Zbrodniarze i panny

Zbrodniarze i panny

Kiedy czytam powieść kryminalną, szukam wartości dodanej: obyczaju, kolorytu regionalnego i pomysłowo szurniętego mordercy

Co mnie obchodzi, kto zabił? Kiedy czytam powieść kryminalną, szukam wartości dodanej: obyczaju, kolorytu regionalnego, pomysłowo szurniętego mordercy.

Na przykład Miłoszewski ostatnią powieść „Gniew” oparł na schemacie: funkcjonariusz z miłości do prawa przekracza prawo. Było sto razy! Nie warto brać książki do ręki, żeby po 300 stronach dojść do takiej konkluzji. Chyba że dzięki powieści wiem już, ile jezior mieści się w granicach Olsztyna. Bezcenne!

Z tym że największym – Krajewskiemu, Miłoszewskiemu, Wrońskiemu – dyszy już w kark wcale liczna konkurencja. Tworzy się mocna druga linia polskiego kryminału.

Czubaj jako taki

Autorów jest legion. Akurat jednak pojawiły się billboardy zachwalające „Piątego beatlesa” Mariusza Czubaja i wiszą jak kraj długi i szeroki. Wydarzenie? Niekoniecznie. Ale nowy Czubaj prezentuje niezłą średnią krajową i dlatego warto go wypunktować.

Ot, pielęgnuje starą tradycję czarnego kryminału, który rutynowo mieścił ze dwa tuziny bezcennych mądrości życiowych. Czytamy więc: „Przyjaciele nie zadają pytań, na które nie ma dobrej odpowiedzi”. Albo: „Żeby zachować człowieczeństwo, trzeba czasem stracić duszę”. Philip Marlowe pociąłby się z zazdrości. I jakże trafna maksyma: „Lepiej umrzeć jak Beatlesi, niż żyć jak Budka Suflera”. Ale na to Marlowe już by nie wpadł.

Jak większość autorów Czubaj nie rezygnuje z gotowców. Należy do nich teza, że jak ktoś stał się bogaty w III RP, to koniecznie musiał się nakraść w dobie transformacji. I samograj: dziennikarki to idiotki i pijaczki. Ale Czubaj ma etat w tej branży, więc pewnie wie, o czym pisze.

Jak wielu autorów ma oko do regionalnego detalu. Śląsk w dobie mistrzostw w piłkę kopaną: „Tworzyli w oknach i na balkonach futbolowe ołtarzyki, pełne flag, szalików i reprezentacyjnych gadżetów. Karolak, sąsiad, który mieszkał piętro niżej, ustawił na balkonie coś w rodzaju kukły piłkarza. Wypchana pakułami reprezentacyjna koszulka i piłka w miejscu głowy. Karolakowie nawet papieża tak nie witali”.

Czubaj jest też na bieżąco w przemianach obyczaju. Jeden z policjantów uprawia „Grę w Serduszko” tego dnia, kiedy dzieciaki zbierają do puszek na Wielką Orkiestrę. „Wiesz, na czym polega? Wychodzę na Trakt Królewski i przez dwie godziny idę tak, by nie dać się złapać i przypiąć sobie tego cholernego czerwonego serduszka. Watahy wolontariuszy. Obława jak za okupacji. I nie daj się złapać. Wiesz, jakie to trudne?”.

Albo scenka ze sklepiku osiedlowego: „– Pierwsze śniadanie – powiedział mężczyzna stojący przed nim w kolejce. Sprzedawczyni postawiła na ladzie małpkę z cytrynówką. – I drugie też – mruknął. Kobieta odwróciła się, zdjęła z półki butelkę grejpfrutówki i paczkę viceroyów. Cytryna, grejpfrut, witaminki. Typ pijącego na sportowo”.

Jego policyjny profiler – jak wielu pokrewnych śledczych – postarzał się przedwcześnie, z kobietami słabo mu się układa, popija, w domu ma wieczny burdel. Ciągle słucha Zeppelinów, Yardbirdsów, Planta, choć zazwyczaj wyrasta się z tego gdzieś tak w okolicach trzydziestki.

I problem: dla kogo to pisać? Historia kręci się wokół legendy Beatlesów. 60-latkom jeszcze coś mówi okładka płyty „Abbey Road” z 1969 r. Im też nie trzeba wyjaśniać, kto to był Adam Słodowy, i Czubaj tego nie robi. Ale ze strony na stronę traci pewność, co może być oczywiste, a co wymaga przypisu. Przypomina, że Chan, karateka z drewnianą ręką, jest z filmu „Wejście smoka”. Paragon to postać z peerelowskiego serialu dla młodzieży. Marchwicki to najgłośniejszy seryjny morderca Polski Ludowej. Zgoda – młodsi mogą nie zajarzyć. Ale do jakiej grupy wiekowej adresowane jest objaśnienie, że „Barka” była ulubioną piosenką naszego papieża? Albo gdzie jest w Warszawie Dworzec Centralny? No i znajdzie się coś, co należałoby objaśnić z kolei Czubajowi. Sylvester Stallone to jednak się pisze przez dwa l.

W końcu Czubaj – co jest niemal normą – pogrywa z czytelnikiem nie całkiem fair. Prowadzi opowieść z punktu widzenia policyjnego profilera i czytelnik powinien wiedzieć dokładnie tyle, ile śledczy na danym etapie. A tu – ni z gruchy, ni z pietruchy – w fabułę wskakuje rozdzialik opowiadany nie wiadomo przez kogo, który podpowiada, kto jest zabójcą. Choć z potwierdzeniem trzeba czekać do ostatnich stron. Nieładnie!

Strony: 1 2 3

Wydanie: 26/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy