Testament Kapuścińskiego

Testament Kapuścińskiego

Nieprzypadkowo na Zachodzie obok książek autora „Cesarza” na półkach leżą dzieła Krzysztofa Kieślowskiego

Przepełnienie bólem, smutek, poczucie ogromnej straty – wszystko, co można zdawkowo napisać tuż po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego, jawi mi się jako sztampowe, nieadekwatne i jakby nie na miejscu. Zarówno ci, którzy poznali go osobiście, jak i ci, którzy zetknęli się jedynie z jego twórczością, są dzisiaj przejęci i pewnie odnoszą wrażenie, że artysty i człowieka tak wielkiego formatu nikt nie zastąpi, nikt nie potrafi wypełnić pustki spowodowanej jego nieobecnością. Tak mi się wydaje.
Gdy w drugiej połowie lat 70. rozpoczynałem pracę dziennikarską, właśnie Ryszard Kapuściński dla mnie i wielu moich kolegów był już jednym z mistrzów. Wzbudzał podziw i uznanie nie tylko za sprawą swoich podróży i książek, które

pobudzały ciekawość świata,

ale także dzięki cechom osobistym, które dostrzegaliśmy, gdy spotykał się z nami na wykładach uniwersyteckich i studenckich warsztatach dziennikarskich.
Z zapartym tchem słuchaliśmy jego refleksji o Afryce i Ameryce Łacińskiej. Miał rzadki dar barwnego, sugestywnego opowiadania. Tworzył piękne metafory i przenikliwe syntezy, aby uchwycić i przekazać istotę omawianych zjawisk. Chętnie, gdy był w kraju, dzielił się swoją wiedzą, do której my nie mieliśmy dostępu. To była inna epoka. Ale potem przyszły „nowe czasy” i w nich autor „Hebanu” nie dewaluował się, przeciwnie – zdumiewał skalą zainteresowań, oświetlał nowe zjawiska, zaciekawiał nowymi „obrazami życia na naszej planecie”. Tak jak dawniej chętnie, choć niezbyt często, spotykał się z czytelnikami, z młodzieżą, ze studentami. I dla kolejnych pokoleń – nie tylko ludzi pióra – stawał się ważnym punktem odniesienia, może nawet niedościgłym wzorem. Tym większym, że nie pchał się na afisz, dystansował się od pokus medialnej sławy i blichtru. Chciał, by przemawiały do ludzi przede wszystkim jego książki.
Przemawiały. Wzruszały. Inspirowały. A pisał wspaniale – pięknym językiem, prosto, jasno, obrazowo, mądrze i przenikliwie. Z pasją i empatią. Czytając książki Kapuścińskiego, ma się poczucie obcowania z nim samym; wraz z nim wędruje się przez nieznane kraje i kontynenty, poznaje się ludzi, których on gdzieś spotkał, rozmawia się z nimi, uczestniczy się w rewolucjach i przewrotach politycznych, w dziesiątkach wydarzeń i sytuacji, których on był świadkiem. Dzięki niemu to, co odległe, a nawet

egzotyczne staje się bliższe,

to, co obce, jakby bardziej oswojone. To on wytwarzał ów klimat bliskości.
Przez ponad pół wieku aktywności zawodowej Kapuściński wypracował własny styl pisarski, którym zrewolucjonizował i nobilitował reportaż, a także poszerzył granice literatury. Wybił się też na niezależność. Umieszczone przy jego nazwisku słowa „dziennikarz”, „reporter”, „pisarz” budzą najlepsze skojarzenia, są nie tylko nazwą wykonywanego zawodu, ale i znakiem najwyższej jakości rzemiosła. Twórczość autora „Hebanu” jest emanacją jego postawy, postawy człowieka zatroskanego – nie boję się tu użyć tego patetycznego stwierdzenia – o los ludzkości i o los pojedynczego człowieka. Tak Kapuściński postrzegał świat – jako całość, w której ważna jest nawet kropla wody. I tak budował swoje „sceny” – z tła ogólnego i trafnie dobranego szczegółu, na który inni może nie zwróciliby uwagi.
W tym miejscu nasuwa mi się porównanie Ryszarda Kapuścińskiego i Krzysztofa Kieślowskiego. Ilekroć w ostatniej dekadzie odwiedzałem multimedialne centra w Berlinie, Rzymie, Trieście, Sztokholmie czy Wiedniu, tylekroć bez trudu odnajdowałem tam przetłumaczone książki Kapuścińskiego i kasety z filmami Krzysztofa Kieślowskiego. Nieprzypadkowo. Ci dwaj artyści są dzisiaj jednymi z najbardziej znanych w świecie Polaków. Ich twórczość pokonuje bariery geograficzne i kulturowe, wzbudza żywy oddźwięk w kilkudziesięciu krajach od Europy po Amerykę. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego właśnie oni?
Może dlatego, że potrafili znaleźć sposoby, by swoje dzieła naznaczyć piętnem uniwersalnych wartości i spraw ważnych dla ludzi różnych kultur. Poszukiwali tego, co łączy, a nie tego, co dzieli. Ich poczynaniom – choć każdy z nich samodzielnie „robił swoje” – zdawała się przyświecać dewiza: szkoda życia i czasu na zajmowanie się byle czym. Ukształtowani w zniewolonym kraju, okazali się ludźmi wolnymi, otwartymi na innych. Ich twórczość jest świadectwem wiarygodnym. Tę wiarygodność dało im nie tylko warsztatowe mistrzostwo, ale przede wszystkim zgodność ich życia z twórczością. Stali za nią całym sobą… To się wyczuwa.
Często zarzucano Kapuścińskiemu, że prawie nie pisze o Polsce. Pytano np., dlaczego opisał upadek Związku Radzieckiego, a nie pochylił się nad naszą transformacją po 1989 r. Myślę, że nie można mieć o to do niego pretensji. Opisując światy nam nieznane lub mało znane, między wierszami – i nie tylko w głośnym „Cesarzu” – Kapuściński pisał też o Polsce. I pisał, jak sądzę, zawsze z myślą o rodakach. Starał się nas wyposażyć w szersze, niezaściankowe spojrzenie, usiłował zachęcić do

myślenia w kategoriach uniwersalnych.

Z perspektywy globalnej i jednostkowej. Dzisiaj takie przenikające się wzajemnie spojrzenie jest potrzebne może bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Kapuściński kierował naszą uwagę ku nowym horyzontom i dobrym sprawom. Ku człowiekowi. W ostatnich latach często wracał do okresu swojego dzieciństwa. Zamierzał o nim napisać. Odwiedził rodzinne Polesie, ale także Sieraków koło Izabelina, warszawską miejscowość na skraju Puszczy Kampinoskiej, gdzie w latach wojennych mieszkał, a jego ojciec uczył w miejscowej szkole. Przejechał się po okolicy bryczką, potem podpisywał książki na lokalnym kiermaszu. Był bardzo zadowolony z tej wizyty. Ale już nie dowiemy się, jakie mogło być jej pokłosie… Teraz już z góry będzie obserwował, jak świat dziennikarski podejmuje rzucone przez niego wyzwania.

 

Wydanie: 5/2007

Kategorie: Kraj

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy