Polsko, nie daj się naciągać

Polsko, nie daj się naciągać

Środowiska amerykańskich Żydów nie mają podstaw prawnych, by domagać się od Polski odszkodowań czy zwrotu utraconych majątków

Czy Polska będzie musiała płacić odszkodowanie za mienie utracone w czasie II wojny światowej i po niej przez Żydów – obywateli polskich? Organizacje żydowskie w USA i pozostająca pod ich wpływem amerykańska administracja regularnie tego się domagają. Te apele i rezolucje długo można by wyliczać, ostatnio dołączył do ich autorów sekretarz stanu USA Mike Pompeo, który w Warszawie, w czasie konferencji bliskowschodniej, pouczył Polskę, że powinna „poczynić w restytucji mienia postępy”.

Mamy więc regularny nacisk. Nie ma zresztą czemu się dziwić – różne wyliczenia wskazują, że wartość mienia pożydowskiego w Polsce to 60-90 mld dol. Jeżeli udałoby się wyrwać z tej sumy nawet niewielki procent, i tak byłyby to potężne sumy. Jest więc o co walczyć.

Słowo ministra

A co na to Polska? Od kilku lat odpowiada podobnie. „Sprawa jest zamknięta. USA otrzymały rekompensatę już w latach 60., tak jak inne państwa” – to słowa szefa MSZ Jacka Czaputowicza. Minister nawiązuje w ten sposób do polsko-amerykańskiej umowy indemnizacyjnej zawartej w roku 1960, na mocy której rząd Stanów Zjednoczonych bierze na siebie sprawę odszkodowań za mienie utracone w Polsce przez obywateli USA.

Wcześniej tę umowę w rozmowach z Amerykanami przypominał Radosław Sikorski. Pisze o tym zresztą w książce „Polska może być lepsza. Kulisy polskiej dyplomacji”. Oto ten fragment: „Już podczas swej pierwszej podróży do Polski jako sekretarz stanu Hillary Clinton dała znać poprzez swego ambasadora, że będzie chciała poruszyć potrzebę uchwalenia ustawy restytucyjnej. Sprawa jest skomplikowana, bo z jednej strony Polska rzeczywiście – w odróżnieniu od większości państw regionu – nie uchwaliła takiej ustawy w odniesieniu do mienia prywatnego. A raczej uchwaliła, za rządów AWS, ale prezydent Aleksander Kwaśniewski ją zawetował. Z drugiej strony, własność prywatna nie była ani żydowska, ani aryjska, bo polskie księgi wieczyste i sądy nie stosują takich kategorii. Natomiast prawdziwa własność żydowska – czyli mienie przedwojennych żydowskich gmin wyznaniowych – została szczodrze zwrócona na zasadach podobnych co kościołom chrześcijańskim. (…)

Uważałem też, że akurat USA są ostatnim krajem, który powinien się w tej sprawie wypowiadać. Kazałem odgrzebać z archiwum MSZ oryginał umowy indemnizacyjnej, na której podstawie Stany Zjednoczone już w latach 60. otrzymały spore jak na ówczesne możliwości Polski kwoty – kilkadziesiąt milionów dolarów. Przejrzałem tekst i w duchu podziękowałem gomułkowskim dyplomatom. Umowa stwierdzała, że odtąd wszelkie roszczenia majątkowe obywateli USA wobec Polski powinny być kierowane do rządu Stanów Zjednoczonych, a ten uznaje sprawę za zamkniętą i zobowiązuje się do tego, że już nigdy nie poruszy sprawy w stosunkach dwustronnych. Aby stronie amerykańskiej uświadomić kategoryczność naszego stanowiska, powiedziałem w wywiadzie radiowym w poranek przylotu Clinton, że »jeśli Stany Zjednoczone chciały coś zrobić dla polskich Żydów, to właściwym momentem był okres 1943-1944, gdy większość z nich jeszcze żyła i gdy Polska, głosem Jana Karskiego, o to błagała«”.

Eureka! Podziękujmy gomułkowskim dyplomatom! Okazuje się więc, że układ podpisany między Polską a USA 16 lipca 1960 r. w Waszyngtonie, a potem uzupełniony w listopadzie 1960 r. w Warszawie protokołem dotyczącym punktu 5., reguluje te wszystkie sprawy.

Ale to dopiero początek opowieści. Dowiadujemy się bowiem, że umowa była tajna, władze Polski Ludowej nie chciały, żeby lud pracujący o niej wiedział. Dlaczego? O tym za chwilę.

Skoro była tajna, jak dowiedział się o niej Radosław Sikorski? A wcześniej szefowa MSZ w rządzie PiS, Anna Fotyga? To z kolei zasługa jednego z wiceministrów z czasów rządu koalicji SLD-PSL, który ją odnalazł, a potem uporczywie, także korzystając z PRZEGLĄDU, przypominał o niej decydentom. Gdyby nie jego upór, nie można wykluczyć, że do dziś byśmy o niej nie wiedzieli, a Warszawa negocjowałaby wysokość odszkodowania za pożydowskie mienie.

Adwokat z USA

Urzędnikiem, który nagłośnił sprawę umowy Polska-USA, był dr Jan Bogutyn, w latach 1994-1997 wiceminister finansów. W ministerstwie podlegało mu m.in. Biuro Skarbu Państwa (później przekształcone w Departament Skarbu Państwa). Pewnego dnia przyszedł do niego dyrektor tego biura Janusz Ostaszewski (dziś profesor SGH, członek Rady Nadzorczej PKO BP) ze zdenerwowaną urzędniczką. Z ważną sprawą. – Panie ministrze, mamy problem – tak zaczęli. I mówią, że przychodzi do nich adwokat z Nowego Jorku w sprawie kamienicy w Krakowie, jako pełnomocnik spadkobierców, przychodzi i krzyczy – opowiada Bogutyn. – To były jeszcze czasy, kiedy do ministerstwa można było wejść z ulicy, tylko legitymując się przy wejściu, toteż urzędnik nawet nie za bardzo mógł przed takim adwokatem się bronić. Przyszli więc z pytaniem, co robić. I przynieśli plik materiałów, m.in. tę umowę z roku 1960. Zostawili mi to, a ja zacząłem zapoznawać się z materiałami. No i gdy przeczytałem tę umowę, wiedziałem już, co Ostaszewskiemu powiedzieć – że jak adwokat przyjdzie jeszcze raz, trzeba mu wskazać adres w Waszyngtonie. Był on zresztą podany w umowie. I tak się stało. Gdy adwokat przyszedł – pokazano mu umowę. I już więcej się nie pojawił.

Ale ta sprawa i tak miała ciąg dalszy. Bogutyn zainteresował się umowami indemnizacyjnymi, bo było ich więcej. Poprosił zatem, by mu je przekazano.

– To były czasy – mówi – kiedy nie było w ministerstwie komputerów, kiedy tzw. pamięć ministerstwa, pamięć departamentów, tkwiła w głowach urzędników. Oni wiedzieli, jakie są dokumenty dotyczące danej sprawy i gdzie się znajdują. Ale był to również czas gwałtownej wymiany urzędników, odsuwania starych, peerelowskich, i zastępowania ich nowymi. Czasami dochodziło więc do przerwania ciągłości pamięci. Bo już nie było urzędników, którzy przepracowali wiele lat, i ci nowi nie mieli od kogo nie tylko się uczyć, ale i dowiadywać, jak departament działa. Ostaszewski należał do nowego pokolenia, ale miał zmysł do odkopywania zapomnianych dokumentów i spraw. I to on dotarł do umowy Polska-USA, a potem mi ją dostarczył.

Można zatem powiedzieć, że w tej sprawie nastąpił korzystny zbieg okoliczności. Dobrze się stało, że egzemplarze umów znajdowały się w Ministerstwie Finansów. To było logiczne – umowy dotyczyły wypłaty przez Polskę odszkodowań. W ratach. Ta z USA zakładała spłatę 20 rat po 2 mln dol. Ostatnią ratę Polska spłaciła więc w roku 1981. Dobrze też, że był dyrektor departamentu, który nie lekceważył dokumentów sprzed lat i szybko docenił ich wartość. No i był wiceminister, który chciał się wgłębić w sprawę.

Jan Bogutyn: – Przeczytałem wszystkie umowy indemnizacyjne, które w tamtym czasie Polska zawierała. Jeszcze w latach 40. podpisano umowy z Belgią, Francją, Szwajcarią, Szwecją, Danią i Wielką Brytanią. Polska wtedy była w ruinie, w tych pierwszych umowach zobowiązywaliśmy się do spłat, ale w węglu. To była nasza jedyna waluta. Umowy przewidywały powołanie komisji mieszanych, które pomogłyby oszacować wartość mienia. Czytałem m.in. sprawozdanie z przyjazdu do Polski komisji brytyjskiej w 1949 r. I na co zwróciłem uwagę – już wtedy były dziwne sytuacje. Ktoś zgłaszał utracone w Polsce mienie, a na miejscu okazywało się, że takiego adresu w ogóle nie ma i nie było, nie ma takiej działki itd. Jeżeli więc próby różnych nadużyć były wtedy, to co dopiero może się dziać teraz?

Gomułka i 40 mln dolarów

Wszyscy, którzy czytają umowę z roku 1960, zwracają uwagę na jedno – jest sporządzona bardzo profesjonalnie, precyzyjnie chroni polskie interesy. Nie dziwi to prof. Andrzeja Werblana, biografa Władysława Gomułki. Przypomina on, że Gomułka przywiązywał wielką wagę do tego, by w administracji czy w szkołach wyższych pracowali ludzie wykształceni, najlepsi fachowcy. I ostro walczył z partyjnym układaniem kadr naukowych, czego próbowali niektórzy towarzysze. „Innych profesorów nie mamy”, mawiał. W Ministerstwie Ziem Odzyskanych, którym kierował i które było jego oczkiem w głowie, kierownicze stanowiska zajmowali przedwojenni urzędnicy, działacze związanego z endecją Polskiego Związku Zachodniego, żołnierze Armii Krajowej.

Warta uwagi jest tu kariera Leopolda Glucka, w czasie wojny pracującego w Delegaturze Rządu na Kraj. W Ministerstwie Ziem Odzyskanych Gluck najpierw był dyrektorem departamentu, potem podsekretarzem stanu. Po powrocie Gomułki do władzy został mianowany zastępcą prezesa Narodowego Banku Polskiego, gdzie pracował do emerytury. Był także jednym z założycieli konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość.

Podobnie było z MSZ i umową indemnizacyjną. Widnieje na niej podpis Stanisława Rączkowskiego, z kolei nadzór nad negocjacjami sprawował wiceminister Józef Winiewicz. Stanisław Rączkowski to jeden z najwybitniejszych polskich ekonomistów, profesor, autor podręczników akademickich, a w czasie wojny komendant chorągwi krakowskiej Szarych Szeregów. Józef Winiewicz natomiast to ekonomista, przedwojenny redaktor naczelny związanego z endecją „Dziennika Poznańskiego”. Po wojnie rozpoczął pracę w MSZ, w latach 1947-1956 był ambasadorem w USA, potem wiceministrem spraw zagranicznych.

Umowę ze Stanami Zjednoczonymi negocjowali więc ludzie nieprzypadkowi i wykształceni. I na pewno nie z klucza partyjnego. Tacy – jeśli wierzyć dzisiejszej propagandzie – powinni być raczej w peerelowskim więzieniu niż w rządzie. A jednak administracja PRL zachowała ciągłość z poprzednią, przedwojenną, na ile to było możliwe.

Józef Winiewicz we wspomnieniach „Co pamiętam z długiej drogi życia” o umowie indemnizacyjnej wypowiada się półgębkiem. W zasadzie dowiadujemy się o niej więcej, gdy opisuje wizytę wiceprezydenta Nixona w Warszawie i jego rozmowy z Gomułką w sierpniu 1959 r. Dla Gomułki priorytetem było uznanie naszej granicy zachodniej (w tym czasie państwa Zachodu, z USA na czele, jej nie uznawały). Dopiero po sprawie granicy, kwestii egzystencjalnej dla ówczesnej Polski (Gomułka mówił Nixonowi, że każda próba jej zmiany oznacza wojnę), poruszono temat współpracy gospodarczej. Gomułka domagał się przywrócenia Polsce klauzuli najwyższego uprzywilejowania. „Stworzenie innych, lepszych warunków rozwoju handlu narysował jako problem drugi – pisze Winiewicz, który był obecny przy rozmowach. – Chodziło przecież nie tylko o zakupy konsumpcyjne, lecz również inwestycyjne. Za jedną z przeszkód w dojściu do tworzenia korzystniejszych warunków wymiany handlowej uznał zbyt wygórowane żądania amerykańskie co do odszkodowań za znacjonalizowane w Polsce mienie amerykańskie. Nie omieszkał przypomnieć, że byliśmy gotowi to załatwić jeszcze w 1947 r.; strona amerykańska się na to nie zgadzała. I potem podniosła swoje żądania”.

Zapiski Winiewicza współgrają z tym, co powiedział prof. Werblan, gdy zapytałem go o umowy indemnizacyjne. Otóż w tamtym okresie przygotowywano je z inną, niż dziś się wydaje, intencją. Chodziło przede wszystkim o zamknięcie sprawy nacjonalizacji majątków obywateli USA w Polsce. Nacjonalizacji firm, przedsiębiorstw itd. I dlatego władze Polski Ludowej uznały, że te umowy powinny być utajnione. Nie chciały się przyznać, że nacjonalizacja, wywłaszczenie obcych „fabrykantów”, „kamieniczników” itd., nastąpiła za odszkodowaniem. A to, że w dalszej kolejności umowa objęła mienie pożydowskie, osób, które wyemigrowały do USA i przyjęły tamtejsze obywatelstwo, było już tylko logiczną konsekwencją precyzyjnie sformułowanych zapisów.

Jak pokazują wspomnienia Winiewicza, polskie władze zabiegały o zawarcie tych umów. Ich brak utrudniał bowiem wymianę handlową i współpracę gospodarczą. Dlatego Warszawie tak bardzo zależało, żeby sprawy wyprostować, zlikwidować bariery we współpracy gospodarczej. Przy tym Gomułka twardo negocjował i podkreślał, że jeżeli odszkodowanie będzie przekraczać polskie możliwości spłaty, nie podpisze takiej umowy. „My podchodzimy do spraw zaciągania zobowiązań, indemnizacji i kredytów z punktu widzenia możliwości płatniczych – mówił. – Jeżeli nie będziemy mieli możliwości spłat przez rozszerzenie handlu (…), byłoby nam trudno wykonywać nasze zobowiązania. Takiej polityki nie prowadzimy”.

Ostatecznie kilkanaście miesięcy po wizycie Nixona w Warszawie umowa została podpisana. Polska zobowiązała się zapłacić za przejęte mienie obywateli amerykańskich 40 mln dol. w 20 ratach.

Czy było to dużo? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że śmiesznie mało. Ale wysokość tej sumy określały okoliczności. Inna w tamtym czasie była wartość dolara, ale przede wszystkim inna wartość nieruchomości – zrujnowanych, często gruzowisk, w biednym, odciętym od światowej gospodarki kraju. I to kraju o gospodarce socjalistycznej.

Poza tym miejmy świadomość, że umowa z USA nie była jedyna. Polska w latach 1948-1971 podpisała umowy z 14 państwami: 12 krajami Europy Zachodniej (Danią, Francją, Szwajcarią, Liechtensteinem, Szwecją, Wielką Brytanią, Norwegią, Belgią, Luksemburgiem, Grecją, Austrią, Holandią) oraz Kanadą i USA. Osoby fizyczne i prawne z tych właśnie państw posiadały największe udziały w mieniu zagranicznym skonfiskowanym od 1944 r. przez PRL. Nie ma na tej liście państw uznanych za sojuszników III Rzeszy – Włoch, Hiszpanii i Finlandii, państw sojuszniczych Układu Warszawskiego i innych, mniejszych.

W sumie wartość odszkodowań przekazanych przez Polskę 14 państwom wyniosła w przeliczeniu ponad 250 mln dol. Żeby określić ich dzisiejszą wartość, trzeba pomnożyć tę kwotę przez pięć.

Umowę z USA warto zresztą widzieć w szerszym kontekście. Stany Zjednoczone, po dojściu Gomułki do władzy w październiku 1956 r., poczyniły gesty stawiające Polskę w wyjątkowej sytuacji. Podpisano np. umowę o przekazywaniu Polsce nadwyżek zbożowych. Była niezwykle dla naszego kraju korzystna. Płaciliśmy za zboże… w złotówkach, po kursie najkorzystniejszym z możliwych. Co więcej, złotówki te były lokowane na koncie w Polsce i wykorzystywane do finansowania badań z dziedziny medycyny oraz współpracy naukowej polsko-amerykańskiej. Innym elementem był program stypendialny dla młodych polskich naukowców, który zaproponowały amerykańskie fundacje i z którego szeroko korzystaliśmy.

Gesty te wyróżniały Polskę na tle innych państw socjalistycznych. A Gomułka tej polityki nie hamował, tzw. polska specyfika zupełnie mu nie przeszkadzała. Z kolei dla Stanów Zjednoczonych możliwość różnicowania państw Układu Warszawskiego była cenna, otwierała pole do gry politycznej.

Niemcy zapłaciły

A środowiska żydowskie? Po pierwsze, w tamtym czasie nie były jeszcze tak silne jak dziś. A jeżeli ktoś domagał się odszkodowania za majątek pozostawiony w Polsce? W takiej sytuacji umowa indemnizacyjna była dla obywateli amerykańskich bardzo wygodna. Mogli ubiegać się o odszkodowanie od rządu amerykańskiego, co było znacznie mniej kłopotliwe (i tańsze) niż podróż nad Wisłę i kierowanie sprawy do polskiego sądu. Dodajmy, że umowa przewidywała też wspólną komisję, która szacowałaby wartość utraconego majątku.

Tak więc z punktu widzenia polityki zarówno wewnętrznej, jak i globalnej, wobec państw bloku wschodniego, umowa indemnizacyjna była dla Stanów Zjednoczonych korzystna. W tym kontekście, a także w kontekście innych umów z Polską, suma 40 mln dol. odszkodowania była dla Ameryki sprawą trzeciorzędną. Zdecydowanie większe pieniądze Stany Zjednoczone angażowały bowiem w umowę zbożową i program stypendialny.

Po drugie, w tamtym czasie środowiska żydowskie chyba inaczej pojmowały sprawę powojennych odszkodowań. Adresatem ich żądań były Niemcy. Na mocy traktatu z 1952 r. między Izraelem a NRF państwo niemieckie przekazało ok. 3,5 mld marek jako zadośćuczynienie za Holokaust. Ponadto udzielało Izraelowi corocznej pomocy gospodarczej i finansowej. Łączną wartość wszystkich świadczeń z Niemiec na rzecz Izraela i jego obywateli oszacowano na prawie 60 mld marek.

Z prawnego punktu widzenia umowa ta zaspokaja roszczenia Żydów, którzy utracili majątki w Polsce podczas II wojny światowej. Odszkodowanie za skutki Holokaustu zostało wypłacone przez państwo niemieckie. To logiczne, bo przecież Niemcy napadły na Polskę, odebrały Żydom majątki, zorganizowały i przeprowadziły Zagładę.

Dodajmy, że te 60 mld marek najwyraźniej zostało uznane za wystarczającą zapłatę, bo dziś środowiska żydowskie nie zgłaszają żadnych roszczeń wobec Niemiec.

Dlaczego więc próbują zgłaszać, i to znacznie większe, pod adresem Polski? Odpowiedź wydaje się jedna – bo mogą. Bo polski rząd nie potrafi odpowiedzieć na to w sposób jednoznaczny, przekonujący i udokumentowany. A kolejnymi zapowiedziami wprowadzenia ustawy reprywatyzacyjnej ożywia nadzieje różnych amatorów spadków i odszkodowań.

To Donald Tusk, jeszcze jako premier rządu RP, jeździł do USA i do Izraela i tam, w rozmowach z przedstawicielami środowisk żydowskich, obiecywał, że ustawa reprywatyzacyjna zostanie uchwalona. Nawet przy tym się nie zająknął, że praktycznie wszystkie te roszczenia są regulowane przez ustawy indemnizacyjne. Wolał być fajnym Donaldem. Projekt ustawy reprywatyzacyjnej ma też rząd PiS. Choć na razie nie odważył się skierować jej do Sejmu.

Ale to wszystko daje nadzieję organizacjom żydowskim. Bo jeżeli ktoś otwiera drzwi, to dlaczego nie włożyć w nie nogi? Naciski trwają więc od lat. – Poprzednie rządy przymykały oko na sprawę własności ukradzionej przez nazistów i komunistów. To musi się zmienić – mówił w czerwcu 2008 r. Ronald S. Lauder, prezes Światowego Kongresu Żydów i honorowy prezes Światowej Organizacji ds. Restytucji Mienia Żydowskiego. – Odbieranie prawa do zwrotu zagrabionego majątku lub do odpowiedniej rekompensaty jest pogwałceniem podstawowych zasad demokratycznych. A w przypadku ofiar Holokaustu jest podwójnym upokorzeniem. Ludzie, którzy cudem przeżyli wojnę, aby się dowiedzieć, że wszystko, co posiadali, zostało im odebrane – m.in. przez państwo polskie – nie mogą dłużej czekać.

Zdaniem środowisk żydowskich projekt ustawy reprywatyzacyjnej powinien być konsultowany z zagranicznymi organizacjami dawnych właścicieli. A wnioski o zwrot mienia lub odszkodowanie można byłoby składać w języku angielskim, nie tracąc czasu w wielu urzędach, w sposób możliwie uproszczony, bez konieczności przedkładania zbędnych dokumentów.

A co z mieniem, którego spadkobierców nie można ustalić? Nie szkodzi, Polska powinna je zwrócić (w naturze lub gotówce) fundacjom żydowskim, upamiętniającym ofiary Holokaustu. Innymi słowy, mienie obywateli RP, utracone w zawierusze wojennej, powinno zostać przekazane fundacjom amerykańskim. Bo one upamiętniają.

Takie są efekty niewiedzy, zaniechania i miękkiego kręgosłupa.


To był rok 1960
Ponad 20 lat temu wiceminister Jan Bogutyn (na zdjęciu) odnajdywał umowy indemnizacyjne w archiwach Ministerstwa Finansów. Zapomniane, nieznane. Dziś ich skany możemy mieć na ekranie komputera, w domu, w ciągu paru sekund. Umowy są bowiem w elektronicznej bazie danych MSZ.

Ale i tak warto przypomnieć najważniejsze zapisy umowy z roku 1960.

Art. I mówi wyraźnie, że kwota 40 mln dol. przeznaczona jest „na całkowite uregulowanie i zaspokojenie wszystkich roszczeń obywateli Stanów Zjednoczonych, zarówno osób fizycznych, jak prawnych, do Rządu Polskiego z tytułu nacjonalizacji i innego rodzaju przejęcia przez Polskę mienia oraz praw i interesów (…), które miało miejsce w dniu lub przed dniem wejścia w życie niniejszego Układu”.

Art. III stwierdza: „Suma zapłacona Rządowi Stanów Zjednoczonych (…) zostanie rozdzielona w sposób i zgodnie z metodą podziału, zastosowanymi wedle uznania Rządu Stanów Zjednoczonych”.

Art. IV odsyła wszelkie żądania odszkodowawcze obywateli amerykańskich do rządu USA, stwierdzając: „Rząd Stanów Zjednoczonych nie będzie przedstawiał Rządowi Polskiemu ani nie będzie popierał roszczeń obywateli Stanów Zjednoczonych do Rządu Polskiego (…). W przypadku gdyby takie roszczenia zostały bezpośrednio przedłożone przez obywateli Stanów Zjednoczonych Rządowi Polskiemu, Rząd Polski przekaże je Rządowi Stanów Zjednoczonych”.

Polscy negocjatorzy przewidzieli też sytuację, gdy ktoś zrzeka się obywatelstwa amerykańskiego i przyjmuje np. obywatelstwo Izraela (ten kraj nie ma umowy odszkodowawczej z Polską), by tą drogą domagać się zwrotu mienia. Art. V mówi: „W celu zabezpieczenia Rządu Polskiego przed możliwym dochodzeniem za pośrednictwem krajów trzecich, lub w inny sposób, roszczeń uregulowanych niniejszym układem, Rząd Stanów Zjednoczonych dostarczy Rządowi Polskiemu kopii takich formalnych oświadczeń odnośnie roszczeń, jakie zostaną przedstawione przez wnoszących roszczenia oraz kopii decyzji dotyczących ważności i wysokości roszczeń”.

Zapisy są więc bardzo precyzyjne, nie pozostawiają pola do interpretacji. Tak zresztą widzi to amerykański rząd – do tej pory nie popierał żadnych roszczeń swoich obywateli wobec Polski i brał ich realizację na siebie. A rezolucje Izby Reprezentantów? Mają znaczenie polityczne, jako forma nacisku, ale nie są wiążące.

Dlatego środowiska amerykańskich Żydów, obywateli USA, po części składające się z potomków tych, którzy utracili w Polsce majątki, nie mają podstaw prawnych, by domagać się od Polski ich zwrotu czy odszkodowań.

Dotyczy to zarówno osób fizycznych, jak i osób prawnych. Jeśli nie otrzymały odszkodowania od Niemiec, pozostaje im zgłosić się do Departamentu Stanu. To jedyna dla nich droga prawna.

RW


Fot. Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Wydanie: 10/2019

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy