Wtórpol mówi bandytom: NIE!

Wtórpol mówi bandytom: NIE!

Dopiero groźba zamknięcia zakładu, który zatrudnia ponad 800 osób, sprawiła, że władze Skarżyska-Kamiennej zajęły się tajemniczymi zamachami Wszystko zaczęło się w sierpniu 2005 r. O piątej nad ranem w płomieniach stanął dach i poddasze domu byłego pracownika Wtórpolu. Ogień zauważył sąsiad, który natychmiast zadzwonił po straż i policję. W ostatniej chwili ratownicy wynieśli z płonącego budynku rodziców i dwójkę dzieci. Czteroosobową rodzinę cudem uratowano od zaczadzenia. Spirala strachu Nikt wtedy nie przypuszczał, że to początek zamachów na firmę Wtórpol i jej załogę. Po pół roku spokoju w lutym 2006 r. spłonęło renault jednego z kierowników firmy, podpalone zostały też dwa mercedesy właściciela Wtórpolu, Leszka Wojteczka. A potem nie było już miesiąca bez jakiegoś tragicznego zdarzenia. W marcu w płomieniach stanęły garaże należące do kobiety pracującej w sklepie Wtórpolu. W środku były dwa samochody, maluch i volkswagen passat. Kilka tygodni później nieznany sprawca ostrzelał z karabinu maszynowego dom kierownika Wtórpolu, a na teren posesji wrzucił uzbrojony granat, który w każdej chwili mógł wybuchnąć. W czerwcu podłożono ogień pod wybudowaną nową wiatę Wtórpolu. Z każdym miesiącem narastała spirala zagrożenia. Zaraz po wakacjach, we wrześniu, w bazie Wtórpolu doszło do wielkiego pożaru, w którym spłonęły m.in. cztery tiry z używaną odzieżą. Straty oszacowano wówczas na 314 tys. zł. Policja co prawda zatrzymała trzech mężczyzn, jednak nie zdołała ustalić zleceniodawców. Bandyci działali coraz bardziej zuchwale. W końcu ubiegłego roku, w Zakopanem, podpalili wyremontowane mieszkania należące do Wtórpolu. Zaledwie przed dwoma tygodniami, już w styczniu tego roku, podłożyli bombę pod zaparkowanym przed pływalnią mercedesem Leszka Wojteczka. Ładunek eksplodował i cud sprawił, że obyło się bez ofiar. W sumie w ciągu półtora roku Wtórpol był obiektem dziewięciu ataków. Po styczniowym zamachu do brata Leszka Wojteczka, Marka, przyszedł mężczyzna z propozycją, że może skontaktować właścicieli z tymi, którzy to wszystko robią. – Straszył, że jeżeli się nie dogadamy, to nasze godziny będą policzone – opowiada o swojej rozmowie z pośrednikiem Marek Wojteczek. – Groził, że skończyły się żarty i zaczną ataki na ludzi. W ciągłej niepewności Rodzinna firma Wojteczków działa od 1991 r., w branży odzieży używanej wystartowała sześć lat później i od tego czasu funkcjonuje pod nazwą Wtórpol. Dziś to drugi po Mesko co do wielkości zakład pracy w Skarżysku-Kamiennej. Obecnie na etatach firma zatrudnia ponad 800 osób, ale gdyby policzyć pracowników ze współpracujących z nią zakładów, będzie ich prawie tysiąc. Bracia zaczynali od sprowadzenia jednego samochodu z odzieżą używaną z Niemiec, sortowali ją i sprzedawali. Potem wyprodukowali własne pojemniki i wzorem niemieckich zakładów podpisali umowy z PCK. W przeciwieństwie do innych firm, surowca szukają w kraju, a nie za granicą. Część ubrań eksportują do Afryki i Azji, z bawełnianych surowców produkują czyściwo, czyli szmaty do czyszczenia maszyn, wełniane eksportują do Indii, gdzie używane są do produkcji koców i dywanów. Z niewykorzystanych resztek ubrań wytwarzają paliwo alternatywne w zakładach, które znajdują się też na terenie Skarżyska. – Obecnie w kraju mamy 16 tys. pojemników – mówi Jan Maćkowiak, dyrektor Wtórpolu do spraw kontaktów zewnętrznych. – Przyczyniamy się do likwidacji w dużych miastach sporej części odpadów komunalnych. W skali roku PCK ma od nas ponad 2 mln zł. Marek Wojteczek ma plany dalszego rozwoju firmy. Chce sprowadzić zautomatyzowaną linię do sortowania odzieży. Wszystko zależy od tego, czy zakład będzie mógł dalej normalnie funkcjonować. W sytuacji nieustannych ataków jest to jednak mało prawdopodobne. Decyzja, która wstrząsnęła miastem Po tych groźbach właściciele postanowili zamknąć zakład. Czuli nie tylko zagrożenie dla siebie i swoich rodzin, ale i odpowiedzialność za bezpieczeństwo załogi. Nie mieli innego wyjścia, skoro po tylu bandyckich napadach nie widać było rezultatów pracy policji. Do tej pory po kolejnych atakach nikt nie kontaktował się z właścicielami, nie wysuwał żadnych żądań, nie straszył. – Być może sprawcom chodziło o to, żeby doprowadzić właścicieli do takiego stanu psychicznego, by potem bez protestu ulegli ich żądaniom – przypuszcza dyr. Maćkowiak. Groźba zamknięcia zakładu dającego pracę kilkuset osobom była wstrząsem. – Postawiło to na nogi wszystkie służby, przeraził się prezydent Skarżyska, starosta – przyznaje Jan Maćkowiak. – W ciągu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 06/2007, 2007

Kategorie: Kraj