Patriotyzm na sprzedaż

Patriotyzm na sprzedaż

Tożsamość narodowa stała się czymś, co konsumujemy tak samo jak inne produkty

Dr Piotr Majewski – kulturoznawca, antropolog z Instytutu Kulturoznawstwa Uniwersytetu SWPS oraz Instytutu Kultury Polskiej UW

W szkołach na dobre zadomowili się bohaterowie wojenni, Bóg i wrogowie ojczyzny. Oczywiście to poziom symboliczny, ale jaką funkcję pełnią np. narodowe tablice szkolne z „żołnierzami wyklętymi”?
– Każda pracownia historyczna jest zapełniona określonymi ikonami, które stanowią rodzaj komunikatu. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że kultura tekstu ustępuje dzisiaj miejsca tzw. kulturze obrazkowej, to mamy do czynienia z dużą siłą rażenia takiego przekazu. W taki sposób kształtowane są kompetencje poznawcze młodych ludzi. Wspomniane gabloty w szkolnej przestrzeni odgrywają rolę sfery sakralnej, wypełnionej symbolami klanowymi, których zadaniem jest konkretne przedstawienie narodowej wspólnoty wyobrażonej. Owe symbole oczywiście upraszczają sposób postrzegania tożsamości zbiorowych i reprodukują modele odczytywania przeszłości.

Co wyróżnia taki przekaz?
– Na pierwszym planie są bezrefleksyjność i banalność nacjonalizmu. Jednak nie banalność w potocznym rozumieniu tego słowa, lecz rozumiana raczej jako zdroworozsądkowy, nawykowy i codzienny sposób myślenia. Z pomocą takiego „zdrowego rozsądku” można wywierać silną presję na to, co człowiek myśli i mówi. Od samego początku naszej edukacji naród jest nam przedstawiany jako zjawisko naturalne, a więc ahistoryczne, niemalże byt pochodzenia boskiego. Nie ma najmniejszej refleksji nad pochodzeniem takich pojęć jak naród, patriotyzm czy wspólnota narodowa ani nad ich historycznymi kontekstami i uwikłaniami.

Wyraźnie rozłożone akcenty i nieobecność kategorii społeczeństwa ograniczają wyobraźnię młodego człowieka. A co z nauczycielami? Dla nich wszystko jest w porządku?
– Z badań praktyk i sposobów nauczania historii w polskich szkołach wynika, że dla większości nauczycieli taki sposób przekazywania wiedzy o przeszłości jest czymś naturalnym. Bezrefleksyjnie powielają dyskurs banalnego nacjonalizmu.

Nauczyciele historii w polskich szkołach nie myślą dostatecznie krytycznie?
– To nie jest zaskakujące. Część nauczycieli myśli krytycznie, ale nie mają oni narzędzi, które mogłyby im pomóc przekroczyć horyzont dotychczas nabytej wiedzy oraz ukształtowanego za jej pomocą światopoglądu i nawykowych sposobów myślenia. Dlatego nie możemy również powiedzieć, że winą twórców podręczników jest to, że wpisują się w określony model myślenia o wspólnocie i w stereotypowy (zdroworozsądkowy) sposób postrzegania różnych procesów społecznych. Twórcy podręczników zostali wychowani w określonej kulturze. Także oni otrzymali – a raczej należałoby powiedzieć, że narzucono im – pewne pojęcia, wyobrażenia, sposoby pamiętania i wypełniające je treści, które doskonale wpasowują się w obowiązujący kanon polskości.

Trochę to brzmi, jakby umysły kilku pokoleń zostały zanurzone w magmie. Tymczasem żyjemy w rzeczywistości społecznej, w której idee i różne szkoły myślenia są dostępne w obiegu publicznym.
– Zostaliśmy wychowani przez ludzi, którzy byli wychowywani w ramach opisanego przeze mnie sposobu myślenia o wspólnocie. Wizji, w której specyficznie rozumiane pojęcie narodu praktycznie zdominowało o wiele szerszą i pluralistyczną kategorię, jaką jest społeczeństwo. Nie ma właściwie przeciwwagi dla szkolnej edukacji historycznej i powielanego przez nią sposobu myślenia, ponieważ z jednej strony, czego dowodzą wyniki badań, o historii bardzo rzadko rozmawia się w domach, a z drugiej strony, dominujące narracje obecne w popkulturze (np. w internecie czy w prasie) są przede wszystkim wersjami – często zwulgaryzowanymi – opowieści przekazywanych w ramach edukacji szkolnej.

Co szwankuje najbardziej?
– Przede wszystkim brakuje nam krytycznej perspektywy mówienia o przeszłości, w której potrafilibyśmy nie tylko relatywizować takie pojęcia jak naród, narodowość, patriotyzm czy polskość, lecz także opowiadać o czasach minionych w sposób, w którym te abstrakcyjne pojęcia nie dominują, ale są jednymi z wielu narzędzi poznawczych. Miałem studenta zafascynowanego, jak sam deklarował, „myślą narodową”. Zdolny młody człowiek, który przeprowadził badania dotyczące bumu na odzież „patriotyczną”. Chciał napisać pracę magisterską na ten temat. Gdy rozmawialiśmy o potrzebie odświeżenia lektur: Dmowskiego, Zdziechowskiego, Piaseckiego i innych, okazało się, że nigdy nie czytał tych autorów, a wiedzę czerpał głównie z książek historycznych, forów i blogów internetowych oraz dodatków historycznych do pism prawicowych.

Jakie jest źródło popularności popnacjonalizmu? Ostatnie 20 lat to okres szczególnie intensywnych dyskusji na temat malejącego znaczenia nacjonalizmu. Tymczasem popnacjonalizm jest dzisiaj obecny niemal wszędzie: w szkołach, mediach, internecie, na stadionach, na murach miast.
– Powinniśmy spojrzeć na zjawisko popnacjonalizmu jako pewien złożony i wielowymiarowy proces. Nacjonalizm rozumiany jako ideologia głosząca, że tożsamość narodowa jest najważniejszym, a może i jedynym, sposobem definiowania przynależności jednostki do szerszych grup społecznych, wszedł w orbitę procesów związanych z konsumpcją. U nas proces ten rozpoczął się po 1989 r., ale na tzw. kapitalistycznym Zachodzie można było go zaobserwować już przed I wojną światową.

Idziemy zatem do sklepu i wybieramy najlepiej opakowany rynkowo produkt z orłem w koronie.
– Tożsamość narodowa stała się czymś, co konsumujemy w takim samym stopniu jak inne produkty w świecie zdominowanym przez kulturę popularną. A owa konsumpcja jest obecnie, obok edukacji szkolnej, jednym z głównych mechanizmów banalizujących nasz sposób myślenia o narodzie. Poprzez konsumpcję tożsamości, kupowanie takich produktów jak odzież z wizerunkami „żołnierzy wyklętych”, „patriotyczne” napoje energetyczne, kubki z małym powstańcem, kije bejsbolowe z symbolem Polski Walczącej czy różne gadżety kibicowskie, ludzie definiują siebie wobec innych oraz manifestują wyznawane przez siebie wartości i poglądy.

Co młody człowiek zyskuje jeszcze dzięki takiej konsumpcji?
– Produkty te to emblematy okreś­lające, kim ci ludzie – nie tylko zresztą młodzi – są i co myślą, ale też kim nie są. Takie „produkty totemy” dają konsumentom poczucie przynależności do „realnej” grupy, w której obowiązują wyraźnie określone wartości i poglądy, chroniące przed poczuciem pustki, zanikiem poczucia solidarności grupowej oraz coraz bardziej skomplikowaną i niepewną współczesnością. Musimy zwrócić uwagę na to, że nacjonalizm jest chyba jedyną ideologią modernistyczną wciąż mającą masową „moc rażenia”. To nie marksizm, anarchizm, liberalizm, konserwatyzm, syndykalizm czy pacyfizm, lecz właśnie nacjonalizm, przynajmniej w naszej części świata, jest w stanie jednoczyć wokół wspólnych wyobrażeń jeżeli nie miliony, to setki tysięcy ludzi o różnych stylach życia. Można w tym przypadku szukać analogii do mechanizmów rynkowych i działalności przemysłów kultury (np. firm fonograficznych czy działających w sektorze filmowym), które zawłaszczyły pewne elementy ideologii i praktyk społecznych różnych subkultur powstałych w drugiej połowie XX w. Dzisiaj gadżety popnacjonalistyczne sprzedają się równie dobrze jak jeszcze niedawno T-shirty z portretem Che albo symbolami pacyfistycznymi i anarchistycznymi. W ten sposób kontroluje się i instytucjonalizuje także współczes­nych popnacjonalistów.

Do kogo skierowana jest oferta popnacjonalizmu? Mogą z niej skorzystać wszyscy chętni czy tylko wybrani?
– Problem np. z nowymi popnacjonalistycznymi gadżetami polega na tym, że w myśl kapitalistycznej logiki są przeznaczone dla wszystkich, a jednak mogą być konsumowane jedynie przez wybranych. Z jednej strony, są bowiem towarem ekskluzywnym, w takim sensie, że wykluczają inne sposoby opowiadania o wspólnocie narodowej, z drugiej zaś, to rzeczy po prostu drogie. „Patriotyczny” T-shirt potrafi kosztować nawet 150 zł. Dlatego wiązanie ideologii popnacjonalizmu jedynie z „ofiarami transformacji” jest fałszywym opisem rzeczywistości. Te nowe narodowe precjoza nabywa nie tylko, o ile w ogóle, wykluczona edukacyjnie i ekonomicznie młodzież ze „złych” dzielnic. Przeciwnie, współcześnie popnacjonalizm jest tą ideologią, która oddziałuje na wszystkie klasy i warstwy społeczne.

Przedstawiciele tych klas wydają się zagubieni, oczywiście w różnym stopniu, ale łączy ich odczuwany niepokój. Czy ideologia popnacjonalizmu jest wentylem bezpieczeństwa, który zabezpiecza i porządkuje ich życie?
– Tak, zdecydowanie. Popnacjonalizm przede wszystkim udziela prostych odpowiedzi, porządkuje skomplikowaną i zróżnicowaną rzeczywistość, a jednocześnie odwołuje się do figur pamięci, które najczęściej przekazywane są w ramach edukacji szkolnej (doskonałym przykładem są tu gadżety odwołujące się do mitu powstania warszawskiego czy niezwyciężonej husarii). W sposób zrozumiały i atrakcyjny dla współczesnego konsumenta popnacjonalizm opowiada, dlaczego „jesteśmy tacy, jacy jesteśmy” i dlaczego nasze wartości, styl życia i tożsamość są nie tylko odwieczne i wyjątkowe, ale także lepsze od tożsamości innych/obcych. Zarazem jest to ideologia, która dostarcza schematów myślowych za pomocą narzędzi należących do kultury 2.0. Odpowiadając na tradycyjne potrzeby, stara się zapewnić antidotum na nowe lęki wielu ludzi, którzy widzą w globalizacji i „płynnej nowoczesności” zagrożenie dla swojej tożsamości. To popnacjonalizm, a nie np. różne odłamy nowej lewicy, skutecznie rywalizuje z neoliberalnymi narracjami, które starają się nas przekonać, że możemy liczyć jedynie na siebie, że musimy być mobilni i elastyczni, że wciąż powinniśmy podnosić kwalifikacje zawodowe, a także tolerować obcych i akceptować inność.

Dobra i skuteczna alternatywna oferta dla dominującego chaosu.
– Bałbym się użyć w tym kontekście słowa dobra. Bardzo ciekawe jest to, co się dzieje w perspektywie oddolnej popnacjonalizmu, jego konsumentów i współkreatorów, którzy często nie są wsparci instytucjonalną mocą państwa. Interesujące jest choćby odwoływanie się przez niektórych „patriotycznych” raperów do narodowego solidaryzmu oraz koncepcji narodowej spółdzielczości z lat 20. i 30. XX w. Gdy odsączymy pierwiastek narodowy z tego przekazu, znajdziemy tam także elementy np. teorii Edwarda Abramowskiego.

Wychodzi z tego mieszanka wybuchowa, ale chyba rzadko kto jest w stanie przestudiować jej skład.
– Cóż, także popnacjonalizm jest dzieckiem swoich czasów, a więc łączy i miesza ze sobą różne porządki debaty, cechuje się „wszystkożernością” swoich konsumentów. Doskonale widać te zjawiska na przykładzie wspomnianego już „patriotycznego” rapu, będącego częścią szerszego zjawiska określanego jako muzyka tożsamościowa. „Patriotyczni” raperzy i ich fani to osoby z różnych klas społecznych, o różnym kapitale kulturowym i ekonomicznym, połączone jednak właśnie popnacjonalistyczną estetyką i retoryką oraz pewnymi zespołami poglądów czy postaw.

Jakie to poglądy i postawy?
– Można wśród nich wymienić antykomunizm, niechęć do „liberalnego” mainstreamu i tzw. lewactwa, których przedstawiciele postrzegani są jako zdrajcy ojczyzny, przywiązanie do „prawdziwej” historii i dostarczanych przez nią wzorców osobowościowych, skrajnie negatywne nastawienie do szeroko rozumianych obcych (uchodźców, homoseksualistów, migrantów, lemingów, przedstawicieli innych państw i religii itd.) oraz negatywne oceny ekonomicznego i społecznego wymiaru neoliberalizmu. Co paradoksalne, raperzy „patrioci” krytykują także kulturę popularną będącą ich zdaniem narzędziem w rękach obcych, którzy chcą zniszczyć prawdziwą polskość.

Taki artysta wychodzi na scenę i prezentuje te wszystkie elementy?
– Podam przykład. Jest raper ze Śląska, który całe dorosłe życie spędził w Niemczech. Wrócił dwa lata temu do Polski i zaczął robić karierę w mediach prawicowych. Ponieważ wychował się w Reichu, stał się zdaniem prawicowych dziennikarzy ekspertem od migrantów i wrażej ideologii multi-kulti. Często więc opowiada na wizji o tzw. uchodźcach, islamistach i ciapatych, o tym, jacy są barbarzyńscy i niebezpieczni. Nikomu nie przeszkadza, że sam posługuje się trzema językami i miesza je w wypowiedziach.

Kto czuwa nad obowiązującym kanonem popnacjonalizmu?
– Wracamy tutaj do roli edukacji, państwa, polityków i innych przedstawicieli elit. Kanoniczny jest „banalny” sposób mówienia i myślenia o narodzie i jego przeszłości, a nie sposób, w jaki definiujemy patriotyzm, nacjonalizm itp., czy nawet to, jakie mamy zdanie w dyskusji o tym, „kto jest prawdziwym Polakiem”. Choć trzeba zauważyć, że zdecydowane zwycięstwo w tej dyskusji zdobyła narracja, której korzeni musimy poszukiwać już w polityce edukacyjnej II RP, a nawet wcześniej. Tego przekazu nie zmienił ani rok 1945, ani 1989. Przypomnijmy sobie, co spotkało Jana Tomasza Grossa. Ten autor został wypchnięty poza nawias nie tylko nacjonalistycznych opowieści, ale także liberalnego mainstreamu. Działo się tak, ponieważ opowiadał o czymś, co uderza w dobre samopoczucie większości społeczeństwa i może nadszarpnąć autowyobrażenia przekazywane w rodzinie i w szkole.

Czyli liberalny mainstream również wykluczał konkurencyjne wizje historii. Mamy zatem sojusz ponad podziałami, wszystkie formacje połączyła „miłość” do ojczyny.
– Może nie konkurencyjne, ale takie, które nie były osadzone w dominującej opowieści narodowej. Wszyscy rządzący od 1989 r., spod znaku UW, SLD, AWS, PO, PiS czy PSL, oraz większość przedstawicieli świata nauki, kultury i mediów, a więc uprzywilejowani uczestnicy sfery publicznej, nawet jeśli nie zgadzają się między sobą co do istoty polskiej tożsamości, to cały czas tworzą i reprodukują zdroworozsądkowe założenia i sposoby mówienia o sprawach narodowościowych. Doskonale można zaobserwować to zjawisko także w przypadku środowisk liberalno-lewicowych i części tzw. nowej lewicy. Ci pierwsi wciąż odwołują się do „patriotyzmu krytycznego” Lipskiego, drudzy zaś chcą odzyskać patriotyzm z rąk prawicy, odwołując się do takich ikon pamięci jak Gabriel Narutowicz czy rząd Daszyńskiego. Ten proces kontynuacji jest niezwykle ważny – proszę pamiętać, że pomysł kilku organizacji kombatanckich ustanowienia najnowszego i niezwykle kontrowersyjnego święta państwowego, czyli Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, od samego początku cieszył się poparciem PO i PiS. Inicjatywę ustawodawczą uchwalenia nowego święta podjął w 2010 r. prezydent Lech Kaczyński, a po jego śmierci kontynuował ją Bronisław Komorowski.

Możemy ustalić, kiedy tak w ogóle pojawił się popnacjonalizm?
– Wydaje mi się, że takich momentów było kilka: stworzenie Muzeum Powstania Warszawskiego, rozpoczęcie działalności przez Instytut Pamięci Narodowej oraz pierwsze rządy PiS. To mniej więcej w tym okresie państwo i jego instytucje, w ramach postulowanej przez kilku intelektualistów polityki historycznej, zainteresowały się popkulturą. Podstawowym tworzywem, z którego lepiono nową narrację, były nie tyle profesjonalne akademickie wyniki badań nad przyczynami wybuchu, przebiegiem czy konsekwencjami powstania warszawskiego, ile figury pamięci czy ikony związane z tym wydarzeniem.
Muzeum stało się producentem „wielozmysłowej” pamięci o powstaniu: angażowano popularnych muzyków, którzy zaczęli nagrywać albumy poświęcone tematyce powstańczej, kręcono lub współrealizowano teledyski, filmy i seriale, organizowano gry miejskie. Cała praca wykonana przez ideologów muzeum stworzyła modę na coś, co zarówno obóz prawicowy, jak i liberalny zaczęły określać jako nowoczesny patriotyzm. Otrzymaliśmy wielką opowieść o superbohaterach, którzy podczas powstania przeżyli fantastyczną przygodę, poznali piękne dziewczyny, a czasem nawet zrealizowali romantyczny model Polaka patrioty, który złożył życie na ołtarzu ojczyzny. Powstanie warszawskie stało się sexy. Bardzo szybko na te działania zareagowała „prywatna inicjatywa”, która dostrzegła w popnacjonalizmie potencjał komercyjny. W ten sposób powstał sektor usług, który możemy nazwać popnacjonalizmem spółką z o.o.

Sexy produkt może jednak pozbawić historię krytycznego namysłu.
– Usuwa w cień podstawowe pytania i kontrowersje związane z wybuchem powstania, jego przebiegiem i skutkami. Sprowadzając czyn powstańczy do scenariusza polskiego romantycznego mitu, przekreśla pytania o jego koszty społeczne (śmierć setek tysięcy cywilów), a jednocześnie – przynajmniej pośrednio – dewaluuje późniejsze, bardziej „intelektualne”, pozytywistyczne i rzeczywiste zwycięstwa społeczeństwa, np. powstanie pierwszej Solidarności, a w efekcie obalenie systemu komunistycznego.

Jaka jest rola instytucji państwowych w kreowaniu popnacjonalizmu? Wiele z nich organizuje różnego typu wydarzenia z okazji świąt i ważnych rocznic. Możemy powiedzieć o marszu tej ideologii przez instytucje?
– Rola instytucji jest ogromna, a pop­nacjonalizm to nie tylko ideologia, ale i swoista moda, instytucjonalizowana przez rządzących od co najmniej 10 lat. Szkoły, muzea, domy kultury, ale także podmioty obywatelskie (np. stowarzyszenia) czy prywatne (grupy rekonstrukcyjne) popularyzują określony sposób mówienia i myślenia o narodzie i wspierane są finansowo przez władze centralne i samorządy. Ostatnie 10 lat to okres wzmożonej polityki historycznej. Pojawiły się nowe, niezwykle kosztowne instytucje (IPN, Muzeum Powstania Warszawskiego, Muzeum Żołnierzy Wyklętych i wiele innych) oraz różne programy ministerialne z ogromnym jak na polskie warunki budżetem, w tym program „Patriotyzm jutra” realizowany przez Narodowe Centrum Kultury. Państwo, wbrew temu, co się mówi na temat jego aktywności w obszarze kultury, nie zeszło na plan dalszy. Taki proces musiał odcisnąć się mocniej lub słabiej na świadomości zbiorowej, a jednocześnie sprzyjać komercjalizacji ideologii nacjonalistycznej.

Wydanie: 7/2017

Kategorie: Kraj, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy