Ostatnia posługa profesora Sz.

Ostatnia posługa profesora Sz.

Łapówki wynosiły od 200 zł do 15 tys. Beznadziejnie chorzy na raka kupowali w ten sposób nadzieję na przeżycie

Po czterech latach procesu i ośmiu od zatrzymania prof. dr. hab. Andrzeja Sz., kierownika kliniki w warszawskim Centrum Onkologii, Sąd Rejonowy dla m.st. Warszawy wydał wyrok.
Znany w medycznym świecie krajowy konsultant ds. chirurgii onkologicznej był sądzony za przyjmowanie łapówek i mobbing. Kara, jaką otrzymał, to dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat. Nazwisko skazanego po uprawomocnieniu się wyroku ma być podane do publicznej wiadomości.
Uzasadniając wyrok, sędzia podkreśliła, że prof. Sz. jest wybitnym fachowcem w leczeniu nowotworów przewodu pokarmowego i z tego głównie powodu sąd zdecydował się zawiesić wykonanie kary. Lekarz ma zapłacić 30 tys. zł grzywny, zwrócić poszkodowanym lub ich rodzinom 34 tys. zł łapówek i przeprosić podwładnych, nad którymi się znęcał. Ponadto przez pięć lat nie wolno mu pełnić funkcji publicznej.
Nie wiadomo, czy Andrzej Sz. odwoła się od wyroku – nie przyszedł na ostatnią rozprawę.

Dobre i 200 zł

Akt oskarżenia, który wpłynął do warszawskiego sądu w 2012 r., to zaledwie kilkanaście kartek. Skąpo, jak na 68 tomów akt i monstrualną – 904 nazwiska – liczbę świadków. To osoby, które wręczały profesorowi łapówki bądź pośredniczyły w ich przekazaniu. Nie poniosą odpowiedzialności karnej – prokurator odstąpił od postawienia im zarzutów.
Prof. Andrzej Sz. poza Centrum Onkologii leczył też prywatnie w przychodni Polskiej Fundacji Europejskiej Szkoły Onkologii. Po zatrzymaniu przez CBA przyznał się do większości zarzutów korupcyjnych, choć zastrzegał, że nigdy nie zmuszał pacjentów do wykładania pieniędzy, sami wręczali mu „koperty”. I nie uzależniał losu chorego od pozostawionej na biurku kwoty.
Prokuratura zebrała dowody, że oskarżony w ciągu dwóch lat – taki okres objęło śledztwo – wziął od 21 chorych na raka lub ich bliskich ponad 34 tys. zł. Łapówki były różnej wielkości – od 200 zł do 15 tys. zł.
Sprawa prof. Andrzeja Sz. w wielu punktach przypomina proces Mirosława G., kardiochirurga ze szpitala MSW w Warszawie. Oskarżony onkolog, broniąc się przed sądem, często przywoływał tamto bardzo nagłośnione przez media wydarzenie.
– Przyznałem się, że brałem łapówki, choć była to nieprawda – stwierdził na pierwszej rozprawie, odwołując wyjaśnienia ze śledztwa – bo nie mogłem pozwolić, aby prokurator postąpił ze mną tak jak z dr. G. Aby mnie aresztował i jeszcze upokorzył przed kamerami, choć pomówienia pacjentów nie zostały zweryfikowane.
Podobnie jak w przypadku kardiochirurga dochodzenie prokuratorskie zaczęło się od donosu kilku lekarzy. CBA za zgodą sądu zainstalowało w gabinetach onkologa ukryte kamery, które zarejestrowały sytuacje, gdy pacjent lub jego rodzina dają lekarzowi łapówkę za skierowanie do ursynowskiej kliniki z pominięciem długiej kolejki chorych. Pierwsze nagrania pochodzą z września 2007 r. W odróżnieniu od słabej jakości, zaśnieżonych filmów ze szpitala MSW dowody przestępstwa prof. Sz. nie budzą wątpliwości. Na obrazie widać ludzi podających lekarzowi pękate koperty. Po ich wyjściu profesor otwiera je, przelicza zawartość. Z zadowoloną miną chucha w zwitek banknotów i wkłada tam, skąd wyjął.
Potem CBA uruchomiło infolinię dla pacjentów i ich rodzin. Prokuratura zdobyła tą drogą zeznania wskazujące na brak skrupułów etycznych utytułowanego lekarza. Andrzej Sz. nie odmawiał pieniędzy nawet od chorych, dla których, o czym dobrze wiedział, nie było już ratunku. Takie osoby bądź ich rodziny umawiały się z lekarzem na wizytę prywatną w fundacji i za pomocą łapówki załatwiały łóżko w Centrum Onkologii na oddziale kierowanym przez profesora.
Prokurator przygotował bardzo długą listę świadków na tę okoliczność, ale przed sądem tylko dwóch chorych osobiście złożyło zeznania; pozostali z listy już nie żyli. Ich bliscy mówili z płaczem na rozprawie, że wręczając profesorowi pieniądze, wierzyli w jego zapewnienia, że będzie dobrze. Tymczasem śmierć już stała za progiem, a oni, lokując umierającego na szpitalnym łóżku, zabierali miejsce komuś, kto miał szansę na uratowanie życia. Gdyby onkolog uczciwie im to powiedział, zadbaliby o co innego – aby ich bliski będący w stanie terminalnym nie umierał wśród obcych.
Chora na nowotwór wątroby Małgorzata P. z Siedlec w czasie pobytu w fundacji wręczyła lekarzowi 1 tys. zł za przyspieszenie operacji, której nie chcieli się podjąć inni onkolodzy. Łapówka poskutkowała, pacjentka poszła pod nóż. Zmarła kilka miesięcy później. W podobnej sytuacji Danuta B. dała tylko 500 zł. Wystarczyło, aby za kilka dni była już pacjentką ordynatora w państwowej klinice. Również ta kobieta wkrótce przegrała walkę z rakiem.
Natomiast Stanisław K. z Sokołowa Podlaskiego „zapewnił sobie właściwe zaangażowanie profesora w przebiegu dalszego leczenia w Centrum”, jak zeznała jego rodzina w śledztwie, wręczając 10 tys. zł. W szpitalu leżał niespełna trzy tygodnie, po wypisaniu go do domu żył jeszcze pięć miesięcy.
Za operację chorego na raka trzustki Jerzego A. zapłaciła żona, wręczając profesorowi kopertę z 1 tys. zł. Miała nadzieję, że usunięcie nowotworu uratuje męża. Pacjent zmarł trzy miesiące później.
Renata K. umówiła się na wizytę w fundacji z powodu choroby matki. Dała profesorowi 5 tys. zł, a on zrewanżował się skierowaniem do kliniki. Pacjentka leżała tam trzy miesiące. Wypisana do domu wróciła do Centrum Onkologii po trzech tygodniach, co Renatę K. kosztowało dodatkowe 2 tys. zł w kopercie dla profesora i 200 zł opłaty za wizytę w fundacji. Jej matka zmarła rok później.
Sprawdzonym sposobem – oficjalna konsultacja w fundacji przypieczętowana łapówką w profesorskim gabinecie – dostała się na szpitalne łóżko w Centrum Onkologii żona Krzysztofa K. W nadziei, że chora będzie miała lepszą opiekę, jej mąż wręczył Andrzejowi Sz. 2 tys. zł. Pacjentka leżała dziesięć dni. Kiedy ją wypisywano pod koniec listopada, profesor dostał następne 2 tys., na wypadek gdyby stan chorej się pogorszył. Żona Krzysztofa K. nie doczekała Bożego Narodzenia.
Te tzw. dowody wdzięczności wręczane w chwili opuszczania przez chorych Centrum Onkologii często stanowiły swego rodzaju gwarancję, że w razie potrzeby droga na szpitalne łóżko jest już przetarta. Liczyła na to siostra Elżbiety Ch., kładąc przy wypisie chorej profesorowi na biurko 2 tys. zł i butelkę whisky. Pacjentka zmarła pół roku później.
Z wykazu zarejestrowanych przez kamery CBA łapówek za przyjęcie na oddział poza kolejką wynika, że kierownik kliniki nie gardził żadną kwotą – bardzo dobrze, jeśli w kopercie było 15 tys. zł, ale gdy córka umierającej chorej wysupłała z portmonetki 200 zł, również te pieniądze schował do kieszeni. Nie bronił się też przed butelkami wódki, nawet pośledniej jakości, czy paczką kawy.

Nie było „kopiuj, wklej”

Podczas procesu oskarżony, powołując się na spektakularne wyprowadzenie ze szpitala w kajdankach kardiochirurga Mirosława G., przedstawiał się jako ofiara polityki „aresztów wydobywczych” stosowanej przez Prawo i Sprawiedliwość. Teza była naciągana choćby z uwagi na chronologię zdarzeń. Co prawda, w obu przypadkach zastosowano podobną metodę inwigilacji, jednakże onkolog został zatrzymany, gdy władzę sprawowała Platforma Obywatelska. Również zarzuty przedstawiono mu za rządów tej formacji.
Tych dwóch aktów oskarżenia, a także wydanych wyroków – choć w podobnej sprawie – nie pisano przez kalkę. Przeciwnie. Ich porównanie wskazuje, jak płynne dla organów ścigania i sądów są granice pojęcia dowód wdzięczności wobec lekarza.
Na korupcyjnym koncie prof. Andrzeja Sz. obok pieniędzy są także koniaki czy czekoladki. I za to został skazany przez Sąd Rejonowy dla m.st. Warszawy. Kardiochirurga Mirosława G. nie obciążała – zdaniem Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa – zawartość jego szafy wypełnionej otrzymanymi od pacjentów drogimi alkoholami, markowymi wiecznymi piórami czy albumami. Sędzia Igor Tuleya nie uznał też niektórych zarzutów przyjęcia pieniędzy od pacjentów.
Określając granicę między korupcją a wdzięcznością, stwierdził: „Niedopuszczalne jest tylko dawanie prezentów przed spodziewaną czynnością lekarza”. Ponadto Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa nie stwierdził uzależniania przez dr. G. decyzji o operacji od wręczenia łapówki. Kardiochirurg został skazany na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata i grzywnę za przyjęcie ponad 17,5 tys. zł, co dotyczyło 18 zarzutów korupcyjnych z 42, jakie lekarz usłyszał od prokuratora.
W kwietniu 2014 r., po apelacji oskarżyciela publicznego, sąd odwoławczy uchylił uniewinnienie dr. Mirosława G. od kolejnych dziewięciu zarzutów przyjęcia pieniędzy od pacjentów. Proces ruszył od nowa i nadal się toczy.
Uwzględniając odwołanie prokuratury, sędziowie wyższej instancji uznali, że sędzia Tuleya stosował niejednolite kryteria oceny dowodów – ważniejsze bagatelizował, a mniej ważnym przydawał większe znaczenie. Mogło to doprowadzić do błędnej oceny dowodów, a w konsekwencji uniewinnienia z części zarzutów.
Nie do przyjęcia – orzekł sąd okręgowy – są wyjaśnienia wręczających koperty, że były w nich listy polecające lub dokumenty medyczne. Jeśli ktoś idzie do lekarza, zazwyczaj wyniki badań pokazuje na początku wizyty, a nie zostawia je na biurku tuż przed wyjściem z gabinetu.
Odnosząc się do krytykowanych przez sędziego Tuleyę zatrzymań i nocnych przesłuchań pacjentów kardiochirurga („Działania CBA w tej sprawie rodzą skojarzenia z metodami stalinowskimi”, powiedział), sąd odwoławczy wskazał, że miało to oparcie w przepisach procedury, poza tym przesłuchiwani w późnych godzinach pacjenci – dotyczy to sześciu osób z listy kilkuset nazwisk – nie złożyli zażaleń. Legalnie zainstalowana w gabinecie lekarskim kamera dostarczyła materiału dowodowego. Negatywnie natomiast oceniono postawę ówczesnego ministra sprawiedliwości i innych przedstawicieli najwyższych organów państwa, którzy przed wyrokiem przesądzili o winie oskarżonego. (Chodziło zwłaszcza o słynne słowa Zbigniewa Ziobry na konferencji prasowej po zatrzymaniu dr. G., że „już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”). Wcześniej w procesie cywilnym z powództwa dr. G. sąd uznał, że minister Ziobro naruszył dobra osobiste kardiochirurga, i nakazał przeproszenie powoda oraz zapłatę zadośćuczynienia.
Poza procesem o łapówki Mirosław G. odpowiada jeszcze przed sądem za nieumyślne narażenie pacjenta na utratę życia i spowodowanie jego śmierci. Konkretnie chodzi o pozostawienie gazy w sercu Floriana M., którego były ordynator kardiochirurgii w szpitalu MSW operował w 2006 r. Już po zabiegu pielęgniarka odkryła, że jedna tzw. rolgaza pozostała w sercu pacjenta. Według prokuratury, zawiadomiony o tym dr G. miał nie zareagować i dopiero dzień później zdecydował o ponownym operowaniu M., który niedługo potem zmarł.
Lekarz nie przyznał się do zarzutów. Samo pozostawienie gazika uznał za błąd w sztuce – ale nie za przestępstwo. Twierdził, że natychmiastowa reoperacja byłaby zbyt ryzykowna dla życia chorego.
Nie wiadomo, na jakim etapie jest ten proces, bo odbywa się za zamkniętymi drzwiami. Dwa lata temu Mirosław G. został uniewinniony z zarzutu popełnienia innego błędu lekarskiego – dr G. podjął decyzję o leczeniu zachowawczym pacjenta, a według ustaleń śledztwa należało go zakwalifikować do operacyjnej wymiany zastawki aortalnej. Stanisława I. w końcu zoperowano w szpitalu w Aninie.

Niewolnicy w białych fartuchach

Drugi zarzut postawiony profesorowi z Centrum Onkologii dotyczył psychicznego znęcania się nad podległymi mu lekarzami. Jak twierdzili pokrzywdzeni Krzysztof J., Tomasz O. i Marek Sz., szef publicznie ich obrażał, w obecności pacjentów kwestionował ich diagnozy i zalecenia medyczne, utrudniał rozwój naukowy, uniemożliwiał wykorzystywanie urlopu, odcinał od uczestnictwa w badaniach, za które płaciły firmy farmaceutyczne.
Z aktu oskarżenia wynika, że nie były to zachowania incydentalne; Andrzej Sz. znęcał się nad zależnymi od niego młodszymi kolegami od pierwszego dnia objęcia stanowiska kierownika kliniki. Kto nie wytrzymywał takiej atmosfery, zmieniał pracę. W latach 1995-2001 w klinice wymienili się wszyscy szeregowi lekarze.
Kiedy sytuacja stała się już bardzo nerwowa, zdesperowani pracownicy wysłali do dyrektora Centrum Onkologii anonimową skargę. Powołana komisja potwierdziła w różnym stopniu zarzuty lekarzy, choć wtedy nie mieli jeszcze odwagi podpisać się pod doniesieniem. W czasie przesłuchania w CBA oskarżali swojego szefa z otwartą przyłbicą.
Chemioterapeuta dr Krzysztof J. przedstawił, w jaki sposób profesor przez osiem lat uniemożliwiał mu uzyskanie stopnia doktora habilitowanego. Nawet gdy lekarzowi uzbierało się ponad 100 dni zaległego urlopu, który chciał wykorzystać na pisanie pracy, szef złośliwie kazał mu przyjmować pacjentów w ambulatorium (ok. 50 osób dziennie). Dopiero po zawieszeniu Andrzeja Sz. w funkcji kierownika Krzysztof. J. uzyskał konieczny do dalszego awansowania tytuł naukowy. Odwołanie szefa satrapy uszczęśliwiło też dr. Marka Sz., który w nowych warunkach mógł wreszcie doprowadzić do finału swój przewód doktorski.
Jak wynika z zeznań tych świadków i ich kolegów, profesor nie tylko nimi pomiatał, publicznie upokarzał, ale też na każdym kroku uświadamiał im, że są na samym dole szpitalnej hierarchii. Codziennie słyszeli, że nikt w tym zespole nie zasługuje na rekomendację do rozpoczęcia przewodu doktorskiego. W konsekwencji jedynie profesor jeździł na zagraniczne sympozja onkologów i nigdy po powrocie nie dzielił się z personelem uzyskaną wiedzą. A ponieważ zastrzegł sobie wyłączne prawo decydowania w każdej sprawie – od zgody na przyjęcie pacjenta po wybór antybiotyku – w klinice panował chaos organizacyjny.
Udręka lekarzy nie skończyła się po zatrzymaniu Andrzeja Sz. w czerwcu 2008 r. Profesor, wypuszczony z aresztu po wpłaceniu 40 tys. zł kaucji, usiłował odegrać się na tych pracownikach, którzy obciążyli go w czasie przesłuchania. Przede wszystkim odsunął od leczenia w klinice dr. Krzysztofa J. – nakazał mu wpisywanie chorych do kolejki oczekujących na szpitalne łóżko. Dla doświadczonego specjalisty od chemioterapii było to i upokorzenie, i strata finansowa, bo miał zajęcie tylko dwa razy w tygodniu. Jego los miał być ostrzeżeniem dla pozostałych podwładnych. Usłyszeli, że „ręka podniesiona na szefa zostanie ukarana”. W śledztwie profesor zaprzeczył, aby znęcał się nad podwładnymi lekarzami. Następnie skorzystał z prawa odmowy składania wyjaśnień.
Jego obrońca powoływał się na uniewinnienie od oskarżeń o mobbing dr. Mirosława G. Choć okoliczności dręczenia (rzekomego czy prawdziwego?) podwładnych w obu przypadkach były podobne, sąd, uwalniając kardiochirurga od tego zarzutu, przyjął za dobrą monetę wyjaśnienia oskarżonego, że musiał traktować personel surowo, bo miał do czynienia z osobami leniwymi, niedbającymi o chorych.
Inna sprawa, że pokrzywdzeni w swoim mniemaniu lekarze ze szpitala MSW niezbyt stanowczo obstawali przy swoich racjach – kiedy doszło do procesu, pracowali już gdzie indziej, sprawdzili się tam zawodowo i chcieli zapomnieć o tym, co przeżyli jako podwładni ordynatora G. Na procesie byłego szefa pojawiali się tylko wówczas, gdy musieli zeznawać. Z apelacji zrezygnowali, wbrew wcześniejszym zapowiedziom.
Nie bez znaczenia dla wyroku uniewinniającego było i to, że w trakcie procesu kardiochirurga mobbing był przestępstwem niedawno wpisanym do kodeksu karnego, brakowało wytycznych Sądu Najwyższego.
W odróżnieniu od Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa sąd stołeczny uznał winę onkologa w kwestii mobbowania podwładnych i nakazał mu przeproszenie lekarzy. Wyrok nie jest prawomocny.

Foto: fotolia

Wydanie: 21/2016

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy