“Heweliusz” zatonął w morzu kłamstwa – postscriptum

“Heweliusz” zatonął w morzu kłamstwa – postscriptum

Przewodniczący Izby Morskiej w Szczecinie, sędzia Edmund Skrzypczak, wystąpił z obroną orzeczenia Odwoławczej Izby Morskiej (OIM) w Gdyni (“Przegląd” z 19.02). Nie jest to zupełnie zgodne z pragmatyką służbową i prawem prasowym, ale media nie czepiają się słówek lub przecinków w paragrafach.
Sędzia Skrzypczak nie odnosi się do faktów zawartych w moim artykule, nie kwestionuje prawdziwości cytatów z dokumentów, zeznań, nagrań czy przepisów. Nie zaprzecza okolicznościom odsłuchiwania taśm z Rögen ani usterkom oficjalnego stenogramu.
Pan sędzia nie kwestionuje też ukazanych przeze mnie związków logicznych między faktami. Prostuje za to stwierdzenia, których w moim tekście nie było – np. nie napisałem, że zaniechano przesłuchania kapitanów.
Istotą sporu są oceny i wnioski. Ja twierdzę, że wykroczenia kapitanów promów i operatorów z radiostacji miały wpływ na tempo rozwijania akcji ratunkowej. OIM osądził inaczej. Ja uważam, że w tej sprawie trzeba było postawić formalne zarzuty – Izba okazała się bardzo liberalna. Ocena, kto ma rację, należy do Czytelników. Dodajmy, że orzeczeniom izb morskich nie przysługuje przymiot tzw. powagi rzeczy osądzonej. Oznacza to, że nie istnieje domniemanie prawdziwości ustaleń dokonanych przez te organy. Dla sądów powszechnych orzeczenie Izby jest tym samym co opinia biegłego.
Jeśli chodzi o problem winy za wypadek, to zarówno w potocznym, jak i prawniczym znaczeniu tego słowa, można go użyć, jeśli w uzasadnieniu orzeczenia znajdujemy takie zwroty: “uchybienia st. oficera pozostają w związku przyczynowym z wypadkiem”. Sąd może uchylić się od formalnego stwierdzenia winy osoby zmarłej, ale w popularnym piśmie ten rygor nie obowiązuje, tym bardziej że rodziny nie życzą sobie owijania spraw w bawełnę.
Sędzia Skrzypczak tylko w jednym przypadku występuje w imieniu organu, któremu przewodniczy, czyli Izby Morskiej w Szczecinie. Odpowiadam, że w swoim artykule nie zarzuciłem tej Izbie usuwania nośnika magnetycznego z taśmy nagranej w Rögen Radio.
Użyłem formy bezosobowej – “usunięto” i wskazałem okres, w którym dokonano tej operacji – “podczas postępowania w IM w Szczecinie”. Formę wybrałem nieprzypadkowo, gdyż znam notatkę (karta 350 w aktach) z telefonicznej rozmowy byłego prezesa IM w Szczecinie, sędziego Zdzisława Wunscha, z prok. Stanisławem Kopciem z Prokuratury Wojewódzkiej w Gdańsku. Panowie ustalili podział zadań – nagraniami miała się zająć wyłącznie prokuratura. Porozumienie to samo w sobie budzi wątpliwości, a powiększa je fakt, że prok. Kopeć nie prowadził śledztwa w sprawie “Heweliusza”.
W kwestii taśm pan sędzia powołuje się na wyniki badań pracowni kryminalistycznej w Warszawie. Wyjaśnijmy, że chodzi o prywatne przedsiębiorstwo z ul. Puławskiej 257, a nie o Centralne Laboratorium Kryminalistyczne KG Policji. Ekspertyza powstała więc w ramach umowy handlowej, a nie stosunku służbowego, co mogło wpłynąć na jej jakość. W artykule wspominałem o opuszczeniach w stenogramie, teraz muszę dodać, że badania taśm nie były kompletne.
Z taśmami Odwoławcza Izba postępowała nieprawidłowo. Wdowy rozpoznawały wypowiedzi mężów na nagraniu, które poddano tzw. korekcji prędkościowo-częstotliwościowej. Procedura ta zasadniczo zmienia indywidualne cechy głosu. Do tego należy dodać czynnik stresu, bo “rozpoznawanie” odbywało się podczas rozprawy. Ekspert z KG Policji powiedział mi, że taka metoda z założenia prowadzi donikąd.
Ostatnim argumentem pana sędziego jest wyrok w sprawie z oskarżenia publicznego, który dotyczy mnie oraz pokrzywdzonych – oskarżycieli posiłkowych: sędziego Witolda Kuczorskiego oraz prok. Ryszarda Paszkiewicza. Nie wiem, czy to argument skuteczny i elegancki (uznaję, że nie chodziło o nastraszenie kogokolwiek), ale przecież sprawa się nie skończyła. W Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu czeka na rozpatrzenie moja skarga przeciwko Polsce za ciągłe naruszenie prawa do swobody wypowiedzi (art. 10 Konwencji, który chroni m.in. wolność mediów) oraz naruszenie prawa do rzetelnego procesu (art. 6 Konwencji).
Nie zamierzam pogodzić się z faktem, że merytoryczne spory w sprawie badania wypadków rozstrzyga się w Polsce za pomocą prawa karnego i do tego w procesach bez publiczności. Aparat państwowy i korporacje prawnicze nie potrafią zapomnieć lekcji z końca lat 40. Duchy prokuratora Wyszyńskiego i akademika Łysenki wciąż unoszą się nad środkiem Europy.


LIST

W artykule “»Heweliusz« zatonął w morzu kłamstwa” (“Przegląd” z 8 stycznia br.) kpt. ż.w. Marek Błuś twierdzi, że ustalona przez Odwoławczą Izbę Morską przyczyna wypadku promu została “wymyślona”. Chodzi tu o zwrot przez linię wiatru niesymetrycznie zabalastowanym statkiem. Jeśli M. Błuś odrzuca oficjalny werdykt, powinien podać, jakie są inne przyczyny zatonięcia “Heweliusza”. Ponieważ tego nie zrobił, można domniemywać, że przyczyn tych nie zna, a stwierdzenie “wymyśliły” jest gołosłowne. Z drugiej strony, jeśli zmieniono kurs z północnego na południowy bez przebalastowania, to jest to całkowicie niezrozumiałe oraz świadczy o kompletnym braku wyobraźni i kwalifikacji. Nie mogę wprost uwierzyć, że kpt. Andrzej Ułasiewicz lub którykolwiek z jego oficerów w pełni świadomie popełnili tak potworny błąd.
OIM stwierdził również, że “Heweliusz” przed wyjściem w morze był niezdatny do żeglugi i nie spełniał wymogów bezpieczeństwa. Świadczy o tym chociażby fakt, że woda przelewała się między zbiornikami balastowymi, co absolutnie nie może się zdarzać. Wynika stąd wniosek, że “Heweliusz” nie miał prawa opuścić portu. Winę za to, że statek pomimo wszystko wyszedł w morze, ponoszą solidarnie kapitan, armator i urząd morski.
Obowiązkiem izb morskich jest również ocena akcji ratunkowej po wypadku. Jeżeli prawdą jest wszystko, co kpt. Błuś napisał na ten temat, to w mojej opinii orzeczenia w tym zakresie są niewiarygodne i powinno się całą sprawę “Heweliusza” rozpatrzyć ponownie, oczywiście w innym składzie. W szczególności tematem do wyjaśnienia, zarówno przed Izbą Morską, jak i w prokuraturze, powinno być nieudzielenie pomocy “Heweliuszowi” przez trzy polskie promy i statek niemiecki. Należy to ocenić jako naruszenie konwencji o bezpieczeństwie życia na morzu i kodeksu karnego.
kpt. ż.w. mgr Wojciech Madeyski, Sztum

Wydanie: 9/2001

Kategorie: Kraj
Tagi: Marek Błuś

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy