Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Żałoba na I piętrze – Jan Truszczyński wygrał konkurs w Unii Europejskiej i od 1 stycznia będzie wicedyrektorem Dyrekcji Generalnej ds. Rozszerzenia UE. W ten sposób zagrał PiS-owcom podwójnie na nosie. Po raz pierwszy, gdy nie przyjął propozycji wyjazdu na stanowisko ambasadora RP w Paryżu. To było jeszcze latem ubiegłego roku, Truszczyński jako wiceminister i osoba biegle władająca francuskim (i paroma innymi językami również) był naturalnym kandydatem na to stanowisko. Ale odmówił, i odszedł z MSZ. Tym sposobem odebrał nowej ekipie szansę na to, by go mogła upokarzać – odwołać w trybie nagłym do Warszawy, ogłosić, że był agentem, zesłać do pracy do archiwum itp. Nic z tych rzeczy. Teraz zagrał PiS-owcom na nosie po raz drugi – bo przecież minister Fotyga czy jej zastępca Paweł Kowal nawet za 10 lat nie będą mieli szansy, by w podobnym konkursie coś wygrać.
No i teraz proszę wytłumaczyć, jak to się dzieje, że ci pogardzani przez PiS dyplomaci, których nowa władza wypchnęła z MSZ, Truszczyński, Grela, Plewa, wygrywają konkursy i otrzymują propozycje pracy w instytucjach unijnych? Układ działa też w Brukseli?
Co do Kowala, bo go wspomnieliśmy – jakiś czas temu jeden z do niedawna ważnych notabli w MSZ przekonywał kolegów, że to nie jest zły nabytek, bo miło z nim rozmawiał i Kowal zadawał pytania, i słuchał odpowiedzi. Mój Boże, a co potrafi innego? Chodzić po audycjach radiowych i opowiadać gładkie banały?
W MSZ wspomina się czasy sprzed paru lat, kiedy Kowal był asystentem premiera Buzka. To wtedy nabył umiejętności kontaktów ze Wschodem, co wpisuje sobie w CV. A było to tak – Buzek leciał bodajże do Korei, ale miał międzylądowanie w Irkucku. Więc poleciał tam Kowal, by zorganizować premierowi spotkanie z miejscową Polonią. A potem zajmował się tym, by ściągnąć ich jak najwięcej, no i żeby na przyjęciu było dużo kawioru, bo premier lubi.
Teraz zaś poleciał z prezydentem do Lahti. I tam był świadkiem, jak Lech Kaczyński „ratował honor Europy”, bo powiedział parę twardych słów Putinowi. No proszę, Francuzi nie ratowali, Niemcy też nie chcieli, ani Włosi, ani Anglicy, a Polska – bach – po oczach. Może nie zawsze mądrze mówimy, ale swój honor mamy.
Tak zresztą było przed wizytą ministra Ławrowa w Warszawie. Dzień przed tą wizytą szef gabinetu politycznego pani minister Fotygi, Tomasz Różański, pytany był przez „Rzeczpospolitą”, czy organizowany przez TVP koncert solidarności z narodem czeczeńskim może utrudnić naprawę stosunków polsko-rosyjskich. Skądże, odpowiedział dziarsko Różański, przecież Rosjanie wiedzą, że popieramy aspiracje Czeczenii. Po tej wypowiedzi odezwała się błyskawicznie ambasada Rosji w Warszawie, zwracając się z pytaniem do naszego MSZ, czy Polska uznaje integralność terytorialną Federacji Rosyjskiej, czy też nie. Okazało się, że Polska uznaje, więc Ławrow przyjechał do Warszawy.
A Różański? Najpierw go zdymisjonowano, potem mówiono, że nie był szefem gabinetu politycznego, a tabliczkę na drzwiach to sobie sam przykręcił. A teraz jest doradcą pani Fotygi. A skąd ten mózgoznawca spraw międzynarodowych znalazł się w MSZ? Ano trafił od pani Kruk, szefowej KRRiTV, której był asystentem. Faktycznie, obyty…

Wydanie: 44/2006

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy