost zaciekawienia takim czy innym dramatem. I to niezależnie od intencji twórców. 20 lat temu tragedią, która wyszła na czoło inscenizacji szekspirowskich, okazał się „Makbet”, swego rodzaju komentarz zawieruchy dziejowej, jaką była polska transformacja ustrojowa.

Rzecz jasna, był to komentarz symboliczny, a nie bezpośredni. Świat w szekspirowskim „Makbecie” bowiem to koszmar absurdu. To świat, w którym z dnia na dzień można się stać nie tylko mordercą, ale i człowiekiem o rozdwojonym języku: oficjalnym, reprezentowanym wobec innych,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Mono w językach obcych

Teatr jednego aktora wraca do Krakowa

Niemiecki krytyk Dieter Topp po obejrzeniu „Pana Tadeusza” na Krakow Fest 2026, Międzynarodowym Festiwalu Monodramu, nazwał wykonawcę, Mateusza Nowaka, królem polskiego monodramu. Porównał jego pozycję w polskim teatrze jednego aktora do pozycji króla monodramu brytyjskiego, którym w jego przekonaniu jest Pip Utton. To coś więcej niż komplement, bo oznacza, że epos Adama Mickiewicza przemówił do krytyka, który nie zna języka polskiego, a mimo to odczuł jego urodę.

Nie pokrzepiamy serc

Mateusz Nowak występował w Krakowie poza konkursem jako jeden z dzisiejszych majstrów gatunku. Do pozycji mistrzowskiej szedł z ruchu amatorskiego, debiutując monodramem „Teatralność” (2011), za który podczas toruńskiego festiwalu teatrów jednego aktora został nagrodzony Szczeblem do Kariery. Nagrodę tę zainicjował i wylansował Wiesław Geras, dyrektor najważniejszych festiwali monodramu, starając się za jej pośrednictwem wydobywać z cienia najbardziej obiecujące talenty objawiające się w ruchu teatrów jednego aktora.

Zanim Nowak zdecydował się na debiut w teatrze jednoosobowym, przez kilkanaście lat brał udział w konkursach recytatorskich, zbierając na nich kilkadziesiąt nagród. Kiedy był już gotów, razem ze Stanisławem Miedziewskim, reżyserem i współscenarzystą wszystkich jego monodramów, przygotował „Teatralność”.

Po debiucie kolejnymi monodramami potwierdził swoje dyspozycje aktorskie w tym specyficznym gatunku, zdobywając liczne laury na międzynarodowych festiwalach, szczególnie za głośny spektakl „Od przodu i od tyłu” według książki Karola Zbyszewskiego pod tym samym tytułem, ukazującej proces rozpadu szlacheckiej Rzeczypospolitej. To opowieść o polskich omamieniach, prywacie, korupcji, bigoterii i krótkowzroczności, która ma nie tylko walor pouczającej lekcji historii. Unosi się nad nią duch Gombrowicza z jego krytycznym, groteskowym ujęciem polskości.

Podobną aurę tworzy Nowak w monodramie według „Pana Tadeusza”, który wcale nie jest miłą gawędą ku pokrzepieniu serc, jak mogłoby się wydawać; zawiera sporo akcentów o gorzkiej wymowie, dalekich od radosnego delektowania się przeszłością. Scenariusz został zamknięty ramami epopei: od inwokacji do epilogu, choć wiele wątków siłą rzeczy zostało pominiętych, jak choćby malownicze grzybobranie, barwny obraz zaścianka, zajazd i bitwa czy dramatyczna spowiedź Jacka Soplicy. Podobnie rzecz się ma z postaciami, nawet tak soczystymi jak Gerwazy czy Jacek Soplica vel ksiądz Robak, dla których niemal nie starczyło miejsca.

W głównych rolach obsadzone zostały inne postacie, które kolorową kreską maluje Mateusz Nowak: Telimena, Zosia oraz Pan Tadeusz, Sędzia, Wojski i Jankiel. Historia tak skomponowana wysunęła na plan pierwszy starcie między Polską odchodzącą, sklerotyczną krainą

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Teatr Wielki jeszcze większy, nowocześniejszy i dostępniejszy

Boris Kudlička oficjalnie zaprezentował nowy sezon narodowej sceny operowej. Choć formalnie kieruje największą kubaturą teatralną w Europie od 1 września 2025 r., do tej pory spektakle Teatru Wielkiego-Opery Narodowej w Warszawie były realizacją planów jego poprzednika, Waldemara Dąbrowskiego. Dopiero teraz dyrektor Kudlička mógł ogłosić, jak będzie wyglądał kolejny sezon, oddający jego własną koncepcję. Tę zaś stworzył z mającymi pewną autonomię artystyczną zastępcami: nowym dyrektorem muzycznym Yoelem Gamzou oraz dyrektorem artystycznym Polskiego Baletu Narodowego Krzysztofem Pastorem.

Hasłem sezonu są Nowe Przestrzenie Sztuki. Osoba Yoela Gamzou, amerykańsko-izraelskiego dyrygenta i kompozytora, pasuje do tej koncepcji, ponieważ artysta wykracza w pracy poza granice tradycyjnego wykonawstwa muzyki. Mimo młodego wieku zyskał znaczne uznanie międzynarodowe, a jego nienasycona ciekawość nowej twórczości muzycznej i bezwarunkowe zaangażowanie w dialog z nowymi odbiorcami pozwalają mieć nadzieję na wprowadzenie niebanalnych trendów do naszej opery.

Znany jest także zastępca dyrektora artystycznego Piotr Jaworski, młody polski dyrygent, również z zagranicznym dorobkiem. Warto dodać, że dotychczasowy dyrektor muzyczny TW-ON Patrick Fournillier też będzie uwzględniony w niektórych pozycjach nowego repertuaru.

Jednym z zarzutów dotyczących funkcjonowania tej ogromnej instytucji artystycznej, mającej ponad 1 tys. pracowników, było odejście od teatru typu repertuarowego, ze stałym zespołem śpiewaków, utrzymującego na afiszu po kilka oper granych na zmianę, a jednocześnie pracującego nad kolejnymi premierami, na rzecz formuły teatru impresaryjnego. Spektakle tworzone są

we współpracy z zapraszanymi do nich zewnętrznymi artystami, a po kilku wystawieniach schodzą z afisza i potencjalni widzowie muszą się obejść smakiem.

Nowy sezon TW-ON rysuje się jednak bogato i różnorodnie, zapowiadając sporo zmian ilościowych i jakościowych. Gdy spojrzymy na kalendarz imprez odbywających się w tym okazałym gmachu, stwierdzimy, że nie ma tutaj przestojów. Choć sezon zaczyna się dopiero 12 września, do końca

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Teatr objaśnia (?) nam świat

Jak opowiedzieć o tym, czego nie wiemy

Od dawna uważa się, może czasem na wyrost, że teatr jest czułym sejsmografem zmian społecznych, politycznych i kulturowych. W warszawskich teatrach na afiszu pojawiło się ostatnio kilka przedstawień, które próbują objaśniać nam świat.

Mowa o dwóch kameralnych spektaklach: w Teatrze Narodowym na scenie Studio „Mężczyźni objaśniają mi świat” (reż. Klaudia Gębska) i na małej scenie Teatru Dramatycznego „Jubileusz” (reż. Maciej Jaszczyński), a także o zrealizowanym z wielkim rozmachem „Requiem dla snu” (reż. Jakub Skrzywanek) Teatru Studio w koprodukcji ze Starym Teatrem w Krakowie.

O inscenizacji w Narodowym zrobiło się głośno za sprawą sporu w gronie feministek i feministów o to, czy jej twórcom wolno było przypisać Rebecce Solnit autorstwo tego spektaklu (tak stoi na afiszu), a zwłaszcza uczynić z jednej z głównych bohaterek – postaci o imieniu Rebecca, wyraziście granej przez Aleksandrę Justę – osobę nie w każdym calu sympatyczną, chwilami apodyktyczną i przywodzącą na myśl tytułowych mężczyzn, co świat objaśniają. Ten psikus scenarzysty zrobił sporo zamieszania, pozwalając na odrobinę dystansu do feminizmu, który nie musi wyrażać się wyłącznie nieskazitelną walką i bezwzględną słusznością.

Femipolemika nie rozgrzała jednak do czerwoności widowni, aczkolwiek ta spektakl przyjęła dobrze, mimo jego mankamentów. Uczestniczący w środowiskowej polemice nie wzięli pod uwagę tego, że spora część ewentualnych obserwatorów ich sporu, jak również widzów, nie miała pojęcia o istnieniu Rebekki Solnit.

Myśl główna scenariusza autorstwa Mariusza Gołosza, wywiedziona z felietonistyki Solnit, znalazła w przedstawieniu wyraz – idzie o wciąż obecne lekceważenie osiągnięć i kompetencji kobiet, objawiające się w codziennym umniejszaniu i poniżaniu. Mężczyznom przychodzi to z łatwością, mimo długotrwałej edukacji i przestróg. Solnit, amerykańska feministka, opisała ten mechanizm przed wieloma laty. Nie było to epokowe odkrycie, bo charakterystyczne „co ty tam wiesz”, kierowane do córek, sióstr, żon, matek i koleżanek z pracy, było wówczas rozpowszechnione. I nadal daje się słyszeć. Z tego punktu widzenia skromny spektakl ma poważną zasługę edukacyjną. A przy tym wnosi powiew optymizmu.

Z fantasy i political fiction wywodzi się z kolei „Jubileusz”, spektakl dyplomowy Macieja Jaszczyńskiego. Oparty został na scenariuszu dość przeciętnego filmu Dereka Jarmana o przeniesieniu królowej Elżbiety I w czasie – w epokę punk rocka. To rodzaj fantazyjnej inspekcji dokonywanej w towarzystwie Ariela,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Wszechświat zamknięty w dwóch godzinach

Scenariusz i aktor – to punkt wyjścia do tworzenia opowieści. Reszta to budowanie atmosfery

Jan Holoubek  (ur. w 1978 r.) – absolwent wydziału operatorskiego łódzkiej Filmówki (2001). Autor zdjęć do filmów m.in. Juliusza Machulskiego, Krzysztofa Zanussiego i Jerzego Stuhra. Jako reżyser debiutował dokumentem „Słońce i cień” (2007) o Gustawie Holoubku. Po kilkunastu latach na planie w roli operatora zaliczył głośny pełnometrażowy debiut reżyserski „Sprawa Tomka Komendy” (2020); obraz ten przyniósł mu nagrodę na 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zasłynął jako reżyser głośnych seriali: „Rojst” (2018), „Wielka woda” (2022) i „Heweliusz” (2025). W ubiegłym roku zadebiutował jako reżyser w Teatrze Telewizji sztuką Maxa Frischa „Biedermann i podpalacze” z Andrzejem Sewerynem w roli głównej. Za ten spektakl wyróżniony został Nagrodą im. Stefana Treugutta polskiej sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyki Teatralnej.

Jan Holoubek o kręceniu filmów

Robienie filmów to tworzenie nowej rzeczywistości. To jest cudowne. Bo możesz uciec od zwyczajności i codzienności. Masz możliwość stworzenia własnego świata. Alternatywy dla tego, co widzisz za oknem. To czysta, dziecięca radość, jak wtedy, gdy budowałeś domy z piasku i ulice z klocków Lego. Tworzysz świat, rządzisz jego prawami. Dajesz i odbierasz życie swoim bohaterom, kierujesz ich losem. Jasne, czasem film ma misję. Może coś zmieniać, wpływać na rzeczywistość. Ale na samym dnie potrzeby tworzenia jest jedno: chęć pokazania ludziom własnej wizji świata.
Jan Holoubek, Cezary Łazarewicz, Między światłem a cieniem, Agora, Warszawa 2025

 

Spadł na pana ostatnio deszcz nagród, zwłaszcza za podziwianego „Heweliusza”. Został pan również laureatem Nagrody im. Stefana Treugutta, przyznawanej przez krytyków za wybitne osiągnięcia w Teatrze Telewizji, za spektakl „Biedermann i podpalacze”. Zaskoczyło to pana?
– Jestem niezwykle zaskoczony tą prestiżową nagrodą i uznaniem, że to ja, człowiek właściwie niezwiązany z teatrem, raczej uciekający od teatru i unikający go, mogłem się sprawdzić w tej dziedzinie. I jakoś mi to wyszło.

Pisano, że to właściwie pański debiut w Teatrze Telewizji, choć wcześniej bywał pan operatorem spektakli telewizyjnych, a więc już się pan otrzaskał z warsztatem telewizyjnego teatru.
– Traktuję „Biedermanna…” jako debiut w Teatrze TVP, bo jednak praca jako autora zdjęć to inna materia niż reżyseria. To było dla mnie bardzo pouczające doświadczenie. Zupełnie nowe. Inne od tego w teatrze żywego planu, gdzie najwięcej zdarza się podczas prób stolikowych, kiedy szuka się dopiero klucza interpretacyjnego. Tak więc było to wejście w nową dla mnie materię.

Dlaczego sięgnął pan po tekst Maxa Frischa, opowieść metaforę o konformiście, który sam podaje zapałki podpalaczom swojego domu?
– Mogę tylko powiedzieć, że jestem ogromnym szczęściarzem, bo zafrapował mnie ten tekst, który trafił do mnie z redakcji Teatru TVP. To nie jest tak, że sam ten tekst znalazłem; dostałem trzy teksty do wyboru. W przypadku pozostałych nie byłem w stanie przebrnąć przez pierwsze trzy strony. A tekst Frischa od razu mnie zaskoczył,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Nieczułe miejsca straceń

Kiedyś to było. Była np. „Gazeta” kupowana każdego dnia dla higieny umysłu, od niej dzień się zaczynał, bez „Gazety” i kawy myśli miałem nieostre, dopóki sobie nie pobrudziłem palców farbą drukarską przy porannej lekturze, nie zasiadałem do roboty umysłowej. Była „Gazeta” towarzyszką wierną przez jakieś ćwierć wieku, jej dodatki cieszyły oko i syciły mózg, nawet się do niej pisywało okazjonalnie, potem pisało się regularnie przez

10 lat o sporcie, aż w końcu zaczęło się czytać rzadziej i pisać się przestało, bo „Gazeta” chudła od masowych zwolnień, traciła na jakości, aż w końcu zostało się z magazynem weekendowym, kupowanym z niejaką jeszcze nadzieją na intelektualną zwartość, a nadto z zabawnego powodu oszukania czasu, bo w moim regionie sobotnie wydanie było dostępne już w piątki.

Ostatnio zostało się już właściwie tylko z „Książkami”, krytyczno-literackim dwumiesięcznikiem najwyższej próby, od początku redagowanym przez znajomych i cenionych dziennikarzy, z jednym w dodatku pogrywało się na orlikach w gałę.

I oto doszły mnie wieści hiobowe – Łukasz Grzymisławski i Juliusz Kurkiewicz ofiarami kolejnej fali masowych zwolnień. Kiedy słyszę o masowych zwolnieniach, to jakbym słyszał o zbiorowych egzekucjach, nie umiem odgonić tej myśli: „W ramach rozstrzelań grupowych w Agorze stracono 115 osób, w tym 56 w spółce Wyborcza”. To tam ktoś jeszcze w ogóle został? Czy tylko ej-aje i studenci stażyści, co to będą pisać za samo ubezpieczenie i prestiż?

Zawsze się w takich chwilach utwierdzam w słuszności obranej drogi zawodowej, bo choć od statusu bezdomnego dzieli mnie jeden kaprys losu, a do końca miesiąca prawie nigdy nie dociągam bez pożyczki, żaden biznesmenel nie może mnie zwolnić. I niby to płyną obietnice,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Budować alternatywę

Teatr obywatelski musi wychodzić poza „własną bańkę” i rozmawiać z widzem

Bartosz Szydłowski – dyrektor Teatru Łaźnia Nowa w Nowej Hucie

Skąd się wziął Teatr Łaźnia Nowa?
– Na początku nawet nie nazywaliśmy się teatrem. Łaźnia Nowa miała intrygować miejscem, zapraszać do wspólnego opowiadania historii. Nie chcieliśmy być postrzegani jak statek kosmiczny, który wylądował w Nowej Hucie z gotowymi propozycjami i narzuca własne narracje. Przez dekady Nowa Huta doświadczała właśnie tego: zewnętrznych opowieści narzucanych jej z góry. Najpierw w czasach „komuny”, potem w okresie Solidarności, która przyniosła rok 1989. Dla wielu mieszkańców czas przemian okazał się rozczarowaniem. Rękami tych ludzi wywalczono wolność, a już na początku lat 90. dzielnica została praktycznie sprzedana. Kilkadziesiąt tysięcy osób straciło pracę i nikt nie przeprowadził tej społecznej traumy w sposób właściwy. Bo to, że takie działanie miało podstawy ekonomiczne, być może jest zgodne z prawdą, ale tych ludzi zwyczajnie pozostawiono samym sobie. Została rana społeczna, która po 20-30 latach kończy się głosowaniem na radykałów, bo zrodziła się z żalu, niezrozumienia i odrzucenia. Tę ranę trzeba zabliźnić. Łaźnia m.in. po to powstawała.

A sama nazwa? Łaźnia – wzięta z historii, czyli od przestrzeni na krakowskim Kazimierzu.
– Pierwszą siedzibą Łaźni była dawna mykwa, żydowska łaźnia rytualna, przy Paulińskiej 28 na Kazimierzu. To było wspaniałe miejsce. Znalazłem je na drugim roku reżyserii razem z żoną, która dostała od miasta lokal na potrzeby stworzenia pracowni, kiedy obroniła dyplom z wyróżnieniem na krakowskiej ASP. Dostaliśmy kompletnie zniszczoną przestrzeń; aby ją wyremontować, sprzedaliśmy naszą garsonierę. Pewnego dnia zszedłem do piwnicy w poszukiwaniu połączeń rur kanalizacyjnych i znalazłem się w dawnej łaźni pokrytej płytkami. Stanąłem pośrodku tej zdegradowanej przestrzeni i zobaczyłem w niej teatr.

W latach 1994-2004 udało nam się z Małgosią stworzyć na Paulińskiej oazę kultury, tygiel młodej krakowskiej sceny niezależnej. Odbywały się tam m.in. egzaminy studentów reżyserii, spektakle teatralne, koncerty, pokazy filmów, akcje performatywne, no i legendarne imprezy. Bywali u nas najważniejsi twórcy teatralni, pisarze, filozofowie, muzycy. To miejsce tętniło energią, nienasyceniem, jak młoda, dopiero rodząca się wolna Polska.

Mrożek się z wami zaprzyjaźnił.
– To była bardzo ważna znajomość, bo dość szybko z widza oglądającego łaźniowe spektakle Sławomir Mrożek stał się naszym patronem. Obchodził u nas 70. urodziny. Dlatego potem pojawił się inwestor, dzięki któremu zrobiliśmy bar i weszliśmy medialnie w obieg ogólnopolski. Łaźnia dała impuls do zmiany Kazimierza. Na początku lat 90. był tylko Singer – i właśnie Łaźnia. Z czasem Kazimierz stawał się coraz modniejszy. Kiedy kończyliśmy tu działalność w 2004 r., był wielkim nocnym klubem, do którego ściągały setki ludzi. O tym, co się działo na Paulińskiej, można byłoby napisać książkę.

Właśnie zaczął pan pisać nowy rozdział: Teatr Obywatelski też w jakimś sensie pojawił się przypadkiem, bo natknął się pan na książkę będącą zapisem procesu Niewiadomskiego, zabójcy prezydenta Narutowicza.
– Znalazłem ją półtora roku czy dwa lata temu. Wiedziałem, że trafiłem na żyłę złota, ale odłożyłem ten dokument procesowy na półkę. Kiedy przesunął się termin premiery „Czekając na barbarzyńców”, inspirowanej powieścią J.M. Coetzeego, zacząłem uważniej przyglądać się sprawie Niewiadomskiego. Okazało się, że niezwykle rezonuje z dzisiejszą Polską – z polaryzacją i negatywną emocjonalnością w życiu publicznym. No i tym globalnym uświęcaniem oszołomów i radykałów. Pojawiała się we mnie idea teatru obywatelskiego. Fundamentalne pojęcia, które zbudowały nową „polskość” po 1989 r., nie są emocjonalnie zakorzenione, nie uruchamiają wyobraźni społecznej. Tolerancja i otwartość to dzisiaj martwe pojęcia, które z kluczy do naszych serc stały się zaledwie wytrychami.

Może trzeba szukać nowych kluczy?
– Nie potrafiliśmy opowiedzieć nic pozytywnego ani pogłębionego o Polsce przemian. Jeśli już ktoś się brał do tematu, to jedynie krytykował kapitalizm, ale zwykle z dość banalnej perspektywy, że zły, że chciwość… że same błędy, że Balcerowicz musi odejść. Teatr komentuje ten czas jakoś gorzej nawet niż „Psy” Pasikowskiego. Może warto przyjrzeć się na nowo temu okresowi, zastanowić się nad motywacjami, nadziejami, komplikacjami, które rzucą światło zrozumienia, a nie będą zbijaniem kapitału jednej agendy polityczno-ideologicznej. Chciałbym,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.