„Heweliusz” w Strasburgu

„Heweliusz” w Strasburgu

Wdowy po marynarzach z zatopionego promu dochodzą sprawiedliwości przed Trybunałem Praw Człowieka

Stołówka Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Piję kawę w towarzystwie pani Marii Janickiej, wdowy po starszym oficerze promu „Jan Heweliusz”. Jesteśmy tu, bo jutro trybunał zbierze się, aby rozpoznać skargę dziewięciu wdów i dwojga rodziców zmarłych marynarzy z „Heweliusza” wniesioną przeciwko Polsce. To tak groźnie i onieśmielająco brzmi: „versus Poland”.
– Człowiek ma uczucie, że naraża honor swojego państwa. Występujemy przeciwko tylko jednej instytucji, izbom morskim, a wychodzi na to, że cała Polska ma coś do stracenia w tym konflikcie – mówi Janicka.
Na drugim końcu stołu, bliżej szklanej ściany z widokiem na rzekę, siedzi troje prawników, którzy jutro będą przekonywali trybunał, że izby morskie były sądami stronniczymi, że prowadziły nierzetelne procesy, podczas których nie mogły ustalić prawdy o przyczynach zatonięcia promu. Mecenas Romana Orlikowska-Wrońska, prof. Zdzisław Brodecki i aplikant Przemysław Rybiński próbują przewidzieć najbardziej zaskakujące pytania sędziów. Mec. Orlikowska zajmuje się sprawą prawie rok. Maria Janicka jest „w podróży” do Strasburga już dziesięć lat.
– Ból i rozpacz po stracie męża na szczęście nie trwają wiecznie. Jednak zanim można zdobyć się na racjonalne myślenie o tym, co się zdarzyło, musi upłynąć więcej czasu, niż przewiduje jakikolwiek kodeks. Dopiero niedawno zdołałam przeczytać od deski do deski 300 stron orzeczenia Odwoławczej Izby Morskiej. A kiedy na początku sprawy ktoś mi powiedział, że w izbie morskiej mam być obrońcą męża, to czułam, że świat zawalił mi się na głowę – mówi.
– Państwo i różni prawnicy zrobili wszystko, żeby nas ciągle bolało – żali się wdowa. – Siedem lat procesów w izbach morskich, kilka lat zwodzenia fałszywą perspektywą odszkodowania ze specjalnego funduszu założonego w sądzie w Gdańsku. A przed nami jeszcze lata procesów cywilnych o odszkodowania. Szkoda mówić, ta z nas, wdowa po radiooficerze, która pierwsza straciła wiarę w fundusz i poszła do sądu, jest znów – po przejściu dwóch apelacji – w pierwszej instancji.
Polski pracownik trybunału zaprasza na salę rozpraw. Chodzi o to, żeby uczestnicy rozprawy, którzy tu jeszcze nie byli, mogli się oswoić z pomieszczeniem, poznali miejsca przydzielone stronom sporu, przymierzyli słuchawki.

Czas liczony od nowa?
Nazajutrz. Ta sama sala. Woźny ogłasza po francusku: „La cour!” (sąd). Wstajemy. Wśród publiczności są sędziowie z sądów najwyższych Rosji oraz Niemiec, wysocy funkcjonariusze policji holenderskiej, pracownicy trybunału. Wszyscy otrzymali pisemną informację o przedmiocie rozprawy i plan przedstawiający, jak będą siedzieli sędziowie. Polski rząd reprezentują prof. Krzysztof Drzewicki i jego doradcy: Renata Kowalska, prof. Jerzy Młynarczyk oraz dr Eugeniusz Jabłoński (emerytowany sędzia izb morskich).
11 osób w togach zajmuje miejsca za wygiętym w łuk stołem sędziowskim. Przewodniczący składu orzekającego, Niemiec Georg Ress, skinieniem ręki pozwala nam usiąść. Towarzyszy mu dziewięcioro sędziów, w tym troje zapasowych. Jedenasty jest kanclerz sekcji, czyli wydziału zajmującego się sprawą. Każdy sędzia pochodzi z innego kraju: Są więc Portugalczyk, Litwin, Irlandczyk, Albańczyk, Szwajcar (ale z ramienia Lichtensteinu) i Polak, prof. Lech Garlicki. Sędziowie zapasowi to Turek, Macedonka i Norweżka. Ostatecznie głosować będzie tylko siedmioro.
Rozprawa toczy się po angielsku. Sędzia Ress informuje, że strony uzgodniły, iż pierwsi wystąpią przedstawiciele rządu. Prof. Drzewicki najpierw stawia wdowom zarzuty formalne – niedotrzymanie terminu złożenia skargi, potem udowadnia, że izby morskie nie są sądami, więc nie toczą się tam prawdziwe procesy, których rzetelność jest chroniona Konwencją Praw Człowieka. Ta argumentacja jest już znana trybunałowi z pisemnej fazy postępowania. Troje przedstawicieli rodzin marynarzy nie polemizuje z zarzutami formalnymi, bo mec. Orlikowska zrobiła to wcześniej. Gdyby te zarzuty były prawdziwe, najprawdopodobniej nie doszłoby do rozprawy. Następuje runda pytań ze strony sędziów, potem zbiorowe odpowiedzi stron. Tylko przez chwilę spór jest zrozumiały dla laika. Prowadzą go profesorowie – Zdzisław Brodecki mówi, że ustawa o izbach morskich wymaga rewolucyjnych zmian, a Krzysztof Drzewicki odpowiada, że w Polsce mamy za dużo rewolucji. Sędzia Ress zamyka rozprawę. Na orzeczenie, jak w zwykłych sądach, trzeba czekać.
Pytam panią Janicką, która nie zna języka angielskiego, jak odebrała przebieg posiedzenia. – Patrzyłam jak na pantomimę i od początku byłam optymistką, bo widziałam rosnące podniecenie w delegacji rządu. Po rozprawie jej członkowie byli bardziej zdenerwowani niż przed.

Sopot, między rozprawą i orzeczeniem
Maria Janicka mieszka w bloku na parterze, w gomółkowskim metrażu. Mąż nie handlował, nie walczył o lepsze linie i odmówił awansu na promach, chociaż miał dyplom kapitana żeglugi wielkiej. Nie chciał brać na barki odpowiedzialności i szukać kompromisów między wątłym bezpieczeństwem „Heweliusza” a wymaganiami armatora. Jednak nie uchroniło go to od uznania przez izby morskie za współodpowiedzialnego za katastrofę sprzed dziesięciu lat. W izbach morskich nie dostał obrońcy z urzędu.
Czytamy wycinki prasowe o sprawie w Strasburgu. Co kartka, to większe zdziwienie: prof. Drzewicki i jego asystentka Renata Kowalska napisali artykuł do „Rzeczpospolitej”. Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało specjalne oświadczenie w sprawie skargi wdów. – To wygląda, jakby „Brudnicka i inni przeciwko Polsce” oznaczało najazd czarownic, które zamierzają złupić kraj pod pretekstem kilku drobnych uchybień w procedurze sądowej – mówi Maria Janicka. – Może chodzi o przygotowanie opinii publicznej do sytuacji, w której powie się na przykład: no, nie ma nieomylnych trybunałów i za ich błędy musi płacić polski podatnik?

Wydanie: 5/2003

Kategorie: Kraj
Tagi: Marek Błuś

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy