Jak jeden dzień

Jak jeden dzień

Dlaczego nie zaprosiłam Johna Malkovicha


Anna Gornostaj – dyrektorka Teatru Capitol, obchodzi 40-lecie debiutu scenicznego


O ile wiem, nie lubisz jubileuszy?
– Niezbyt, dla kobiet to zawsze niezręczne, te wszystkie urodziny, jubileusze.

A jednak obchodzisz?
– Publiczność to lubi. Teatr potrzebuje wydarzeń. A ostatnio tak mało okazji do świętowania i radości, że uznałam to za niezły pretekst.

I obchodzisz 80-lecie? Nie za wcześnie?
– Ponieważ „Morderstwo doskonałe” gramy razem z Olafem Lubaszenką, a on też policzył, że minęło mu niepostrzeżenie 40 lat na ekranie i na deskach scenicznych, postanowiliśmy dodać te jubileusze i wyszło nam 80 lat. A 80-lecia pracy artystycznej chyba nikt jeszcze nie obchodził?

Zacząłem podejrzewać, że planujecie stulecie, wystarczy, że minie 10 lat.
– Oby twoje słowa w złoto się zamieniły. My jesteśmy takie zwierzaki sceniczne, że marzy się nam, aby wytrwać albo umrzeć na scenie.

Nie śpieszcie się tak. 40 lat minęło jak jeden dzień? Parę sezonów w Narodowym, prawie ćwierć wieku w Ateneum i 13 lat „na swoim”, czyli w Capitolu. Czy potrafisz wyłuskać trzy najważniejsze dla ciebie doświadczenia w tych czterech dekadach?
– Właśnie je wymieniłeś: pierwszy angaż – Narodowy, drugi angaż – Ateneum i trzeci Capitol.

To raczej etapy, a nie konkretne zdarzenia. Myślałem, że wymienisz spektakl, rolę, awanturę.
– Jak człowiek ma za sobą 40 lat pracy, to wszystko zaczyna się zacierać. Nawet przestałam liczyć, ile zagrałam ról. Ktoś mi czasem przypomina: o, pani w tym zagrała – a ja już nie pamiętam. Coś mi się kojarzy, ale czy to było naprawdę? Na początku mojej drogi aktorskiej grywałam dziwne role w rozmaitych filmach i nawet tego nie notowałam, różnych drobiazgów po prostu nie pamiętam. Z latami zmienia się perspektywa. Jest taka anegdota o starszych aktorach: na początku, za młodu, jak aktor dostaje rolę, sprawdza, ile ma tekstu – chodzi o to, żeby było jak najwięcej. A w moim wieku chodzi o to, żeby tekstu było jak najmniej.

Przed wejściem do Capitolu zobaczyłem wielki transparent anonsujący wasz poprzedni spektakl z Olafem Lubaszenką, „Wykrywacz kłamstw”. Nadal w repertuarze?
– Jednak już zdjęliśmy ten tytuł, autor jest Rosjaninem, może to wywoływać złe nastroje. Staje przed nami pytanie: czy grać dzisiaj literaturę rosyjską, czy jej nie grać? Emocje buzują i rozumiem, dlaczego teraz nie chce się grać i odbierać literatury rosyjskiej.

Trzeba się strzec takich reakcji.
– Masz rację, ale wojna wywołuje tak straszliwe emocje, że trudno to z czymkolwiek porównać. I myśmy nagle to poczuli. Wszelkie aluzje czy elementy polityczne w spektaklach zawsze były świetnie odbierane przez publiczność – w tej chwili to się skończyło. Prawie każdy z nas stara się pomóc uchodźcom z Ukrainy.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 17/2022, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 17/2022

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy