Pandemia czytelnictwa

Pandemia czytelnictwa

Jeśli wierzyć suchym danym, ubiegły rok dla sprzedawców książek nie był taki zły

Z pierwszymi dniami wiosennego lockdownu często przychodziła myśl, co zrobić z tym czasem. Niekoniecznie zupełnie wolnym, ale przynajmniej na chwilę pozbawionym stałego rytmu, rygoru, sztywnego planu. Zwłaszcza osobom, które nie musiały nagle zamienić domu w biuro, szkołę i restaurację jednocześnie, początek społecznej izolacji mógł się wydać wymarzonym momentem na powiększanie tego, co francuski socjolog Pierre Bourdieu nazwał kapitałem kulturowym. Można więc było pochłaniać nowe i stare produkcje filmowe, zapisywać się na wirtualne zwiedzania muzeów, ale przede wszystkim czytać. Pozycje stare, wiecznie odkładane na później, te od wielu lat niedokończone, ale też nowości wydawnicze wszelkiego rodzaju. Im dłużej trwała izolacja, tym czytanych w jej trakcie książek bywało coraz więcej. Niektórzy czytali je, bo mogli, a pandemia niespecjalnie naruszała ich spokój ducha i stan posiadania, inni – bo były ucieczką od stresu nowej codzienności i niepewności jutra.

Ze wstępnych badań przeprowadzonych przez zespół literaturoznawców z Aston University w Wielkiej Brytanii wynika jednak, że w czytelnictwie – podobnie jak w innych obszarach życia – zamiast wielkiego wyrównania pandemia przyniosła pogłębienie dysproporcji. Innymi słowy ci, którzy czytali sporo przed wybuchem zarazy, najprawdopodobniej częstotliwość sięgania po książki w 2020 r. jeszcze zwiększyli. Tych z kolei, którym do książek było daleko, koronawirus do nich nie zbliżył. Podobne wnioski płyną z badań dotyczących innych krajów: Włoch, Stanów Zjednoczonych, Francji, także Polski. COVID-19 dał okazję do powiększenia kapitału kulturowego i pochwalenia się nim – aż 65% uczestników badania przeczytane książki omawiało ze znajomymi – lecz społecznej rewolucji nie przyniósł.

Po drugiej stronie tego równania byli sprzedawcy książek, prawdopodobnie wcale nie tak optymistycznie nastawieni do „nowej normalności”, jak szybko ochrzczono świat w czasie pandemii. Pozamykane centra handlowe, ograniczenia dla często sprzedających również książki kawiarni czy punktów gastronomicznych, przeniesienie praktycznie całego handlu do internetu – wszystko to spowodowało, że przyszłość raczej nie napawała optymizmem. W dodatku reżim sanitarny miał przełożenie nie tylko na sprzedaż, ale i na, mówiąc językiem przemysłu, „produkcję książek”. Autorzy, zwłaszcza pozycji z literatury faktu (w tym piszący te słowa), uziemieni przez restrykcje dotyczące podróży, nierzadko musieli daty swoich publikacji zmieniać na znacznie późniejsze. Do tego dochodziły problemy z dystrybucją, konieczność wymyślenia czasem całkowicie na nowo strategii promocyjnych i wreszcie brak możliwości zapewnienia czytelnikom fizycznego kontaktu z autorami. Wszak spotkania z pisarzami, jak wszystkie inne, odbywały się w minionym roku niemal wyłącznie w przestrzeni cyfrowej. Mimo to branża wytrzymała burzliwe 12 miesięcy. A w wielu przypadkach zakończyła je ze sporym zyskiem.

Przy okazji analizy danych dotyczących sprzedaży książek w poszczególnych krajach w roku zdominowanym przez koronawirusa należy już na wstępie zastrzec, że nawet jeśli wskaźniki wyglądają jednoznacznie optymistycznie, nie należy ich za takie uznawać. Statystyki pokazują bowiem sytuację w sektorze ogółem, a ten bywa zdominowany przez wielkie sieci handlowe, które oprócz książek sprzedają inne produkty. Nie uchwycą więc tragedii małych księgarń, które w pandemii upadały lub ledwo przeżywały, w pośpiechu ucząc się marketingu w mediach społecznościowych czy optymalizacji sprzedaży internetowej i dostaw do klientów. Na wielu czytelniczych forach internetowych nietrudno natknąć się na opinie, że jeśli gdzieś widać negatywne skutki pandemii dla sprzedaży książek i czytelnictwa, to właśnie w liczbie miejsc, które w ubiegłym roku zniknęły. Co bardziej snobistyczni komentatorzy posuwają się do stwierdzeń, że COVID-19 małych z rynku wyrzucił, a wielkich uczynił jeszcze potężniejszymi. A ponieważ nazywać gigantów „prawdziwymi księgarniami” często nie chcą, twierdzą, że pandemia była dla branży wręcz zabójcza. I znów dane w tym zakresie należy interpretować z dużą dozą ostrożności. Wprawdzie z raportu Ogólnopolskiej Bazy Księgarń wynika, że od stycznia do grudnia 2020 r. zniknęło w naszym kraju 266 księgarń, jednak aż 60% należało do sieci księgarskich. Ich likwidacja częściej była więc spowodowana cięciami kosztów dużych marek i wyprowadzkami z długo zamkniętych centrów handlowych, a rzadziej śmiercią romantycznej idei klimatycznej księgarni.

Statystycznie rzecz ujmując, w 2020 r. świat nie tylko więcej czytał, ale też więcej książek kupował. Te dwie rzeczy warto rozgraniczyć, bo nie zawsze idą przecież w parze. Dodatkowo, paradoksalnie wręcz, z ekonomicznego punktu widzenia miniony rok mógł być dla sprzedawców mniej stresujący, bo zakupy rozłożyły się w nim zdecydowanie bardziej równomiernie niż w poprzednich latach. Zamiast tradycyjnych skoków w okolicach świąt (w Polsce najwięcej książek sprzedaje się 23 grudnia), końca roku szkolnego czy popularnych imienin mieliśmy powolnie, ale systematycznie wznoszącą się falę. Zarówno w naszym kraju, w pozostałych państwach europejskich, jak i za oceanem rosło praktycznie wszystko – wydania papierowe, ale też e-booki (słabiej, choć także na plus, szło w pandemicznym roku audiobookom).

Według danych Nielsen BookScan w Stanach Zjednoczonych sprzedaż książek wzrosła o 8%, co jest najlepszym wynikiem od ponad dekady. Madeline McIntosh, szefowa Penguin Random House, jednej z największych grup wydawniczych na świecie, w rozmowie z „New York Timesem” przyznała, że wyniki sprzedaży na koniec roku były tyleż dobre, co niespodziewane. Po początkowych spadkach w marcu i kwietniu branża bardzo szybko odbiła. Do tego stopnia, że wyniki rok do roku już na koniec trzeciego kwartału pokazywały wzrost o 6,4%. Co ciekawe, największy przyrost zanotowały książki klasyfikowane jako nastoletnia literatura faktu. Na amerykańskim rynku takich książek sprzedano w ubiegłym roku o prawie jedną trzecią więcej niż w 2019 r. Trend ten można interpretować na wiele sposobów, jednak większość ekspertów, w tym autorzy magazynu „Kirkus Reviews”, pisma poświęconego literaturze i branży wydawniczej w USA, zwracają uwagę na korelację wzrostu czytelnictwa młodych z edukacją zdalną (i jej częstym brakiem). Młodzież, wolna od typowo szkolnych lektur i obowiązków, sięgała po książki z wyboru, nie z przymusu. Swoje dołożyli rodzice, nieraz spanikowani, że ich dzieci stracą cały rok edukacji z powodu koronawirusa. Kupowali im więc przystępnie napisane książki popularnonaukowe, starając się choć trochę zrekompensować utracony szkolny materiał.

Sukces książek dla młodzieży przybliża nas zatem do odpowiedzi na pytanie, co czytaliśmy, skoro czytaliśmy więcej. Innymi słowy, komu urosło najbardziej. Wspomniany zespół literaturoznawców z Aston University zauważa, że w skali globalnej pandemia miała kilka hitów. Z początku kupowaliśmy przede wszystkim pozycje traktujące, rzecz jasna, o chorobach: „Dżumę” Alberta Camusa i „Miłość w czasach zarazy” Gabriela Garcii Marqueza. Oba tytuły już wiosną sprzedawały się kilka razy lepiej niż w latach poprzednich. Szybko jednak oddały palmę pierwszeństwa. Im dłużej tkwiliśmy w izolacji, tym mniej interesowała nas sama jej przyczyna, a bardziej społeczne skutki. Dlatego na topie pojawił się „Rok 1984” George’a Orwella, uwielbiany zwłaszcza w kręgach wyznawców teorii spiskowych i w środowiskach radykalnej prawicy. Wizja pandemii jako spisku działających w ukryciu polityków, miliarderów i naukowców napędziła też sprzedaż innych dystopijnych książek ostrzeżeń, takich jak „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya czy nieprzetłumaczone na polski „It Can’t Happen Here” noblisty Sinclaira Lewisa.

Generalnie jednak czytaliśmy nie tylko więcej, ale i szerzej. Abigail Boucher, współautorka badania, podkreśla, że szybko przestaliśmy być wybredni. Dla wielu czytelników pandemia okazała się doskonałym momentem do sięgnięcia po tematy, którymi do tej pory nie byli zainteresowani. Jednocześnie często wracali do pozycji, które dobrze już znali. I tutaj, kontynuuje Boucher, czytelnicy podzielili się na wyraźne dwie grupy.

Spragnieni nowości czytali, by eksplorować, inni czytali ponownie stare książki, bo w tej czynności znajdowali spokój, bezpieczeństwo, wolność od stresu i niepewności. Znajome treści tworzyły chociaż na chwilę stabilną strefę komfortu, w którą łatwo można było uciec. Bez względu jednak na tematykę oraz częstotliwość kupowania i czytania przez nas książek, gdy za oknami szalał nieznany dotąd wirus, wniosek dla wszystkich pozostaje ten sam – bez słowa pisanego przetrwać ten czas byłoby nieporównywalnie trudniej.

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Anna Rezulak/KFP/REPORTER

Wydanie: 7/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy